DRUKUJ

 

Lajt Motiff (fragmnt)

Publikacja:

 05-09-01

Autor:

 WilliamBlake
Dzidek piął się przez ślimaka klatki schodowej w górę, wypierany od dołu przez bąbelki własnej ciekawości. Muzyka stawała się ze schodka na schodek coraz głośniejsza, intensywna na granicy rzeczy do zniesienia i rzeczy których znieść nie można. Nawet smród octu pochował się gdzieś po kątach. Pod podeszwami trampek zgrzytały okruchy szkła, przez które wbiła się do Dzidka życia parę dni temu Lidka, a potem twarde kamienie wbiły ją w dno ciemnego kanału. Dzidek okręcał się na półpiętrze wokół wykręconej secesją balustrady i był coraz wyżej i wyżej. Zostawiał pod sobą duszne partery, ciemne pierwsze piętra i coraz jaśniejsze kolejne nadbudówki, pierwsze rynny, nisko sklepione strychy, śpiące gołębie i polujące na nie koty. Stanął na progu ostatniej sali, która otwierała się kalekimi ścianami na Kraków z lotu ptaka. Nie słyszał już niczego poza namiętnym transem, techno od którego z miłości można zdechnąć. Dziewięciu muzyków tkwiło nieruchomo, kurczowo uczepionych do swoich instrumentów. Czy też wszystkie ustniki, struny, mostki i klawisze tkwiły kurczowo uczepione dziewięciu muzyków. Nikt nikogo puścić nie mógł, nie chciał, na czołach perliły się kropelki potu, zgrabiałe ręce z ponurą desperacją mocowały się z wciąż z tą samą skalą. Dzidek odszukał oczami Radość przykucniętego po drugiej stronie wyrwy ziejącej w podłodze. Oczy Radości na widok Dzidka rozjarzyły się ze zrozumieniem, i Radość wyszeptał bezgłośnie w stronę Dzidka.
- Jesteś.
Dzidek nabrał z całej siły do płuc powietrza i krzyknął w ścianę muzyki.
- Co robisz?!!?
Jego głos utonął całkowicie w morzu dźwięków, ale Radość uśmiechnął się, zupełnie jakby go usłyszał.
- Przecież wiesz – mówiły jego wargi – czekamy na Nią. Zaraz będzie.
Dzidek zachwiał się pod uderzeniem szczególnie silnego pasażu, zdołał się jednak wyprostować.
- Chcesz ją tu ściągnąć podstępem!!! –wrzeszczał – Wiesz ze ona się temu nie oprze!!! Ona tu przyjdzie, a wtedy...wtedy...
- Dostaniesz to czego chciałeś, Dzidek. Każdy dostanie to czego chciał.
- Chciałem tylko jednego zasranego kadru!! Jednej klatki!!! Nie chciałem tego wszystkiego..-
Dzidek urwał, ponieważ stracił równowagę i chwycił się w ostatnim momencie krawędzi muru. Zamajtał nogami w nocnym powietrzu, posyłając przez kilkadziesiąt metrów w dół okruchy tynku i cegły. Kiedy spojrzał za nimi, zobaczył tłum kłębiący się na ulicy pod kamienicą. Przez całą szerokość chodnika i jezdni stały setki dziewcząt, kobiet, matek i córek, i wszystkie patrzyły się na Dzidka, który majtał i posyłał. Były tam opalone na brąz smukłe kurwiszcze, błyskające w ciemnościach błyszczykiem do ust, tuż obok lśniących jak jeziora szkieł okularów studentek prawa. Brzydkie, sympatyczne jak ból w sercu dziewczyny opierały się na ramionach umalowanych na czarno nastolatek, gotyk obok disco. Obok nich stały kolejne pokolenia, pomiędzy których biodrami kiedyś płakali synowie i milczały córki. Teraz one same stały na środku ulicy i słuchały muzyki, w takt której ktoś wziął je kiedyś na ręce i zaniósł do zbyt małego łóżka. Lakierowane paznokcie, uszminkowane usta, zmarszczki w kącikach oczu i dłonie sparzone żelazkiem, wszystkie wypełniały ulicę pod Dzidkiem, który wisiał uczepiony kawałka muru. Z nadludzkim wysiłkiem podciągnął się z powrotem do sali.
- Radość, musisz to przerwać!!! Powiedz im żeby przestali.
Radość mówił bezgłośnie.
- Nie mogą Dzidek. To jest silniejsze od nich. Tak naprawdę to oni nawet tego chcą. Tylko jeszcze o tym nie wiedzą.
- Wyłącz zasilanie! Wyjmij stopki!
Dzidek spojrzał w bok i zauważył wielką konsoletę tkwiącą w rogu sali. Rzucił się w jej kierunku, gdy po jego boku od ziemi oderwała się mała szczurza postać. Trzymaną w ręce strzelbę wbiła Dzidkowi z rozmachem w żołądek, Dzidek impetem przekoziołkował po zniszczonym parkiecie wzbijając obłoki kurzu. Wierzgnął spazmatycznie dusząc się za skutkiem wielkiej kuli bólu, która eksplodowała w jego żołądku, a nad nim stanął Ugryź przyciskając mu lufę do skroni.
- Zrobisz krok w tamtym kierunku i znajdziesz swój mózg po drugiej stronie ulicy, Dzidek.
Stojący obok nich chłopiec ze smutną bródką spojrzał na nich z udręką, uczynił daremny wysiłek, aby odrzucić swój saksofon, po czym przytknął go do ust i zagrał cały ten seks, i jeszcze raz. Z dołu dobiegła rosnąca wrzawa wielu głosów, na dole dziać się zaczęło cos jeszcze ważniejszego.
- Jest. – powiedziały wargi Radości. – Przyszła.
Całą kamienicą wstrząsnęło potężne uderzenie, pajęczyny osunęły się ze ścian, podłoga jęknęła ostrzegawczo. Gdzieś wiele pięter pod nimi potężna żelazna brama pofrunęła wyrwana z zawiasów i wbiła się w przeciwległą ścianę.
- I przyprowadziła gości.
Ugryź nerwowo podbiegł do wyjścia na klatkę schodową i spojrzał w dół. Odwrócił się do środka sali.
- Jest Bestiariusz. Trochę, kurwa za wcześnie.
- Bestiariusz jest w sam raz. Zdążysz. Ugryź, jest twoja.
Ugryź szybkim ruchem wydobył z obszernej kieszeni na piersiach czarną tuleję optycznego celownika i przyczepił ją z trzaskiem do trzymanej w ręku strzelby. Podbiegł do krawędzi i przyklęknął na skraju muru.
- Kontakt wzrokowy.
Dzidek spróbował się podnieść na kolana, ale fala mdłości sprowadziła go w jednej sekundzie z powrotem do parteru.
- Radość... dlaczego!!!
Przemówiły urocze, niebieskie oczy Radości.
- Niektórzy strzelają do Kennedy’iego, niektórzy podpalają biblioteki, inni wlatują samolotami w wieżowce. Ugryź jest ekscentryczny, chce zastrzelić senne marzenie. Musisz przyznać, że jest to trofeum, które nie ma siebie równych. I sława, której nie da się zdyskontować. Musisz go zrozumieć Dzidek. Jest po prostu psychopatą.
- Odległość dwieście metrów. Słaby wiatr z prawej strony. Korekta trajektorii pół stopnia.
- Ugryź...nie rób tego!!! Proszę cię!!! Zastrzel mnie!!!
- Na ciebie bym nawet nie nasrał. Zamknij się i nie pozwól żebym zmarnował srebrny nabój. Odległość sto dziewięćdziesiąt metrów i się zmniejsza.
Całą kamienicą wstrząsał potężne kroki, które odbijały się na coraz wyższych stopniach. Bestiariusz był coraz bliżej.
- Przygotowany do oddania strzału – mruczał pod nosem Ugryź – Cel w polu rażenia. Strzał na komendę... pięć...cztery...trzy...
Na dwa oczy Dzidka i chłopca ze smutną bródką spotkały się na krótką chwilę i przez mgnienie oka porozumiały. Dzidek rzucił się szczupakiem w stronę konsoli przycupniętej w rogu sali, jego ręka zacisnęła się na potencjometrze głośnika, do którego był podłączony mikrofon saksofonu. Na jeden stało się wiele rzeczy. Dzidek szarpnął pokrętło z całej siły w prawo, aż uchwyt z trzaskiem oderwał się od tablicy. Głośnik zakrztusił się falą energii, wybrzuszył, zamruczał, drgnął, wyczuł wszystkie pobliskie pola elektromagnetyczne i sprzęgnął przeciągle. Ugryź szarpnął za spust, a srebrna kula pchana nieprawdopodobnym stężeniem gazów poszybowała świergocząc poprzez lufę. A chłopiec ze smutną bródką całymi swoimi płucami zagrał n saksofonie cis.
Dzidek poczuł jak ktoś w jego głowie detonuje drugą Hiroszimę, a za nią następną i następną, przed oczami przeleciały mu srebrne galaktyki. Wzmacniacz rycząc z bólu wyrwał swoje trzewia, a w powietrze poleciały płonące lampy i kable. Uderzenie dźwięku porwało Ugryzia znad krawędzi muru i rzuciło nim niczym szmacianą lalką o ścianę. Srebrny pocisk przebił powietrze obok łabędziej szyi, zmierzwił rozkołysany na wietrze lok i wbił się w serce dziewczyny, której i tak nikt nie kochał.
- ...O kurwa – stęknął Ugryź, wypluwając fragment przygryzionego języka-...no to...narobiliście.
Na progu sali zatrzymał się Bestiariusz, wypełnił szczelnie kwadrat jedynych drzwi swoją sylwetką. Uciekać można było tylko poprzez postrzępione klify muru, prosto w Kraków nocą zalany, szybując łagodnie w stronę twardego chodnika. Bestiariusz zdawał sobie z tego sprawę, rozluźnił się wyraźnie, uśmiechnął się krawędzią wielkiej blizny zajmującej połowę jego twarzy.
- I znowu bawicie się beze mnie...nikt mnie już nigdzie nie zaprasza. Wszystko się skończyło po liceum..
Dziewięciu muzyków stało w spokojnej, stabilnej ciszy, konsoleta w rogu pryskała raz po raz snopem białych iskier. Muzyka trująca przestała płynąć już po kablach, głośniki zamilkły.
- Dobra...powiedziałbym teraz „ niech nikt się nie rusza, wszyscy jesteście aresztowani”, ale z doświadczenia wiem, że właśnie po tym wszyscy zaczynają wiać. Strzałka Dzidek, jak leci?
Dzidek jęknął głucho z podłogi.
- Jak zwykle, widzę. Masz wielki talent do bycia najbardziej cierpiącą osobą w towarzystwie. Nie zaproszę cię na żadne urodziny. Wszyscy inni w komplecie, nastroje pozytywne? To proszę za mną gęsiego do radiowozu. Tylko bez dyskusji, proszę.
- ...a...chuja...a nie do...radiowozu... – rozległo się głuche stęknięcie za Bestiariuszem.
Komisarz rozmazał się w polu widzenia wszystkich obecnych, olbrzymia góra mięśni i twardych jak stal kości w ułamku sekundy zniknęła za jednym z głośników, który rozorały srebrne pociski. Ugryź strzelił jeszcze dwa razy, i sam ukrył się za swoim czarnym futerałem na karabin. Z kącika ust ciekła mu strużka krwi, i utykał lekko na lewą nogę, w jego oczach paliła się jednak żądza mordu Bestiariusza. Ugryź namiętnością pałał straszną, strzelał swoimi uczuciami z wprawą niepojętą dla tych którzy nigdy nie zatopili zabójczych fascynacji w czyimś sercu. Ugryź był mały i brzydki, pokraczna sylwetkę nosił na dwóch kabłąkowatych odnóżach, twarz inkrustowała szpetota rażąca, ale kiedy wyszarpnął z gracją wielkiego colta desert eagle z czarnego futerału i wywalił cały magazynek w wzmacniacz za którym krył się Bestiariusz, piękny był, piękny. Wszyscy obecni to dostrzegli, i z uznaniem pochylili głowy, bo okazało się wszem i wobec, dlaczego Ugryź zabijać musiał. Ugryź zabijał pięknie i subtelnie, przyklękał i zrywał się z wdziękiem, oddawał strzały zza pleców, zza głowy i spod kolana, z półobrotu lub nonszalancko w pełnym wyproście. Rysował na ścianach wokół Bestiariusza ósemki i elipsy, szarpał w tynku śpiewającym ołowiem pejzaże i martwe natury, natury krwią broczące. I wszyscy właściwie się w duchu zgodzili, że taką sztukę trzeba było dla Ugryzia stworzyć, trzeba mu było na nią pozwolić, bo taki był jego sens i taka była jego potrzeba. Z tym że Bestiariusz za nic nie chciał umierać za sztukę.
- Dobra, będę strzelał na trzy. Raz... – powiedział Bestiariusz, wychylił się błyskawicznie zza głośnika i strzelił. Pocisk zgruchotał metalową klamrę czarnego futerału, odbił się rykoszetem i zagłębił w ścianie obok prawego ucha Dzidka.
- Miało być na trzy! – warknął Ugryź.
- Skłamałem.
Ugryź oddał jeszcze trzy strzały, które zmasakrowały ścianę tuż nad głową Bestiariusza. Dzidek przywierał płasko do podłogi bojąc się podnieść głowę wśród kul gwiżdżących w powietrzu. Dziewięciu muzyków pochowało się wśród stojących luzem instrumentów. Z boku podpełzł do niego Chudy Człowiek.
- Dzidek musimy się stąd zabierać. Natychmiast.
- Zostańmy jeszcze trochę mamo. Nie widziałem jeszcze żyrafy i słoni.
- Dzidek, ta sala nie wytrzyma takiego obciążenia. Dopóki się nie zjawił Bestiariusz, było na styk. A teraz Bestiariusz wniósł poważny ciężar gatunkowy, i już nie jest. To wszystko może w każdej sekundzie runąć przez te wszystkie piętra w dół.
- Radość wie?
- On wszystko wie. Ma plan awaryjny.
Dzidek rozejrzał się dookoła z nadzieją. Od drzwi dzielił ich korytarz powietrzny, przez który Ugryź z Bestiariuszem wysyłali sobie raz po raz gwiżdżące życzenia rychłej śmierci. Ta opcja zdecydowanie odpadała. Spojrzał w górę przez szczątki dachu.
- Helikopter z drabinką sznurową?
- Obawiam się że musieliśmy obciąć fundusze.
- Drabinka sznurowa?
- Drabinki sznurowe są bardzo drogie Dzidek.
Ugryź opróżnił magazynek i z wściekłością zamilkł. Dookoła jego stóp poniewierały się dziesiątki dymiących łusek. Lufa pistoletu parzyła go w palce. Z futerału pozostały rozszarpane kulami resztki skórzanego obicia, które chwiały się podziurawionym jak sito szkielecie. Na jego przesiąkniętej zapachem prochu dłoni leżał ostatni nabój, który szybko wbił do komory i przeładował. Zaległa kłopotliwa w takich wypadkach cisza. Zza dymiącego głośnika odezwał się Bestiariusz.
- Masz pożyczyć trochę naboi?
- Wszystkie rozdałem w zeszłym tygodniu. Wiesz jak jest na studiach.
- Parszywie. Mam ostatni.
- Twój pech.
- Dlaczego nie strzelasz?
- Przemoc to nie jest rozwiązanie.
- Też masz ostatniego.
Ugryź westchnął.
- No.
Bestiariusz poruszył się niespokojnie za głośnikiem.
- Słuchaj, to robimy jak na filmach. Na trzy wychodzimy i strzelamy. Uczciwie, bez przekrętów. Zgodnie z Boziewiczem. Ty strzał, ja strzał, wygrywa ten kto zwycięży. Odpowiada ci?
- Nie możemy zagrać w papier, nożyce, kamień?
- Nie kupiłem tej spluwy na darmo.
- Jest bardzo dobra.
- Twoja też jest w porządku.
- Dzięki.
- Nie ma sprawy. To co?
Ugryź otarł wierzchem dłoni krwawą strużkę cieknącą mu po brodzie i syknął próbując wyprostować lewą stopę.
- Dobra. Zróbmy to.
- Czy któryś z panów muzykalnych mógłby odliczyć? Żeby było uczciwie.
Chłopiec z smutną bródką wychylił się zza potężnego keyboardu i nerwowo przełknął ślinę.
- Mogę...chyba...
- Byłbym niezmiernie zobowiązany – powiedział Bestiariusz poprawiając mankiety koszuli i kołnierzyk. – może Pan zaczynać.
- RAZ.
Chudy złapał znieruchomiałego Dzidka za ramię i pociągnął w stronę krawędzi muru. Dzidek spostrzegł że na powierzchni zniszczonego parkietu faktycznie zaczynały rysować się pęknięcia, rozbiegając się po klepkach z ostrzegawczym trzeszczeniem. Ugryź rzucił mu krótkie spojrzenie z drugiego końca sali i bezszelestnie podniósł się na nogi. Nie czekając na DWA obszedł dający mu schronienie futerał w kierunku kryjówki Bestiariusza. Na trzy Bestiariusz wybiegnie prosto w wylot lufy pistoletu Ugryzia, który zabije go szybko i sprawnie, i będzie to jego największe trofeum. Senne marzenie o oczach jak jezioro pełne bladych topielic...poczeka, na nie też przyjdzie kolej, srebrna kula przeszyje kiedyś białą pierś. Ugryź stąpał bez jednego zbędnego skrzypnięcia parkietu, omijał stopami wszystkie trzeszczące drewniane włókna, w ręce pistolet gotowy do strzału. Ugryź miał już w ręku swoje jak najbardziej zawinione śmierci, miał żądzę mordu w sercu, w oczach miał wieńce pogrzebowe i mowy pożegnalne. I w swoim mniemaniu nabił się czołem na lufę pistoletu Bestiariusza. Bardzo powoli podniósł oczy, i napotkał dwoje oczu, w których było wszystko co było w Ugryziu.
- Oszukiwałeś. Ale w porządku, bo ja też.
Radość wspaniałym szczupakiem przeleciał nad przewróconym zestawem perkusyjnym. Złapał jedną ręką za ramię Dzidka, którego uchwycił się wielki Chudy Człowiek. Wszyscy troje przeturlali się przez krawędź muru. Dzidek stracił z oczu salę, wisiał teraz na wysokości paru pięter majtając nogami w powietrzu, trzymany w żelaznym uścisku przez Chudego. Radość wirował wokół własnej osi uczepiony jego paska. Powodem, dla którego wszyscy w trójkę nie rozprysnęli się po uśmiechającym się żarłocznie chodniku, była druga ręka Człowieka, obejmująca metalową rynnę. Dzidek czuł jak jego pasek wrzyna mu się w plecy, a uścisk Człowieka stopniowo, ale nieubłaganie słabnie.
- I co ...teraz?! – stęknął ciężko.
Radość syknął przez zaciśnięte zęby.
- Teraz...rynna powinna się zgiąć.
W powietrzu huknął strzał. Znad krawędzi muru wyleciał czarny kształt , który przesunął się przez gwiaździste nocne niebo. Zamigotał pomiędzy gwiazdozbiorem strzelca, przewinął się przez srebrną tarczę księżyca i poszybował dalej ku dachom, strychom i balkonom. Stopniowo nabierał prędkości. Czarna mała pokraczna sylwetka nurkowała coraz szybciej pomiędzy północną czernią i granatem, rozjaśnianym miejscowo ciepłymi żółtymi plamami okien. Szybkość prostowała kabłąkowate nogi, krótki niezgrabny korpus, wysmuklała lecącą sylwetkę, wygładzała rysy. I kiedy pęd powietrza przestaje śpiewać, a zmienia się w ogłuszający ryk, kiedy plamy okien zamieniają się w smugi, Praptak odsuwa się uprzejmie na bok, usychające liście pęd wiatru odrywa od konarów, a Ugryź, sobie samemu pociskiem, leci coraz szybciej, nogi, kolana, tułów, ręce, szyja, twarz, puste oczy, strasznie puste oczy, i czarna dziura między nimi buchająca ciemną cieczą. Sala ponad nim imploduje do środka, dziewięciu muzyków i Bestiariusz w środku zamykają się w wielkim trzasku kruszących się ścian i podłóg, kondygnacje zbijają się w jedno.
A rynna się zgięła. Trzy postacie z wrzaskiem przemknęły w poprzek ulicy, uderzyły w wielkie panoramiczne okno w kamienicy naprzeciwko, i zniknęli w akompaniamencie trzasku pękającej szyby.

Data:

 2004

Podpis:

 WilliamBlake

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=18382

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl