DRUKUJ

 

Ostrze cienia

Publikacja:

 03-10-04

Autor:

 chajr-ad-din
Ostrze cienia.

Fragment historii tego potężnego a zarazem niebezpiecznego artefaktu. Niezwykły miecz wykonany z nieznanych materiałów, dający posiadaczowi ogromną moc nieśmiertelności, ale za pewną cenę.

8 maja1612 roku przed erą imperium. Dwa niewielkie galeony jeden należący do Cesarskiej Floty Haliburgu i jeden pod banderą Kultu Afabolisa oraz dwie kogi Cesarskiej Floty Haliburgu sunęły na pełnych żaglach ku południowej części największej z Wysp Czaszek. Była to najbardziej skalista i najbardziej ufortyfikowana wyspa spośród wszystkich wysp archipelagu kontrolowanego w całości do piratów.
Kolejna z rzędu wojna z piratami zaczęła się siedem lat wcześniej w roku 1619 p.e.i., jednocząc wszystkie państwa Kety przeciwko pladze jaką stały się pirackie ataki na statki handlowe i porty. Silne wiatry sprzyjały ich szybkim statkom, co nie na rękę było ich wrogom. Mimo iż Wyspy Czaszek znajdowały się ok. 2000 km od najbliższych osad, piraci pojawiali się równie szybko, co znikali z łupem. Ochrona okrętów na nic się zdawała. Piraci korzystali z nowej broni, dzięki której byli w stanie zatopić albo poważnie uszkodzić okręt. Nazywali to armatami. Jedynie co większe statki miały w swej załodze magów którzy mogli stanowić skuteczną alternatywę przeciwko armatom. Wszystko pogarszał fakt, że oprócz piratów nikt na Kecie nie wiedział jak działają armaty i że potrzeba do nich prochu, którego też nikt nie potrafił produkować.
Jednak zmasowany atak na ich siedziby przy użyciu floty wszystkich państw miał szansę powodzenia.
Dwa lata później, w 1617 floty zjednoczonych przeciw piratom państw uderzyły na Wyspy Czaszek. Piraci posiadali liczną flotę, armię i wiele rozbudowanych twierdz i zamków na jeszcze liczniejszych wyspach i wysepkach. W dodatku świetnie znali własne terytorium, znając każdą najmniejszą nawet wysepkę, a wiedza o podwodnych skałach i mieliznach była wręcz nieoceniona. Również niezwykły system komunikacyjny przekrzywiał szalę zwycięstwa na stronę piratów. Lustra z polerowanego metalu zwane Zwierciadłami Widzenia pozwalały na skomunikowanie się z drugim takim lustrem niezależnie gdzie ono się znajdowało. Zostały one wynalezione przez karamińskiego maga Ky’Bra Yforna i wykupione przez piratów. Wkrótce potem mag zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Flota, jaka przeciwstawiła się piratom była jednak na tyle potężna i dobrze zorganizowana, iż szybko zaczęła odnosić zwycięstwa, po kolei zajmując wyspy.
Okręty były już na tyle, blisko że można było dostrzec twierdzę na południowym krańcu Wyspy Węża (tak zwali ją piraci ze względu na jej kształt, długa i powykręcana). Twierdza opierała się o górski masyw, jaki ciągnął się przez całą wyspę, tworząc z kilku swych murów tarasy. Na lewym krańcu twierdzy znajdowało się wybrzuszenie utworzone z najniższego muru, za którym znajdowały się ważniejsze zabudowania.
Niewielka odległość, jaka dzieliła flotę koalicji umożliwiła ostrzał z tarasów. Śmiertelne dla okrętów armaty nie sprawdzały się już jednak. Ostrzał był słaby a w dodatku niecelny. Siły piratów były już mocno nadszarpnięte kilkuletnimi walkami, załoga twierdzy nie była, więc elitarna, a w dodatku był to już jeden z nielicznych broniących się jeszcze punktów.
Wraz z kolejnymi metrami pociski spadały coraz bliżej, niektóre uderzały nawet w statki, powodując jednak więcej strachu niżeli szkody. Ostrzał był równie krótki, co nieskuteczny, większość piratów skierowała się na plażę, aby tam oczekiwać uderzenia.
Z bramy w wybrzuszeniu, zaczeli wybiegać piraci, każdy uzbrojony w inną broń i różnego rodzaju zbroje. Utworzyli na plaży kilkurzędową linię. Posiadali też małą liczebnie chorągwie kawalerii, która pozostała przy bramie wraz z dowódcą twierdzy Ymehem. Kilka metrów za liniami piechoty stał niewielki drewniany podest, na który wdrapał się jakiś pół - nagi człowiek.
Sto metrów od brzegu okręty zatrzymały się. A marynarze zaczęli spuszczać na wodę małe łodzie. Te w momencie zapełniały się żołnierzami i płynęły wprost ku plaży. Pół nagi mężczyzna, który stał na podeście z licznymi magicznymi tatuażami, wyciągnął w górę ręce i wydał z siebie krzyk, który nie wzbudził żadnego przerażenia. Ale kiedy wyprostował przed siebie ręce pojawiała się przed nim niebieska kula, która po chwili zmieniła kolor na czerwony. Ta w mgnieniu oka poleciała w kierunku „Świtu”, największego z Haliburskich galeonów biorącego udział w desancie. Kiedy kula zetknęła się z kadłubem Świtu , okręt eksplodował na tysiące drzazg. Haliburskich piechurów, którzy przeżyli uderzeni wciągały pod wodę ciężkie zbroje, nie dając im żadnych szans na przeżycie. Z okrętu uratowało się jedynie kilku marynarzy.
- Rozwalili nam okręt – Mruknął porucznik Marynarki Królestwa Elfów, Etopar Eurynomos, który wraz z wieloma elfimi marynarzami włączony został do sił Haliburgu siedział na czele łodzi i obserwował płonące szczątki Świtu
- Trzeba będzie pozbyć się tego maga – Tilho Oryyp elfi bosman wskazał na podest
- Tak zanim odzyska siły. Wiosłujcie mocniej – Krzyknął do swych rodaków na łodzi.
Jak tylko łodzie były dostatecznie blisko łucznicy na łódkach wypuścili pierwszą salwę strzał. Mimo kołysania większość strzał, szczególnie elfie doleciały do linii wroga. Piraci pozbawieni tarcz i bez ciężkich pancerzy padali od nich jak muchy. Rozrzedzili, więc swe szyki i kolejne salwy były już mniej skuteczne.
Jak tylko łodzie dobiły do brzegu przed liniami piratów pojawili się muszkieterzy, wypuszczając salwę z prymitywnych muszkietów. Ciężka piechota Haliburgu nie poniosła żadnych strat dzięki dobrym pancerzom, również orki Kultu odczuły kule jedynie jako ukucia. Jedynie kilkoro elfów padło od kul, były to jednak głównie rany do wyleczenia.
Broń prochowa była niezbyt popularna, tka wśród piratów jak i w przyszłości nawet na kontynencie, nie była, więc doskonalona.
Po wystrzeleniu jednej salwy piraci ruszyli na opuszczających łodzie żołnierzy. Dwu metrowe orki, o ciemnej skórze i długich czarnych włosach, w swych blado zielonych ciężkich zbrojach płytowych wprawione na trudach bagien Zobny pierwsze wyszły z wody, przebiegły kawałek plaży i rozpoczęły walkę z piratami od razu przejmując inicjatywę. Swymi ogromnymi, ponad metrowymi mieczami rozcinali piratów na kawałki. Kilkoro haramidów dowodzących orkową armią również dziesiątkowali wyjętych spod prawa.
Haliburska ciężka piechota poradziła sobie znacznie gorzej, piraci dopadli ich jak jeszcze byli w wodzie, co znacznie utrudniło im walkę. Eurynomos i dwudziestu elfich marynarzy wylądowało między Haliburczykami a orkami, na wprost przed magiem, który zbierał się do kolejnego czaru. Czarna horda orków bardzo szybko zaczęła spychać piratów w głąb plaży, co wykorzystał elfi porucznik.
- Szybko musimy wykończyć tego maga zanim zmiecie nas z plaży – Krzyczał do swych żołnierzy, których część zajęta była już walką
Elfy nie były zbyt zadowolone, iż muszą walczyć ramię w ramię z orkami, a w szczególności z „mrocznymi elfami” jak zwano haramidów. Niemniej jednak Eurynomos wraz z towarzyszami korzystając z impetu orków powoli acz skutecznie wycinał sobie drogę do podestu.
Piasek sypki i drobny nie sprzyjał walczącym po oby dwóch stronach. Szczególnie ciężka piechota Cesarstwa Haliburgu nie radziła sobie na takim gruncie. Drobinki piasku dostawały się przez szczeliny w zbroi, sprawiając problemy w ruchu elementów. Kilka minut później oddziały orków przebiły się przez linie piratów i uderzyły na nich od tyłu. Korzystając z tego podkomendni Eurynomosa ruszyli w kierunku maga gotowego już do rzucenia kolejnego czaru.
Wraz z 8 elfami pokonał czwórkę strażników maga, wdrapał się na podest i wbił swój półtora ręczny miecz w czarodzieja trzymającego kolejno kulę.
Wódz piratów Ymeh w czarnym płaszczu przykrywającym całe jego ciało i wszelkie kończyny, ruszył wraz z kawalerzystami na pole bitwy. Piraci znajdowali się już w okrążeniu między Haliburczykami a orkami Kultu, szarża Ymeha niewiele mogła już zdziałać. Dowódca południowego fortu uderzył wprost na porucznika Etopara. Mimo sypkiego piachu kawaleria bardzo szybko dotarła do walczących. Większość kawalerzystów postanowiła jednak zaatakować orków. Sam Ymeh oraz kilku piratów podjechało do podestu.
- Zabiłeś nam najlepszego maga. Zginiesz za to!!!! – Wycharczał spod kaptura dowódca piratów
Spod płaszcza wyciągnął sporych rozmiarów zawiniątko. Podczas gdy elfy walczyły z kawalerzystami, Ymeh odwinął ogromny jednosieczny zakrzywiony miecz, zgrubiony na końcu z dużym kolcem na tyle. Miecz cały wykonany był ze stali, lecz samo ostrze i kolec wykonane było z czarnego, nieznanego i matowego materiału. Nie było na nim żadnych zdobień ani znaków. Jedynie na okrągłym jelcu znajdowały się mocno przytarte litery. Rękojeść pokryta była szarą skórą, a kulista głowica wykonana z niebieskiego topazu posiadała dwie symetrycznie umieszczone pary oczu, z ognistego opala.
Zakapturzona postać kilkakrotnie próbowała ciąć elfa z konia, ale ten skutecznie unikał ciosów. Ymeh zeskoczył z konia na podest i ruszył wprost na Eurynomosa. Elf uniknął pierwszego uderzenia, ale kolejne musiał sparować. Półtora ręczny, stalowy miecz, typowy dla oficerów Marynarki Królestwa Elfów nie wytrzymał i lekko się zgiął. Dodatkowo cios był na tyle mocny, iż wyrwał go z ręki porucznika Etopara. Kolejne ciosy Ymeha były również nieskuteczne, szybszy elf uchylał się przed kolejnymi powolnymi ciosami. Kiedy wódz piratów szykował się do kolejnego cięcia Eurynomos rzucił się na niego, Ymeh widząc co czyni elf zrobił krok na bok a napastnik spadł z podestu na plażę. Ymeh zeskoczył na niego, ale Eurynomos poturlikał się na bok unikając uderzenia zakrzywionym mieczem. Wódz piratów gładko wylądował na piasku i zaraz został zaatakowany z przodu przez orkowego marynarza uzbrojonego w partyzanę. Obracając rękę odbił cios partyzany na bok rozrywając sobie płaszcz, obrócił się w prawo podskoczył i niezwykle precyzyjnym cięciem pozbawił ogromnego orka głowy.
Elf nieco przeraził się widząc, z jaką łatwością Ymeh pokonał orkowego marynarza. Orki, choć były uważane za mięso do walki, były dość wymagającymi przeciwnikami, choćby ze względu na swą siłę, opancerzenie i ciężkawą broń. Jedna wrodzona elfi odwaga kazała mu walczyć dalej.
- Teraz twoja kolej ty marny elfie! – Jednak głos miała już bardziej normalny
- No to chodź i spróbuj – Na odpowiedź elfa Ymeh ruszył na niego z podniesionym do góry mieczem.
Eurynomos chwycił partyzanę Kultu i chciał ją wbić w odsłonięte ciało pirata, broń była jednak zbyt masywna dla niego i za chwilę musiał uniknąć silnego cięcia Ymeha. Odskoczył w bok i wbiegł pod podest, dowódca piratów ruszył za nim i swym mieczem z łatwością rąbał drewniane rusztowania podestu. Wycofujący się Eurynomos potknął się o wystającą z ziemi deskę i upadł na plecy. Ymeh nie tracąc czasu chciał dobić leżącego porucznika. Eurynomos wyciągną szybko swój falisty sztylet, jeszcze szybciej się podniósł i wbiegł na pędzącego Ymeha wbijając mu sztylet w bok. Wódz piratów z południowej fortecy wypuścił ogromną klingę i swym impetem przewrócił ponownie elfa i przygniótł do ziemi.
- To jeszcze nie koniec – warknął pirat i spróbował podnieść się z ziemi.
Eurynomos odrzucił go z siebie i chwycił wprędce miecz Ymeha. Jak tylko ten zaczął się podnosić z piachu i wyciągać sztylet, Etopar Eurynomos odrąbał mu głowę tak samo szybko i łatwo jak Ymeh zrobił to orkowi.
Bitwa była już w tym momencie niemal zakończona. Żołnierze Haliburgu zajmowali powoli fortecę a orki i haramidzi łapali pozostałych przy życiu piratów. Elfy na tymczasowej służbie Haliburgu, podkomendni porucznika Etopara pilnowali związanych jeńców. Sam Eurynomos usiadł obok ciała Ymeha pod podestem, na którym leżało ciało maga. Ciągle trzymał miecz pirata przyglądając mu się uważnie. Młody elf (miał dopiero 235 lata) postanowił zatrzymać owe ciekawe ostrze i zabrać je do domu. Jedynym problemem było noszenie miecza, dość nietypowe ostrze nie mogło mieć pokrowca. Zabrał, więc leżący nieopodal spory kawałek materiału nasączony olejem, w który Ymeh owijał ostrze, aby nie zardzewiało. Koło szmaty leżała głowa Ymeha bez kaptura. Jego twarz jak i całe ciało wyglądało okropnie, jak trup. Mocno zniszczone i częściowo nadgnite. Nie mogąc znieść tego widoku elf, skierował się ku swym towarzyszom, na chwilę jednak stanął spoglądając na pole bitwy i twierdzę piratów.
Na murach twierdzy zawisły już sztandary Cesarstwa Haliburgu, oraz jeden Kultu. Na plaży panował ruch jak na rynku jakiegoś dużego miasta, grupy orków skrzętnie uprzątały plaże zbierając wszystkie ciała i pozostawiony oręż. Również ciało Ymeha zostało zabrane do twierdzy. Elf odwinął miecz i spojrzał na niego jeszcze raz.
Do stojącego Eurynomosa podszedł jeden z haramidzkich oficerów w blado zielonej lekkiej zbroi, bez hełmu ani rękawic. Miał nietypowe jak dla haramidy blond włosy związane w kucyk i przeraźliwe czarne oczy.
- Piękne ostrze. – Odrzekł miłym głosem
- Jesteś haramidą. Czego więc ode mnie chcesz – Eurynomos nawet nie spojrzał na haramidę.
- Wygraliśmy czy to nie powód żeby się cieszyć – po chwili milczenia dodał – Wy elfy nienawidzicie nas nawet, kiedy walczymy po jednej stronie.
- Mamy do tego powody – dumnie odrzekł porucznik
- Zapewne. Jednak spędzimy tu trochę czasu. Jestem Abzur, dowodzę tu lądowymi chorągwiami Kultu. Jutro przejmuje dowództwo nad całą fortecą. Na pewno się jeszcze spotkamy. Miło był poznać jakiegoś miłego elfa.
- Nie mogę tego samego powiedzieć o tobie
- Trudno – Abzur obrócił się i poszedł w kierunku swych oddziałów, po kilku krokach jednak obrócił się i powiedział – Uważaj na ten miecz
- Niby dlaczego miałbym cię posłuchać – pachnął elf
- My także jesteśmy boskimi tworami, choć naszego boga wszyscy nienawidzą. Potrafimy kochać i czuć – Haramida spojrzał w ziemie i dodał – Ten miecz jest niebezpieczny.
Abzur nie powiedział nic więcej, ani nawet dlaczego miecz jest niebezpieczny. Obrócił się i odszedł. Eurynomos zawinął z powrotem ostrze i poszedł do swych rodaków, całkowicie ignorując słowa Abzura.
Wojska Haliburgu i Kultu okupowały twierdzę przez rok, likwidując ukrywających się po lasach i górach piratów. 15 Lipca 1611 roku po Haliburczyków i oddziały im podległe przypłynęły dwie kogi. Twierdza ostatecznie przeszła przed kontrolę Kultu i Abzura na 300 lat, po których przejął ją Ahiburg i po 50 latach stracił na rzecz piratów.
Eurynomos płynął razem z pozostałymi elfami i żołnierzami Cesarstwa do Egesaz, Haliburskiego portu na wyspie Rydo.
- To gdzie się teraz udasz? – Zapytał bosman Tilho.
- Do najpiękniejszego miejsca na Ziji. Gdzie rosną bujne lasy, pełno jest zwierzyny i piękne są kobiety oraz budowle.
- To znaczy gdzie, pełno jest takich miejsc. Szczególnie w naszym kraju.
- Do Thori, moje rodzinnego portu – Eurynomos odwrócił głowę od Oryypa i spojrzał w kierunku gdzie leżało Thori, największy port Królestwa Elfów – I przez Kilkaset następnych lat nie chcę słyszeć o żadnych wojnach.
- Zapomniałem, że wy ze wschodu nie przepadacie za walką
- Tak wy lubicie walczyć, wręcz kochacie walkę. Aż garniecie się do wypadów za Ottot, tak samo jak orki. Ja tu jestem, bo muszę, taki rozkaz.
- Przecież jesteś ze szlacheckiego rodu, nie musisz walczyć jak zwykły żołnierz.
- Mój wuj jest lordem Aspuku i nienawidził swego brata, czyli mego ojca. Dalej chyba nie muszę ci tłumaczyć.
- Nie musisz.
Po miesięcznym rejsie okręt Haliburgu „Słoneczny Pył” zbliżał się do portu Egesaz, spokojnie sunąc po wodzie wzdłuż brzegu wyspy. Eurynomos, wraz ze swym nowym mieczem przywiązanym do pleców, jak wszystkie elfy o poranku wyszedł podziwiać widoki. Po chwili rozległ się krzyk. Marynarz na bocianim gnieździe zaczął coś krzyczeć, część załogi spoglądała w górę i wskazywać palcami na niebo. Eurynomos podbiegł do sterburty i również spojrzał w górę. Na niebie widniała czarna smuga pozostawiona przez rozgrzany do białości meteoryt. Ogromny skalny odłamek leciał wprost na Egesaz. Kapitan Lyx Nwar rozkazał zawrócić okręt, ale na niewiele mogło się to zdać. Kilka sekund później meteoryt uderzył w miasto zmiatając je z powierzchni Ziji. Fala uderzeniowa wraz z fragmentami miasta i skał uderzyła w okręt niemal przewracając go. „Słoneczny Pył” uratowało jedynie to, że nie wszystkie żagle były postawione. Szczątki cegieł i skal podziurawiły okręt i połamały część omasztowania. Jednak był to dopiero początek. Fala uderzeniowa meteorytu podniosła ogromną 10 metrową morską falę rozchodzącą się od portu. Woda uderzyła w kogę roztrzaskując statek na kawałki i pochłaniając niemal całą załogę. Tylko niektórym udało się przeżyć i wylądować na plaży wyspy Rydo.
Etopar Eurynomos został znaleziony nieprzytomny na kontynencie. Jednakże nie w pobliżu Rydo, lecz ok. 4000 km od Rydo, niedaleko na północ od Ytyshe portu w Księstwie Raxau. Mocno wyczerpany i wyziębiony dawał jednak oznaki życia.
Przez kolejny rok żył wśród Raxańskich rybaków, odpłacając im za pomoc, jakiej mu udzielili. Obywatele Raxau nie przepadali zbytnio za elfami, choć nie w całym Księstwie tak było. W końcu Eurynomos wrucił do ojczyzny i osiadł w Thori. Zajął się tam rekrutacją załogi na statki, ale nie zaspokajało to jego duszy. Nie ciągnęło go również z powrotem na morza i oceany jak każdego marynarza. Czuł się coraz gorzej. Jak nigdy w jego umyśle pojawiały się myśli o walce, a później nawet o jakiejś wojnie. Minęły dwa lata a myśli te nasilały się, Eurynomos stawał się coraz bardziej niespokojny tym faktem. W niedzielę 12 marca 1608 roku p.e.i. Wyruszył z Thori do Otaxe, gdzie mieszkał Gikymbar, jago mentor i nauczyciel. Gikymbar nosił szlachetny tytuł mędrca i jak każdy elfi mędrzec pochodził jeszcze z okresu, gdy na Kecie powstały dopiero elfy.
Po dwunastodniowej podróży Etopar Eurynomos dotarł do leżącego na uboczu, 700 km na zachód od Thori, Otaxe. Miasto a właściwie miasteczko znajdowało się w obrębie murów zamku a mieszkało w nim 600 elfów nie licząc żołnierzy. Zamek leżał na niewielkiej równinie między lasem Esburg a Elfią Puszczą. Gikymbar mieszkał od kilkuset lat na zamku należącego do burgrabiego Esburgu Clyira Ulhwo.
Kiedy przybył tam Eurynomos burgrabiego nie było na zamku. Wyruszył na zjazd elfiej szlachty i magnaterii w Newli, stolicy Królestw Elfów. Na czas jego nieobecności władzę nad zamkiem i włościami burgrabiego przejął Gikymbar. Mędrzec z chęcią przyjął jednego ze swych uczniów, szczególnie że szukał pomocy. Po obiedzie Gikymbar i Eurynomos udali się do biblioteki zamkowej, aby w spokoju porozmawiać przy kielichach wypełnionych Rimmońskim winem.
- Co cię trapi mój chłopcze – Gikymbar usiadł w fotelu i wziął do ust kielich z winem.
- Nie wiem, czuję się strasznie, ciągle myślę o walce. Zupełnie jak szlachcice z zachodu. A ja...przecież pochodzę z nad morza. Tak nie powinno być.
- Nie jestem medykiem, aby sprawić abyś poczuł się lepiej. Być może po prostu polubiłeś wojnę. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, Być może śmierć twego ojca tak na ciebie wpłynęła.
- Mój ojciec zaginął wraz z Jarcilem Cile, kiedy próbowali opłynąć Ketę. To było tak dawno temu, co to może mieć wspólnego z wojną.
- Twój ojciec był żołnierzem, chciał zdobyć sławę na wojnie.
- Wiem. Jednak nie zmienia to faktu mego złego samopoczucia. To, że ciągle myślę o wojnie mogę jeszcze przyjąć, ale dlaczego kiedy nie walczę to mam wrażenie jakbym się starzał.
- Przecież jesteś elfem – Roześmiał się Gikymbar – starość nam i haramidom nie grozi.
- Mam takie myśli, od kiedy obudziłem się na Raxańskiej plaży. Niektóre włosy mi siwieją i wypadają, sam zobacz.
- Niemożliwe – Gikymbar przyjrzał się dokładnie Eurynomosowi – Dziwne masz rację wyglądasz jakbyś się powoli starzał.
- Moja skóra jest inna. Nie wiem co się ze mną dzieje. Dopiero kiedy walczę czuję się lepiej.
- Trudno mi powiedzieć. Być może jakaś klątwa. Ale jesteś elfem i do tego potrzebny byłby rytuał przeprowadzony przez potężnego maga. Nie sądzę jednak abyś miał tak potężnych wrogów. – Gikymbar pogłaskał się po łysej brodzie i dodał – Albo jakiś artefakt. Masz może coś nowego.
- Podczas walki z piratami zdobyłem miecz. Tylko tak jak mówię to się zaczęło, kiedy znaleziono mnie w Raxau. A nie kiedy znalazłem miecz.
- Nie szkodzi pokaż mi ten miecz.
Eurynomos wyszedł bez słowa z biblioteki. Wrucił po kilku minutach z mieczem zawiniętym w nasączoną olejem szmatę w dodatkowym skórzanym pokrowcu. Usiadł i zdjął pokrowiec. Odwinął szmatę i podał zakrzywione ostrze Gikymbarowi. Ten uważnie przyjrzał się mieczowi, przez kilka minut studiował napisy na jelcu, przejrzał kilka ksiąg. W końcu usiadł i położył miecz na stoliku.
- Interesujący. Bardzo dobrze wykonany, stal wysokiej jakości, pewnie krasnoludów, choć nie one go wykonały. Zastanawia mnie jeszcze inna rzecz. Jak na miecz tej jakości wygląda raczej przeciętnie nie licząc rękojeści. Na głowni nie ma żadnych rysunków, napisów, zdobień i do tego jeszcze ten czarny materiał na kolcu i ostrzu. Na jelcu są jakieś napisy, ale nie mogę ich odczytać, są albo zbyt zatarte albo to jakiś nieznane mi pismo. Być może Taraman mógłby tu pomóc.
- Ten wielki mędrzec. Nie sądzisz chyba, że się tym zainteresuje.
- Może się zainteresuje, może nie. Jego interesują wszystkie zagadki, dlatego jest największym z największych. Jak tylko Ulhwo powróci udam się do Taramana.
A na razie proponuję ci pozostawić miecz tutaj.
- Coo!! – Eurynomos gwałtownie podniósł się z fotela – Niby dlaczego mam go tu pozostawić? Przybywam do ciebie po pomoc a ty chcesz mnie pozbawić jednej z najcenniejszych rzeczy, jakie posiadam.
- Właśnie, dlatego. Spójrz na swe zachowanie. To nie przystoi elfowi. – Eurynomos usiadł na miejscu.
- Nie. To mój miecz i pozostanie przy mnie. Zdobyłem go i nie mam zamiaru się go pozbywać. Już jeden haramida próbował mnie od niego odsunąć.
- I być może miał rację – przerwał mu mędrzec – Rób zresztą jak chcesz. Tylko bądź ostrożny.
Następnego dnia Etopar spakował bagaż i opuścił zamek Otaxe. Przed bramą wjazdową zatrzymał go jeszcze Gikymbar.
- Dokąd teraz wyruszasz chłopcze. Gdzie cię szukać jeśli dowiem się czegoś o tym tajemniczym mieczu.
- Już nie jestem chłopcem – Eurynomos uśmiechnął się po raz pierwszy, od kiedy przybył na zamek
- Tak wiem, ale dla mnie zawsze będziesz jednym z mych uczniów.
- Pojadę tam gdzie toczą się jakieś walki i tam będzie można mnie znaleźć. Teraz jadę na północ, do Beorfu. Szlachta wszczęła tam bunt przeciw połączeniu Beorfu, Ahiburgu, Ferenburgu i Imsygardu w jedno państwo.
- No cóż pozostaje mi jedynie życzyć ci powodzenia. Sądzę, że spotkasz tam część naszych rodaków z Ferenburgu. Żegnaj Eurynomosie.
- Żegnaj Gikymbarze i do zobaczenia – elf wyjechał na swym koniu z zamku i ruszył na północ, przez Eifenburg i Haliburg do Beorfu.
- Źle to przeczuwam – Rzekł Gikymbar do jednego z żołnierzy stojących przy bramie.
- Co zamierzasz więc uczynić mistrzu?
- Poślij aby pakowali moje rzeczy, udaję do Sipijon, do Taramana.
Eurynomos po przejechaniu ponad 3000 km dotarł do Eket nad rzeką Naalh w południowym Beorfie. Cały kraj jak i sąsiednie ogarnięte były buntem. Niemal na każdym kroku widać było ślady niewielkich bądź gdzieniegdzie większych potyczek między buntownikami a stronnikami monarchów. Pełno było również złodziei i bandytów korzystających z ogromnego zamętu, nikt nie wiedział, jakie tereny są pod kontrolą monarchów, bądź zbuntowanej szlachty. Spora część szlachty i magnaterii z czterech państw walczyła z pozostałą szlachtą i wojskami monarchów, przeciwko połączeniu Beorfu, Ahiburgu, Ferenburgu i Imsygardu w jedną uniwersalną monarchię.
6 Maja Eurynomos był już pod Eket. W mieście bronił się zbuntowany hrabia Iwysh Nythegema z Ahiburgu. Miasto od miesiąca oblegane było przez 2000 oddziały generała Ase Getora, również z Ahiburgu. Eurynomos przyłączył się do wojsk generała i po pięciu dniach, w czwartek brał udział w kolejnym szturmie na miasto. Kilkugodzinny szturm tak jak pozostałe nie zakończył się sukcesem, choć w bramy miasta zostały wyłamane a młody Etopar siał spustoszenie wśród przeciwników. Ase Gator próbował jeszcze kilkukrotnie zdobyć twierdzę jednak kolejne ataki spełzały na niczym. Po kolejnym miesiącu bezowocnego oblężenia hrabia Nythegema doszedł do porozumienia z wysłannikiem króla Beorfu i poddał twierdzę Eket, a sam przyłączył się do generała Getora.
Generałowi spodobała się waleczność elfa i strach, jaki wywoływał swoim mieczem oraz śmiertelną skutecznością, jaką się nim posługiwał. Szybko zatem awansował i został chorążym Czwartej Chorągwi Średniej Piechoty Ahiburskiej z Eskuz. Chorągwia złożona była ze 100 żołnierzy uzbrojonych w obosieczne jednoręczne miecze i prostokątne tarcze o wysokości jednego metra. Całe opancerzenie składało się z napierśnika, nagolenników i naramienników, wszystko w fioletowo – srebrnych barwach.
Eurynomos służył jako dowódca tej chorągwi aż do wtorku 26 czerwca 1590 roku p.e.i. kiedy to wziął udział w ostatniej i jednej z największych bitew między zwolennika połączenia Beorfu, Ahiburgu, Ferenburgu i Imsygardu, a buntownikami. Bitwy pod Bliźniaczymi Zamkami na wyżynie Oprob, pograniczu Beorfu i Ferenburgu.
Do samego starcia doszło jednak trzydzieści kilometrów dalej od północnego zamku.
Na zalesionym szczycie wzgórza swe stanowiska zajęli buntownicy pod wodzą trzech magnatów, przywódców całego powstania. Barona Yra Moozarutha z Beorfu, lorda Iwenzo Dulu również z Beorfu oraz lorda Iforga Ojoha z Imsygardu. Pod swą komendą mieli dość nieliczne siły, łącznie 3500 żołnierzy. Większość żołnierzy była, bowiem rozproszona we wszystkich czterech państwach. Ci którzy znajdowali się na wyżynie stanowili głównie lekką piechotę uzbrojoną w dwu metrowe kopie, opancerzeni jedynie kolczugami i szyszakami. Stanowili oni ok. 1/3 całej armii. Pod względem liczebności byli łucznicy z Ferenburgu, szkoleni przez mieszkających tam elfów byli śmiertelnie skuteczni. Ich liczba wynosiła pięciuset. Oprócz tego było jeszcze kilkudziesięciu piechurów uzbrojonych w halabardy i topory, oraz ciężka Ferenburska Kawaleria. Ciężka jazda uzbrojona w glewie, okuta w grube stalowe pancerze, również dla koni. Było ich zaledwie trzydziestu, jednak w szarży ze szczytu wzgórza, nawet między drzewami byli najniebezpieczniejszym przeciwnikiem.
Armia, która zebrała się w dolinie pod wzgórzem liczyła sobie 10000 żołnierzy ze wszystkich krajów, dowodzona przez wszystkich władców zaangażowanych w konflikt. Król Beorfu Thob Kormon, królowa Ahiburgu Lith Ollud, król Ferenburgu Wut Idhalm wraz ze swym lennikiem, księciem Ehrudoru Onexem Daesua oraz Wielki Ksiąrze Imsygardu Fejavos Tunecc.
Największe siły kontrolowali król Beorfu i Ferenburgu, obaj dysponowali trzem a tysiącami zbrojnych. Ksiąrze Imsygardu posiadał 2500 armię a królowa jedynie 1500 żołnierzy. Skład całej armii był niezwykle różnorodny, Ferenburska ciężka i lekka jazda, górale, łucznicy (w tym elfy z Ferenburgu), halabardziści z Beorfu, włócznicy Beorfiańscy, Gwardia Przyboczna księcia Imsygardu, niezwykle oddana i wierna, oraz lekka i średnio - ciężka piechota z Ahiburgu.
Chorągwia Eurynomosa znalazła się w środku linii utworzonej ze wszystkich oddziałów, jakie miały ruszyć na buntowników. Na obu krańcach linii pozycję zajęła kawaleria, oprócz ciężkiej jazdy Ferenburskiej. Wzgórze było dla niej zbyt strome a las na szczycie zbyt gęsty do wspinaczki. Z lewej strony Eurynomosa znajdowała się Gwardia Imsygardu wraz z Wielkim Księciem na czele, z drugiej strony zaś był się generał Getor, który zdążył się już zaprzyjaźnić z elfim najemnikiem.
- Wkrótce uderzamy. To będzie niezwykle ciężkawa bitwa, Jesteś na nią gotów? – Ase zwrócił się do przygotowywującego się do walki elfa.
- Zawsze jestem przygotowany, a myśl o walce dodaje mi kolejnych sił
- Dobrze to słyszeć, jesteś najlepszym wojownikiem, jakiego do tej pory spotkałem – generał usiadł obok Eurynomosa – a w dodatku jeszcze jesteś elfem. A już nigdy na pewno nie słyszałem o elfim najemniku.
- To, dlatego że nie wszystkie elfy kochają walkę. A ja nie jestem taki jak wszystkie. Choć kiedyś taki byłem.
- Widzę, że posmutniałeś, ale to dobrze, że jesteś z nami, bitwa wcale nie będzie łatwa.
- A to dlaczego? – Eurynomos zwrócił wzrok na wzgórze.
- W tym samym miejscu co teraz, na tym samym wzgórzu wiele lat temu wojska Beorfu poniosły klęskę która zadecydował o końcu wojny z Ferenburgiem. Beorf na zawsze musiał zrzec się praw do Ehrudoru. A dysproporcja była jeszcze większa.
- Tym razem Beorf i Ferenburg są po jedne stronie- Eurynomos pewny był zwycięstwa tak ja zawsze
- Jednak to nie gwarantuje zwycięstwa. No, ale za chwile się dowiemy. Bądź jak zawsze groźny, na pewno pomoże. – Generał poklepał elfa po ramieniu i odszedł.
Generał powrócił do swej chorągwi gotowej już do walki, Eurynomos odwiną swój ogromny, budzący powszechny strach i przerażeni zakrzywiony miecz i uczyli to samo. Taki sam postrach mieczy wywoływał pośród kompanów, nikt nie warzył wdawać się z Eurynomosem w kłótnie, nawet najsilniejsi.
Gdy wszystkie chorągwie, półki i manipuły gotowe były już do walki, dowódcy zaczeli wznosić okrzyki bojowe zagrzewające do walki, co było równoznaczne z rozpoczęciem bitwy. Przy rytmach bębnów, trąb i wielu rożnych głośnych instrumentów śpiewający wojenne pieśni tłum zaczął wdrapywać się na wzgórze. Eurynomos jak każdy chorąży stanął na czele swego oddziału, tuż za nim żołnierz trzymał chorągwie z godłem Ahiburgu, niebieskim szpakiem na tle białej nieregularnej gwiazdy. Po prawej stronie znajdował się wystający ze zbocza wysoki skalny szpic, kładący cień na oddziały maszerujące pod górę. Otuchy walczącym dodawali dwaj władcy, którzy mieli zamiar uczestniczyć w starciu, Król Beorfu na lewym skrzydle oraz Ksiąrze Imsygardu. Lith, Królowa Ahiburgu była kobietom i nie potrafiła walczyć a Król Wut jak nakazywała tradycja i wiedza taktyczna nie mieszał się osobiście w bitwę. Po kilku minutach wszyscy znaleźli się na małej półce i na chwilę stanęli. Przed nimi pozostawał już jedynie zalesiony szczyt i buntownicy.
- Rozluźnić formacje!! Podnieść tarcze!!! – Ksiąrze Fejavos krzyknął tka głośno, iż nawet rebelianci na wzgórzu go usłyszeli.
Jak tylko oddziały ustawiły się w nowej formacji w powietrzu rozniósł się głos wielu trąb, dających znak do szarży.
W krzyku wszyscy ruszyli biegiem przed siebie. Ci, co posiadali tarcze unieśli je nad siebie, pozostali nie mieli żadnej ochrony. Za żołnierzami wzniósł się tuman kurzu, a na odgłos ich donośnego biegu ptaki wraz z inną zwierzyną pouciekały z lasku. Jedynie kawaleria stronników królewskich pozostała na swych pozycjach czekając na decydujący moment. Piechurzy poczęli przyśpieszać, gdy ze szczytu wzgórza posypał się grad starzał. Większość upadła na ziemie bądź powbijała się tarcze, ale były i takie, które sięgnęły celu. Wielu żołnierzy posiadających lekkie zbroje padła na ziemi pod uderzeniem stalowych strzał. Zanim piechurzy dobiegli do lasku, wypuszczono jeszcze cztery salwy pozostawiające wielu ich towarzyszy martwych bądź obłożnie rannych.
W lesie biegło się już gorzej. Gęste zarośla i krzewy, miękka ziemia wcale nie pomagały. Jak tylko Eurynomos, który o kilka metrów wysunął się na czoło ujrzał stanowiska buntowników ci w tym samym momencie ruszyli w dół. Lekka piechota lorda Dulu zbiegła z impetem na atakujących. Warunki sprzyjały rebeliantom i już na początku zadali dużo strat swymi kopiami.
Pierwszy buntownik, jaki podbiegł do Eurynomosa został przecięty na pół, silnym uderzeniem miecza z półobrotu. Kolejni ginęli w podobny sposób bądź od uderzenia kolcem, bądź w jakiś inny wyrafinowany sposób. Na nic zdawały się zasłony, młody Etopar roztrzaskiwał kopie i miecze przeciwników. Elf posługiwał się tym sporym mieczem z taką szybkością i precyzją, że po chwili buntownicy już go nie atakowali, tworząc wyrwę w swych szeregach.
Armia koalicji, mimo waleczności elfa przegrywała na całej linii, nie pomogło nawet uderzenie kawalerii. Buntownicy zadawali kolejne straty i spychali ciągle w dół całą piechotę. Mimo to Eurynomos ze swą chorągwią i Gwardia Imsygardu trwały stale w tym samym miejscu.
Baron Moozaruth widząc niepokojący przebieg działań w miejscu gdzie walczył Eurynomos posłał do boju ciężką Ferenburską kawalerię. Większość w kierunku wyłomu w swych liniach, a resztę przeciw królowi Beorfu. Elfi wojownik miał już zamiar uderzyć na tyły buntowników, słysząc jednak tętent końskich kopyt krzyknął do podkomendnych:
- Ustawić szereg!! Postawić tarcze na ziemi a między nie wsadzić miecze!! I lepiej się za nimi schowajcie, bo zaraz będzie ciężko.
Eurynomos wraz z resztą stanęli z tyłu za jeżem, jaki czekał na kawalerię. Kawaleria była zbyt ciężka, by przeskoczyć nad tarczami, była jednak dostatecznie opancerzona, aby rozerwać jeża w strzępy i wyjść z tego bez szwanku. Chorągwia Eurynomosa nie była przygotowana na taką walkę, szybko musieli się, więc cofać. Jedyny Eurynomos dzięki swym umiejętnością walczył z ziemi z kawalerzystami. Unikając jednakże końskich kopyt przewrócił się na ziemię i kiedy próbował się podnieść na równe nogi jeden z jeźdźców ciął go glewią w nogę. Elf jednak jakby nie odczuł ciosu. Uderzeniem miecza przeciął drewniany trzon glewi, podniósł się wskoczył na skałkę a z niej wprost na jeźdźca zrzucając go z konia i przebijając mu kolcem hełm. Cała jego Chorągwia była już kilka metrów w dole walcząc z kawalerią. Reszta wojsk była już poza lasem, a niektórzy myśleli już o ucieczce. Gwardia Księcia Fejavosa znalazła się w okrążeniu i w krótkim czasie została doszczętnie wybita, zginął również sam Wielki Ksiąrze.
Elf galopem znalazł się przy swej chorągwi włączając się z powrotem do walki. Przebił się do swoich żołnierzy, co podniosło ich morale. Niewiele mógł jednak zmienić. Kilka minut później rebelianci schwytali Króla Beorfu Thoba Kormona. Ten moment okazał się decydujący. Widząc swą totalną klęskę królewscy (ci, którzy przeżyli), zaczęli uciekać z pola bitwy. Nawet chorągwi Eurynomosa opuściła swego dowódcę.
Sam elf pozostał walcząc naraz z trzem kawalerzystami. Sam lord Ojoh podjechał do niego i rzekł:
- Przegraliście, dalsza walka nie ma już sensu – Elf opuścił miecz tak samo jak otaczający go żołnierze.
- Szkoda, tak dobrze mi się was zabijało.
- Dziwnym jesteś elfem, szkoda, że nie po naszej stronie. Po stronie zwycięzców
- Znajdę sobie nową wojnę – Eurynomos spiął konia i pomachał za uciekającymi żołnierzami.
Rok później podpisano pokój kończący wojnę domową w północnej części Kety. Buntownicy wygrali, zginął Ksiąrze Imsygardu, Król Beorfu musiał podpisać pokuj, zależało od tego jego życie. Dodatkowe sabotaże tajnego zrzeszenia V – Zakonu i Erydoru, Organizacji Przyjaciół Kultu Afabolisa uniemożliwiły stworzenie ogromnej i potężnej Monarchii Uniwersalnej złożonej z czterech państw.
Elf znów podróżował po Kecie szukając jakichś konfliktów i waśni między możnymi. Popłynął do odległego Cesarstwa Abaathaalu gdzie toczyła się kolejna wojna domowa. Przez wiele lat uczestniczył tam w licznych bitwach, po różnych stronach korzystając ze swego śmiertelnego ostrza. Mimo ciągłej toczącej się tam wojny wrucił na Ketę po 32 latach i słuch o nim zaginął. Na kontynencie panował tymczasem rzadki spokój.
Latem 1512 roku mędrzec Gikymbar spotkał się w Newli, stolicy Królestwa Elfów ze swym starym przyjacielem, najwybitniejszym z mędrców Taramanem.
- Witaj Taramanie – Gikymbar przywitał swego gościa w wynajmowanym domu
- Bądź pozdrowiony Gikymbarze. Dawno się nie widzieliśmy.
- Od kiedy byłem u ciebie w Sipijon z tą dziwną sprawą.
- A właśnie. Bardzo mnie ona zainteresowała i dlatego chciałem się z tobą spotkać – Obaj mędrcy usiedli w małym pokoiku pełnym ksiąg, manuskryptów i papirusów.
- Zatem słucham cię, czego się dowiedziałeś?
- Po przeszukaniu moich zbiorów nie znalazłem nic, udałem się więc do Iglicy
- Byłeś w Akademii Goretei? Przecież miałeś tam zakaz wstępu, rzeczywiście musiało cię to zainteresować.
- I masz rację. Lubię wyzwania. A to okazało się ciekawe.
- Czego się w rezultacie dowiedziałeś?
- O mieczu? Wszystko. Miecz, z którym miałeś styczność nazywa się Ostrze Cienia.
- Nigdy nie słyszałem o takim mieczu.
- Bowiem nie jest ono tak stare. Zostało wykonane na zlecenie Beorfiańskiego generała Ynhe Efexa w... – Taraman wygrzebał jakąś karteczkę – w 1794 roku. Miecz wykonał karamiński mag – kowal Nozar No’o. Miecz miał posiadać moc dawania nieśmiertelności w bitwie. Z Nozara był jednak lepszy kowal niż mag, czego konsekwencją było, iż z czaru wyszła klątwa. Mówi o tym napis na jelcu. A litery nie są przytarte, lecz zaprojektował je ów mag. Miecz owszem czyni cie nieśmiertelnym, ale ... no cóż ... dopiero po śmierci. Wtedy posiadacz zamienia się w cień, żyje dalej, ale jego ciało już nie. Aby utrzymać je w całości musi zabijać, jak ci wiadomo śmierć wyzwala pewną energię, a tę wchłania miecz. Dopiero odcięcie głowy uśmierca posiadacza, a wtedy miecz przechodzi w jego ręce. Generał Efex zginął w 1769 podczas bitwy z piratami i miecz zaginął. Twój uczeń odnalazł go na Wyspach Czaszek, najprawdopodobniej zabił poprzedniego posiadacza i miecz przeszedł w jego ręce.
- Wiele to wyjaśnia, ale co z jego śmiercią. Nic nie mówił o jakiejś poważnej ranie.
- Sam mówiłeś, że znaleziono go w Raxau, nie sądzisz chyba że przeżył tyle czasu w wodzie. Utopił się, ale miecz nie pozwolił, aby jego dusza opuściła ciało.
- Na Ullfiego! – Gikymbar podniósł się gwałtownie – Dlatego chciał ciągle walczyć. Jest jakiś sposób aby mu pomóc?
- Najpierw musimy go znaleźć, być może jedynym sposobem będzie go zabić, ale pewien nie jestem. Wiesz gdzie może się teraz znajdować?
- Tylko się domyślam. Umarł Książe Raxau Buh Neni, część magnaterii i szlachty odmówiła poparcia następcy. Republice Eifenburgu się to nie podoba, więc wojna wisi w powietrzu. Sądzę że Raxau będzie jego obecnym miejscem pobytu.

·

Do jednej z karczm w mieście Rimmon, największym porcie Księstwa Raxau weszła odziana w czarny płaszcz wysoka postać. Wyglądała jak mnich, głowę przykryta miała kapturem, jak również całe ciało zasłonięte było przed widokiem. Postać podszedł do sporej lady i charczącym głosem poprosiła o kielich wina i coś do jedzenia. Było już dość późno i w karczmie niewiele było osób. Przybysz nie wzbudził zbytniego zainteresowania, nie licząc dwóch paladynów po służbie, ubranych w cywilne szaty.
- Spójrz na tego, co teraz wszedł. Nie wydaje ci się jakiś dziwny? – Jeden z paladynów wskazał na czarną postać przy ladzie.
- Być może. Ciekawe co to za jeden?
- Zapytajmy więc.
Obaj wstali i między pustymi stolikami ruszyli ku nieznajomemu. Tymczasem przybysz wychylił kielich wina, zrobił to jednak tak, iż nie widać było jego dłoni spod długich, szerokich rękawów.
- Witam nieznajomego – Miłym, nieco ironicznym głosem rzekł jeden ze zbrojnych – Jesteś tu nowy i jesteśmy ciekawi, co sprowadza cię do naszego miasta?
- To nie wasza sprawa – Z ledwością wycharczała postać.
- I tu się mylisz. – Drugi z paladynów podniósł nieco ton – Pilnujemy tu porządku i naszym zadaniem jest wiedzieć, co masz zamiar robić. Może jesteś poszukiwany, albo jesteś szpiegiem?!
- Wojna blisko, może tym byście się zainteresowali.
- No dobra pójdziesz z nami. Porozmawiamy w cytadeli.
Drugi paladyn wyciągnął miecz i chwycił nieznajomego za ramie. Postać gwałtownie podniosła się odpychając paladyna i w przeraźliwym pisku odrzuciła kaptur przykrywający całą głowę. Tym samym ukazał zgromadzonym w karczmie przeraźliwy widok, swą okropną i zniszczoną twarz. Przybysz na gardle nie miał już skóry, pozostawała jedynie krtań. Nie posiadał również ani usta ani dziąseł, cała żuchwa również była na widoczna. Na obu policzkach brązowa ze starości skóra była popękana, na lewym nawet rozerwana. Nos też odpadł dawno temu pozostawiając wyraźny ślad po sobie. A oczy trzymały się z ledwością. Resztę czaszki pokrywała ta sama brązowa skóra, a nad uszami wyrastało kilka pozostałych siwych włosów.
Prawą ręką, bez żadnych już śladów cery i ledwo trzymającymi się mięśniami wyciągnął spod płaszcza ogromne podłużne zawiniątko. Dwoje paladynów prędko otrząsnęło się z szoku. Byli przygotowywani na różne dziwne zdarzenia. Chyżo więc przystąpili do walki. Pierwszy spróbował ciąć przybysza, lecz ten sparował cios jeszcze zawiniętym mieczem. Cios był na tyle mocny, że miecz paladyna rozsypał się na setki drobnych kawałków. Odwinął migiem miecz i z niezwykłą dokładność obrócił się skierowawszy ostrze na drugiego strażnika. W czasie obrotu kopnął pierwszego a drugiemu rozciął klatkę piersiową. Pierwszy rzucił się na ziemię, chwycił miecz swego przyjaciela i próbował kontynuować walkę. Gdy się podnosił półżywy wbił mu czarny kolec w serce.
Paladyn opadł na ziemię martwy a zabójca rozłożył ręce i ku przerażeniu zgromadzonych wzniósł kolejny piskliwy okrzyk. Jak tylko skończył krzyknął:
- Jestem Etopar Eurynomos!!! Wojownik!!!!
Wrzasnął jeszcze raz tak samo jak poprzednio, tylko nieco dłużej. Jego cera poczęła odrastać i rozjaśniała. Tam gdzie ich nie było pojawiły się mięśnie. Pojawiły się włosy i utracony dawno temu nos. Eurynomos zarzucił na głowę kaptur i z krzykiem wybiegł z karczmy rozbijając drzwi.


Data:

 22.09.2003

Podpis:

 Chajr-Ad-Din

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=1780

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl