DRUKUJ

 

Rozejść się po łokciach (7)

Publikacja:

 05-08-09

Autor:

 WilliamBlake
Przyjaciel spojrzał na zegarek i wydało mu się, że już czas. Odczekał jeszcze parę minut do momentu w którym już na pewno będzie za późno, ponownie spojrzał na zegarek i przekonał się, że już czas. Nic nie miało go ominąć tego wieczoru. Zimne powietrze buchało przez drzwi wejściowe kłębami gęstej mlecznej pary. W wilgotnych obłokach pojawiały się sylwetki gości wieczoru, śmierdzących jeszcze zimową wieczorną spaliną, przyróżowionych na policzkach. Krople pary wodnej ściekały przyjacielowi po nosie i kapały na podłogę, złamał już trzeciego papierosa i miał mokre nogawki. Trudno mu było oddychać przez to skłębienie gęste, w płucach czuł wielką suchość i ciężkość. W gęstniejącej mgle sylwetki gości zaczęły mu się zamazywać. Najpierw zniknął stolik na drugim końcu sali przy ścianie, potem dziewczyna która czekała na ubikację, i tak krok za krokiem, ręka za dłonią, noga za stopą zniknęło wszystko, a przyjaciel został sam. Czuł obecność innych, gdzieś za szarym mokrym parawanem słyszał stłumione głosy i śmiechy, ale przyjaciel już kroczył sam i za wszelką cenę starał się nie oglądać. I nagle tuż przed sobą, na granicy widzialności zobaczył dłoń, a może nawet cień dłoni w długiej skórzanej rękawiczce. Od razu poznał palce i paznokcie, opuszki i linie papilarne znał na pamięć. W takim kształcie był jedwab, perły, tęcza, i krawędź żyletki. Takie ręce miała tylko chińska promocja. I zdawało mu się że spoza kłębów pary patrzy na niego dwoje oczu, a ręka go wabi nieznośnie, skręca się ku niemu ale dosięgnąć go nie może. W uszach miał szum i syk, krew tłukła mu się w membranie. Więc skąd ten szept „porwij mnie" na granicy słyszalnej częstotliwości, skąd te westchnienia, może tylko kapanie wody. Postąpił krok do przodu ale mgła zaczęła go dusić, wpiła mu się w usta namiętnym pocałunkiem, nie zadowoliła się językiem lecz zlała się do płuc i zdusiła serce. W głowie kołysało mu się wielkie spiżowe serce dzwonu i uderzało o pulsujące skronie, oddech chwytał coraz płycej. Cień sylwetki zbliżył się do niego. Czuł na wargach słodką woń perfum i balsamów, zamknął oczy i zawirował. Ktoś kopnął drzwi z zewnątrz i lodowy podmuch przeszył przyjaciela, uderzył w salę i zmroził rząd butelek wódki nad barem. W dzikim przeciągu srebrnym deszczem gwałtownie skropliła się mgła i spadła na podłogę, pofrunęły szaliki i czapki kolorowe, Fikołek blada w białej powiewającej sukience krzyczała :"zamknijcie kurwa drzwi". Przyjaciel zatoczył się i osunął na krzesło. Czuł jak przez te drzwi upojonym magicznie klientem otwarte wpełza wielkie zimno i wielki chłód, a w przyjacielu coś zamarza i już nie odmarznie. Cień szary zniknął bez śladu, choć w powietrzu zostało ciemne i ciepłe po nim wspomnienie Spojrzał na zegarek i wydało mu się że już czas.

Ze zmrożonym sercem i ściętymi lodem źrenicami szedł niespiesznie chodnikiem. Przybliżając każdym krokiem koniec pisanej mu roli. Kwadratowy kształt zatknięty pod podszewkę kurtki obijał mu się boleśnie o żebra. Wydawał się tym faktem lekko poirytowany. Z żalem pomyślał o zasmarkanym i zasikanym dzieciństwie, kiedy podczas każdych świąt bożego narodzenia Przyjaciel biegł radośnie z walącym sercem rozpakowywać prezenty. Myślał o młodości durnej i górnej, kiedy z szaleństwem na wargach pocałował dziewczynę, po czym posiadł ją w krzakach bzu w księżycową jasną noc, przy narkotycznym zapachu kwiatów i z patykiem wbijającym mu się w pupę. Myślał o rozdzierającym pękaniu serca, kiedy widział tę samą dziewczynę całującą innego przyjaciela. Przypominał sobie kiedy niósł hostię za księdzem, jak ukradł tacie gazetę pornograficzną, kiedy po raz pierwszy wydobył ze struny dźwięk tłusty i lepki, pierwszą wódkę uderzającą mu do głowy tęczową, opalizującą fontanną. Cały chodnik zostawiany w tyle za przyjacielem pokryty był jego smutkami i radościami. Teraz zaś szedł zwarty i gotowy, z planem wariata telepiącym mu się między uszami i nie czuł nic.
Nic.
Zupełnie nic.
Żadnego mrowienia w palcach, łaskotania w krzyżu, nieśmiałej erekcji. Odpowiednikiem nastroju przyjaciela były notowania giełdowe z ostatniego wtorku.
- Będzie zwyżkować - mruknął do siebie i powlókł się dalej.

A oni siedzieli zwarci, zbici, w masie twardej i ciemnej. Miękkołydcy intelektualiści omijali ich strumieniem bojaźliwie bystrym. Bo też wszystkie te okulary, długie smukłe palce i wystające obojczyki nijak się miały do twardych pięści, krótkiej połyskliwej szczeciny i tłustych oczu. Od razu widać było kto tu jest na górze, a kto od niej spieprza: z jednej strony umierająca kultura, dekadencka jak konający Rzym, a z drugiej strony barbarzyńcy u bram, zamiast pochodni trzy paski. Wzięli się tutaj z fatalnej pomyłki kontynentów, kręcących się w kółko bez żenady w najbardziej głupich kierunkach. I jak cieśninę Beringa można w szczególnie surowe zimy przebiec truchtem po kruchym lodzie, tak oni weszli i usiedli, a tłum rozstąpił się przed nimi. Usiedli w kącie. Smród machorki zepsuł aromat drogich i szlachetnych papierosów. Poszło w tłum parę gęstych dowcipów ociekających kurwą i cipą, a tłum rozstąpił się jeszcze bardziej. Skazany, Kochanek i Fikołek pochylili się nad szklankami przy najbardziej oddalonym stoliku, plecami do tej której imienia nie wymieniono.
- Coś się popsuło. - zauważyła blada fikołek - nie powinni tutaj przychodzić.
- Fakt, z towarzystwem coś się popsuło Chyba ci goście coś poważnie pomylili.
- Ten taki duży, który siedzi obok chińskiej promocji, podobno jest naprawdę ...Duży. Przyjaciel zdaje się coś od niego chciał - próbował sobie przypomnieć Wirtual.
- Goście zdecydowanie sobie coś pomylili, ale będę ostatnim który im to powie - Skazany pochylił się nad stolikiem - duszę się już od tej machorki.
Obok nich przeszedł smukły intelektualista trzymający się za krwawiący nos, w ręce trzymał rozbite okulary.
- Ty, spójrz, Janka pobili - zapalił się kochanek - Jak mogli pobić Janka? Janka nie można bić, Janek jest nasz.
- No, mówiąc szczerze...
- Co?
- Nigdy go specjalnie nie lubiłem. - Skazany ważył długo słowa - może lepiej że ktoś mu wreszcie wytłumaczył.
- Co wytłumaczył?
- Że go nigdy specjalnie nie lubiłem
Fikołek pociągnęła sprawiedliwy łuk pomarańczowego mętnego i wzięła głęboki oddech, bo to co miała powiedzieć było ze wszech miar ważne.
- Tu zupełnie nie o to chodzi Skazany przez mordę na Sławę, niech ci nazwa lekką będzie. Chodzi o to, że my mamy tutaj rolę do spełnienia, ciążą niczym niechciana ciąża na nas pewne, jak by to, obowiązki. Odpowiedzialność. Odpowiedzialność na nas też ciąży. Mamy słabe, anemiczne członki, ale szybkie, rzutkie skojarzenia i puentę, i dowcip, i bon-mot. I przez ten kontrast, przez to zestawienie, nas właśnie, nas...
- Co nas? - zainteresował się kochanek.
- Nas bić nie wolno. - dokończyła dobitnie fikołek. - bo my się bić nie umiemy.
Ostatnia partia pomarańczowego spotkała wszystko co fikołek wypiła jeszcze tego wieczora i fikołek złapała jazdę.
- Ty spójrz na nią jaka fajna dziewczyna. -kochanek spojrzał w kąt ciemny i fatalny.
W kącie na lewo od pulsującej na ramieniu żyły, obok śmierdzącej wodą "brutal" pachy, w refleksie odbitym od łysej czaszki siedziała chińska promocja. Odwrócona lepszym profilem, bawiła się kasztanowym ( dzisiaj ) lokiem swoich włosów. Profil (lepszy) miała zaskakująco regularny, oczy stały w pół drogi pomiędzy ciepłym wiosennym zachodem słońca a Milesem Davisem w najlepszej formie. Szmaragdowe paznokcie wnosiły lekko drapieżny, koci akcent, kontrapunktował je wzruszający dekolt. Nogi wtrącały nutę sentymentalną i melancholijną. Stópki w zielonych pantofelkach uderzały od niechcenia -pac,pac - o podłogę. Ale i tak wszystko sprowadzały do pierwotnej żądzy wargi, wargi jak wiśnia, wargi jak płomień. Ich linia skręcała każdego obserwatora w grymas bolesny, barwa, faktura, pofałdowanie, pocałować takie wargi to byłby grzech, zbezczeszczenie i potwarz. Pocałować takie wargi mógł talib odłupując mądrą i wiekową głowę Buddy. A właśnie teraz wargi te układały się w delikatny jak westchnienie uśmiech, ironiczny, nieco kpiący, przekorny, a uśmiech krzyczał na całą salę tylko do kochanka.
- Ja nie jestem z nich - wyszeptał kochanek.
- Proszę? - zapytał Skazany.
- Lord Eckersley wszedł na taras swojej luksusowej willi i z zadowoleniem spojrzał na gibkie, opalone ciało swojej kochanki, Julii, leżącej na puszystym ręczniku nad brzegiem basenu. - Fikołek jechała prozą damsko-kobiecą, o zdaniach szczególnie prostych, 3 zł w przejściu podziemnym pod dworcem.
- Zabierz mnie stąd - wyszeptał kochanek.
- O cholera, jest źle- zaniepokoił się Skazany.
- Odstawił na biały, hebanowy stolik kieliszek jego najlepszego wina z prywatnych rodowych winnic i ruszył zdecydowanym krokiem w kierunku opalającej się dziewczyny.
- Jestem taka samotna. Odpędź mój smutek. - jęknął kochanek.
- Kochanek, posłuchaj mnie. Przestań się na nią patrzyć, ona cię hipnotyzuje. Zaraz któryś z nich zauważy...
- Skropił swoje wypielęgnowane dłonie niewielką ilością olejku piżmowego, i począł wcierać w jej pokryte kropelkami potu plecy, mimochodem zdejmując ramiączka od bikini z jej brązowych ramion.
- Jestem tylko dla ciebie - wyszeptał kochanek i nie skończył - bo....
Nie skończył, bo wielki cień przesłonił kochanka, Skazanego i Fikołka na samym końcu, to był naprawdę duży cień.
- Cześć koleś - duża, żylasta ręka podniosła kochanka za klapy marynarki, i kochanek teraz zabawnie majtał nogami. - zauważyłem że patrzyłeś sobie na moją dziewczynę.
- To ja spierdalam - rzucił niezobowiązująco Skazany i faktycznie spierdolił.
- Wtem na taras wskoczył Jose, kochanek kochanki lorda Eckersley. "Ty arystokratyczna świnio "rzucił mu w twarz "Uczyniłeś moją plebejską wybrankę serca swoją nałożnicą, lecz tej ohydzie położę teraz kres." Julia zalała się łzami "Och, Jose, to nie tak."
- Masz jakieś imię, koleś? Czy po prostu mam ci wypisać zapalniczką na czole "Grób nieznanego żołnierza".
- Sir Walter niespodziewanie dobył pistoletu który zawsze nosił przy sobie na specjalnych szelkach. Huknęły dwa strzały i Jose Antonio, brocząc krwią i rzężąc, zwalił się na taras willi. Julia krzyknęła :"Jose! Najdroższy!"
- Moje imię jest Legion - powiedział kochanek i obejrzał się za siebie licząc na poparcie skazanego. Skazany świecił nieobecnością. - bo....kurczę, ale nas mało.
Dostał dwa razy w twarz, raz z zamachu w miękkie, zgiął się i wtedy dostał jeszcze raz z łokcia. Gruchnął twarzą w posadzkę, poczuł jak w jego nosie pęka coś kruchego i jak skurwysyn bolesnego, i skulił się we własnym prywatnym uniwersum cierpienia. Kątem oka dostrzegł Chińską promocję, jak subtelnymi, tanecznymi krokami zbliżyła się do niego.
- Bohaterze, stanąłeś w mojej obronie - wystękał z wysiłkiem kochanek -dlatego teraz...dlatego teraz...
- Chodź idziemy stąd - wzięła Dużego pod rękę - tutaj jest jakoś drętwo.
- Już idę kochanie, - wysapał duży - tylko sobie jeszcze raz kopnę.
- To kopnij sobie jeszcze raz i chodźmy.
- Dlatego stanę ci teraz obcasem na rękę. - stwierdził kochanek ze łzami bólu w oczach patrząc na obcas Promocji wbity w swój przegub.
- I żyli długo i szczęśliwie - powiedziała fikołek beznamiętnie, zbladła jeszcze bardziej i straciła przytomność.

Promocja czekała przy wyjściu, nerwowo poprawiając delikatny jak sen nocy leniej makijaż Za drzwiami kochanek zabawnie kwiczał za każdym razem kiedy obcas dużego wbijał mu się w żołądek. Impreza, choć drętwa, zdradzał pewne obszary komizmu, pomimo wszystko promocja była nią już nieco zmęczona. Poczuła za swoimi plecami ciemną obecność, więc skinęła zniecierpliwiona głową:
- Chodźmy nareszcie...- kiedy zauważyła Przyjaciela.
Przyjaciel stał nieruchomo, trzymając prawą rękę w kieszeniach skórzanej kurtki i paląc papierosa. W ogóle nieruchawe stwarzał wrażenie, tak jakby już tak stał od kilku godzin. Ale za to wyglądał naprawdę dobrze, jak tak sobie stał i palił, takie pomieszanie żula z naprawdę modnym, gangowym chłopcem, menel w ciuchach od Diora. Promocja poczuła się zaniepokojona.
- No co się tak patrzysz?
Przyjaciel zaciągnął się papierosem i nic nie powiedział. Melancholijne kąciki ust promocji uniosły się nieco, a w zielonych jak trucizna oczach pojawił się błysk lekkiego rozbawienia.
- Więc ty też? Tak sobie po prostu stoisz i myślisz sobie że uda ci się to co nie udało się tysiącom innych mężczyzn?
Przyjaciel bez zaangażowania emocjonalnego skończył tego swojego głupiego papierosa i przez chwilę szukał oczami popielniczki. Ostatecznie położył go ostrożnie na ziemi. Promocja nie zwracała na niego uwagi. Wcierała w swoje błyszczące wargi krem nawilżający.
- Wiesz, jak już przyszedłeś to coś ci opowiem. Żyjemy w coraz bardziej karlejących czasach. Dawniej mężczyźni porywali mnie z piskiem opon, wyciem syren policyjnych, wynosili przez okno, wyskakiwali z płonącego wieżowca. Śmierdzieli potem i prochem, niektórzy rzucali od niechcenia genialne teksty. Inni, przeciwnie, w ogóle się nie odzywali. Ale wszyscy bez wyjątku mnie potem pieprzyli, niektórzy romantycznie przy świecach i muzyce. Inni, przeciwnie, brali mnie szybko na sianie i biegli dalej przeżywać swoje przygody. Ale za to niektórzy ginęli potem od kul, zdążywszy tylko wyszeptać moje imię. Inni, przeciwnie, konali z nożem w piersi, albo walili się pod stół. z trucizną w żyłach. Niektórzy skonali szybko i bezboleśnie. Inni, przeciwnie, męczyli się tygodniami. Ale koniec kolego, został już dawno napisany. Tak że nie chciałabym ci zepsuć całego wieczoru.
Przyjaciel zdradzał pewne znużenie tym monologiem. Spojrzał na zegarek.
- Pani pozwoli? Zamierzam panią porwać.
- Oczywiście, że zamierzasz. A ja pozwolę. Przynajmniej przez jakiś czas, dopóki nie zacznie być nudno.- zniecierpliwiona odgarnęła włosy z czoła - no, zaczynaj.
- Promocjo...- zaczął i urwał.
- W takich wypadkach mówi się cos specjalnego "powtórzył w myślach posłusznie za Tołstojem. Lecz ani rusz nie mógł sobie przypomnieć co się właściwie wtedy mówi. Spojrzał na nią. Przysunęła się bliżej, a jej twarz się zarumieniła. Chciał schylić się nad jej ręką, aby ją pocałować, lecz Promocja szybkim i nagłym ruchem głowy przechwyciła jego wargi i przycisnęła je do swoich ust. "teraz już za późno wszystko skończone! Jak ja jej nie kocham!" pomyślał przyjaciel.
- Je vous aime - rzekł przypomniawszy sobie nagle co się mówi w takich wypadkach, lecz słowa zabrzmiały tak ubogo, że się zawstydził. Skamlenie kochanka z wewnątrz przycichło, więc przyjaciel wziął zdecydowanym ruchem rękę promocji w swoją i pociągnął ja za sobą w ciemność. Ręka promocji paliła żywym ogniem, przyjaciel czuł jakby trzymał w ręce płonącą salamandrę, a od palców odchodziło mu żywe mięso. W płucach czuł jednak cały czas przenikliwy chłód. A wewnątrz, pod kurtką, pod paczuszką dużego, pod swetrem, pod modnym podkoszulkiem, pod chudą klatka piersiową, pod żebrami, pod sercem, czuł taką zamrożoną grudkę, bryłkę, uwierała go i nie dawała spokoju. Z warg zlizywał trującą, pachnącą fiołkami ślinę promocji.

Data:

 2002

Podpis:

 WilliamBlake

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=17645

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl