DRUKUJ

 

Anioł na oddziale furiatów, część 5

Publikacja:

 05-06-15

Autor:

 jak_deszcz
Niczym w jakimś dziwnym śnie, nie panując nad sobą, zaciągnąłem dziewczynkę do swojego gabinetu, zamknąłem drzwi i pchnąłem ją na rozległą kanapę. Zerwała się z miejsca, krzycząc i płacząc na zmianę, uderzała zaciśniętymi piąstkami w szybę.
Nikt nie słyszał jak Zosia woła o pomoc.
Wyjrzałem z za zasłoniętych żaluzji, po czym spokojnie, bez pośpiechu otworzyłem szufladę. Odwróciłem się trzymając w ręku kilka małych, zielonych tabletek. Stałem na drugim końcu gabinetu przypatrując się słodkiej zdobyczy. Zamarła w bezruchu, z wyrazem niemego przerażenia. Między trawiastą zielenią, dostrzegłem coś dziwnego... zaskoczenie? Zosieńka nie spodziewała się chyba, że ktokolwiek może zrobić jej coś złego. Uśmiechnąłem się: Patrzyłem na dziewczynkę, obmacywałem wzrokiem jej falujące piersi, głaskałem po gołych nóżkach. W jednej chwili, role odwróciły się: teraz to ona była zabawką w moich rękach, a tym gorzej dla niej, że ja akurat chciałem się bawić.
Syciłem się widokiem spłoszonej sarenki dość długo, aż wkońcu nie wytrzymałem i podszedłem bliżej. Nie ruszyła się z kanapy, nie zrobiła kroku w stronę drzwi, nie krzyknęła. Cały strach skupił się teraz w jej oczach, ciałko rozdrżało się jeszcze bardziej, źrenice rozszerzyły się. Byłem panem sytuacji. Delikatnie dotknąłem jej skroni. Powoli, z namaszczeniem wgłaskałem się w kasztanowe kosmyki, aby nagle szarpnąć mocniej, zacisnąć dłoń na lśniących puklach i odgarnąć główkę Zosi do tyłu. Opuszkami palców drugiej dłoni, połaskotałem jej lekko rozchylone usta, po czym dwoma palcami zanurkowałem w jej ślicznej buźce. Pobyłem tam chwile, dając poczuć Zosieńce chłód trzech małych tabletek.
-Połknij.- powiedziałem czułym tonem.
Zielone oczka zwilgotniały gwałtownie.
- Połknij kochanie, jeśli nie chcesz mnie zdenerwować – powtórzyłem polecenie, wciąż uśmiechając się przyjaźnie.
Dziewczynka opuściła powieki. Ujrzałem potoczki lśniących łez, poczułem ich ciepło na dłoniach.
Och Zosieńko! Czy kiedyś wybaczysz mi, pożar jaki wtedy wybuchł w moim wnętrzu?!
Moje ciało przejęło dowództwo, nad magisterskim umysłem i całkowicie straciłem panowanie.
Brutalnie odwróciłem Zofijkę tyłem do siebie, tak, że klęczała na kanapie, z głową ułożoną na oparciu. Moje wielkie łapska, doskonale radziły sobie z kruchą konstrukcją dziewczynki; jedną dłonią przytrzymałem jej rączki na plecach, drugą sięgnąłem po kabel walający mi się od kilku dni po biurku i mocno związałem ręce aniołka. Własnym krawatem stłumiłem jej krzyki, po czym zacząłem przyglądać się swojemu dziełu. Była moja.
Nie jestem w stanie opisać, jak cudownie wyglądały pośladki Zosieńki, jak kusząco brzmiał jej przyspieszony oddech. Wszystko było w niej tak piękne, naturalne i nienaruszone. Nim dotknąłem jej lekko brązowej skóry, zawahałem się. Kilkakrotnie zatrzymywałem dłoń w powietrzu, aż wkońcu spoczęła na uroczym wzniesieniu, rozkoszując się jego ciepłem. W tej właśnie chwili, dziewczynka jęknęła żałośnie, po czym rozpłakała się. Płakała odkąd ją złapałem, ale tym razem był to płacz zupełnie inny.
Słyszałem wyraźnie, jak przedziera się przezeń dziecko. Powietrze wypełniło się niewinnością i rozżaleniem do tego stopnia, że nie mogłem oddychać.
Co ja zrobiłem?!
Pospiesznie uwolniłem Zofijkę, postawiłem ją tuż przed sobą, oparłem dłonie na jej ramionach i przyglądałem się, jak ze słabego ciałka uchodzi życie.
Blada i rozdygotana, z trudem utrzymywała się w pozycji pionowej. Odsunąłem się, z przerażeniem. Patrzyła na mnie z wyrazem zdumienia i niewiarygodnego żalu, wciąż szybko oddychając. Kręciła powoli głową, jak gdyby nie mogąc uwierzyć w to, co przed chwilą zaszło. Jeszcze sekunda i tylko skrawek białej tkaniny mignął mi przed oczami. Wyszedłem za nią. Na oddziale nadal panował bałagan. Zosieńka przedzierała się pomiędzy ludźmi potykając się niezdarnie. Na końcu korytarza, w drzwiach sali 12 kilku sanitariuszy próbowało wciągnąć Majewskiego w szpony prądu.
- Zosiu! – krzyknął Michał.
W jego głosie, słychać było chęć wyjaśnienia czegoś, pomieszaną z rezygnacją i z niewyobrażalnym smutkiem.
Dziewczynka zacisnęła powieki i wybiegła z oddziału.
Zobojętniały nagle pacjent bez oporu dał wprowadzić się do dwunastej sali.
Majewski doszedł do siebie po jakiś trzech tygodniach. Jak na zaaplikowaną mu ilość prądu, to naprawdę bardzo szybko. Zwiększyłem mu dawkę leków. Chodził nerwowy i strapiony. Był cieniem człowieka. Wychudły, blady, dokuczał sanitariuszom i ciągle wdawał się w bójki. Jego księżniczka zniknęła. Mijały dni, tygodnie, a ona wciąż się nie pojawiała... Martwiłem się. Czy Zosia opowie komuś, co wydarzyło się w moim gabinecie? A może... Och, jak się bałem! A może nie ma już Zosieńki? Na opuszkach palców, ciągle czułem jej miękkość, oddział przestała wypełniać woń leków, zdawało się że wszystko pachnie skórą Zosi... Czasem, z bezradności kładłem się na trawie. Przyglądałem się gałęziom drzew, patrzyłem jak igra w nich Słońce, tak jak kiedyś w Zosieńki włosach. Dlaczego Zosiu, dlaczego musisz być tak piękna?
Każdego wtorku, siadałem na kanapie przed gabinetem i czekałem. Michał już nie.
Może to i lepiej że dziewczynka nie przychodziła. Tak Zosieńko, na pewno nie chciałabyś widzieć jak Twój mężczyzna więdnie.
Majewski, naszpikowany lekami, całe dnie spędzał w łóżku. Nieruchome oczy wpatrywały się w sufit, wyschnięte usta poruszały się bezgłośnie.
Przepraszam Zosiu.

Data:

 czerwiec

Podpis:

 jak_deszcz

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=16243

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl