DRUKUJ

 

Anioł na oddziale furiatów, część 4

Publikacja:

 05-06-12

Autor:

 jak_deszcz
Nadeszła niedziela, a wraz z nią nowe lęki i niepokoje. Majewski miał być o 14. Była 9.45 a ja przechadzałem się od drzwi do okna, przypatrując się z uwagą czubkom swoich butów. Nie mogłem się doczekać, a jednocześnie bałem się. Wolałbym aby Zosia nigdy nie pojawiła się w moim życiu, ale było już za późno. Zofijka podstępnie zawładnęła moją duszą, moim sercem i umysłem. Stałem się jej własnością. Och, jakże jestem słaby...
O 12.30 rozległo się pukanie. Gwałtownie naciśnięta klamka sygnalizowała nadejście siostry Emilii.
Nie mam pojęcia po co puka. Siostra Emilia nigdy nie czeka na odpowiedź.
- Doktorze, piętro niżej mamy mały kłopot. Zginęło kilka opakowań Stilnoxu, potrzebujemy pańskiej pomocy. – powiedziała Emilia, zaciskając swoje i tak już wąskie usta w taki sposób, że zniknęły całkowicie
- Mam dziś rozmowę z pacjentem... – odparłem niepewnie
- Zajmę się tym.
- Proszę zejść na dół...- dodała błagalnym tonem.
Nie miałem wyjścia.
Wróciłem kilka godzin później. Siostra Emilia faktycznie zajęła się wszystkim. Przełożyła wizytę Majewskiego na wtorek, przeprosiła za zamieszanie i obiecała że sama zajmie się pacjentem, a mi odda starannie spisany raport.
Ach jak to miło z pani strony, pani Dupilio. Ależ byłem wkurzony.
Popołudnie minęło bez większych rewelacji. Szpital był pusty. Zielone tereny naszego szpitala, obsypane gdzieniegdzie czerwonymi tulipanami kusiły nawet Roślinność. Sanitariusze i młodsze pielęgniarki zajmowały się pacjentami, natomiast ja siedziałem na korytarzu, robiąc samolociki z porozrzucanych kawałków papieru. Na co czekałem?
W poniedziałek, po obiedzie zakradłem się do sali, gdzie spał Majewski. Zamknąłem drzwi. Chwilę walczyłem z sobą, po czym ostrożnie otworzyłem jego szafkę.
-To wariactwo. – pomyślałem przeszukując kolejne szuflady.
Pod stertą ołówków, kredek i pustych kartek, znalazłem cienką, fioletową teczkę. Serce zabiło mi z zawrotną prędkością, kiedy drżącymi dłońmi, dotykałem szarej twarzyczki Zosi, na której jedynym barwnym elementem były oczy. Zaznaczone soczyście zieloną pastelą, mimo iż narysowane niezwykle dokładnie, nie mogły równać się z ich prawdziwą, świetliście połyskującą wersją. Inne rysunki, także przedstawiały Zosię. Mogłem podziwiać Zosieńkę smutną, Zosieńkę zdziwioną, Zosieńkę wśród kwiatów, a nawet Zosieńkę spoczywającą z zamkniętymi oczkami w białej pościeli. Och, jakże bolesne było zetknięcie opuszków moich palców, z szorstką powierzchnią kartki! Dotykałem ust dziewczynki, dotykałem jej włosów, skóry... Wszystko tak samo zimne! Wybiegłem ze szpitala. Nie chciałem już nic widzieć, słyszeć, ani czuć. Zatrzymałem się dopiero przy ogrodzeniu. Zaszczyciłem je swoimi plecami, zamknąłem oczy i dysząc ciężko, próbowałem wyrwać się szponom pożądania.
- To jest chore. – powtarzałem sobie.
Z samego rana, postanowiłem sobie, że już nigdy nie spojrzę na Zosię.
Przed południem, poszedłem po Majewskiego. Przez ostatnie dni, zaniedbałem kilka spraw, a więc zacząłem dostrzegać pozytywne strony pomysłu siostry Emilii.
W trójkę ustaliliśmy, że terapia indywidualna odbędzie się dziś w obszernej, oszklonej sali. Jej okna wychodziły na korytarz, jednak pacjenci i personel spędzali czas w parku i uznaliśmy że nie będzie przeszkód do swobodnej rozmowy. Dodatkową zaletą było to, że mogłem przypatrywać się Emilii i Michałowi ze swojego gabinetu.
Drzwi zamknęły się, pacjent i lekarka usiedli po przeciwnych stronach biurka. Ja zasiadłem w fotelu, tak, że widziałem plecy Majewskiego.
Uzupełniałem dokumenty, zerkając co jakiś czas przez szybę, do białej sali. W pewnym momencie, zauważyłem, że spokojna z początku rozmowa, staje się coraz ostrzejsza.
Widziałem jak Majewski wstaje, widziałem jego gwałtowne kroki, uderzenia pięścią w biurko, patrzyłem na zmarszczone czoło Emilii, zmrużone oczy, dłoń zaciśniętą na długopisie. Majewski tracił nad sobą panowanie. Lekarka wiedziała o tym, ale uparcie drążyła drażniący pacjenta temat. Sprawy nie mogły potoczyć się inaczej.
Wstałem z fotela i z otwartymi ustami przyglądałem się nagłemu potokowi wydarzeń:
- NIE MUSZĘ ODPOWIADAĆ!! – krzyczał pacjent, tak głośno, że słyszałem go przez tłumiące dźwięk szyby.
- Jest pan tutaj, na przymusowym leczeniu, musimy wiedzieć takie rzeczy!
- NIE MUSZĘ, WY NIC NIE ROZUMIECIE, NIE MACIE POJĘCIA...
- Proszę usiąść. Zachowujmy się jak cywilizowani ludzie. – Emilia próbowała nadać swojemu głosowi swą zwyczajną, surową barwę, jednak przedarła się weń nuta strachu.
Majewski jednym ruchem potężnych ramion, przewrócił biurko.
- NIKT NIE BĘDZIE MÓWIŁ MI CO MAM ROBIĆ, TO NIE TWOJE SPRAWY, ZOSTAWCE MNIE WSZYSCY!!
Upadł na kolana, zasłonił dłońmi głowę.
Sięgnąłem do szafki, po strzykawkę. Dookoła zebrali się zaciekawieni pacjenci. Wybiegłem z gabinetu, z dawką leku uspokajającego, zrobiłem kilka kroków i stanąłem jak wryty.
Wśród wariatów, wśród oklasków i nerwowego śmiechu, w środku całego zgiełku, jaki nagle zapanował na oddziale, stała Zosieńka. Widziałem z daleka białą sukienkę, wypełnione wiatrem włosy, widziałem, unoszącą się wokół niej delikatną poświatę. Jakąś tajemniczą mocą, zmusiła mnie do upuszczenia strzykawki, sprawiła, że znów zapomniałem o oddechu... Ach, niewinna istoto, budzisz we mnie najgorsze instynkty!
Z letargu wyrwał mnie jej cichy okrzyk, który stłumiła niezwłocznie maleńkimi dłońmi. Spojrzałem do oszklonej sali i krzyknąłem także:
Szyba, dokładnie naprzeciwko Zosieńki, zalana czerwoną cieczą, głowa lekarki, miarowo uderzająca w chłodną powierzchnie, wielka sylwetka Majewskiego, przytrzymująca miotającą się resztkami sił kobietę. Odzyskałem władzę w nogach. Do sali wkroczyli sanitariusze. Moim zadaniem było uspokojenie pozostałych czubków. Zacząłem zaganiać do sal, rozkrzyczanych, podnieconych wariatów. Bezskutecznie. Mój wzrok mimowolnie przeniósł się na dziewczynkę. Stała nieruchomo, na ugiętych kolanach, z dłonią przy ustach, ze strachem wymalowanym na ślicznej twarzyczce. Zostawiłem wszystko i ruszyłem prosto ku niej. Zosiu! Jaką niewyobrażalną siłą, przyciągałaś mnie wtedy ku sobie! Nie zdając sobie nawet sprawy z tego co robię, pewnym ruchem przygarnąłem drżące ciałko do siebie. Spragnione dłonie rozpoczęły łapczywą wędrówkę, wplątując się w brązowe kosmyki, sunąc zdradliwie ku pośladkom, głaskając delikatne ramiona.
- Zosieńko! Och, moja mała księżniczko, aniołku... – szeptałem w dzikim podnieceniu, ignorując szarpnięcia i rozpaczliwe próby ucieczki Zofijki. Próbowała krzyczeć, kopała mnie, biła wiotkimi rączętami... Nie miała szans.

Data:

 czerwiec

Podpis:

 jak_deszcz

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=16141

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl