DRUKUJ

 

Anioł na oddziale furiatów, część 3

Publikacja:

 05-06-08

Autor:

 jak_deszcz
Przecież w niedziele, panu Majewskiemu wypadała terapia indywidualna! Zosia z całą pewnością była ważną, jeśli nie najważniejszą częścią życia Majewskiego, nie może być, że nie opowie mi o niej.
Nie wiem co się ze mną dzieje.
- Jestem lekarzem – powiedziałem do siebie w myślach.
- Jestem szanowanym psychiatrą, a moim zadaniem jest pomóc Michałowi Majewskiemu.
Powtórzyłem to zdanie kilka razy.
Muszę wziąć się w garść, ta mała nie może mną zawładnąć, ona należy do kogoś innego...
Miałem łzy w oczach.
Nawet jeśli Zosieńka byłaby niczyją, nie mogłaby zostać moją. Mam 33 lata, żonę, dziecko w drodze. Zosia to też jeszcze dziecko. Moja mała Zofijka, mój anioł, moja nimfetka...
Nie moja.
Ktoś pukał. Otarłem pospiesznie kilka pogubionych łez, które nieopatrznie wydostały się na zewnątrz, będąc świadectwem mojej słabości, uległości wobec kruchej, delikatnej istotki.
- Doktorze, pacjent Narutowicz odmawia przyjęcia leków... – siostra Emilia, zniecierpliwiona czekaniem, ściągnęła mnie wkońcu na ziemię.
- Ekhm... już idę... przepraszam za zwłokę... – odparłem, unikając jej spojrzenia. Bałem się. Nikt nie może odkryć mojej fascynacji Zosieńką.
Szedłem, dość nieprzytomny. Korytarz wydawał mi się niemiłosiernie długi, byłem pewien że minęło z dwie godziny, zanim doszedłem do okienka pielęgniarek, gdzie wydawane były leki. Rozejrzałem się. Narutowicz, przytrzymywany przez dwóch rosłych sanitariuszy napinał mięśnie, miotał się i rzucał obelgami. Niebieskie żyły pulsowały mu na skroniach, kontrastując z zaczerwienioną w przypływie emocji twarzą. Ależ byłem poirytowany! Ten palant nie interesował mnie zupełnie. Co ja tu robię? Na ziemię zstąpiły anioły, a ja tkwię wśród czubków.
Nakazałem sanitariuszom, by zaprowadzili pacjenta do pokoju 12. Każdy wiedział co to oznacza. Skazałem Narutowicza na serię elektrowstrząsów, dzięki którym cały oddział będzie miał go z głowy, co najmniej na kilka dni.
Wiedziałem, że akurat w tym przypadku, nie było to konieczne, ale cholera jasna, mam przecież ważniejsze sprawy, niż lęki i paranoje Narutowicza!
Cały personel przyglądał mi się niepewnie. Histeryk narobił zamieszania, pacjenci powychodzili ze swoich sal i świetlicy, aby przyjrzeć się wydarzeniu. Dla nikogo nie było to nic nadzwyczajnego, tym bardziej nic fajnego, jednak ani siostra Emilia, ani żaden z pacjentów za nic nie przegapiłby widowiska. Może to zwykła nuda, a może to samo co zmusza człowieka do patrzenia na zwłoki zmasakrowane po wypadku samochodowym...
Wróciłem do gabinetu z zamiarem uprzątnięcia papierów. Z całej siły odganiałem się od natrętnych myśli, lecz zmysły nie dawały mi spokoju; widziałem rozwiane włosy Zosieńki, czułem jej delikatny zapach, słyszałem kroki dziewczynki... Och Zosiu! Ty mała złodziejko, już jestem Twój!
Wykonałem w pośpiechu kilka telefonów i wróciłem do domu, gdzie nic nie było już takie jak przedtem.
Kolejne dni, spędziłem spacerując po alejkach szpitalnego parku. Zrobiło się ciepło, więc postanowiliśmy udostępnić go chorym. Majewski w wolnym czasie, wylegiwał się na trawie, nie zwracając na nic uwagi. Nikt nigdy nie pomyślałby, że jest furiatem.
Przechodziłem właśnie obok fontanny, kiedy Michał podbiegł do mnie.
- Dzień dobry panu- przywitał się
- Dzień dobry – odpowiedziałem, unosząc brwi. Pacjenci rzadko ze mną rozmawiają.
- Ja... to znaczy... pamięta pan, dziewczynkę... biała spódniczka, ciemne włosy... ta, która odwiedza mnie... ?
Czy pamiętam?! Czyż to właśnie nie ta biała spódniczka, niczym ciężka zasłona, co noc odgradza mnie od krainy snów?! Czyż nie o niej marzę każdego chłodnego poranka, czy gorącymi popołudniami nie pragnę właśnie jej?!
Ściągnąłem brwi.
- Hmm... powiedzmy że pamiętam, co z nią? – spytałem, siląc się na poważny, rzeczowy ton.
- Bo wie pan... ona... ona jest bardzo zajęta, i... czy nie mogłaby przychodzić tu w inny dzień? Powiedzmy w poniedziałek??
Po mojemu, Zosieńka mogłaby przychodzić codziennie. Po mojemu, Zosieńka mogłaby tu nocować.
- Przykro mi. – odparłem – zgodnie z regulaminem, pacjenci mogą przyjmować gości jedynie we wtorki.
- Ojej, przecież jedna mała dziewczynka nie będzie nikomu przeszkadzać- zdenerwował się Michał
- Takie są zasady...
Spojrzał na mnie z wyrzutem, i odszedł. A ja... byłem z siebie cholernie zadowolony.
Noce były dziwne. Tuż przed zaśnięciem, kiedy już miałem odpływać, coś silnego podrywało mnie ze snu. Siadałem na brzegu łóżka, rozglądając się ze strachem. Czułem, jakby była tuż obok, falująca pod wpływem letniego wiatru zasłona, przypominała mi zwiewną spódniczkę. Podchodziłem wtedy bliżej, pozwalając delikatnej tkaninie oplatać mnie, zamykałem oczy, przywołując twarz Zosi... Otwierając je, widziałem gwiazdy. Miliony małych, migocących punkcików, miliony małych oszustek, sprytnie udających oczęta mojej królewny, wprawiały mnie w trans.
Całą wieczność mógłbym w ten sposób oszukiwać zmysły, ale bałem się o Zosieńkę. Igranie z naturą nie zaspokajało mnie, a wręcz przeciwnie. Mój apetyt rósł.

Data:

 kilka dni temu

Podpis:

 jak_deszcz

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=16039

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl