DRUKUJ

 

Historyczny historyk

Publikacja:

 05-04-29

Autor:

 Judoka
,, Historyczny Historyk”

I

Memento, salutis Auctor
Quod nostri quondam corporis,
Ex illibata virgine
Nascendo, formam sumpseris.
Maria mater gratiae,
Mater misericordiae,
Tu nos ab hoste protege,
Et hora mortis suscipe...

- Bracie...bracie!
Łysawy zakonnik zbudził się tak raptownie ,iż spadł mu kaptur z głowy. Rozejrzał się zaspanym wzrokiem w koło siebie.
- Ja nie śpię bracie Wicie.
- Właśnie widzę...
Po kaplicy rozległo się ciche amen, stanowiące zakończenie modłów. Sala kościelna była średnich rozmiarów. Przez okna zdobione witrażami z wizerunkami biblijnych postaci, wpadały cienkie smugi światła. Drewniany rząd ław stał pośrodku pomieszczenia, tarasując swobodne przejście do tabernakulum. Jedynym spowitym mrokiem miejscem, był stojący w kącie konfesjonał.
Wit zaczekał aż inni zakonnicy opuszczą kaplicę, po czym powiedział do przyjaciela
- Mówiłem Ci żebyś nie czytał wczoraj w nocy kronik Thietmara.
- Co czytam jest moją sprawą.
- Skoro tak uważasz. Ale pamiętaj- już raz chcieli cię usunąć z bractwa. Zasypianie na mszach nie jest tu mile widziane.
Przyjaciel Wita zamilkł. Nie był on wysokim człowiekiem. Jego zakonne szaty zwisały na nim jak na szkielecie. Długi haczykowaty nos kończył się tam, gdzie początek brały wyschnięte usta.
- Może masz rację- zaczął po chwili ciszy- Jednak wierz mi- to co piszą w tych księgach jest niesamowicie ciekawe...
- Galu!- przerwał mu czyjś tubalny głos.
Obydwoje zadarli głowy do góry, by ujrzeć potężną postać.
- Mam imię ojcze Janie.
- Dla mnie jesteś anonimem. Opat prosił mnie bym cię do niego przyprowadził.
Gal przełknął ślinę.
- Opat?- spytał.
- Tak właśnie on i pośpiesz się. Nie mam czasu na takie głupoty.
Mnich wstał, rzucił przelotne spojrzenie na zasmuconą twarz kompana, po czym ruszył za Janem.
,, Boże” pomyślał ,, Mniej mnie w opiece”.

II
Po paru minutowym spacerze klasztornymi korytarzami dotarli wreszcie na miejsce. Przed zakonnikiem stanęły mosiężne drzwi, niemal dorównujące wielkością bramie zakonnej.
- Opat czeka- rzekł Jan, po czym odszedł pośpiesznie studiując jakieś zapiski.
Uchylił delikatnie wrota i wślizgnął się do środka. W pomieszczeniu pachniało kurzem. Regały, mnóstwo starych regałów, półek i biblioteczek stało pod ścianami po brzegi wypchane książkami.
Niewielkie lufciki nieco rozjaśniały ciemności. Brak odpowiedniej liczby okien rekompensowały liczne świeczniki. Naprzeciwko niego znajdowało się spróchniałe biurko, a za nim tęga osoba opata. Splatając ręce na swym wydatnym brzuchu spojrzał badawczo na przybyłego mnicha.
- Witam brata Gala. Proszę usiąść- mówiąc to jakże łagodnym głosem, wskazał na stojące nieopodal krzesło.
Chciał coś powiedzieć, tłumaczyć się że zasnął przez przypadek, iż nie chciał (przede wszystkim pragnął zwrócić uwagę na to że ma imię) lecz rozsądek wziął górę. Usiadł bez słowa.
- Czy wie brat, dlaczego go sprowadzam?
Pokręcił przecząco głową.
- A może się jednak domyślasz?
- Chodzi o te kroniki?
Opat wstał.
- Kroniki- rzekł wyjmując z drewnianego kuferka zwoje- roczniki, teksty źródłowe, i inne dowody świadczące o przeszłości. Wystarczy?- spytał rzucając pod nogi mnicha woluminy.
- To są moje rzeczy.
- No właśnie: twoje. Wiesz dobrze, że nam ludziom w służbie Zbawiciela nie można posiadać niczego na własność. Do tego dochodzi też sprawa twoich notorycznych drzemek podczas modlitw i wiele innych spraw.
- Na przykład?
- A mam przypomnieć bratu, za co ostatnim razem nie został omal wydalony z zakonu?
- Nie, nie trzeba. Pamiętam- powiedział pośpiesznie- Ale niech ekscelencja zrozumie- to co piszą w tych księgach jest niesamowite. Dowiadywać się jak żyli inni, jak...
- Jak tracić czas przeznaczony na modlitwę- dokończył- Te zapiski zostaną u mnie. Powtarzam ci po raz drugi: Zobowiązałeś się do ślubów ubóstwa. Nie możesz mieć niczego na własność.
- Opat też się zobowiązał, a nikt nie zabrania mu posiadać książek.
Nastała chwila ciszy.
- Ja to co innego. Zresztą zajmij się lepiej medytacją niż cudzymi sprawami, jeśli chcesz tu zostać.
- Tak ekscelencjo.
- Jest jeszcze jedna sprawa- tu ściszył głos- Jutro przybywa do nas rzymski inkwizytor, brat Konfucjusz.
- Ten Konfucjusz?
- Ten brat, czcigodny, ekscelencja, inkwizytor Konfucjusz- poprawił go opat- Przybędzie do Werony sprawdzić jak ma się nasz benedyktyński zakon. Jego pozytywna opinia może zmieniła by, zdanie papieża o nas.
- A jakie zdanie ma o nas papież?
- Przez twój ostatni wyczyn nienajlepsze.
Gal zamilkł.
- Nie będziesz brał udziału we mszy, ani w uroczystościach. Twoim jedynym zadaniem będzie zadzwonić dzwonem z wieży Kościelnej pod koniec obrzędów. Do pomocy wyznaczę ci brata Wita. Zrozumiałeś?

- Tak ekscelencjo.
- Wszystko ma być jak należy. Żadnych wybryków. Tak?
- Tak ekscelencjo.
Benedyktyn wstał i zwrócił się ku drzwiom.
- Bracie Galu?
- Słucham?
- Memento mori.
- Amen.

III

Słońce tego dnia grzało wyjątkowo przyjemnie. Niebo było prawie bezchmurne, natomiast wietrzyk tak lekki i ciepły, że aż przyjemny. Po wąskich uliczkach Werony przechadzali się przechodnie, na rynku kupcy zachwalali swe towary, a żebracy gromadzili się w ciemnych zaułkach przeszukując sterty śmieci.
Gal z Witem przybyli pod wieżę kościelną. Weszli na przed ostatni poziom, z którego mimo wszystko był najlepszy widok na okolicę.
- Msza skończy się niedługo. Z tego co mi mówiono wszystko idzie jak najlepiej. Inkwizytor jest zadowolony- odezwał się Wit patrząc na salę modlitw
- Od tego zależy mój pobyt tutaj. Póki nie wyjdą pomódlmy się.
Uklękli. Ten dzień był naprawdę wyjątkowo przyjemny. Nic nie zapowiadało problemów...
Niebawem kapłani zaczęli opuszczać świątynię.
- Czas uruchomić te dzwony- powiedział Gal otwierając wejście na najwyższe piętro.
Weszli pośpiesznie. Na samej górze wiało jeszcze przyjemniej, gdyż ten poziom nie miał ścian a jedynie balustradę.
Jedyne co tam się znajdowało to dziurawy dach, wielki mosiężny dzwon i liny służące do poruszania nim. Większość zakonników wyszła już na dziedziniec klasztorny. Złapali za gruby sznur, po czym zaczęli ciągnąć za niego rytmicznie. Po okolicy rozległo się melodyjne ,,din-don”.
- Słyszysz to?- spytał Wit po paru minutach.
- Dzwonienie? Nawet głuchy by usłyszał dźwięk tej kupy mosiądzu.
- Nie chodzi mi o to. Słyszysz bzyczenie?
Spojrzeli na strop dachu. Nad ich głowami znajdował się wielki rój pszczół.

* * *
- Tak bracie Konfucjuszu, klasztor ma się dobrze- powiedział uniżenie acz poważnie opat.
Spacerowali powoli dziedzińcem.
- I rozliczyłeś się z lokalnymi władzami? Z komuną miejską?
- Tak Inkwizytorze zakon nie ma długów.
Konfucjusz zadarł głowę do góry gdzie wznosiła się wieża kościelna.
- Opacie?
- Słucham ekscelencjo?
- Czy dzwon waszej wieży zawsze kołysze się z takim rozmachem?
Opat zbladł.
- Przeważnie bracie....przeważnie.

* * *
- Zabierz je ode mnie!- krzyknął Gal próbując zdmuchnąć parę pszczół ze swego ramienia.
- Jak?! Przecież nie puszczę dzwonu!
- Puszczaj! Ja sam dam radę.
Wit rzucił się do drewnianej balustrady. Oderwał z niej kawałek deski, a następnie z całej siły cisnął w rój. Rozszalała zgraja pszczół poszybowała prosto na dziedziniec. Wbrew wszelkim zapewnieniom Gal nie dał rady. Sześćdziesięciokilogramowy dzwon przeważył, wyrywając mu sznur z ręki. Spadł na dół niszcząc przy tym nieco niektóre z pięter wieży. Na chwilę zapadła grobowa cisza i dało się słyszeć jedynie krzyk zakonników. Wit i Gal spojrzeli przerażeni na dziedziniec. Na piekło które się tam rozpętało.

* * *

To nie był szczęśliwy dzień dla opata. A jeszcze mniej dla Inkwizytora. Naczelny klasztoru nie zdołał ostrzec Konfucjusza przed nadlatującym ,,pociskiem”. Był zbyt zajęty małymi, bzyczącymi owadami, które właśnie penetrowały jego plecy. No cóż- pachniał miodem pitnym...
Czas jakby zwolnił. Zakonnicy biegali, krzyczeli. Niektórzy wołali o pomoc, inni uciekali do klasztoru. Natomiast inkwizytora nic już nie obchodziło. Raczej nie miało prawa...
Jednak nie to było najdziwniejsze- wieża kościelna dziwnie szybko opustoszała.

IV

Gal się pakował. Nie miał za wielu rzeczy (szczerze mówiąc to nie miał ich prawie wcale) więc szło mu szybko.
- Dobrze że nie skazali mnie na śmierć, no i opat zwrócił mi kroniki- powiedział dopakowując ostatnie rzeczy.
- Nie zabiliby cię- w końcu jesteś zakonnikiem- rzekł smutnie Wit patrząc na przyjaciela.
- Ale zawsze oskarżenie o herezje mogło by mnie dotknąć. Ostatecznie ten dzwon zmiażdżył świętego człowieka.
- To nie twoja wina, te pszczoły rozwścieczył hałas...
- Moja czy nie moja- wypędzają mnie. Mogło się skończyć gorzej. Przynajmniej papież nie obłożył mnie klątwą.
- Może nie lubił tego Konfucjusza.
- Może. Inaczej jak tłumaczyć takie miłosierdzie.
Gal chwycił za sakwę i zarzucił ją sobie na ramię
- Bywaj przyjacielu- rzekł- miło było cię poznać.
- Co będziesz robić?
- Zostanę dalej benedyktynem, ale oddam się temu co najwspanialsze obok Boga- historii.
- A gdzie pójdziesz?
- Ja wiem...gdzieś na północ.
- Może do Polski?
Zakonnik zaśmiał się.
- Może...


,, Koniec”

Data:

 Na konkurs jak najszybciej

Podpis:

 Isaak

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=15016

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl