DRUKUJ

 

Wypadek

Publikacja:

 05-01-09

Autor:

 AngelGab
Minęła siedemnasta. Andrzej czuł trudy pracy całego dnia, ale w tej chwili najważniejsza była świadomość rozpoczynającego się weekendu. Piątkowe popołudnia zawsze wydawały się być ósmym cudem świata. Zbliżający się pierwszy weekend maja miał być szczególnie wyjątkowy.
Szybko poskładał niedokończone opisy wniosków o przyznanie kredytu. Będą musiały poczekać do poniedziałku.
Andrzej już dwa miesiące temu zarezerwował mały domek w górach i miał nadzieję spędzić z Magdą dziesiątą rocznicę ślubu w sposób romantyczny. Świece i muzyka Leonarda Cohena. A później namiętna noc.
Już dawno nie mieli okazji spędzać wolnego czasu w ten sposób. Andrzej był zapracowany w biurze, często dorabiał po godzinach. Pomimo tego, że dosyć dobrze zarabiał, to cały czas spłacał raty za samochód i dom.
Rodzice niestety już nie żyli i odpadała pomoc finansowa z ich strony. Magda nie pracowała, a na utrzymaniu były jeszcze dwie córki. Na samo wspomnienie o nich Andrzej uśmiechnął się do siebie. Kochał swoje kobietki najmocniej na świecie. Tym razem jednak dwie najmłodsze zostaną pod opieką ciotki Andrzeja, którą poprosił o przypilnowanie dzieci.


***

Dotarcie do podziemnego parkingu firmy zajęło Andrzejowi kilkanaście minut. W windzie spotkał dyrektora Jankowskiego.
Zamienił z nim kilka niezobowiązujących uwag na temat zbliżającego się weekendu i pogody. To były bezpieczne tematy.
Jankowski był znany w banku jako skończona świnia, więc najrozsądniej było go unikać. W biurze krążyły plotki, że przeprowadzał nawet kontrolę prywatnej korespondencji swoich pracowników.
- Cokolwiek powiesz, może zostać użyte przeciwko tobie - pomyślał Andrzej i uśmiechnął się pod nosem.
Wychodząc z windy pożegnał się jednak z dyrektorem dosyć serdecznie. Świadomość zbliżającego się weekendu wpływała korzystnie na jego samopoczucie i stosunek do ludzi. Nawet takich jak Jankowski.


***

Ulice miasta były zakorkowane. Jak zresztą co tydzień o tej porze. Bez większych przeszkód Andrzej dotarł jednak do granic miasta. Tu mógł poruszać się już o wiele szybciej. Świadomość tego, że w ciągu dziesięciu minut znajdzie się w domu dodawała mu skrzydeł. Zresztą dom był jego dumą. Wybudowany w małej miejscowości pozwalał na zaszycie się przed hałasem miasta.
Didżej w radio grał największe przeboje. Andrzej mruczał pod nosem co bardziej znane kawałki.
Życie było piękne.

***

- Mówiłem ci przecież Mały, żebyś mi podał a nie strzelał - dziesięcioletni Piotrek krzyczał na swojego trzy lata młodszego kolegę. Przegrywali już siedmioma bramkami, a ten smarkacz zamiast podawać, zmarnował idealną sytuację i strzelił bez zastanowienia.
- Strzelasz na pałę, to teraz leć po piłkę - poparł kolegę Marcin. Słów Marcina nikt nie odważył się kwestionować. Był on nieformalnym przywódcą całej paczki. A poza tym był największy i najsilniejszy.
Maciek zwany przez swych starszych kolegów "Małym", chcąc nie chcąc, musiał pobiec po piłkę. Rzeczywiście trochę mu zeszło to uderzenie. Ale w myślach obiecywał sobie, że następnym razem się poprawi. I w końcu strzeli bramkę. A wtedy wszyscy starsi nareszcie dadzą mu spokój.
Zajęty myślami o swych przyszłych sukcesach, przeskoczył przez rów otaczający łączkę, na której grali. Piłki nigdzie nie było. Pewnie znów poleciała na szosę lub co gorsza - na drugą stronę ulicy.
- No szybciej Mały - dobiegł go głos Marcina. Musiał się pospieszyć. Nie zastanawiając się wbiegł na ulicę.


***


Wesołe rytmy muzyki wręcz zmuszały palce rąk do rytmicznego stukania o kierownicę. Andrzej śpiewał "Sunshine reggae" i był w wyśmienitym humorze. Od domu dzieliło go około dwóch kilometrów.
I wtedy wydarzyło się coś, co zepsuło jego weekendowe plany.
Mały chłopiec pojawił się na jezdni jak gdyby z nikąd. Żółty kolor jego koszulki był jak znak ostrzegawczy, który pojawił się zbyt późno. Rozszerzone oczy chłopca i na wpół otwarte usta, w których zmarł krzyk przerażenia były oznaką, że spostrzegł już niebezpieczeństwo.
Andrzej próbował ratować sytuację. Odbił kierownicą w lewo. Być może manewr by się udał zaś cała sytuacja nie skończyła tak groźnie, gdyby nie fatalny stan nawierzchni.
Samochód przy tej prędkości i próbie nagłego skrętu został wyniesiony w kierunku pobocza.
Pisk opon, dźwięk gniecionego metalu i tłuczonych szyb. Tylko tyle zdążył zapamiętać Andrzej z całej tej sytuacji.
Krzyku, który zwielokrotniony wyrwał się wreszcie z gardła małego chłopca, już nie usłyszał.


***


Od wypadku minęły dwa dni. Oddział intensywnej terapii, na którym leżał Andrzej był jednym z najlepiej wyposażonych i najbardziej cenionych w całym mieście. Dla Magdy stanowiło to w tej chwili jedyną pociechę. Jej mąż w dalszym ciągu przebywał w śpiączce.
Lekarze nie byli jeszcze w stanie ocenić rozmiaru uszkodzeń w organizmie poszkodowanego, ale pierwsze wyniki badań i dwie przeprowadzone do tej pory operacje jasno określały, że stan chorego był bardzo ciężki.
W tej chwili Magda siedziała na szpitalnym korytarzu. Cały czas, odkąd dowiedziała się o wypadku, spędziła właśnie tutaj.
Była zmęczona zarówno pod względem psychicznym jak i fizycznym. Wiedziała też, że musi dziś wrócić do domu. Do dzieci, którymi w tym czasie opiekowały się na zmianę sąsiadka i ciotka. Zbliżał się wieczór. Magda bała się, że dzieci mogą przestraszyć się ciągłej nieobecności mamy.
Ruszyła w kierunku wyjścia, choć tak bardzo chciała zostać jeszcze przy swoim mężu.
Po wyjściu ze szpitala udała się na parking.
Kiedy mijała przyszpitalny podjazd, jej uwagę przykuł siedzący na ławce mężczyzna. Bacznie ją obserwował i wcale nie zamierzał opuścić wzroku, kiedy ona zorientowała się, że na nią patrzy.
W promieniach zachodzącego słońca Magda zdążyła zobaczyć, że nieznajomy miał niezwykle niebieskie oczy. Zmieszana opuściła wzrok i czym prędzej oddaliła się w kierunku samochodu. Kiedy wreszcie do niego doszła i odwróciła się, mężczyzny już nie było.
Dziwnie uspokojona tym faktem zapaliła silnik i odjechała.


***


Andrzej był sparaliżowany. Ten fakt zaczął do niego docierać coraz wyraźniej. Nie mógł poruszyć żadną częścią ciała.
Karmiony był dożylnie. Nie kontrolował działania zwieraczy.
Był sparaliżowany - ta myśl prześladowała go.
Był przerażony. Bał się uwięzienia we własnym ciele. Bał się tego, że już nigdy nie będzie mógł chodzić, biegać, dotykać. Bał się tej mumifikacji za życia.
Czuł się jak mały, zastraszony psiak, który nie ma już gdzie uciekać przed swymi prześladowcami.
Bezskutecznie próbował poruszyć siłą woli swe mięśnie, jednak na nic się zdawały wielogodzinne wysiłki. W momentach załamania chciał płakać, krzyczeć.
Nie mógł. Był przecież sparaliżowany.


***


Po wypisaniu ze szpitala Magda zdecydowała się umieścić go w zakładzie dla obłożnie chorych. Andrzej na początku nazywał go w myślach "umieralnią" i był ogromnie rozżalony. Nie mógł jednak zaprotestować.
Po pewnym czasie uznał, że tak może jest lepiej, gdyż żona ze względu na jego stan nie była sama w stanie zapewnić mu dostatecznej opieki.
Paraliż był w zasadzie nieodwracalny. Przez ostatnie kilka miesięcy Andrzej mimo tylu prób nie zdołał zmusić swego organizmu do posłuszeństwa. Myślał. Czuł. I w zasadzie nie mógł zrobić nic więcej. Był zwyczajnym warzywem.
Magda i dzieci były dla niego wszystkim. Często go odwiedzały. Spod przymkniętych powiek obserwował ich zamazane sylwetki. Dopiero teraz uświadomił sobie, jak bardzo dziewczynki były podobne do niego. Obie miały kruczoczarne włosy, ładne noski i piękne zielone oczy. To odziedziczyły po swojej mamie.
Andrzej wiedział, że musi zrobić wszystko, by choć w części odzyskać dawną sprawność. Chciał kiedyś jeszcze przytulić dzieci i żonę. Powiedzieć im coś. Zwłaszcza to, jak mocno ich kocha.


***


Po raz pierwszy nieznajomy pojawił się w izolatce po około pół roku przebywania w zakładzie. Początkowo Andrzej myślał, że to ktoś z obsługi, ale zbyt wiele cech obcego świadczyło o tym, że to błędne przypuszczenie.
Mężczyzna mógł mieć około dwudziestu pięciu lat. Był więc znacznie młodszy od Andrzeja, który za niedługo miał skończyć czterdziestkę.
Grubawy, ubrany całkiem zwyczajnie - w dżinsy i wytarty, czarny sweter. Wzbudzał zaufanie od pierwszego wejrzenia. Całość obrazu psuły tylko niewiarygodnie niebieskie oczy. Wyglądały tak nienaturalnie, że Andrzej zaczął przypuszczać, że nieznajomy nosi jakieś specjalne soczewki.
Najdziwniejsze było to, że mężczyzna stanął przy przeciwległej ścianie i nie mówiąc nic, wprost świdrował Andrzeja swym wzrokiem. Nie było to przyjemne uczucie.
Kiedy do pokoju weszła pielęgniarka, okazało się, że na stojącego przy ścianie obcego nie zwróciła żadnej uwagi. Tak, jak by go w ogóle nie dostrzegła.
Kiedy odwróciła bezwładne ciało chorego, aby zrobić masaż zapobiegający odleżynom, Andrzej czuł podświadomie, że obcy zniknął. Było to tym dziwniejsze uczucie, że nie słyszał żadnego dźwięku otwieranych drzwi.


***


Magda stanęła przy łóżku męża. Andrzej spał. Jak zwykle nieruchomy, podpięty do kroplówki.
Żonie ciężko było powstrzymać napływające do oczu łzy. Lekarze stawiali coraz gorsze diagnozy. Twierdzili, że Andrzej wkrótce umrze. Żaden z nich nie potrafił podać konkretnego terminu, ale była to kwestia tygodni, a nie miesięcy. Ten okres można było oczywiście przedłużyć za pomocą kosztownych kuracji, ale... Magda nie miała już więcej środków. Po wypadku musiała podjąć pracę. W dalszym ciągu spłacała raty za dom. No i miała na utrzymaniu dwie małe córki. Pobyt Andrzeja w tym zakładzie też nie był tani.


***


Nieznajomy odwiedzał Andrzeja regularnie. Dziwnego mężczyzny zdawał się nie dostrzegać nikt. Ani personel zakładu, ani odwiedzająca go żona i dzieci. Początkowo chory myślał, że zwariował. Że oprócz niedołężnego ciała teraz zaczyna szwankować także umysł. I był o tym przekonany aż do moment, w którym nieznajomy przemówił.
- Witaj Andrzeju. Mam na imię Gabriel. Jestem aniołem. - głos nieznajomego brzmiał pogodnie i przyjaźnie. Jednak dalsza część przemowy spowodowała, że Andrzej po raz pierwszy w życiu poczuł się naprawdę przerażony.
- Umierasz Andrzeju. Twój organizm staje się coraz słabszy. To i tak cud, że przeżyłeś tak długo - Gabriel uśmiechnął się lekko. A może było to jedynie skrzywienie kącików ust? Tego Andrzej nie był pewien. - Proponuję ci jednak pewien układ. Potrafię sprawić, że będziesz żył dalej przez jeden rok. Potrafię podtrzymać twe siły życiowe. W zamian pragnę tylko jednej rzeczy. Rozmowy. Nie jednej. Wielu. Mnóstwa rozmów, podczas których będę z Tobą rozmawiał na różne tematy. I to jest jedyny warunek.
Andrzej poczuł, że zwariował. Przez dłuższą chwilę nie mógł uwierzyć w to co usłyszał. Nie był nawet pewien, czy w ogóle coś usłyszał. Zamknął oczy.
Kiedy otworzył je ponownie, postać anioła dalej tkwiła pod ścianą pokoju. Gabriel uśmiechnął się lekko i podszedł do łóżka, po czym usiadł przy nogach chorego. Na pewno nie był mirażem. Andrzej dokładnie widział, jak pościel i łóżko ugięło się pod ciężarem siadającego.
- Wiem, że wątpisz Andrzeju. Wiem, bo nie jesteś pierwszą osobą, która mnie spotyka. I wiem jak wy, ludzie, reagujecie na mój widok - odezwał się Gabriel - wiem, że myślisz, że jestem jedynie snem. Złym omamem. Ale zapewniam cię, że jestem tak samo realny jak ty. Przy czym ty, jak już wspomniałem, umierasz. Zostało ci jeszcze kilka dni życia.
Andrzej wiedział, że to prawda. Sam czuł się bardzo słabo, a do tego jeszcze wszystkie te spojrzenia Magdy, kiedy go odwiedzała. Ostatnimi czasy patrzyła się na niego tak, jak gdyby miał to być ostatni widok w jej życiu.
Teraz jasne stały się też wyciszone rozmowy konsultujących się ze sobą lekarzy. I zachowanie pielęgniarek, które ostatnio robiły wszystko, aby umilić życie pacjenta. A raczej jego ostatnie chwile...
- Posłuchaj Andrzeju. To nie będzie cię nic kosztowało. Obiecuję - to będą jedynie zwykłe rozmowy. Jako, że jesteś sparaliżowany wystarczy, że tylko coś sobie pomyślisz, a ja to usłyszę. W zamian za to jeszcze przez rok będziesz w stanie cieszyć się swoim życiem, Magdą i dwiema ślicznymi córkami. To naprawdę dobra oferta.
Chory w dalszym ciągu nie był pewien, czy to nie sen. Czy to nie pieprzony koszmar, który nie chciał się zakończyć.
Jeśli jednak to miała być prawda, jeśli rzeczywiście będzie miał szansę przez rok słyszeć głos Magdy, być z nią i z dziećmi jeszcze przez 365 dni, to nie miał nic do stracenia. Jego odpowiedź mogła być tylko jedna.
- Dobrze. Zgadzam się aniele - Andrzej w myślach przyjął ofertę
- Niech się zatem tak stanie - Gabriel przymknął oczy i znieruchomiał. Przez chwilę jego postać wyglądała jak wyrzeźbiona w marmurze - Pamiętaj zatem. Wedle naszego układu do dnia siódmego grudnia przyszłego roku zobowiązuję się podtrzymać ciebie przy życiu. Do tego też dnia ty zobowiązujesz się jedynie do rozmów ze mną.


***


Anioł okłamał Andrzeja. To nie były rozmowy. To były raczej długie przesłuchania, podczas których Gabriel wypytywał się o wszystkie szczegóły z życia Andrzeja. O jego dzieciństwo, pierwszą miłość, Magdę oraz dzieci. Poruszał w zasadzie wszystkie możliwe tematy. Chciał wiedzieć, co Andrzej czuł podczas ślubu, śmierci rodziców, narodzin dzieci i wielu, wielu innych zwykłych zdarzeń.
Z niewiadomych dla Andrzeja powodów te wszystkie, nawet najmniej znaczące fakty, bardzo interesowały anioła.
Jednak Andrzej bardzo lubił te rozmowy. Po raz pierwszy w życiu miał możliwość pełnego otwarcia się i porozmawiania na dosłownie wszystkie tematy.
Cały czas był też wdzięczny aniołowi za tę szansę, która została mu ofiarowana. Ofiarowana, gdyż Andrzej wiedział, że cena jaką zapłacił była znikoma w porównaniu do rzeczywistej wartości podarunku.
Pewnego dnia odważył się jednak zadać Gabrielowi ważne pytanie:
- Słuchaj. Wypytujesz się mnie o wszystkie rzeczy. Ważne i zupełnie trywialne. Ale po co ci to wszystko??
Przez pewien czas anioł milczał i w momencie, w którym Andrzej zaczął już myśleć, że nie otrzyma odpowiedzi, Gabriel odrzekł:
- Z pewnych powodów znalazłem się tutaj. Na ziemi. I jedyną możliwością powrotu jest poznanie was - ludzi. Sam nie wiem, co to dokładnie ma oznaczać, ale wiem, że muszę zgłębić wasze uczucia, wasze pragnienia i dążenia. W tym właśnie ma się kryć klucz do mojego uwolnienia Andrzeju...
Na tym anioł zakończył swoją odpowiedź. I już nigdy nie pozwolił poruszyć tego tematu.


***


Z czasem wizyty Magdy i dzieci stawały się coraz rzadsze. Dalsza rodzina już chyba dawno o nim zapomniała.
Andrzej nie skarżył się. Nie tylko dlatego że nie mógł. Mając tyle czasu na przemyślenia rozumiał, że żona ma teraz masę nowych obowiązków. Że jest jej ciężko. Że ma do wychowania dwie śliczne córeczki.
I z tą świadomością zmuszał swe nieruchome ciało do jakiegokolwiek ruchu. Pragnął ponad wszystko powrócić do normalnego życia. Choć wiedział, że może być to wręcz niewykonalne, to był pewien, że znajdzie w sobie na tyle sił, by walczyć. Dzień po dniu, godzina po godzinie.
I pewnego dnia stał się cud.


***

Cud miał miejsce 12 kwietnia. Wtedy to Andrzej poczuł w swojej ręce lekkie mrowienie. POCZUŁ! Po raz pierwszy od ponad roku coś poczuł. To było niewiarygodne uczucie.
Andrzej siłą woli spróbował zmusić swe mięśnie do poruszenia małym palcem prawej ręki. I po raz pierwszy udało mu się to! Co prawda ruch nie był duży - palec drgnął zapewne o kilka milimetrów, ale jednak drgnął.
Łzy szerokim strumieniem zaczęły napływać do oczu.
To był dzień jego odrodzenia. Dzień przywrócenia nadziei. Dzień, w którym zaczął ponownie wierzyć w to, że może wyzdrowieć.


***


Odwiedziny Gabriela były coraz rzadsze. Andrzej czuł, że było to spowodowane tym, że anioł dowiedział się już tego, co było dla niego ważne. Po raz ostatni pojawił się u Andrzeja w dniu zakończenia roku szkolnego.
To był naprawdę cudowny dzień. Małe szkraby przyniosły mu swoje świadectwa. Starsza, Monika, ukończyła zerówkę, zaś młodsza przedszkole. Dostała jednak śliczną laurkę-świadectwo od wychowawczyń i sporych rozmiarów pluszowego niedźwiadka, więc czuła się dzisiaj co najmniej tak dumna, jak gdyby właśnie kończyła liceum.
Dziewczynki jedna przez drugą przekrzykiwały się i opowiadały tacie o szkole, o wakacjach, tak, że Magda ledwo mogła sobie poradzić z nimi. Była z nich bardzo dumna. I po raz pierwszy otwarcie nie kryła wzruszenia przy córkach.
Andrzej widział postać anioła, siedzącego w kącie pokoju. Gabriel obserwował zabawy maluchów i Magdę. Nie odezwał się jednak żadnym słowem.
Kiedy żona i dziewczynki wyszły z pokoju, Andrzej stwierdził, że skrzydlaty również opuścił jego izolatkę.



***


Po raz pierwszy od kilku miesięcy Magda była szczęśliwa. Andrzej nadal żył pomimo tego, że wszelkie wcześniejsze diagnozy zaprzeczały takiej możliwości. Co więcej - jego organizm w widoczny sposób regenerował się. Andrzej mógł już przesunąć rękę i nogę o prawie trzy centymetry. Trzy! A za kilka miesięcy intensywnych ćwiczeń może to będzie trzydzieści.
Magda wierzyła w to mocno. Wiedziała, że pełne odzyskanie sprawności przez męża jest niemożliwe. Marzyła jednak o tym, by za jakiś czas znów mógł ją objąć, pocałować czy przytulić.
Teraz najważniejszy był proces rehabilitacji. Andrzejem zajmowali się najlepsi fachowcy od odnowy, jakich mogła mieć za te pieniądze, które dostała za sprzedaż samochodu.
I rehabilitacja zaczęła przynosić efekty. Pod koniec września Andrzej zaczął artykułować pierwsze słowa.


***


Anioł pojawił się w pokoju Andrzeja jak zwykle niezauważony. Minęła dobra chwila, zanim chory zorientował się, że nie jest sam w pokoju.
- Witaj Andrzeju - usłyszał cichy głos
- Witaj aniele - odrzekł. Tym razem nie w myślach, ale własnymi słowami.
- Dzisiaj siódmy grudnia - powiedział anioł, ale trudno było z intonacji wyczuć, czy to pytanie, czy stwierdzenie.
Andrzej zdrętwiał. Cały czas pamiętał o dacie z umowy, ale zajęty walką ze swym zniedołężniałym ciałem, zajęty walką o powrót do rodziny nie zdawał sobie sprawy z tego, jak szybko minął ostatni rok. Wiedział jednak, że dziś nastał dzień, w którym należało wypełnić umowę do końca.
- Gabrielu... Ja zdrowieję. Sam widzisz. Ja nie chcę umierać. Idzie mi całkiem dobrze - ledwie był w stanie wymówić te słowa - Daj mi proszę szansę, nie.. ja cię błagam o nią. Nie odbieraj mi tego proszę. Już wkrótce mam opuścić ten przeklęty ośrodek. Będę mógł wrócić do domu. Do dzieci.. do Magdy..
Gabriel patrzył na leżącego człowieka, którego ledwie skoordynowane ruchy i nie mogący urwać się płacz przypominały ruchy małego dziecka. Andrzej poprzez zasłonę łez dostrzegł ten wzrok. I wtedy stracił całkowitą nadzieję. Stalowo-niebieskie oczy patrzyły na niego z bezsilnością i żalem.
- Proszę... - łkanie Andrzeja ledwo pozwalało na poprawne zrozumienie słów - jesteś przecież aniołem.. jesteś czymś, kimś dobrym. Błagam cię, nie odbieraj mi tego wszystkiego. Madzi, córek, życia.. błagam cię...
- Umowa to umowa Andrzeju... - szepnął Gabriel
W tym momencie Andrzej zrozumiał wszystko. Zrozumiał czym był dla anioła. Królikiem doświadczalnym. Pieprzoną myszką laboratoryjną. Chory zaczął się śmiać cichym, histerycznym śmiechem.
Najpierw Gabriel dał mu możliwość. Dał mu szansę odzyskania sprawności i bycia z rodziną. Jednocześnie dowiedział się o wszystkich wspomnieniach, uczuciach i o całej historii życia Andrzeja. A teraz, w momencie kiedy w Andrzeju obudziła się nadzieja, kiedy realne stało się odzyskanie chociaż części zdrowia, ten skurwysyn postanowił się dowiedzieć jak wygląda ktoś, kto nagle traci wszystko.
Andrzej śmiał się prosto w twarz kolekcjonera ludzkich uczuć. Nawet wtedy, kiedy Gabriel zaciskał palce na jego szyi.


(c) Gabriel Zastawnik, styczeń 2005
zastawka@poczta.fm
www.angelos.prv.pl

Data:

 styczeń 2005

Podpis:

 Gabriel

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=11970

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl