DRUKUJ

 

To co.

Publikacja:

 05-01-08

Autor:

 Trikotka
To, co. To naprawdę nic. Nic nie szkodzi.
- Nic nie szkodzi!- ryknęła piękna młoda kobieta w kawiarni. Jej czerwona sukienka wyglądała krwawo poplamiona winem. To wino, ściekało między palcami bohatera zdarzenia. Siedział, ukrywając się niemal pod spódnicą. Zlizywał potajemnie słodki napój z opuszek, kosteczek i paznokci. Potem osunął się pod stół. I tak został do końca.
- Ale naprawdę, nic nie szkodzi!!- mówiła ona dalej. Patrzyła się na tego, który nic nie zrobił i siedział upijając się capuccino, słodkawym smakiem bitej śmietany. Czuł, że cukier z kawy, wchodzi mu między jedynkę a dwójkę gdzie znajdowała się niebezpieczna dziura. Zaraz zaboli. Facet był dentystą.
- Pan mi będzie to prał!- zrobiła małą, sztuczną aferę, bo tak nakazywało, jak myślał. Myślał: poczekam do końca, potem powiem, że to nie ja. Ale czy koniec miał nastąpić kiedykolwiek?

Uśmiechnęła się rozkosznie jasno i pomyślał, że ma bardzo ładne zęby. Może jednak konkurencja jest lepsza?
Przecież jest młody, mógłby nawet pić to wino, jak gość spod stołu. Dziwne. Nie spotkał się z czymś takim. Kontem oka zobaczył kelnerkę stojącą na głowie. I pomyślał: aha. Więc to normalne.
Kelnerka była przecież jego dziewczyną, lubił z nią gadać. Czasem marzył, jak miło będzie utrzymywać tą biedną, bezbronną istotkę, która jest w ciąży i sam nie wie czy z nim. Ale chyba tak. Przecież tak. Co on myśli. Na pewno tak. Odwrócił się, mrugnął, ona zrozumiała i przyniosła mu dokładkę capuccino. Potem udając, że coś szepcze, ugryzła go w ucho. Zaśmiał się, tylko się zaśmiał. Zakręciła się z tacką dookoła własnej osi.

Ale koniec, nie miał nastąpić nigdy.
- Przepraszam, czy pan mnie w ogóle słucha?! Moja Sukienka. Jest czerwona.
- Wiemy to wszyscy- odezwał się gość spod stołu. Zlizał już wino, robiło mu się nudno. Ponieważ został trącony w ramię, zamilkł i przytulił się do jedynej, srebrzystej samotnej i jakże smutnej nogi okrągłego stolika. Dentysta nigdy nie może przypomnieć sobie, kto go w końcu walnął, bo może, gdyby zaczął mówić dalej, wszystko byłoby, jak zechciał. I on i jegomość pod stolikiem.
Natarczywy uśmiech pięknych zębów pani, zmusił go do poproszenia Kolombiny o ściereczkę i troszeczkę wody. Spytała rozkojarzona, czy polał się capuccino.
- To się ciężko spiera, mamy tylko Jelpa w domu- powiedziała patrząc za okno.
- Nie. Ta pani natarczywie wymaga ode mnie uwagi- wskazał na Czerwoną, która siedziała lekko przy stole. Kolombina zaśmiała się mimochodem, przelotnie spoglądając w ciemne oczy Pani. Potem uśmiechnęła się do niego i podała ściereczkę.
- Ja też wymagam twojej uwagi- nie wiedziała przecież, jak wiele się zmieni. I dlaczego. I, że jej syn siedzący teraz wygodnie w łonie, powie w wieku 16 lat
- To twoja wina, że nie mam ojca. – a Kolombina przypomni sobie ten moment. I będzie wiedziała, że to się zaczęło i skończyło właśnie teraz.

Ścierał dokładnie, bo nie lubił spartaczonej roboty. Ale nic nie schodziło. Przez 10 minut, był pośmiewiskiem towarzystwa siedzącego w kręgu. Myślał o szafce, którą musi zawiesić w kuchni, w ich wspólnym mieszkaniu. Myślał o nowym pokoju dla dziecka. O prezencie gwiazdkowym dla Kolombiny. Nie przyszło mu do głowy, żeby skupiać się na ten beznadziejnej kiecce. Pokiwał do niego gość przytulony do nogi stolika.
- Ty tu naprawdę siedzisz ? – spytał z niedowierzaniem.
- No jasne- szepnął koleś i uśmiechnął się. Zęby miał wyjątkowo paskudne. Dentysta skrzywił się.
- Wiesz co stary… ja jestem dentystą. To moja wizytówka- wyciągnął zza pazuchy kartkę, mieniącą się kolorami.
- Zadzwonię, jak będzie potrzeba.
- Już jest.
- To zadzwonię.

Robiło się wręcz nudno. Wstał i powiedział:
-Proszę – skrzywiła się. Też wstała.
-Odwozisz mnie do domu – wiedział, że przecież się nie sprzeciwi. Nie jej.
- A na kolację będą dzisiaj grzanki- szepnęła porozumiewawczo Kolombina. Mrugnęła, bo wiedziała, że zaraz przyjedzie. I zapamiętał, jak stała w ty oknie, na którym było napisane:
DOBRA KAWA.

Odwiózł ją do domu, odwiózł ją do kościoła, odwoził wiele razy, przywoził do siebie. I tak. Zawsze już. Dwadzieścia lat. Nie zobaczył Kolombiny. Teraz lubi czasem posiedzieć w kapciach przed telewizorem i popatrzeć jak Czerwona, bawi się na bankietach bez niego. Bo na zaproszeniu nigdy nie ma „z mężem”. Nie chciałby. Ona by nie chciała.
Nienawidzi jej za to, co mu zrobiła. Nienawidzi tej czerwonej sukienki poplamionej winem. Ta plama się nie sprała.

Czasem chce zadzwonić do Kolombiny i zapytać się, „co tam u syna”. Ale nie widział nigdy swojego dziecka. Kolombina jest sama i nieszczęśliwa.

Dzwoni telefon. Podchodzi i odbiera:
- Przepraszam, czy mógłbym się umówić na wizytę? – Umawia się na dzisiaj, bo i tak nie ma nic lepszego do roboty.
Dzwonek do drzwi.
Otwiera.
- Dzień dobry- powitał go uśmiech zepsutych doszczętnie zębisk. Ten uśmiech, szalonego gościa. Zaniemówił.
- Ja przyszedłem jednak!- powiedział szczerząc się wciąż.
- O- rzekł- to pan był prawdziwy?
- Prawdziwy- odpowiedział z dumą.
- A ja myślałem, że upiłem się capuccino.
- A tu nie. Przepraszam za tamto… Poplamiłem sukienkę tej pani, a cała wina zeszła na pana.
- To, co. To naprawdę nic. Nic nie szkodzi.

Data:

 też

Podpis:

 eM.

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=11921

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl