DRUKUJ

 

Nostalgia

Publikacja:

 04-11-21

Autor:

 kijek
''... wszystko, co dobre i złe, zostawia
po sobie pustkę, kiedy się kończy.
Ale jeżeli było złe,
pustka ta wypełnia się sama.
Jeżeli było dobre, mogłeś wypełnić
ją tylko znajdując coś lepszego.''

''Ruchome święto''
Ernest Hemingway


I znów była jesień, a kolorowe liście pokrywały ubogie korony drzew. Wiatr osobliwie dmuchał tuż nad ziemią sprawiając, że pożółkłe listowie unosiło się w podniebnym tańcu, zataczając charakterystyczne koła. W tej samej chwili okolicę okryła szarość, a cisza poczęła walczyć z głuchym jękiem wiatru. Już tylko nieliczne promyki słońca próbowały przebić się przez złowrogie obłoki. Zaczęło padać. Wielkie krople deszczu coraz mocniej uderzały o podwiędłe liście, które dość wcześnie pojawiły się na ziemi. Strumienie wody spływające po ziemi żłobiły tunele pomiędzy kępami traw, szybko uchodząc gdzieś pod powierzchnię. Ciemność zapanowała nad miastem. Zbliżał się wieczór, dlatego w oknach domów coraz liczniej pojawiało się światło. Światło, które jeszcze niedawno tak bardzo potrzebne było Danielowi.
Chłopak sterczał pomiędzy strugami deszczu, które bezwładnie spływały po jego policzkach. Stał tak chwilę, kiedy niczym nieporuszony ruszył przed siebie wolnym krokiem, jakby nie odczuwając ogarniającego go chłodu. Ubrany w ciemnogranatową deszczówkę przechodził obok parku, w którym od kilku dni panowała pustka. Zimne deszcze nie przestawały padać, a ludzie szli obok niego nawet nie spoglądając na starą skrzypiącą bramę. Każde nagłe nadejście jesieni, Daniel utożsamiał z przykrymi wydarzeniami sprzed kilku lat i z tym parkiem. Mimo, że zdążył pogodzić się ze śmiercią ojca, to wraz z przyjściem słoty wspomnienia powracały, a ból znów pojawiał się na jego twarzy. Opuszczony ogród stał się miejscem, w którym chłopak spędzał najwięcej czasu. Nigdy nie przeszkadzała mu zła pogoda czy nieodpowiednia pora. Miał zwyczaj siadać na ławce i zamykać się w sobie tak, że nie docierały do niego żadne impulsy ze świata zewnętrznego. Oczy najczęściej wlepione w jeden punkt, nawet nie drgały w tym momencie skrajnego zadumania. Ręce schowane w kieszeniach, co jakiś czas, dyskretnym wstrząśnięciem, dawały znak żywotności. Tym razem było podobnie. Zesztywniały siedział pod jednym z drzew. Krople świeżego deszczu spoglądały znad jego głowy. Wiatr nadciągał z taką siłą, że nawet schowane tuż nad ziemią krzewy, bezlitośnie szarpał za dłonie.
Następny dzień nie przyniósł ze sobą poprawy pogody. Już od samego ranka słońce zostało stłumione przez kłębiaste chmury, a deszcz nieustannie padał, wprawiając mieszkańców miasta w jesienną melancholię.
Tego dnia Daniel musiał iść do szkoły. To był już ostatni rok ogólniaka, dlatego należało poświęcać więcej czasu na naukę niż w poprzednich latach. Chłopak doskonale o tym wiedział, ale nie przywiązywał do tego większej wagi. W klasie był przeciętniakiem. Nigdy się nie wychylał, ale nie miał też większych problemów z przyswajaniem materiału. Twarz miał inteligentną, jak twierdziła jego polonistka. Jednakże nie twarz, a głowa jest ważniejsza, próbował sobie tłumaczyć.
Od śmierci ojca w jego życiu sporo się zmieniło. Do wszystkich spraw zaczął podchodzić bardziej odpowiedzialnie, stawiając dobro własnej rodziny nade wszystko. Z jednej strony było to wysoce dojrzałe, jednak dla niego, samego z decyzją bycia dorosłym wiązały się tylko i wyłącznie wyrzeczenia. Zaczęło brakować czasu na spotkania ze znajomymi, co spowodowało, że ich krąg rozluźniał się z każdym nadejściem słońca.
Daniel siedział w szkolnej stołówce. Podwójne drzwi u jej wejścia, co chwilę otwierały się i zamykały. Mając przed sobą pierwsze śniadanie i zestaw książek gapił się w stronice jednego z podręczników. Książka była oprawiona starannie, ozdobiona złotym żłobieniem. - Co czytasz? - usłyszał nagle.
Podnosząc oczy zobaczył przed sobą niewysoką blondynkę, której kręcone włosy obojętnie opadały na plecy. Okrągła twarz, podobnie jak, głęboko osadzone oczy, nie zdradzały całkowicie swego uroku. Dziewczyna odziana w ciepłą kurtkę, w dłoniach trzymała bordowy szalik.
- Hemingwaya - odpowiedział unosząc głowę, ukazując jednocześnie okładkę książki.
Wyryte litery na jej wierzchu zabłyszczały w świetle lampy wiszącej tuż nad jego głową.
- Coś konkretnego? - spytała ponownie, ciągle stojąc opatulona ciepłym ubraniem.
- Tak. "Światło życia". Taki ma tytuł. - odparł kierując swe oczy z powrotem w stronę książki.
- Jakie ono jest? - dziewczyna znów zadała pytanie odrywając Daniela od lektury.
Na jej czole pojawiły się srebrzyste kropelki. Ciepło doskwierało jej coraz bardziej. Nie chciała jednak wychodzić, póki nie otrzyma odpowiedzi.
Ręce miała wyprostowane, głowę nieznacznie pochyloną do przodu i cierpliwie czekała na jego respons.
- Życie? - tym razem Daniel postarał się o zapytanie.
- Światło - poprawiła.
- My się chyba nie znamy? - zagadnął, umiejętnie wykręcając się od odpowiedzi.
- Sylwia - dokończyła przecierając czoło.
- Będziesz tak stała? - spytał, wskazując na wolne miejsce przed nim.
- Nie zamierzałam - odparła, po czym zdjęła z siebie nakrycie, wieszając je na stojącym obok krześle - Masz jakieś imię? - spytała, zanim usiadła.
- Daniel - przedstawił się spoglądając jej w oczy.
- Daniel - powtórzyła w myślach, uśmiechając się dyskretnie, po czym spoczęła przy stoliku.
Minęło kilka chwil. Oczy chłopaka znów zatrzymały się na książce. Dziewczyna poczuła się zniecierpliwiona. Czekając, kiedy chłopak dokończy rozdział, zawiesiła na nim wzrok, śledząc jego najdrobniejszy ruch. Na chwile się zamyśliła.
- Masz jakiś konkretny powód, że do mnie przyszłaś? - spytał doczytując ostatnie wersy. Dziewczyna, wyrwana z skupienia, oderwała od niego wzrok.
- Jeśli chcesz to pójdę? - zapytała czując obojętność w głosie Daniela.
- Przepraszam. Nie to miałem na myśli - próbował się usprawiedliwić, zamykając jednocześnie książkę. - Dziwi mnie po prostu, że zupełnie obca mi osoba siada obok, niczym tego nie tłumacząc.
- Kilka tygodni temu zmarła moja matka - wydobyła z niekwestionowanym wyrazem twarzy.
- Przykro mi - odparł przechodząc obojętnie obok tematu.
W jednym momencie oczy dziewczyny zaszkliły się, a spod jej powiek popłynęły gorzkie łzy. Daniel w tej samej chwili poczuł się podle i zrozumiał, że sam niegdyś był w takiej sytuacji.
- Masz dość tego zamieszania wokół twojej osoby? - spytał, poprawiając się, uświadomiwszy sobie własne przeżycia związane z odejściem ojca.
- Tak - wykrztusiła - Wiem, że masz podobne doświadczenia, więc pomyślałam, że może ty... - nie zdołała dokończyć.
Jej głos załamał się i nie był już w stanie nic powiedzieć.
- ..., że potrafię ci pomóc? - domówił. - Myślisz, że mogę?
- Inaczej nie przychodziłabym.
- Jak się z tym czujesz? - spytał, pakując książki do plecaka.
- Dlaczego, tak obojętnie do tego podchodzisz?
- Wyjaśnię ci to wszystko, jeśli tylko znajdziesz więcej czasu? - odpowiedział podnosząc się z krzesła.
- Nigdzie się nie spieszę - wstała zakładając na siebie kurtkę.

Kilkanaście minut później Daniel i Sylwia byli już w parku. Tym samym, w którym wczoraj rozmyślał. Te same drzewa złowrogo patrzyły w kierunku dziewczyny, podobnie jak spoglądały na każdą nową postać. Park wyglądał niezmiennie. Krzewy i liście pokrywały jego środkową cześć. Nieopodal stał stary, drewniany most, który prowadził na niewielką wysepkę. Miejsce otoczone było plugawą wodą, niczym zastygłą lawą, wypływającą z podziemi. Centralny punkt wyspy zdobiła figurka małego chłopca trzymającego w rękach skrzypce. Oczka miał maleńkie, prawie niewidoczne. Starość z każdym dniem zabijała w nim świeżość. Daniel ciągle miał nadzieję, że kiedyś usłyszy jego granie. Legenda bowiem głosiła, że śpiew owych skrzypiec jest płaczem drzew, które po śmierci opiekuna nigdy nie wróciły do naturalnych kształtów. Starzec, który zajmował się parkiem był bezdomnym. Urządził sobie w nim przytułek i razem z drzewami pocieszał przychodzących do niego ludzi. Wraz ze śmiercią starca umarły też drzewa, a ludzie już nie pokazywali się w parku przez długie lata.
- Co to za miejsce? - spytała Sylwia, kiedy dotarli na ławkę w pobliżu zastygłej figurki.
- Nazywane jest "Parkiem umarłych drzew" - odpowiedział, przypominając sobie apokryficzną opowieść.
- Pytam, czym dla ciebie jest to miejsce? - naprostowała dziewczyna sprawiając, że twarz Daniela dziwnie spoważniała.
- Wszystkim - odparł bez zastanowienia. - Jest odpowiedzią na dręczące mnie myśli. Przychodzę tutaj od kiedy mój ojciec umarł.
- Strasznie tu ciemno, jak na wyrocznię. - przerwała patrząc, jak jasność nie może przeniknąć przez gęste konary drzew.
- Jest miejscem rozmów z Bogiem i ostoją w potrzebie - powiedział dokańczając zaczętą myśl.
- Nie wierzę w Niego! - dziewczyna gwałtownie wykrzyknęła.
- W Boga? Nie wierzę, że nie wierzysz - chłopaka zripostował, nie dając się przekonać.
- Dlaczego?
- Każdy w coś wierzy, bo jeśli nie, to traci poczucie własnej wartości. Tylko gniewasz się na Niego. Myślisz, że to On jest wszystkiemu winien, a w rzeczywistości jest całkowicie inaczej - Daniel nie zgadzał się z dziewczyną, dlatego próbował wytłumaczyć jej, że była w błędzie.
- Niby z jakiego powodu miałabym się na Niego gniewać? - Sylwia nie ustępowała, a jej słowa stały się bardziej siarczyste.
- Chciałaś, aby ci pomógł. Nie zdołał. A, może to ty nie pozwoliłaś sobie pomóc - Daniel tłumaczył bardzo powoli, nie przeoczając żadnej okazji do naprowadzenia dziewczyny na właściwy tor.
- Gdybym nie pozwoliła sobie pomóc, nie przyszłabym do ciebie - Sylwia także trzymała się swoich racji.
Każde kolejne słowo dziewczyny było łagodniejsze od poprzedniego, jakby starała się zrozumieć, co robiła wcześniej. Usiłowała poukładać sobie własny świat, którego sama do końca nie znała.
- Więc, czemu nie poszłaś do kogoś innego, tylko do mnie? - spytał, dokładnie wiedząc jaka będzie odpowiedź. - Właśnie - potwierdził samemu sobie. - Tworzysz wokół siebie pierścień, z którego nie można wyjść, ani do którego nie można wejść - spuentował.
- Więc, dlaczego w jego środku jesteś ty? - spytała po krótkiej analizie słów Daniela.
- Sama mówiłaś, że mamy wspólne doświadczenia. Jesteśmy do siebie podobni.
Na chwilę zapanowała cisza. Przerażające cienie padały na siedzące w parku dwie osoby. Po krótkiej, ale żwawej wymianie zdań, Sylwia niespodziewanie wybuchnęła gniewem.
- Myślałam, że rzeczywiście chcesz mi pomóc. Myślałam, że jesteś inny, przecież... , ale jak wszyscy, potrafisz tylko osądzać.
- Mówiłem, że może tak być, a jak jest naprawdę...? Tego nie wiem. Miałem nadzieję, że ty mi to wytłumaczysz - chłopak umiejętnie zapanował nad emocjami.
Atmosfera w parku powali się ocieplała. Znów wrócił pogodny, pełen powagi nastrój, który panował podczas rozmowy w szkole. Krótkie, lecz bardzo trafne spostrzeżenia Daniela zdawały się przerastać pojęcie Sylwii, dlatego dziewczyna reagowała rozgoryczeniem. Niedawna śmierć matki wzbudzała w niej nagłe pokłady złości, które eksplodowały w mało odpowiednich momentach. Daniel to wszystko rozumiał, sam dawniej postępował tak samo, jednak przemiany, jakie przebył w tym czasie podbudowały go wewnętrznie i sprawiły, że czuł się silniejszy psychicznie. Żadne ostre słowo, ani konwulsja nie mogły wzbudzić w nim postawy, w której duże ilości adrenaliny zaczęłyby decydować za niego.
- Skąd bierzesz tyle siły? -zapytała dziewczyna, kiedy się uspokoiła.
- Staram się nie myśleć o tym, tak dużo. Kiedy to robisz, stopniowo prowadzisz do autodestrukcji, a to żadne rozwiązanie. Nie można się poddawać, a powinno się z tym walczyć. Każde ugięcie się to kolejny gwóźdź do trumny, którą sama sobie budujesz. Potrafiłabyś tego dokonać? - spytał po krótkiej przemowie, pełnej filozoficznych przemyśleń.
- Doprowadzić do tego... - Sylwia nawet nie chciała wypowiadać słów, które brzmiałyby: śmierć albo samobójstwo. - Bałabym się - dokończyła.
- A nie mówiłem! - chłopak podskoczył wyraźnie zadowolony z kontroli, jaką posiadał nad rozmową.
- Co takiego? - dziewczyna spojrzała ze zdziwieniem, nie pojmując uśmiechu na twarzy Daniela.
- Jednak, w Niego wierzysz. Mówiłem przecież - Sylwia ciągle nie rozumiała słów chłopaka. - Nie można w nic nie wierzyć - przypomniał, po czym wszystko stało się jasne - Kiedy człowiek czegoś się boi, to tylko tego, czego nie zna, a Bóg od wieków jest olbrzymią zagadką, której wytłumaczeniem z mizernym skutkiem podejmowało się tysiące uczonych. Ogarnia cię strach przed nieznanym, niepojętym.
- Nie rozumiem, dlaczego spotkało to akurat mnie? - dziewczyna wypowiadając te słowa przyznała się, że wszystko, czemu w sobie zaprzeczała, było jedynie chwilowym zwątpieniem. Skutkiem ubocznym, jaki towarzyszy człowiekowi przy śmierci bliskiej mu osoby.
- Nie myśl, że jesteś jedyną, która przeżyła śmierć matki. Są zdecydowanie gorsze rzeczy od umierania - Daniel znów próbował przekonać dziewczynę do własnych racji, ta jednak nie od razu dała się przekonać.
- Co może być gorszego? - dziewczyna poczuła, że nie zdoła zrozumieć myśli, jakie kołatają w głowie Daniela.
- Bieda, nędza, głód dotyka tak wielu ludzi nikogo nie pytając, czy służy mu życie w takich warunkach. - powiedział, po czym złapał dziewczynę za rękę wyprowadzając z parku. Zmierzali grząskim chodnikiem, a w zasadzie dróżką, dawno wydeptaną przez przechodniów. Uliczka ciągnęła się jeszcze daleko, dlatego Sylwia kontynuowała swoją myśl.
- Ale nie popełniają samobójstw, ani nie zabijają, żeby przetrwać - ponowiła pewna siebie.
- Bo mają odwagę stawić temu czoła - odpowiedział nieco niezrozumiale, bo dziewczyna spojrzała na niego zastanawiająco.
- Jak to? - spytała zdumiona.
- Ludzie umierają, kiedy tracą wolę walki.
- Myślisz, że ludzie sami są odpowiedzialni za swoje istnienie. A tragiczne wypadki i nieuleczalne choroby. Takich przypadków są miliony - dziewczyna powiedziała, kiedy chłopak pociągnął ją mocniej za rękę przyspieszając kroku.
- Jest podobnie - wydobył ciężko przełykając ślinę. - Choroby to powolne umieranie, bez pomocy ze strony bliskich. W momencie, kiedy człowiek przezwycięża śmierć, przezwycięża samego siebie. Wtedy takie zjawisko nazywamy cudem - Daniel próbował, jak najdokładniej zobrazować własną wizję walki o życie.
- Twierdzisz, że ludzie nie mają wystarczająco siły i woli walki, żeby pokonać śmierć?
- Nie mają dość siły, by walczyć z samotnością - odparł krótko, kiedy zatrzymali się przed starą bramą.
Miejsce było otoczone wysokim murem, zza którego nie było widać dosłownie niczego. Figura płaczącego Chrystusa na łuku bramy mogła wskazywać, że znajdują się przed cmentarzem. O tym wiedział tylko Daniel. Sylwia dobrze zdawała sobie sprawę, że nigdy wcześniej nie widziała tego miejsca, unaoczniając to skrupulatnymi ruchami głowy. Chłopak ciągle trzymał dziewczynę za rękę, po czym przeprowadził przez próg bramy. Po drugiej stronie wrót, oczom obojga ukazał się odrażający widok setek grobów. Wszystkie wokoło były porośnięte wysoką trawą, tak że ledwie było je widać. Gdzieniegdzie mogiły ozdobione świecącymi lampionami, co nie zmieniało wizerunku zapomnianego, długo nie odwiedzanego cmentarza.
Chłopak jeszcze raz chwycił dziewczynę za dłoń. Zatrzymali się przy jednym z najbardziej zadbanych grobów. Na jego wierzchu znajdowało się imię i nazwisko ojca Daniela.
- Kiedy stałam przy grobie matki nie mogłam powstrzymać łez. Mówisz, że to nic złego. Dlaczego więc ludzie płaczą, kiedy odchodzi ktoś bliski? - spytała wpatrując się w lśniącą tabliczkę nagrobkową.
- To nie ludzie, to dusza płacze - wytłumaczył nie po raz pierwszy filozoficznie.
- Nie rozumiem, czemu tak bardzo to boli?
- Być może płacz duszy staje się tak głośny i dotkliwy, że traci ona świadomość bólu, jaki zadaje ciału.
- Czy to ma sens?
- A, czy życie miałoby sens, gdyby nie stawiało trudnych pytań?
- Ciekawe, w którym miejscu zacierają się granice jego narodzin i schyłku? - zaabsorbowana dziewczyna pochyliła się nad grobem rozpalając pogaszone lampiony.
- Myślałaś o tym? - spytał półszeptem chłopak, przecierając zmęczoną twarz.
- Szczerze mówiąc, niewiele. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że jest mnóstwo spraw, o których nigdy nie myślałam, ani nie wspominałam.
- Może życie rodzi się, kiedy jego pragnienie jest tak duże, że stokroć przekracza granice jego oblicza - Daniel znów udowodnił, że jego świat zasad jest doskonale ułożony. Nigdy tego nie kwestionował i nigdy nie próbował go zmieniać.
- Granice, czego? - napomknęła, rozdmuchując ogień w światełku.
- Jego istoty.
- Kim są te istoty? Te, które tak bardzo pragną tego okrutnego życia?
- Może to niematerialne postacie, którym słodycz i rozkosz nie przynoszą już satysfakcji ich smakowania? A może po prostu, to my ludzie, którzy odradzamy się ponownie? Żyjąca w nas nadzieja sprawia, że nawet najgorsze istnienie może być najlepszym.
- Skoro życie dla nas ludzi jest tak ogromnym darem, dlaczego o jego śmierci mówisz, jak o nagrodzie? - W mniemaniu Sylwii słowa Daniela brzmiały paradoksalnie, dlatego próbowała je na własny sposób wyprostować..
- Życie jest odwiecznym towarzyszem śmierci. Ich wspólna wędrówka składa się z licznych potyczek, w wyniku których zwycięstwo tej drugiej wiąże się z zagładą tego pierwszego. Ludzkie ciało w takiej wędrówce odnosi same zwycięstwa, porażkę tylko raz - chłopak skierował wzrok w stronę dziewczyny.
Ta zdawała się wszystko pojmować, jednak ciągle nie słyszała odpowiedzi na postawione pytanie.
- Ale czemu mając na uwadze triumf śmierci, myślisz o nagrodzie? - powtórzyła.
- Bo nie myślę tylko o sobie - Sylwia spojrzała na niego z niedowierzaniem.
- Więc to egoizm? - spytała gwoli pewności.
- Tak. Ludzie tracąc kogoś bliskiego, myślą tylko o tym, jakie to przyniesie im straty materialne i moralne.
- Nieprawda! - dziewczyna przerwała mocno się opierając.
- Nikomu nawet nie przyjdzie na myśl, czy ktoś tego chciał, czy nie - Daniel nie pozwolił dojść Sylwii do głosu - Człowiek rozpacza, bo czuje się opuszczony i niepotrzebny.
- Nie wierzę!
- Ale to prawda, a prawda boli.
- To nie prawda, to bluźnierstwo - Sylwia stanowczo zaprzeczyła robiąc drobne kroki w tył.
- To wyrok! - chłopak krzyknął, obserwując przestraszoną dziewczynę. Czy ty tego nie widzisz? - tym razem łagodniej. Przychodzę w to miejsce każdego dnia i nigdy nie widziałem tu nikogo żywego. Spójrz. Smutek i zapomnienie ogarnęło to miejsce. Ludzie nie chcą pamiętać o tym, co stracili.
- Nie tobie jest dane wydawać wyroki - tym razem to Sylwia próbowała sprawić, aby wymiana zdań między nimi, powróciła do przyjemnej i bezkonfliktowej.
- A, komu?
- Bogu.
- Mówiłaś, że w Niego nie wierzysz.
Nagle zapanowała cisza. Daniel i Sylwia stali u wejścia na cmentarz. Coraz silniejsze podmuchy wiatru rozczesywały włosy dziewczyny. Dziewczyna starając się je odgarnąć, patrzyła chłopakowi prosto w oczy. Nad cmentarzem zapanowała szaruga. Nagie kolumny drzew posępnie spoglądały na zacisze.
Sylwia bardzo długo opierała się psychologicznym i umiejętnym próbom przekonania, że ogarniający ją świat nie będzie lepszy, dopóki sama nie postanowi go zmienić. Chłopak starał się uśmierzyć mękę, jaka czeka na nią jeśli nie postanowi podjąć próby naprawy otaczającej ją rzeczywistości.
- Dobrze - powiedziała Sylwia. - Udało ci się. Myliłam się. Może, jednak ktoś tam u góry jest i próbuje mi pomóc - dziewczyna przezwyciężyła w sobie gniew.
- Wierz mi - wydobył chwytając ją za ramiona. - Śmierć dla zmęczonego ciała jest błogim snem, z którego niekoniecznie chce się budzić. Kojarzymy ją tylko i wyłącznie z bólem, cierpieniem, żalem oraz smutkiem. To my chcemy inaczej. Nasze potrzeby zdają się być ważniejsze i dlatego jesteśmy egoistami - powiedział nawiązując do poprzednich zdań.
- A, ty? Myślisz tylko o sobie? Czy może twoje credo jest tak idealne, że nie pozwala ci na poddanie się tym, jak twierdzisz stereotypom.
- Moje życie to miękki grunt, więc nie wchodź na jego teren, jeśli nie potrafisz sprostać wyzwaniu utrzymania się na nim - Daniel wyraźnie dał do zrozumienia, że nie zamierza mówić o sobie.
Zresztą nigdy tego nie czynił. Zwłaszcza po śmierci ojca.
- Odpowiedz - głos Sylwii zabrzmiał prosząco.
- Tak. To chciałaś usłyszeć. Nie jestem doskonały. Też miewam chwile zwątpienia. - przyznał się z niesmakiem, rozkładając dłonie.
Daniel odwrócił twarz. Dziewczyna zaczynała przejmować inicjatywę. Chłopak, mimo usilnych prób zdawał się przegrywać z samym sobą. Rozmowa przedłużała się, a ciemne chmury ogarnęły cmentarz. Świecące lampiony rozbłyskiwały światłem, tworząc niepowtarzalny widok. Ugięta latarnia obok nich stała nieoświetlona. Sylwia ruszyła w kierunku wyjścia. Daniel usłyszał szelest trawy, po czym odwrócił się dołączywszy do dziewczyny.
- Czemu mnie pouczasz? - Sylwia znów zadała niełatwe pytanie. - Wygłaszasz moralne przestrogi i zasady, samemu ich nie przestrzegając - dodała.
- Po pierwsze, sama mnie o to prosiłaś - wydobył wyliczając na palcach. - Po drugie, ja też straciłem rodzica.
- Wbijasz gwóźdź do trumny! - dziewczyna umiejętnie wykorzystała jego własne słowa.
- Siła życia nie zawsze jest mocna. My też kiedyś zatracimy wolę walki - chłopak również nienagannie wykorzystywał swoje zdolności charyzmatyczne.
- I co wtedy?
- Zapadniemy w błogi sen - odrzekł.
- Tak, po prostu?
- Co mam ci powiedzieć?
- Myślisz, że życie to tylko nieustająca wędrówka ku zagładzie? - Sylwia rozpoczęła monolog. - Przecież ludzka egzystencja nie ogranicza się wyłącznie do pesymistycznych przemyśleń w stosunku do śmierci. Ludzie mają swoje cele i marzenia, które zapewne z pasją i zawziętością próbują realizować - dziewczyna nie przestawała. - Wszystko, co robimy to jakiś szlak, z którego nie należy rezygnować. Również życie. Czy wszystko, co krótkie jest nieuchwytne?
- Istotnie.
- Nie rozumiem cię. - dziewczyna nie potrafiła poskładać myśli.
Tymczasem oboje z powrotem zatrzymali się przed opuszczonym parkiem. Brama u jego wejścia ciągle stała zapomniana.
- Kiedy wchodziliśmy do tego parku, mówiłaś, że nie wierzysz w Boga - powiedział chłopak kierując wzrok na bezlistne drzewa. - Całe twoje życie było przykryte płaszczem cieni, spod którego nie było widać nutki światłości. Mówiłaś, że ludzkie istnienie nie ma sensu, a teraz sama próbujesz mnie przekonać, abym się zmieniał - Sylwia nawet nie starała się przerywać wypowiedzi Daniela, patrząc na niego, jak w zwierciadło bez dna. - Twój własny świat otaczała żelazna balustrada, której nikt nie potrafił przebić. Teraz sama szukasz w niej wyjścia - bystrość chłopaka była niewiarygodna.
Stoicki spokój kierował nim jak na torze z przeszkodami. Każde rozwiązanie było dobrym rozwiązaniem.
- Czy nie o to ci chodziło? - spytała po krótkiej przerwie.
- Owszem, ale czy nie powinnaś sama zadać sobie tego pytania?
- Kim jesteś? - ponownie spytała, nie udzielając odpowiedzi.
- Mówiłem już. Poprosiłaś mnie o to.
Ostrożna wymiana spojrzeń trwała dłuższą chwilę. Zaczął padać deszcz. Drobne krople spadały spod ciemnego nieba. Oczy Sylwii przysłaniały bujne włosy. Woda spływała im po twarzach. Energicznym ruchem wbiegli do parku, gdzie gęstość drzew zatrzymywała siąpaninę. Zatrzymali się w tym samym miejscu, gdzie na początku. Pośrodku wysepki stała figurka chłopca, na którą prowadził stary, spróchniały most. Dziewczyna zatrzymała się przy kamiennej postaci.
- Kim ty właściwie jesteś? - spytała, kiedy na twarzy chłopaka pojawił się grymas.
- Nie wiem, po co pytasz? - odrzekł lakonicznie, gdyż było widać, że nie chce odpowiadać.
- Ponieważ chcę wiedzieć. Zastanawiasz się, dlaczego tak naprawdę tutaj jesteśmy. Nie pomyślałeś, że nie powinno nas tutaj być. Stoję w strugach deszczu z zupełnie obcą mi osobą. Czy to nie dziwne?
- A jest? - spytał zdumiony.
- Owszem - odparła oczekując responsu.
- Boisz się mnie? - zapytał ni stąd ni zowąd.
- Czemu tak myślisz?
- Mówiłem ci, że strach pojawia się przed czymś nieznanym. Ludzie nie odczuwając strachu, nie są ludźmi - wytłumaczył.
- Czy ty odczuwasz strach?
- Naturalnie - odparł.
- Czego się boisz? - spytała zaciekawiona.
- Samego siebie.
- Chyba powinnam już iść - powiedziała.
Sylwia udała się w kierunku mostu. Szła wolno i ostrożnie, nie oglądając się za siebie. Dopiero, kiedy była już u wyjścia, spojrzała się za siebie. Na wysepce nikogo nie było. Tylko figurka chłopca ze skrzypcami w dłoniach. Dziewczyna wybiegając zdążyła jeszcze zobaczyć, jak promienie słońca przebijały się przez korony drzew i oświetlały park.

Data:

 XII 2002

Podpis:

 Artur K.

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=10741

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl