https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
200

Chiny

Autor płaci:
200

  Wycieczka życia  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W maja nagrodą jest książka
Cujo
Stephen King
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Chiny

Wycieczka życia

Krzyż

Traumatycznie. Przeczytaj i spróbuj zrozumieć, co powinno spotkać właśnie Ciebie.

Sen o Ważnym Dniu

Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).

Pęknięcie - Rozdział 8

Nisa i Ellie znają się od zawsze. Przynajmniej tak się im wydaje. Razem są w stanie stawić czoła wszystkiemu. Gdy któregoś dnia rzeczywistość zaczyna się zmieniać, a do ich życia wkracza ktoś obcy, ich przyjaźń zostaje poddana kolejnej próbie.

Mefisto i Carmen

"Nie moja w tym wina, że jak to bywa w świecie Los z przekory nici gobelin życia plecie."

Ró-ża

Na skrawku zapisane

Nigdy

Proszę o komentarze :)

Opowiadania współczesne – odc.1 Miasto

zasypianie i budzenie się w mieście

Nieśmiertelny.

Cała akcja odbywa się w XXw. w mieście Avalon oraz Nevada.

2012

Sukces na miarę całego kraju. Oceniali: Joanna Kołaczkowska,Andrzej Poniedzielski,Stanisław Zygmunt,Andrzej Zakrzewski

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
2043
użytkowników.

REKLAMA

POZYCJA: 82864

82864

Znajdź tu pedagoga

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
26-04-22

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Muzyka/Edukacja/Kultura
Rozmiar
16 kb
Czytane
241
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
26-04-22

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: Arseniusz123 Podpis: Arseniusz Ostraszewski
on-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Opowieść o edukacji pianisty

Opublikowany w:

Nigdzie

Znajdź tu pedagoga

Na stadionie uniwersytetu stanowego w Bloomfield w Montanie zgromadziło się kilka tysięcy osób. Był to maj 1999 roku, dzień wyjątkowo odświętny. Kilkaset studentów, ubranych w odświętne togi, miało za chwilę otrzymać dyplomy doktorskie i magisterskie. Stadion był wypełniony po brzegi rodzinami i przyjaciółmi absolwentów. Odśpiewano hymn państwowy i hymn uczelni. Słowo wstępne wygłosił rektor, a zaraz po nim miał wystąpić z wykładem specjalny gość tej uroczystości, profesor Krishna Chakraboorthy, światowy ekspert od spraw deficytu wody na świecie.

Pianista Wiesław Mądrzejewicz kończył właśnie doktorat ze sztuk muzycznych. Było w tym roku kilkoro innych absolwentów wydziału muzycznego: pianistka Ling Liu z Szanghaju, skrzypaczka Jung Kim z Seulu, kompozytor Joachim von Parnitz z Hamburga i Wiesław, pochodzący ze P….. Góry. Siedzieli razem w togach z różowymi szarfami, kolorami muzyki, i czekali, aż przyjdzie ich kolej. We wskazanym momencie każdy absolwent miał wejść na podium i odebrać dyplom od rektora, a potem uściskać ręce gubernatora stanu Montana, a potem ręce prorektora, dziekana i własnego profesora. Uroczystość transmitowana była na żywo przez stanową telewizję.

Wiesław miał dobre dwadzieścia minut zanim poproszą go, by ustawił się w kolejce. Zaczął rozmyślać o swej długiej drodze zawodowej, która zaprowadziła go w tym triumfalnym dniu na ten stadion w Montanie.

Jego myśli zawitały najpierw do rodzinnego miasta. To tu, w wielu sześciu lat, w roku 1976, posłano go do szkoły muzycznej. Jego pierwszą nauczycielką była pani Krystyna. Wiesław zaczął grać, ale raczej go to nie zainteresowało. On sam też nie zainteresował pani Krystyny. Lekcje były zazwyczaj o godzinie 14:30 a pani Krystyna, zawsze wyperfumowana i elegancko ubrana spóźniała się o dobrą godzinę. Czekając na nią, Wiesław czytał pod drzwiami gabinetu powieści Juliusza Verne. „Kotusia”, jak nazywała Wiesława wiecznie spóźniona pani Krystyna, miał lekcje w pięć minut, podczas których zadawała mu następnego menueta Bacha i etiudę, oraz gamy i pasaże. Pani Krystyna miała rodzinę w Kanadzie i opowiadała o pięciopasmowych autostradach w Toronto. I to chyba jedyne co dzieciaczek zapamiętał z jej lekcji. „Kotusia” grał jak mógł, śpiewał pilnie w chórze i chodził na wszelkie inne zajęcia, ale najwyraźniej wykazywał jakieś zdolności, gdyż posłano go do liceum muzycznego, gdzie rozpoczął naukę u pani Jadwigi.

Pani Jadwiga zajęła się nim na poważnie. Miał dwa razy w tygodniu wielogodzinne lekcje, często u niej w mieszkaniu, w bloku. Główną metodą pedagogiczną pani Jadwigi było krzyczenie na dziecko. Wszystko, pierwszy dźwięk utworu, tempo, jakość dźwięku, artykulacja, charakter, pedalizacja itd. denerwowało panią profesor i doprowadzało ją do niczym niekontrolowanej furii. Wiesław żył przez lata liceum w okropnym stresie, bał się fortepianu jak ognia, a ten zakodowany wtedy paniczny strach przed kobietami pozostał z nim już na zawsze. Każdy dźwięk i każdy ruch ręki był przedmiotem emocjonalnych eksplozji pani profesor. Pod tym kierownictwem, jako że ćwiczył siedem godzin dziennie, Wiesław robił niesamowite postępy techniczne i muzyczne.

Chodził w tym czasie regularnie do filharmonii. Wizytujący radzieccy soliści grali pięknie, zakrapiając wszystko na scenie obfitym potem który lał się z ich nalanych, tłustych i śmiertelnie poważnych twarzy. Soliści z Zachodu grali z uśmiechem i radością. Lokalna sflaczała orkiestra filharmoniczna grała nudno i bezbarwnie, z cynicznym, bezczelnym brakiem szacunku dla muzyki, dla dyrygenta, dla zagranicznych gości i dla wiernej, zabiedzonej publiczności. Wiesław doskonale rozumiał tych Rosjan, którzy grali tak jakby stali przed plutonem egzekucyjnym. Muzyka, tak jak każda jego lekcja fortepianu, to była przecież kwestia życia i śmierci! Zastanawiali go ci drudzy, ci wiecznie zrelaksowani burżuje, nie rozumiał ich, to był jakiś inny świat. Imponowali mu. Słuchał wtedy nieustannie płyt. Z niewiadomych powodów uwziął się na jedną płytę, z mazurkiem op. 56 nr 3 Chopina w interpretacji amerykańskiego pianisty Jeffreya Swann’a. To właśnie środkowa część tego mazurka spowodowała, że postanowił zostać pianistą.

W liceum pani Jadwiga kłóciła się nieustannie z koleżankami i dyrektorem. Wiesław obrywał za to na szkolnych konkursach i egzaminach, gdzie zawsze dawano mu niższe punktacje, na złość pani Jadwidze. Wysyłała go na lekcje do lokalnych profesorów w akademii muzycznej, z którymi się ponoć przyjaźniła, ale o których miała okropną opinię i wyzywała ich okropnie od obleśnych pedałów. Niespecjalnie pomocni byli owi profesorowie, owszem grali czasem pięknie, pokazywali, że tak jak oni to grają brzmi przecież po prostu dużo ładniej, ale jak to zrobić już nie wyjaśniali, może nie chcieli poradzić, a może nie wiedzieli, jak poradzić. Wiesław słuchał w tym czasie dużo Goulda, Rubinsteina, Benedettiego, Kocsisa oraz muzyki chóralnej. Jeździł na koncerty na festiwal „Wratislavia Cantans”, zakochał się w brytyjskiej śpiewaczce Emmie Kirby i w Pasji wg św. Jana Bacha. Podobał mu się bardzo robiący właśnie furorę Ivo Pogorelic. Wyglądał niesłychanie romantycznie w tych długich włosach i młodzieńczych rysach, ale do tego typu myśli Wiesław nie chciał się wtedy przed sobą przyznać. Jeden z licealnych kolegów miał nagrania Hoffmana i Friedmana, a na płytach dominowali w sklepach w Polsce Richter, Gilels, Nikolajewa i Baszkirow.

Pani Jadwiga na lekcjach dalej tupała, krzyczała, płakała, śpiewała, złorzeczyła, zastraszała, szantażowała wyrzuceniem z gabinetu i, czerwona na twarzy z permanentnego oburzenia, dostawała kompletnej furii. Wytłumaczyć niczego temu spokojnemu dziecku nie potrafiła. Szarpała go za rękawy, waliła mocno po plecach, trzymała ręce na jego dłoniach i grała jego palcami. Wrzeszczała mu do ucha. A w międzyczasie zaprzyjaźniła się z jego rodzicami. Wiesław grał ponoć bardzo dobrze, ale tak naprawdę tych umęczonych na torturach utworów nie lubił, wolał sobie poczytać a vista lub pograć z młodszą siostrą na cztery ręce. Grał też kompozycje młodych kolegów kompozytorów. W tych prywatnych spotkaniach z muzyką widmo wrzeszczącej pani Jadwigi było nieobecne, a ręce mogły się poruszać po klawiaturze tak jak same chciały. Wszystko nagle zależało wyłącznie od Wiesława. Nie było też żadnej presji by pobić konkurentów z klasy pani Renaty czy pani Katarzyny, dwóch śmiertelnych wrogów pani Jadwigi. Maturę zdał Wiesław z białoczerwonym paskiem i dostał się bardzo łatwo na studia w wielkiej metropolii. Wiesław cieszył się, że opuszcza zgniłą atmosferę lokalnego środowiska muzycznego.

Na akademii muzycznej w wielkiej metropolii został studentem pianistki światowej sławy, profesor KT. Miała ona asystenta, profesora FR. Na lekcje przynosiło się utwory nauczone na pamięć i grane już we właściwym tempie. U profesor KT panowała na lekcjach kompletna, mrożąca krew w żyłach cisza. KT uczyła z ołówkiem w ręku, zaznaczała plan dynamiki utworu i pedalizację, wyliczała co do nuty wszystkie ornamenty. Uczyła precyzji czytania tekstu i odpowiedzialności za każdą nutę. Nie interesował ją aspekt fizyczny i emocjonalny gry na fortepianie, uważała, że w tego typu sferę intymną nie będzie się mieszać. Uczyła muzyki, nie uczyła pianistów. Lekcje zaczynały się i kończyły punktualnie, co do sekundy. Wiesław miał często lekcje wieczorami jako ostatni student, profesor KT w pewnym momencie wstawała od fortepianu, podawała dłoń do pocałowania i opuszczała salę, a pod budynkiem czekała na nią taksówka. Raczej nie lubiła Wiesława, lubiła innych chłopców, bardziej szarmanckich, wysportowanych. Wiesław nie był czołobitny, nie umiał się podlizać, nie wiedział, jak kokietować panią profesor, a ona na co dzień bez komplementów i adoracji żyć nie umiała. Była przecież gwiazdą, jej twarz pokazywana była często w telewizji. Wiesław strasznie bał się jej krytycyzmu, jej zimnego obiektywizmu, choć imponowała mu jej osobista kultura, perfekcyjna znajomość języków obcych, jej intelekt i oczytanie. Nigdy nie mówiła nic złego o innych, co było ogromną zmianą dla Wiesława, który przeżył piekło prowincjonalnego liceum muzycznego.

Asystent pani profesor, FR, na lekcjach prawie nic nie mówił, siedział sobie cicho, czasem mruknął pod nosem, że ten czy taki inny utwór powinien być „bardziej pomarańczowy”. „Chyba sobie jaja robi”, pomyślał Wiesław i na tym zostało. Na czwartym roku FR zapytał Wiesława nagle w środku lekcji „jak pan się nazywa?”. Chyba rzeczywiście zapomniał. W roku 1988 przed Bożym Narodzeniem na lekcjach FR pisał kartki świąteczne i powiedział do Wiesława „niech pan sobie gra, mi to nie przeszkadza”. A podczas innej lekcji ubrał się w płaszcz i włożył na głowę kapelusz, po czym powiedział „muszę iść do domu, do zobaczenia za tydzień” i wyszedł. Wiesław nigdy przedtem nie widział takiego pedagoga. Ale tak naprawdę lubił FR bardziej niż KT. Lenistwo było bardziej ludzkie. Nieubłagany protestantyzm profesor KT był dla niego emocjonalnie obcy, choć oczywiście nauczył się u niej bardzo dużo.

Na nauki kameralistyki KT posłała go do mniej znanego pedagoga, profesora BW, który polecił mu przyprowadzanie na lekcje śpiewaczek. Na lekcjach profesor podrywał śpiewaczki, poprawiał im nuty na pulpicie, ustawiał je na scenie i generalnie do nich się po prostu dobierał. Czerwone od wstydu, chichotały, broniły się i protestowały jak mogły, podczas gdy Wiesław siedział przy fortepianie i był zawstydzony. Z końcem semestru Wiesław miał zawsze egzamin z kameralistyki i wtedy profesor BW mówił, że trzeba będzie sprawdzić „czy pan się zwinął, czy rozwinął”.

W międzyczasie następowały zmiany polityczne w kraju, profesor KT lamentowała na lekcjach - „dzieci kochane, ale co się stanie jak teraz wszyscy sobie będą mogli jeździć za granicę?”. Zmiany były rzeczywiście rewolucyjne, a gdy Wiesław kończył studia upadła w Polsce komuna. Cały zestaw przywilejów dla wybranych wyparował w kilka miesięcy.

W ostatnich latach studiów udało się Wiesławowi pojechać po raz pierwszy na Zachód, na kursy pianistyczne do Austrii. Gdy zagrał „egzamin wstępny” przed sławnym pianistą amerykańskim, tenże orzekł, że Wiesław jest wspaniałym muzykiem. Takich rzeczy Wiesław od nikogo nigdy nie usłyszał. Od czasów podstawówki aż do końca studiów, czyli przez prawie dwadzieścia lat, słyszał wyłącznie krytycyzm podawany albo w formie głośnej (furia pani Jadwigi) albo w formie suchej (z ołówkiem, po cichutku, u profesor KT). Dwutygodniowe studia u profesora Williama G. były jakimś olśnieniem. Muzyka była tam traktowana jako radosny dar z nieba, a granie na fortepianie było jednym z najbardziej radosnych przeżyć dostępnych człowiekowi na tym padole płaczu. Były to rewolucyjne odkrycia dla Wiesława, coś, czego istnienie zawsze przeczuwał, ale nikt nie umiał mu tego tak prosto wytłumaczyć czy naocznie zademonstrować jak zrobił to professor William G.

Wiesław wrócił do Polski w kompletnie innym, entuzjastycznym nastroju. Skończył studia. Pracę magisterską pisał pod kierunkiem profesor KT i tu, bez fortepianu i całej tej muzycznej emocjonalności, pracowało im się razem naprawdę dobrze. Po studiach profesor KT regularnie odpisywała na listy Wiesława. Wydaje się nawet, że pod koniec studiów chyba go polubiła, gdyż, w przeciwieństwie do jej przystojnych wysportowanych ulubieńców był oczytany i miał imponującą wiedzę na tematy religii, filozofii i historii.

Gdy Wiesław kończył studia, okazało się, że wzbudził też sympatię u profesora FR, który, choć jeszcze rok temu nie pamiętał jak się Wiesław nazywa, teraz nagle pomógł mu otrzymać stypendium na studia na uniwersytecie w Południowej Dakocie. Rozentuzjazmowany Ameryką, Wiesław nauczył się angielskiego sam, w kilka miesięcy. Zdawał sobie sprawę, że wybrańcy pani profesor oraz synowie i córki wpływowych osób jechały wtedy na ministerialne stypendia do Juilliarda, Eastman, lub do New England Conservatory, podczas gdy on, pochodzący z P…. Góry Wiesław Mądrzejewicz jechał do jakiejś Południowej Dakoty w samym środku prerii. Niech już jednak tak będzie, lepszy rydz niż nic. Wiesław był z „Polski B” znanej również jako „teren” i to, że w ogóle jechał na stypendium do USA było w roku 1991 wielkim osiągnięciem. Rodzice byli bardzo dumni z Wiesława, i nawet jego matka, która z powodu swych wojennych przeżyć była fanatyczną pesymistką, potrafiącą popsuć każdą, nawet najradośniejszą okazję, tym razem uśmiechnęła się.

W Południowej Dakocie Wiesław wylądował u profesora GF. Tenże znany był z tego, że jego studenci wygrywali wszelkie konkursy. Wiesław, który był w wyśmienitym nastroju, wziął udział w wielu lokalnych, stanowych i regionalnych konkursach i zawsze otrzymywał najwyższe nagrody. Wygrał nawet jeden konkurs narodowy, na całe Stany. Na konkursach zawsze grał te same utwory i przez cały czas studiów u GF nie nauczył się ani jednego nowego utworu, ani jednej nuty. Był natomiast dumą profesora i całej uczelni. Był to szczęśliwy okres w życiu Wiesława, te wszystkie sukcesy były owocem jego wieloletniej pilnej pracy. I jak dobrze, że profesor GF wiedział, że lepiej się nie wtrącać. Zdawał sobie sprawę, że dostał od FR w prezencie z Polski gotowego pianistę. Te dwa lata w Dakocie były okropnie zajęte przystosowywaniem się do nowego kraju i graniem na konkursach, i cały ten okres minął niesłychanie szybko. Wiesław już wkrótce przeprowadzał się do Montany, gdzie miał pracować nad doktoratem.

W Montanie Wiesław uczył się u profesora PG, który studiował u legendarnych mistrzów fortepianu w Moskwie, w Eastman i w Juilliard School. PG koncertował regularnie na całym świecie, choć potwornie bał się publicznych koncertów. Czasem jechał gdzieś i był tak przerażony perspektywą koncertów, że nagle wszystko odwoływał. Opuściła go żona, mieszkał sam i całymi dniami ćwiczył, w wielkim pustym domu z trzema fortepianami. Odradzał wszelkie konkursy, sam, po trzydziestu latach miał jeszcze traumę po konkursach w Brukseli i w Moskwie, gdzie jako dwudziestolatek wygrał czołowe nagrody. Dla PG wszystko było za trudne, „impossible”, jak ciągle mówił, miał nerwicę na temat każdej nuty. Lekcje polegały na ciągłym szukaniu jak coś zagrać lepiej, kwestionowaniu wszystkiego. I ten permanentny stan mizernego niezadowolenia i totalnej niepewności co do absolutnie wszystkiego nawet jakoś funkcjonował. Wiesław pomyślał, że on sam chyba zatoczył jakieś magiczne koło. Od obsesyjnie poirytowanej pani Jadwigi w liceum w P…. Górze do szalonego PG w Montanie nie było znów tak daleko. Profesor PG nie wierzył w istnienie dziedziny znanej pod nazwą pedagogika fortepianowa. Uważał, że jedyne co istnieje, to intensywne słuchanie i wieczne eksperymentowanie. To nawet przypominałoby filozofię profesora Williama G. z Austrii gdyby nie ta szalona obsesyjna neuroza, którą PG zaraził się chyba w Moskwie.

Po pewnym czasie zaczęło się powoli okazywać, że to Wiesław został niejako opiekunem swojego profesora, który grał dla niego właśnie przygotowywane utwory, dzielił się z nim swoimi zmartwieniami, szukał porad jakie utwory wybrać na koncerty i w jakiej kolejnośc je wykonywać. Grał przepięknie. Nie interesowała go natomiast za bardzo przyszłość Wiesława, nie było dla Wiesława miejsca w permanentnie zmartwionej profesorskiej głowie. Możliwe, że PG mniej lub bardziej świadomie uważał Wiesława za konkurencję. Gdy Wiesław zaczął poważnie martwić się o swą zawodową przyszłość, PG po prostu tłumaczył, że trzeba dalej ćwiczyć. To była jedyna porada, jaka mu przyszła do głowy. Gdy Wiesław, cudem jakimś, otrzymał propozycję pracy jako profesor fortepianu na uniwersytecie w środkowej Oklahomie, wszyscy na całym świecie serdecznie mu gratulowali, za wyjątkiem jednej osoby, jego własnego profesora, który, z wyrazem głębokiego rozczarowania na twarzy, powiedział tylko, że to absolutny koniec pianistycznej kariery Wiesława. Mimo, że Wiesław był jego najlepszym studentem, profesor PG nie przyszedł dziś na rozdanie dyplomów, miał bowiem za tydzień koncert w Łazienkach. Spędzał każdą wolną chwilę przy klawiaturze i powtarzał sobie i wszystkim dookoła, że preludia Chopina są „impossible”.

Wyrwany z zamyślenia, Wiesław usłyszał nagle przez megafon swoje imię i nazwisko. Obudziło go właściwie to, że wypowiedziano je poprawnie. Tydzień temu każdy zagraniczny student posłał nagranie poprawnej wymowy swego nazwiska do organizatorów. Dla wielu zgromadzonych dziś na stadionie była to niezwykle rzadka okazja by usłyszeć swoje imię i nazwisko wymówione w Stanach poprawnie.

Wiesław pobiegł odebrać dyplom. Na widowni oklaskiwał go jego koreański mąż, Dong Kim, który kończył w Montanie doktorat z mikrobiologii. Za tydzień wybierali się na wakacje do Australii.

Podpis: 

Arseniusz Ostraszewski 21 Kwietnia 2026
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Krzyż Sen o Ważnym Dniu Pęknięcie - Rozdział 8
Traumatycznie. Przeczytaj i spróbuj zrozumieć, co powinno spotkać właśnie Ciebie. Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny). Nisa i Ellie znają się od zawsze. Przynajmniej tak się im wydaje. Razem są w stanie stawić czoła wszystkiemu. Gdy któregoś dnia rzeczywistość zaczyna się zmieniać, a do ich życia wkracza ktoś obcy, ich przyjaźń zostaje poddana kolejnej próbie.
Sponsorowane: 20Sponsorowane: 15
Auto płaci: 100
Sponsorowane: 15
Auto płaci: 15

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2026 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.