https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
200

Chiny

Autor płaci:
200

  Wycieczka życia  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W kwietniu nagrodą jest książka
Wszystkie złe miejsca
Joy Fielding
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Chiny

Wycieczka życia

Krzyż

Traumatycznie. Przeczytaj i spróbuj zrozumieć, co powinno spotkać właśnie Ciebie.

Sen o Ważnym Dniu

Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).

Czarny motyl

Ledwie mogłam uwierzyć, mój oddech się skrócił. Chyba tylko czarownica mogła przygonić na zatłoczoną po brzegi plażę wielką chmurę czarnych motyli?! Co one szykują?

Mefisto i Carmen

"Nie moja w tym wina, że jak to bywa w świecie Los z przekory nici gobelin życia plecie."

Ró-ża

Na skrawku zapisane

KYTNAMOR

...

Nigdy

Proszę o komentarze :)

Opowiadania współczesne – odc.1 Miasto

zasypianie i budzenie się w mieście

Nieśmiertelny.

Cała akcja odbywa się w XXw. w mieście Avalon oraz Nevada.

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
2327
użytkowników.

REKLAMA

POZYCJA: 82847

82847

Istoty - Rozdział III

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
26-04-12

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Filozofia/Horror/Podróże
Rozmiar
39 kb
Czytane
232
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
26-04-24

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: MimikTezeusz Podpis: Mimik Tezeusz
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Bohater zmaga się z pójściem do szkoły w drugi dzień, lecz tym razem ma towarzyszkę, z którą dzieli swoje problemy

Opublikowany w:

Istoty - Rozdział III

Trzysylabowe, rytmiczne pohukiwanie, unosiło się w lesie za naszymi plecami. Oglądaliśmy zachód słońca, które osuwało się ku gęstej polanie rosnącej pod płaskowyżem, na którym siedzieliśmy. Polana bogato była zdobiona w czerwone maki, mlecze, stokrotki, mniszek i koniczyny. Kępy kwiatów zdawały się być muśnięciami matowej farby, która odbijała blask żółtego nieba, a to rozdrabniało chmury na małe fragmenty.
Po mojej lewej siedziała dziewczyna. Milczała, a jej twarz rozmywała się w promieniach odchodzącego za horyzont zmierzchu, pod którym nurkowały bure stworzenia, rzucające w przestrzeń swoje piski zmieszane z terkotem. Chwila zdawała się ciągnąć w nieskończoność, wypaczono z niej początek, razem z końcem, który zwyczajnie nie nastawał. Czas mijał, a Słońce i Ziemia stały nieruchomo po to, abyśmy siedzieli we dwoje w milczeniu.
Aż słońce zgasło. A ja się obudziłem.
Miałem wstać do szkoły. Zerwać się z łóżka wraz z budzikiem. Gdy otworzyłem oczy, spodziewałem się całkowitej ciemności lub rozrzedzonego światła wschodu słońca wpadających przez okno - taki stan był mojego pokoju, kiedy musiałem wychodzić do szkoły. Ciemność lub mała dawka słońca rozpływająca się po pomieszczeniu - oba te stany dawały pewnej rześkości do wstania. Świeżości nowego dnia. Zamiast spodziewanego widoku, zobaczyłem, że przez zasłony zwieszone przed moim oknem, przenika jasna, zdecydowana poświata dnia w pełnej jego jaskrawości. Kontury każdego przedmiotu w pokoju były jasne, a nie zamazane i nieistotne. Dzień już trwał i zaczął się beze mnie. Mógł funkcjonować trwać beze mnie.
Czy to budzik mnie nie obudził? Do tego czuję się... Przygnieciony do łóżka. Nie jest to kolejny paraliż. Po prostu moje całe ciało zdaje się być ociężałe, w piersi mam ogromne, nienasycone napięcie, a umysł jest jakby... zamroczony. Nie mogę zdecydować czy to jawa czy sen.
Mój telefon wreszcie zabuczał. Ale nie był to źle ustawiony budzik, a próba dodzwonienia się do mnie ciotki Wandy. Ręka opornie sięgnęła po urządzenie. Odebrałem, zamajaczony sam nie wiem czym:
- Halo? - zapytałem.
- Czemu nie jesteś w szkolę? Spływają mi nieobecności,
- Właśnie się obudziłem. Chyba budzik nie podołał.
- Brzmisz jakbyś był chory. Już w drugi dzień.
- Nie, chyba nie jestem. Może trochę zmęczony.
- No w porządku. Oby się już coś takiego nie zdarzało.
- Nie muszę iść na resztę lekcji?
- A chcesz?
- I tak bym nie dojechał na najważniejsze lekcje...
- Odpocznij sobie. Powinien być jeszcze chleb na śniadanie.
- Dziękuję, ciociu.
- Miłego dnia.
- Miłego.
Odrzuciłem telefon w plątaniny pościeli na moim łóżku i westchnąłem ciężko. Przez zasłony przebijało się okazałe światło, ale sypialnia i tak była w zamroczonym odcięciu od rzeczywistości. Pełnia dnia dobijała się przez okna, nie mogąc wtargnąć do pomieszczenia, gdzie sypiam, wbijała się do kuchni, przelatywała przez korytarz i rzucała mały blask spod zamkniętych drzwi. Byłem osaczony. Pod presją życia na modłę istot, których nie rozumiałem. Nie miałem czasu zrozumieć. Istoty dnia, nieba, słońca, lasu... na nich powstały istoty ludzi. Ich też nie rozumiem. A pokłosie ludzkiego stworzenia są wszędzie... kamera na moim biurku, stos podręczników i książek ustawionych obok, widma zdjęć na korytarzu. Leżałem tak w łóżku jeszcze przez godzinę, półśniąc o wszystkim - każdym elemencie świata, który czegoś ode mnie wymagał. I nie miałem siły na nic.
- Jakie plany na dzisiaj? - Śmierć
wyłoniła się z pofalowanej tekstury zasłon. Nie bała się światła. Podkreślało ono jej ludzkie rysy, jej plastyczność, jej senne oczy. Miałem ją widzieć wyraźnie. Nadawałem jej personę.
Czyli jednak nie była snem. Choć szczerze, nie miałem ku temu wątpliwości. Może tylko nadzieję.
- Zjem śniadanie.
- Po co? Co będziesz robił dalej? Ku czemu?
- Nie teraz. Muszę się ruszyć.
Wyrwałem się gwałtem z łóżka, a ona zniknęła. Stanąłem pośrodku pokoju, w którym sypiam, zagubiony. Podszedłem do zasłon i wpuściłem dzień. Otworzyłem okno. Ogarnął mnie jesienny powiew kolorowego chłodu, cichych domów i szumiących drzew. Nie były mi obojętne. Pójdę na spacer. Tak.
Otworzyłem drzwi, wpuszczając resztę słońca. Minąłem mrukliwe zdjęcia na korytarzu i wszedłem do aromatycznej kuchni. Cisza. Sięgnąłem do szafek i wyjąwszy czarną herbatę z dodatkiem skórek pomarańczy, zamknąłem oczy pochłaniając kojący zapach. Zaparzyłem herbatę w czajniczku, a jako posiłek zrobiłem kanapkę i pokroiłem banana. Usiadłem przy stole, wyglądałem za okno, uchyliwszy je poprzednio, aby powiewy niosły aromat ziół, mieszając się z ostatkami pyłków. Wygoniłem Śmierć z domu, gdzie sypiam, lecz moje myśli wciąż brzmiały w formie, która prawdopodobnie przywołała do mnie tę ostateczną istotę.
Wyglądałem za okno, widziałem skrawek pola i lasu, przed którymi dwa dni wcześniej siedziałem z ciotką Wandą. Ruchomy obraz falującej przyrody i przebijających się z czwartego planu rysów miasta, zwanego domem. Perspektywa głębokości z szerokością, rozciągającymi się po wszechnieznane poza ramy okna wprawiały mnie w przytłoczenie, ale powodowały również poczucie wolności. Obsesja na punkcie zasad poruszających światem. Siedziałem twardo w przestrzeni niepomiernych zależności. Równie dobrze mógłbym unosić się w próżni, gdzie raz na czas, przypadkowo, natrafiałbym na kolejne poszlaki konieczne do połączenia, aby poznać prawdę. Wszystko może równie dobrze być niczym. Jakże spokojniej mi jest teraz w ciszy bez innych ludzi. Ale jak mniej smakowałoby mi to śniadanie, gdybym jadł je bez towarzystwa tych, którzy są teraz w swoich domach, pracach lub na swoich spacerach. Nie byłoby tej chwili wytchnienia i odpoczynku, nie byłoby samotności, gdyby życie stanowiła codzienność ostatniego człowieka. Tak bym po prostu żył. Może. Mógłbym się nie zorientować, że żyję.
Zjadłem śniadanie, pozmywałem po sobie, zamknąłem okno aby wygonić chłód, przejmujący panowanie nad kuchnią. Umyłem się, ubrałem i wyszedłem z domu.

***

Spacerowałem pustą, małą, asfaltową ulicą, gdzie sielanka ogrodów oraz lasów była rzadko przerywana przejeżdżającym autem. Mijałem grodzone, ciche domy z wystającymi balkonami, kwiatami w donicach i pustymi krzesłami ustawionymi przy plastikowych, białych stolikach, a dzwoneczki zawieszone pod drzwiami, obijały się o siebie przez naglący wiatr, który wlatywał do miasta, zwanego domem.
Co jakiś czas mijałem starszych ludzi, siedzących w swoich ogródkach. Czasem były to małżeństwa, zwracające się do siebie z uśmiechem, a czasem, takie, które kiedyś usiadły ze sobą i już tak nigdy nie wstały. Teraz spoglądają na siebie z urazą, zachowując przy tym konieczną twarzą. A pośród tego siedzieli ci samotni, przepełnieni tęsknotą za zmarłymi partnerami, uśmiechali się spoglądając na niebo z pustym krzesłem obok. Wszyscy ci już daleko w nieuchronnym procesie umierania mogli przeżyć wiele chwil, z których wyrośli jako mądrzy, dojrzali ludzie. Mogli też wcześniej w swoim życiu przeżyć coś, co zamknęło ich na jakiekolwiek poznanie i uwięziło w okowach zaburzenia. Może mieli kiedyś ochotę się z nich wydostać, lecz czując na karku oddech licha, przestali czuć potrzebę. Może jakiś duchowny ich rozgrzeszy przed śmiercią.
Uśmiechałem się do tych osób, trudno powiedzieć czemu. Czasem odpowiadali uśmiechem, czasem nie.
Z asfaltowej ulicy przeszedłem na ubitą z ziemi drogę, a z niej na dróżkę, ciągnącą się pośród pól zieleni, nawarstwiających się na nieznacznie wystających płaskowyżach, pojedynczo, rzadko obarczonych domami. Trawy były jeszcze w ogromnej części zielone, choć nie można było oprzeć się wrażeniu jesiennych, złocistych oddechów na źdźbłach. Zgubiłem z oczu miasto, wszedłem w rysujący się niedaleko las, z którego ulatywały liście, wirujące na chłodnym, dzisiaj dość intensywnym, wietrze. Istota lasu zapraszała mnie w swe progi, z takim otwarciem, jakim zapraszała każdego, odkąd ktoś nadał jej ramy i znaczenie.
Ruszyłem w las. Mijałem małe wąwozy, przecinane przez upadłe drzewa, które tworzyły mosty, a jednocześnie przejścia dla dalej rzucającej swoje odpryski dziecięcej wyobraźni. Widać było jej pokłosie. Jedna huśtawka z opony zawieszona na gałęzi, ukryte forty, gdzie w jednym leżała samotnie książka z zakładką w środku. Przerwana w części, pozbawiona prawa opuszczenia tego miejsca. Musiała czekać ze swą gawędą na czytelnika.
Skręcałem dalej w drogi, przebijałem się przez krzaki, podążając za terkotem i wystrzałami melodii, niesionymi przez ptaki oraz za kierunkiem opadających bezwładnie liści. Zgubiłem się pośród wirujących objęć odchodzącego w cykl niebytu leśnego życia. Utonąłem wyobraźnią i wzrokiem w potyczce pomarańczy i zieleni, odbywającej się na powierzchni liści oraz traw. Gałęzie mozolnie łysiały, dając upust światłu słonecznemu do napadania na wilgotne ściółki. Ostatnie, napęczniałe owoce opadały z gałęzi, soczyście rozbijając się o ziemię. Od oddalonych rzek, potoków oraz mokradeł biła parująca mgła. Idąc w odcieniach brązu, coś nagle przyciągnęło do mnie swój (mój) wzrok. Zatrzymałem się. Mój tułów zwrócony wciąż przed siebie, moja głowa powoli ruszyła się w lewo. W głębi dzikiego lasu widziałem, jak liście masowo pod naporem wiatru opadają w zwilgotniałą, błotnistą ziemię. Wśród opadających przyozdobień drzew, znalazło się czarne pióro, które tańczyło na wietrze pośród suchego, kruszącego się złota. Pióro wdzięcznie omijało przeszkody, wirowało wokół własnej osi, aż w końcu opadło do jedynego względnie czystego zbiornika wody w pejzażu, malującym mi się przed oczami. Krystaliczna sadzawka nie była jednak pusta. Pióro uniosło się na tafli wody, a obok niego, niczym grube nicie rozwarstwiały się na tafli czarne włosy, wyrastające z głowy. Twarz Śmierci była spokojna, a oczy otwarte. Głowa dryfowała lekko na powierzchni, podczas gdy ciało było zatopione gdzieś głębiej. Wśród armii umierających liści, wyglądała jakoby władała całą grawitacją lasu. Nie da się o niej nie myśleć. Nie mogłem od niej uciec.
Poszedłem dalej. Wyszedłem na polanę pośrodku lasu. Polana osuwała się lekko w dół, przez co drzewa, które ją otaczały, odsłaniały miasto, zwane domem. Musiałem spacerem przejść jakiegoś rodzaju koło. Środek polany był obarczony lekkim wyłysieniem od zarastających ją traw. Podszedłem tam i usiadłem. Przyglądałem się przez moment w dudniące miasto. Zamknąłem oczy.
- Każde drzewo? - zapytałem - Każdy pojedynczy liść?
- Czyli jednak chcesz ze mną rozmawiać?
- Nie wiedziałem, że Śmierć się tak dąsa.
- Tylko jeśli taką ją widzisz.
- Odpowiedz.
Nie widziałem, gdzie jest, ale jej głos płynął z przestrzeni przede mną.
- Odpowiedz.
- Ah. Tak, każdy liść ulega mojemu pocałunkowi, a wahające się drzewo prędzej czy później doświadcza beznamiętności moich ust.
- I robisz to teraz. Odbierasz te życia. A jednak ze mną rozmawiasz.
- Co by to w takim razie oznaczało? - zapytała.
- Że jesteś wszędzie. Masz umysł roju.
- Jesteś blisko.
Otworzyłem oczy. Siedziała ze skrzyżowanymi nogami na zżółciałej trawie, delikatnie gładząc końcówki jej źdźbeł. Sznurki od kaptura razem z gęstymi włosami unosiły się lekko na wietrze.
- Po co pocałunek? Jakie to uczucie?
- Chcesz szczerej odpowiedzi?
- Tak.
Wstała. Poprawiła kaptur.
- Pocałunek to symbol, który ty mi przydzieliłeś. A ktoś inny ci go pokazał, aby wytłumaczyć ten niewysławialny, niewytłumaczylny gest momentu spotkania ze mną. Jestem taka, jaki chcesz abym była. Wiesz o tym. Dowodzi temu fakt, że nie zadałeś pytania, na które znasz odpowiedź. Dlaczego jestem kobietą?
- Nie jesteś.
- Dokładnie.
Miasto za jej plecami zostało stłumione przez szum podmiejskich lasów i łąk. Nicie życia każdego sprowadzały się do tej polany.
- Jak masz na imię? - zapytałem.
- Moję imię jest twoim imieniem.
- Przestań.
- Co przestać? - zapytała.
Wstałem z wyłysiałego placka łąki. Stanąłem ze Śmiercią twarzą w twarz. Nasze oczy stykały się na równi, włosy zdawały się przesiąkać wzajemnym pragnieniem splątania, a między dłońmi pusta przestrzeń gęstniała.
- Nie odpowiadaj pustymi słowami. Znam to. Jedno zdanie to za mało, żeby zawrzeć jakiś sens. Rozmawiaj ze mną poważnie. Chcę odpowiedzi. - stwierdziłem zdecydowanie.
- To, że ty uciekasz przed innymi rzucając półsłówka, nie znaczy, że nie da się jednym słowem przekazać prawdy. Gdyby było inaczej, słowa byłyby znacznie dłuższe.
- Na przykład istniałyby zdania? - zapytałem.
Śmierć zaśmiała się. Wprawiło mnie w dyskomfort.
- Twój śmiech brzmi na prawdziwy. To przerażające.
- Widzisz? Jak krótko ci zajęło powiedzenie tego.
- "Moje imię jest twoim imieniem". Jesteś moim odbiciem. Wiesz coś o mnie.
- Wiem wszystko.
- Ja nie wiem o tobie nic.
- Dlatego tutaj jestem.
- A co.... - Zgiąłem w odruchu palce u dłoni, aby upewnić się, że jej nie dotykam, że czuję. – A co, jeśli nie chcę cię. Co, jeśli wiem, że źle skończę będąc przy tobie? - zapytałem Śmierci.
- Jestem tutaj, bo jakiś fragment ciebie pragnie życia przy mnie. Niezależnie, czy jest to twoja tożsamość, czy jej kawałek, czy nikczemny odłamek instynktów, czy choroba, czy ostatki ludzkiej racjonalności. To ty o mnie wołałeś.
- Czyli pobędziemy razem jakiś czas.
- Tak długo jak uznasz, że moja rola została spełniona.
- A twoją rolą jest...
- Tylko ty ją znasz. Gdzieś głębiej. Jakaś część ciebie.
- No tak. To powiedz mi chociaż coś o sobie. Skoro jesteś tutaj dla mnie. A ja nie wiem do końca, dlaczego. Może dowiem się, poznając cię bliżej.
Śmierć zacisnęła usta. Cofnęła się o parę kroków. Wysunęła w prawo rękę, a wiatr jakoby za nią podążył. Razem z ręką, ułożyła się cała linia fizyczności tej istoty. Kolejno ruchy wykonywała noga, tułów, głowa, części ciała przecinały z gracją niewidoczne pajęczyny.
- Uwielbiam tańczyć. Czasem, nim je odbiorę, odbywam z życiem taniec. Jeden z niewielu momentów, gdy ludzie czują szczęście w mojej obecności. Potem najczęściej następuję pocałunek. Słyszę wtedy rozpacz, gorycz, żałość... Poznałeś kiedyś tych ludzi, którzy nie czują do nikogo, nawet do siebie, pretensji po czyjejś śmierci? Czują ją do mnie. I ja o tym wiem. Potem daje ulgę temu uczuciu, konsumuje je razem z ich życiem, gdy przychodzi pora.
- Czy ja... tych parę lat temu... czułem do ciebie żal?
- Nie wiesz?
- Naprowadź mnie.
- Gdybyś miał żal do innych... funkcjonowałbyś nie najgorzej. Rozmawiałbyś z ludźmi, wychodził z nimi, choć każde zdanie, które byś wymawiał, byłoby podszyte zgorzkniałością, brakiem serdeczności, podstępem może nawet. Gdybyś miał żal głównie do samego siebie, może wyżywałbyś ten żal na innych, wielu tak robi, scenariusz podobny. Niektórzy z kolei z żalem do samego siebie, wyżywają się na sobie. Robią to w zaciszu. Ciągną się w dół, mimo że powinni się motywować do wstawania z kolan. Nie mają wtedy żalu do mnie. Często chcą mnie poznać. Zatańczyliby ze mną.
W burzystych oczach Śmierci rozplotły się błyskawice, oddzielając tę wieczystą, choć podlegającą władzy przemijania istotę od słońca, suszącego się dziś lasu i rzucającego ostatnie ciepłe promienie na beton, oddalonego szumem miasta. Pełna gracji istota rozwinęła w moją stronę rękę i otworzyła dla mnie swoją dłoń.
Odłożyłem telefon na wyłysiały placek łąki. Wyciągnąłem powoli swoją oskubaną ze skórek, poharataną dłoń, tak rzadko oddawaną komukolwiek w objęcia. Zbliżałem się powoli do opalonej skóry Śmierci, aż dotknęliśmy się opuszkami palców. Mrowienie nicości, podobne do szumu w odciętym od sygnału ekranie, gdzie kolory nie mogą zdecydować gdzie przynależą, ogarnęło moją dłoń, która znajdowała się przede mną, ale czułem ją gdzie indziej. W miejscu, którego nie rozumiałem, więc ograniczona ludzka forma wybrała w ramach czucia, nieczucie. Panika. Wciąż miałem władzę w swej kończynie, choć nie wiedziałem skąd pochodziło, gdzie przechodziło i gdzie się kończyło. Podniosłem wzrok na pewne siebie, czułe na każde życie jakie ma unicestwić spojrzenie Śmierci. Objąłem jej całą dłoń. Do łokcia poczułem nicość, a pojedyncze cząsteczki mrowienia dostawały się do reszty mojego ciała. Podszedłem bliżej, objęła mnie w pasie, a mrowienie nicości ogarnęło mój tors, połączyło się w niełączności z drugą ręką. Zrobiliśmy krok, a razem z postawieniem stóp na ziemi, wpatrując się w jej oczy, poczułem jak nasze spojrzenia łączą się, a osobliwe poczucie otchłani ogarnia również moje usta, oczy i słuch.
Liście poczęły opadać z drzew, tworząc masę, mącąc mi w zmysłach, rozmywając otoczenie, które stawało się jedynie tłem dla mojej partnerki. Usłyszałem trzepoty skrzydeł. Krakania. Piski, terkot. Hukanie.
Poczęliśmy kolejnych kroków, ruszaliśmy się wobec nieistniejącej muzyki, skakaliśmy na wysokie tony, na niskie obracaliśmy się. Mrowienie momentalnie zaczęło docierać do jeszcze nieprzebadanych członków mojego ciała, aż objęło mnie całego. Słuch skupił się na rytmie naszych wdechów i wydechów, aż dołączyły do nich szum liści i krakania, które wygrały z jakimkolwiek innym rodzajem śpiewu. Zewsząd zleciał się kruki, aby nurkować wokół nas, dodając pędu liściom oraz naszym pląsom. Topiłem się w spokoju bezwładu i zmysłów. Od dawna, wreszcie czułem ulgę. Instynktownie wiedziałem, że mrowienie ustąpi wkrótce i przerodzi się w miejsce, gdzie nawet spokój nie jest odczuwalny. Ona również to wiedziała. Czerpała przyjemność z tańca, ale każdy dalej brnący krok, którego nie przerywałem, wystukiwał na twarzy Śmierci rysy smutku.
Nie wiedziałem, czy mam powód, aby przestać. Nawet go nie szukałem. Aż sam mnie znalazł. Pośród rozrywających się liści i zagłuszających krakań, ujrzałem niebieską poświatę. Przy następnym obrocie, kiedy moje oczy już się przymrużały, dostrzegłem wiadomość na moim telefonie. Zauważyłem tylko:
"Julia: Hej, , potrzebuję...."
Wróciłem wzrokiem na Śmierć i oboje zrozumieliśmy się bez słów.
Puściliśmy się. Spadłem plecami na trawę i w ułamku sekundy odzyskałem całe czucie. Napięcie znów zalało klatkę piersiową, a ciężar niesiły resztę ciała. Życie zwróciło mi również pojęcie rzeczywistości, przypomniałem sobie każde zdarzenie, które przed momentem było nieistotne. Przed oczyma przelatywały mi chmury płynące po niebieskim niebie, liście jakby wróciły do normalnej prędkości spadania, a ptaki odleciały gdzieś daleko. Ugiąłem się w pasie, siadając na ziemi. Śmierć leżała na trawie zapatrzona w niebo. Ja wstałem, sięgnąłem po telefon.
"Julia: Hej, , potrzebuję postawić ci kawę za ostatnio. O ile nie jesteś chory, bo cię dzisiaj nie było."
- Muszę iść.
- Spokojnie, przecież mnie nie zostawiasz.
" : Jasne, spotkajmy się po lekcjach w tej kawiarni nad muzeum."
Schowałem telefon i spojrzałem się na leżąco błogo Śmierć.
- Czyli już mnie nie zostawisz, co?
- To ty decydujesz, kiedy się do mnie zbliżasz, a kiedy oddalasz. Teraz zrobiłeś dwa kroki na przód i jeden w tył, tak czy siak, zrobiłeś postęp w jedną z dwóch możliwych stron.
- Tylko zostaw Julię w spokoju.
- Czy ty mnie w ogóle słuchasz? To również kwestia jej woli. To ja jestem waszym niewolnikiem.
- Więc ją od tego powstrzymam.
- Rób co chcesz. Jednak wiesz, nie mogę przestać się zastanawiać: dlaczego tak wszystkich ode mnie chcesz oddalać, tylko siebie nie.
Schowałem się wzrokiem w falujących źdźbłach trawy i poszedłem przed siebie, ignorując Śmierć. Zniknęła.

***

Wracałem przez ten sam las. Minąłem te same pola, domy, nie musiałem wracać do budynku, gdzie sypiam, bo wszystko co potrzebne miałem przy sobie. Więc czekałem na przystanku. Autobus przyjechał, usiadłem na wolnym miejscu i spoglądałem za okno.
Nie mogłem zapomnieć o tańcu. Szukałem rozproszenia w muzyce, w widoku za oknem. Zawsze potrafiłem przywołać wyobraźnią i pamięcią smaki, zapachy, wspomnienia. Nawet niektóre dotyki jak ukłucie, poparzenie, zetknięcie się mojej dłoni z drugą ludzką. Ale to nieczucie, które przyniosła mi Śmierć, to które ogarnęło całe moje ciało w stan dyktowany siłami istot, których nie potrafiłem nazwać; stan, który sprawiał że wszystkie zmartwienia, wspomnienia, perspektywy stawały się bez znaczenia, a otoczenie wyjawiało przede mną swoją wolę, której wcześniej nie dostrzegałem; ten stan był dla mnie niemożliwy do ponownego wyobrażenia. Dlaczego jego zniewolenie było tak wyzwalające? Może dlatego, że więził i mnie, i ją. Nie chcę przyjmować myśli o tym, że to ja ją zniewalam. Czy to ekstatyczność? Od czego tak naprawdę dał mi wytchnienie? Od rzeczywistości. Ale ja cenię rzeczywistość. Cenię ludzi. Lubię ich. Ale są skomplikowani. Taniec ze Śmiercią był prostą odpowiedzią na złożoność otaczającego mnie świata.
Po kilkunastu minutach jazdy i kilku przesłuchanych utworach, po przekroczonej granicy między miastem, zwanym domem, a wioską, w której sypiam, do autobusu wsiadła dwójka młodych ludzi. Mieli może po dwanaście lat, czyli byli już... cztery lata młodsi ode mnie. Ruszyli w stronę miejsc, chłopak ustąpił miejsca dziewczynie, aby ta usiadła przy oknie - co za tak staroświecka, że współcześnie podziwiana uprzejmość. Dziewczyna miała czerwone pasemka na włosach, a chłopak był wysoki, miał bardzo podłużne ciało i twarz. Siedzieli tak obok siebie, rozmawiając, starając się utrzymać rozmowę. Dostarczało im to dużo stresu - chłopak ruszał nerwowo nogą, a dziewczyna wodziła wzrokiem po sklepieniu autobusu; a jednocześnie parowało od młodych ludzi ekscytacją - uniesione kąciki ust, zaczerwienione policzki. Na następnym przystanku, do autobusu wsiadło dwóch chłopaków. Wysoki, podłużny chłopak przyuważył ich, wstał z miejsca i podszedł do nich, witając się. Dziewczyna kiwnęła do nich głową. Pewnie chłopak oczekiwał, że ona podejdzie, a ona, że ją zaprosi do rozmowy. Gra nieporozumień, nic takiego się nie stało. Chłopak rozmawiał z kolegami przez kilka przystanków. Dziewczyna udawała niewzruszoną, przeglądając beznamiętnie telefon. W końcu koledzy wysiedli, chłopak wrócił do dziewczyny, znów rozmawiali jakby nic się nie stało, aż sami wysiedli przystanek dalej i rozeszli bez większych ceremoniałów. Może ich wewnętrznie zirytowała ta sytuacja, może ich relacja rozwijała się w stronę bliskich sobie osób, a teraz została skazana na stagnacje przez lęki rozkwitłe tą sytuacją. A może zbyt dużo sobie dopowiadam na temat życia. Może to ja bardziej komplikuję ten świat od młodszych ode mnie ludzi.
Wjechałem dalej w miasto, musiałem przesiąść się z autobusu w tramwaj, aby dotrzeć do centrum. Wysiadłem więc z autobusu na ruchliwej ulicy, gdzie strefa aut była przelatującymi przed oczyma barwami, pędzącymi do różnych, błahych obowiązków. Kiedyś te barwy byłyby różnokolorowe - na przestrzeni swojego życia widziałem, jak zmieniają się z wielokolorowości na biel i czerń, okazyjnie czerwień oraz żółć. Może to inni zaczęli żyć prosto, a ja za nimi nie nadążyłem.
Wsiadłem do tramwaju. Nie zajmowałem miejsca, wolałem stać. Przejeżdżałem pod wiaduktem pociągu, torującego sobie drogę nad ulicą poprzez betonowe bryły, pomalowane przez ulicznych artystów oraz miejscowych kibiców. To jest jedna z ukrytych poezji tego miasta - ludzie plamiący swoją tożsamością. Mijałem kolejne kolorowe oznaczenia, wjechałem między kamieniczki, tramwaj musiał przepychać się z samochodami o miejsce. Pośród tego byli przechodnie na chodnikach, czasem czekający na przystankach i wsiadający do tramwaju, którym jechałem. Cała różnorodność mojego miasta, przewijała się w trakcie podróży z obrzeży do centrum. Starsi ludzie ubrani stylowo lub w najtańsze okrycia z ciucharni; dorośli i młodzi dorośli ubrani najczęściej w sieciówki, marki lub marynarki oraz nastolatkowie tworzący sobie subkultury kolczastej biżuterii, powiewających, kolorowych prześcieradeł oraz prostoty bieli oraz czerni.
W końcu dojechałem pod klub sportowy, umieszczony w starym, z czasów reżimu, budynku. Jednak nie kierowałem się w jego stronę, a nad rzekę. Szedłem wzdłuż niej, patrząc się jak za dnia przepływają po niej statki, obok przechadzają się lub siedzą sobie ludzie: wypoczywają, tkają pamiętliwe chwile, wszystko to odbijała rzeka, a te wspomnienia płynęły z jej nurtem ciągle zmieniających się cząstek wody.
Odwróciłem się w końcu do rzeki plecami, spiesząc się do kawiarni, aby zająć nam miejsca. Tuż przy rzece była dawna siedziba teatru. Wyglądała kompletnie przeciętnie. Dom średniej wielkości, przypominający chatę bogatszego magnata, stylizującego się zagraniczną modą mieszczańskiej architektury. To nie dom przyciągał wzrok. A ogromny, bryłowaty budynek, który znajdował się nad nim. Był oparty na dwóch wielkich nogach, również okalających z dwóch stron dawną siedzibę teatru. Bryła była bordowa, z zewnątrz wyłożona ogromnymi, kanciastymi płytkami. Monumentalna. Tworzyła wrażenie, jakby obrosła miejski dom, jakby jej powstanie było nieuniknione po śmierci dyrektora teatru. Wszedłem do środka. Szedłem schodami, mijając kolejne czarno-białe wystawy na klatce schodowej. Wspomnienia, utrwalone dzieła na stelażach obrazków i opisów. Wszedłem do kawiarni, na najwyższe piętro. Było z niej widać jedno ze starych miast, zamek, rzekę... usiadłem przy stoliku przy oknie. Zamówiłem sobie kawę i czekałem, napisawszy uprzednio Julii, że już jestem.
Tak więc czekałem. Nie długo, Julia zaraz kończyła lekcje. Zobaczyłem ją w wejściu do kawiarni, trochę zmęczoną, trochę pełną energii. Miała na sobie plecak, może to nadało jej chaotyczności. Szukała mnie krótką chwilę wzrokiem i podeszła.
- To ja miałam stawiać kawę - odparła odkładając plecak pod stół.
- Możesz postawić drugą.
- Zapłacę ci za ciastko. - stwierdziła, siadając i zaglądając do karty.
- Julia, naprawdę nie ma potrzeby żebyś kupowała mi cokolwiek. Nie oczekuje od ciebie żadnej wdzięczności.
- Ale ja od siebie oczekuje. Szarlotka brzmi w porządku? Nie patrz na mnie tym wzrokiem.
- Brzmi świetnie. - odpowiedziałem, poddając się w końcu.
- Super. Czemu cię dzisiaj nie było?
- Zaspałem. Trudno dojechać spóźnionym z mojej wsi. Pospacerowałem trochę, odpocząłem.
- Zazdroszczę. Kacper się mnie pytał co z tobą. Dziwne, bo myślałam, że to wy się znacie?
- Pytał się?
- Tak, nawet podobno do ciebie pisał.
- Faktycznie! Odpisywałem dzisiaj tylko tobie...
- Miałam instynkt, że prędzej odpiszesz na powiadomienie z wiadomości.
- Miło, że napisał.
- Przypomnisz mi skąd się znacie? Nie wspominał o tym za wiele. Ty też nie.
- Mieszkałem z nim w podobnych okolicach, chodził do równoległej klasy. A poza tym jeździliśmy co roku taką grupką na wspólne wakacje, rodzice się znali.
- Rozsypaliście się jak zespół muzyczny?
- Znów instynkt?
- Tak.
- Słusznie - mówiłem ponuro - no z resztą, może coś się zmieni teraz w klasie.
- A czemu tak właściwie nie było cię przez pierwszą klasę? Powstało wiele teorii... Kacper je wszystkie oczywiście obalał, bardzo go denerwowały te plotki.
Julia zmieszała mnie swoimi pytaniami.
- Sprawy około rodzinne.
- Wybacz. Właśnie! Opowiem ci o tym, co cię dzisiaj ominęło. Potem wyślę ci notatki. Dzisiaj - Julia zaczęła się śmiać sama do siebie za nim mogła cokolwiek powiedzieć - miałam chyba najzabawniejsze lekcje w moim życiu z Amelią. Siedzę z nią w ławce. Śmiałyśmy się przechodząc z sali na salę z największych głupot. A wszystko zaczęło się od tego, jak Amelia i Kacper kłócili się na lekcji między sobą o interpretacje jakiegoś wiersza. Dyskutowali i dyskutowali, aż profesorka stwierdziła, że oboje nie mają racji, bo w podstawie programowej jest inaczej, tak samo jak wykładała jej niegdyś bądź co bądź autentyczna profesor na uniwersytecie. Strasznie nas to rozbawiło. Bo wiesz, musiała bite dziesięć minut słuchać tej dyskusji, od początku wiedząc, że powie im: "Nie macie racji, bo nie!". Jeszcze później - Julia znów rozbawiała samą siebie - te parki pod schodami, pod naszą klasą, fuj.
- Parki pod schodami?
- Z pierwszych klas. No przecież zawsze tam chodzą. A, wybacz! Ciągle zapominam, że wczoraj byłeś u nas pierwszy raz…
- Spoko. Czyli parki pod schodami…
- Nawet nie chcesz wiedzieć.
- Moja ciotka twierdzi, że ci którzy najbardziej są zniesmaczeni gestami romantyzmu jako dzieci, potem sami są najbardziej zagorzałymi romantykami.
- Nie ma mowy! Może ja jestem jakaś inna, ze mną jest coś nie tak, ale w tym momencie, nie wyobrażam sobie czegoś takiego. Nie rozumiem tych instynktów, tego co ludzi tak desperacko ciągnie, żeby uczepić się czegokolwiek.
- Dość oschłe.
- Nie zgadzasz się? Byłeś kiedyś z kimś, ?
- Nie byłem... ale myślę, że za mało starasz się zrozumieć takie decyzje.
- Może. Wiesz, sama chciałabyś zacząć chodzić do wspólnoty dla jakiejś... stabilności. Niewiele osób by pewnie to dzisiaj zrozumiało.
- Religijnej wspólnoty?
- Tak.
- Chyba faktycznie jest tutaj coś podobnego, jeśli chodzi o potrzebę… stabilności. Potrzebę odpowiedzi.
- Odpowiedzi.
- Na temat samego siebie. Szukamy ich często poza nami samymi.
- Może... Odnośnie do tej wspólnoty - napomknęła Julia - jestem ciekawa twojej opinii. Nie znamy się jakoś dobrze, ale... tak czy siak.
- Hm. Sam nie jestem zbytnio religijny. Zbyt rozważam na dwie strony. Nie byłbym w stanie wiernie uwierzyć, zaprzeczając racji bytu samej podstawy jakiejś religii. Ale... myślę, że tobie by to pomogło. Cokolwiek nie porusza tym światem - Spojrzałem się za okno z wiedzą, że ujrzę Śmierć na moście - wiem, że coś tam jest. Zgłębienie tego, co wokół niej... przepraszam, wokół tego co porusza tym światem, jakichś zasad, mogłoby ci trochę pomóc. Jeśli tego właśnie potrzebujesz.
Julia patrzyła się na mnie z zasłuchaniem, ale jednocześnie napięciem - coś się w niej tłumiło tak właściwie od początku rozmowy. Dopiero teraz to zauważyłem, kiedy otworzyła usta, jakby chcąc coś powiedzieć, ale się rozmyśliła i zamilkła.
- Co? - zapytałem.
- Nie, nic. Dziękuję. Znowu. Jakbyś potrzebował kiedykolwiek pomocy z czymkolwiek, to jestem otwarta i chętna.
Przytaknąłem z uśmiechem.
- To co, szarlotka? - Julia zapytała.
Siedzieliśmy tak i jedliśmy, piliśmy, rozmawialiśmy. Mało mówiłem o sobie, jak zawsze. Trochę wspominałem o swoich przemyśleniach i zakresach życie, które z Julią mieliśmy wspólne - klasa i miasto - a poza tym, z zainteresowaniem poznawałem samą Julię - jej podstawówkę, nieznanych mi personalnie przyjaciół. Słońce nieprędko osuwało się po niebie ku zachodowi. Ludzie przy stolikach się zmieniali, a my - już osobno - zamówiliśmy sobie po drugiej kawie.
- A co w domu? - zapytałem.
Julia zamilkła na moment, wzięła łyk ciepłej jeszcze, intensywnie pachnącej kawy i spojrzała się za okno.
- Zależy, o który pytasz. Ten w którym mieszkam, trochę mały, ale już się przyzwyczaiłam. Ostatnio zmarł nam kot, wzięliśmy go z poprzedniego domu. A no właśnie, poprzedni dom trochę pusty. Nie wiem co tata chce zrobić z tą całą przestrzenią.
- Chciałabyś tam wrócić?
- Oczywiście, że bym chciała. Nie chciałbyś wrócić do domu, w którym się wychowałeś, gdybyś go opuścił?
- Nie mieszkam w domu, w którym zawsze mieszkałem. Nie chcę do niego wracać, ale nie chcę też o tym mówić - odparłem i zatopiłem wzrok w obrazku, który tworzyła pianka kawy.
- , gdybyś kiedykolwiek...
- Ale nie chcę, dziękuję.
- Rozumiem.
Nastała chwilowa cisza.
- Wiesz, chętnie bym do ciebie przyszła. Mieszkasz jakoś pod miastem? Uwielbiam wsie.
- Jasne, kiedyś cię zaproszę. W związku z tym, muszę się już powoli zbierać.
- Tak, ja właśnie też. Dziękuję za spotkanie, naprawdę.
- Ja również.
Wyrażaliśmy tak wzajemne wdzięczności, aż rozeszliśmy się pod miejskim domem, starą siedzibą teatru. Księżyc spoglądał na mnie swym białym okiem, opanowując ciemnoniebieskie, wczesnowieczorne niebo. Zmusił błękit do osunięcia się w ciemność i przyzwolił gwiazdom świecić. Latarnie rozświetliły przestrzeń nad rzeką przy zamku - rzeką przy mnie. Rozwinęły swój blask również na ulice, a przechodnie, którzy zdążyli już wrócić do swoich kamienic, rozpalili wieczorne lampki, aby móc odpocząć, dokończyć pracę lub praktykować poezję rutyny.
Stanąłem nad bulwarami.
Senny krajobraz jest podobny do tego urojonego wieczoru. Rysy rzeki są jeszcze widocznie, nie muszą jeszcze polegać w tym księżycowym zmroku na latarniach. Ludzie spoglądają na nią z góry uradowani samą możliwością. Czują nad nią wyższość. Nad nimi dwiema. Rzeką oraz tym co skrywa.
Ona. Stoi teraz nad nimi dwiema - nad istotą rzeki i tym co skrywa. Ona. Stoi teraz na bulwarach, przy tafli wody. Ludzie mijają ją bezrefleksyjnie. Ja patrzę na nią z góry, tak jakbym patrzył na rzekę. A Śmierć spogląda na mnie spokojnie. Nie, jednak nie, spogląda na mnie ze zniecierpliwieniem. Ciągle nosi te same ubrania. Opadają jej na ramiona te same gęste, falujące na wietrze, ciemne włosy. Te same przebite błyskawicami oczy. Czeka na mnie. Więc do niej zszedłem, co miałem zrobić? Byliśmy pośród ludzi, ale oni wydawali się być w odosobnieniu. Tak samo jak ona dla nich nie była, tak samo i ja nie byłem. Wyobcowani pospołu. We dwoje. To reszta ludzi stała się bezkształtną, ciemną masą, a światło wszystkich latarni i bryza rzeki skierowane były w stronę mnie i jej.
- Owocna rozmowa?
- Przecież i tak jej słuchałaś.
- Co nie jest powodem abyś ty nie mógł mi o niej opowiedzieć. Usiądźmy.
Podeszliśmy na brzeg betonowych bulwarów i usiedliśmy na skraju, przy rzece, skryci pod mostem, oddaleni od ludzi.
- Czytałeś niegdyś grecką poetkę.
- Zgadza się.
- Pisała o mnie. Wiesz dokładnie co pisała. Zapamiętałeś ten fragment.
- Tak. Walczyła z tobą. Z twoją personifikacją. Chciała, aby twój obraz był brzydkim przekleństwem, a nie ulgą. Przemawiała jakby był jakiś… podstęp w twoim obrazie jako części natury.
- Właśnie. Widzisz, fascynuje mnie to. Miała wokół obraz, który odciążał jej zawiści w życiu. Mogła mnie widzieć jakoś element istnienia, stawiać mnie na równi z pięknem narodzin, rozkwitu i powolnego opadania. Mogła ze mną tańczyć, spodziewać się mojego pocałunku, jako ukoronowania jej własnego, długiego życia. Ale musiało spotkać ją coś, może śmierć kogoś bliskiego, a może ego w postrachu przed rozpadnięciem się - co sprawiło, że nadała mi obraz swego wroga. I wiesz, , dziwi mnie to. Dziwi mnie to, że ty mając za sobą śmierci bliskich, przyjaciół wołających o mnie przedwcześnie, wciąż wierzysz w ten obraz, który tutaj obok ciebie siedzi. Dziwi mnie, że nie pałasz do mnie nienawiścią, odrazą, a osobliwym przyciąganiem. Pragnieniem? Czy odpowiedziałeś już sobie na pytanie, które zadałam na polanie? Sprowadza się do tego samego: czemu wszystkich tak ode mnie oddalasz, ale samego siebie nie?
- Nie wiem.
- Nie pomagasz innym. Oni widzą w jakim jesteś stanie. Widzą, że jesteś przy mnie. Myślisz, że gdy nadejdzie odpowiedni moment, oni powiedzą ci prawdę o swojej relacji ze mną, ty każesz im mnie odrzucić i się posłuchają? Powiedzą: Ale ty sam do niej przylegasz, czemu?
- Bo to nie jest żaden wybór! - zaintonowałem stanowczo. Może jacyś ludzie obdarowali mnie wzrokiem zaniepokojenia. Nie wiem. Byli tłem płynnych poświat - Pojawiła się przede mną Śmierć, dokładnie w momencie, gdy jej potrzebowałem i jak miałem zareagować? Powiedzieć: oh, nie, nie ukazuj mi tego, co chcę zobaczyć, żeby zrozumieć co mnie spotkało? Nie daj mi wejrzeć w to wszystko, co kryjesz za powierzchnią swoich ust, niech nie będzie mi dane uczucie tego, jak to jest zmierzyć się z miejscem, gdzie wszyscy trafiamy? Może to miejsce jest sensem? Muszę cię poznać, Śmierci. Muszę dowiedzieć się kim jesteś, żeby dowiedzieć się kim ja jestem i kim mogę być. A inni nie mają choć trochę tak bliskiej relacji z tobą, jak ja. Widziałbym. Julia jest blisko. Ale nie zobaczyła ciebie jako kogoś, kto przychodzi po prostu. Bo nie chce. I nie wierzę w to, że Julia, bądź ktokolwiek inny widzi naszą relację. Nie zrozumiałaby jej. Wiem na czym mi zależy w rozmowie z tobą, Śmierci. Ale powiedz na czym tobie zależy? Oprócz odbicia moich własnych pragnień. Musi być w tobie coś więcej.
Śmierć spojrzała się refleksyjnie w taflę wody, w rzekę. Podciągnęła kolana jakby chciała się poczuć ludzko, mimo że przekraczała wszystkie granice bycia człowiekiem, czyli samą siebie.
- Wiem, jak się kończy ta historia, . Tylko na dwa sposoby. Zabieram cię ze sobą wcześniej albo później. Nie ma innego wyjścia. Wezwałeś mnie, bo chcesz mnie poznać, więc proszę. Możesz kazać mi odejść w każdej chwili i wtedy zniknę. Ale przybranie tej formy, tej formy imitującej życie, kiedy jestem w istocie jego zaprzeczeniem... jest... czymś czego nie możesz sobie wyobrazić. Ten spokój, ta ulga, którą czujesz, gdy ze mną tańczysz. We mnie tymczasem wreszcie przepływa ekstaza, życie, które mnie otacza, wciąż odchodzi z każdym moim pocałunkiem, ale doświadczam go całego na raz. Mam zmysły, które sprowadzają każdy bodziec do tej personalizacji, którą jestem. Zdarza mi się coś takiego raz na tysiące lat. A rozmowa z życiem. To dla mnie dar. Czy to cię przekonuje?
- Moje oczy męczą się, gdy cię widzą. Jakbym spoglądał na ucieleśnienie nadiru i niczym wzrok na słońce w zenicie, jesteś oślepiająca. Gdy do ciebie mówię, w naturalnym odruchu przepełnia mnie strach urażenia twoich uczuć, jakbyś była czymś co się mną przejmuje. Jednocześnie przerażania mnie perspektywa, skala bytu, z którym zostałaś wydana na świat, fakt, że sama zapobiegasz wydaniu na świat życia. Ale przede wszystkim, Śmierci - nie wiem czy nie oszalałem. Nie wiem czy sobie ciebie nie wyobrażam. Czy sobie ciebie nie stworzyłem. Odpowiedz mi. Czy jestem szaleńcem, który sobie ubzdurał twoją egzystencję i tylko pogarszam swój stan z każdym pojedynczym słowem?
Śmierć wstała. Spojrzała na mnie. Uniosłem głowę, za przesuwającą się posturą. Ginący za horyzontem wieczór i noc, które opanowały rzekę, bulwary, latarnie, okna, łoża oraz zegarki - wtopiły Śmierć w ten beton, tę rzekę, ten tętent ludzkich spacerów. Rozsunęła ręce i szła tyłem, powoli w stronę chodzących. Odwróciłem się, oglądając ją. Weszła między idących przed siebie ludzi, przesuwając się między nimi tak, aby w nią nie wpadli, jak struga deszczu osuwające się po oknie. Jej włosy zawijały się za nią, a jej oczy napawały się radością.
- Nie widzą mnie. Oni. Nie zobaczyliby mnie nawet, gdyby mnie kiedyś poznali tak, jak ty. Może tacy ludzie właśnie mnie mijają. Przeżyli już ze mną dni, tygodnie, lata, aż tak weszłam w ich życia, że ujrzą mnie na łożu swego końca. Rzucają jedynie na ciebie swój wzrok, patrząc ze zdziwieniem, myśląc, że przyglądasz się czemuś czego nie mogą dostrzec. Jestem w tej postaci tylko twoja. Może twój wymysł, może ktoś mnie zesłał. Mogę cię jedynie zapewnić, że niezależnie czy pochodzę z twoich urojeń, czy z wymiaru, którego nie rozumiesz - relacja ze mną będzie miała dokładnie taki sam przebieg w obu przypadkach. To będzie ta sama historia niezależnie od tego czy narodziłam się jako idea w tobie, czy gdzie indziej. Nie słyszą, jak do mnie mówisz, niewykluczone, że rzucam czar przysłaniający nas od innych. To nie ma znaczenia.
Śmierć skierowała się wzdłuż spacerowiczów i ruszyła z nimi, a ja wstałem i ruszyłem za nią. Mijając latarnie, szum rzeki i ciężar tramwajów naciskających na tory, słyszałem tylko ją.
- A ty? Czy ty możesz nauczyć się czegoś ode mnie? - zapytałem.
- Nie. Przeżywałam już te opowieści. To ja jestem dla ciebie. Nie ty dla mnie. Może nie pasować ci moja wyższość względem ciebie. Bo jesteś wielkim egocentrykiem. Ruszasz na spotkanie ze śmiercią i nie obchodzi cię w związku z tym los twój i twoich bliskich.
- Obchodzi. Oddaje siebie tobie, żeby oni nie byli obciążeni. Pomagam im.
- Skoro tak twierdzisz.
Zniknęła. Zostawiła mnie w tłumie.

Podpis: 

Mimik Tezeusz 2024-2025
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Krzyż Sen o Ważnym Dniu Czarny motyl
Traumatycznie. Przeczytaj i spróbuj zrozumieć, co powinno spotkać właśnie Ciebie. Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny). Ledwie mogłam uwierzyć, mój oddech się skrócił. Chyba tylko czarownica mogła przygonić na zatłoczoną po brzegi plażę wielką chmurę czarnych motyli?! Co one szykują?
Sponsorowane: 20Sponsorowane: 15
Auto płaci: 100
Sponsorowane: 14

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2025 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.