https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
200

Chiny

Autor płaci:
200

  Wycieczka życia  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W maja nagrodą jest książka
Cujo
Stephen King
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Chiny

Wycieczka życia

Krzyż

Traumatycznie. Przeczytaj i spróbuj zrozumieć, co powinno spotkać właśnie Ciebie.

Sen o Ważnym Dniu

Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).

Pęknięcie - Rozdział 8

Nisa i Ellie znają się od zawsze. Przynajmniej tak się im wydaje. Razem są w stanie stawić czoła wszystkiemu. Gdy któregoś dnia rzeczywistość zaczyna się zmieniać, a do ich życia wkracza ktoś obcy, ich przyjaźń zostaje poddana kolejnej próbie.

Mefisto i Carmen

"Nie moja w tym wina, że jak to bywa w świecie Los z przekory nici gobelin życia plecie."

Ró-ża

Na skrawku zapisane

Nigdy

Proszę o komentarze :)

Opowiadania współczesne – odc.1 Miasto

zasypianie i budzenie się w mieście

Nieśmiertelny.

Cała akcja odbywa się w XXw. w mieście Avalon oraz Nevada.

2012

Sukces na miarę całego kraju. Oceniali: Joanna Kołaczkowska,Andrzej Poniedzielski,Stanisław Zygmunt,Andrzej Zakrzewski

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
2237
użytkowników.

REKLAMA

POZYCJA: 82808

82808

Istoty - Rozdział I

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
26-03-21

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Horror/Thriller/Psychologia
Rozmiar
36 kb
Czytane
450
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
26-05-19

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
R12-powyżej 12 lat pod nadzorem i za zgodą rodziców lub dorosłych

Autor: MimikTezeusz Podpis: Mimik Tezeusz
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Bohater snuje się po mieście, a gdzieś pomiędzy drzewami i budynkami widuje tajemniczą kobietę...

Opublikowany w:

Istoty - Rozdział I

Rok jest nieistotny. Stan świata nieistotny. Cała reszta zależy od tego, przy której rzece stanę. Rzece, przy której zakończyło się moje dzieciństwo, w pewien deszczowy dzień wakacji, tej, o której wspominaniu spędziłem ostatnie lata erodowania swojej dziecięcej osobowości w imię tego, kim się stałem? Czy może stanę przy rzece, na którą teraz spoglądam z góry? Przyglądam się niej i moja przeszłość, imiona odbijające się w mojej głowie, tworzące szepcztliwe duchy, które nazywam myślami – są nieistotne. Istotna jest tylko rzeka, ta teraz. Jest istotą. Szeroką ciemnością – pochłaniającym wyryciem w ziemi, które nocą ukrywa swoje rysy, kierunek, ruch. Ta rzeka pochłania sobą wszystkie inne rzeki, wszystkie wcześniej poznane przeze mnie istoty.
O tej zimnej, drugiej połowie doby istota użyczyła swojej tafli dla pomarańczowych, ciepłych odblasków latarni, które desperacko chciały pomnażać swoje światło. Może rzeka oddawała im małych kawałków siebie, aby pokazywać obserwatorom swoją naturę nocą – gdyż to rzeka dyktowała kształt owych odbić, szarpała nimi, kiedy miała ochotę, a te nie mogły już nigdy kłócić się z zasadami, określonymi przy pierwszej okazji, gdy ich ciepły refleks został włączony i rzucony na ciemny nurt. A może ciepłe krople były jedynie ostrzeżeniem oświetlającym zagrożenie – prawdziwa natura rzeki objawiała się przy bezpośrednim zetknięciu, ale wtedy było już za późno, trzeba było bowiem poznać tę istotę, a bezpośrednia prawda jest dominująco niezmierna dla każdego obserwatora. Zetknięcie się z całością natury istoty jest czystą potwarzą w jej stronę. Może dlatego zabijała przy zetknięciu. Dawała innym obserwatorom ostrzeżenia.
Zimnego wieczoru, przyglądałem się rzece z murów, wznoszącej się ponad nią, ceglanej, mieszczącej niegdyś królów budowli. Przysiadłem na murku i obserwowałem w oderwaniu się od innych obserwatorów – tłoczących się za moimi plecami na wzniesieniu budowli, i przede mną nad trawiastym brzegiem rzeki, oświetlanym latarniami. Obserwatorzy nazywali tę budowlę zamkiem. Co bardziej innowacyjni, chcący się wykazać, wołali na nią: „zaledwie dworek”, jako iż widzieli znacznie wyżej sięgające, szerzej rozrośnięte, przystojniej zdobione budowle, zwane powszechnie zamkami. Ci ludzie mylili to, od czego pochodzi nazwa tego rodzaju. Zamki miały być istotą, wzniesioną przez obserwatorów. Miały odwzorowywać to, co wzrokiem złapano, a sercem przetworzono, przyglądając się takim siłom jak rzeka, góra, bądź burza. Zamki w zamyśle miały być domem dla wymyślonych praw, ujarzmianych przez tworzących koncepty obserwatorów. Zamki miały być siedzibami dla władców, do których sprowadzały się wszystkie zasady wyciągane ze świata przez obserwatorów i następnie przenoszone na ich własny byt.
Ale istoty stworzone przez ludzi, nie są dla mnie atrakcyjne. Sztucznie przenoszą zasady rządzące światem w wybrakowanej z naturalności formie. Wolałem rzekę. Tak przeniosłem się w nieistotnym czasie z murów jednej istoty nad brzeg drugiej. I przyglądałem się jej zmiennym kształtom. Zmieniała co chwila swój rachityczny język i litery, z których się składa. Fluidyczna ciemność, w którą pragnąłem się rzucić, chcąc poznać jej prawdę, wiedząc, że mnie pożre. Świadomość o niemocy poznania prawdy, a byciu poddawanym zasadom jej, i tym wtłaczanym do codziennej bytności przez obserwatorów była tragiczna.
Wielu obserwatorów w różny sposób radziło sobie z tym tragizmem. Niektórzy, jak ja teraz, mieli wewnętrzne pragnienie poddania się mu. Inni, ci walczący, jak ja kiedyś, usiłowali przekraczać ograniczenia, jakie stawiały istoty natury, tworząc istoty ludzi idące na wskroś – profanacje. Taka profanacja płynie właśnie z daleka nurtu ciemności, unosząc się na niej swoim opływowym kształtem, nadając białości światła wodzie, odsłaniając ją, jakby był to dzień, z każdym ruchem w innym miejscu, strasząc stworzenia, z którymi istota rzeki się zbratała. Jest też most – ci obserwatorzy, którzy chcą pozostawić istotę w spokoju, obchodzą ją.
Nie dałem się pożreć rzece. A moją uwagę przykuł inny obserwator, przyglądający się z zamyśleniem wyrwie mroku. Oglądał ją z mostu, oparty o balustradę, odwrócony plecami do spacerujących obserwatorów, którzy byli skupieni na zamku, na kamienicach, na moście. Obserwator mnie zafascynował, tak jak nas obu fascynowała rzeka. Tak właściwie, to nie zafascynował, a zafascynowała. Nie wiem, co sprawiło, że znałem jej płeć, że ona w ogóle miała płeć, ale taką ją zobaczyłem. Jej włosy unosiły się na chłodnym wietrze. Niewidoczna była twarz, mina, ani przynależność. Nieistotne wtedy było pytanie, czego obserwatorzy szukają tak późno pośród istot wzniesionych przez ludzi nad istotami pierwotnymi. Sensowne było pytanie – czego ta obserwatorka szuka w istocie natury, kiedy wszyscy inni przyglądają się istotom ludzi?
Coś rozproszyło jej uwagę. Odwróciła się i zniknęła w tłumie.
Pamięć o niej pozostała gdzieś głęboko we mnie. Trans nad rzeką został przerwany razem ze zniknięciem zjawy, ale jej widok był głęboko wyryty w przestrzeni. Ruszyłem brzegiem, potem na most i w las kamienic, ale nie znalazłem zguby.
Później, tego samego wieczoru, przeistaczającego się powoli w noc, spotkałem się z przyjacielem. Znaleźliśmy się na opustoszałym placu zabaw w osiedlu blokowisk. W oknach budynków świeciło się kilka okien przepełnionych obecnością i charakterem, które stanowić miały różne ozdoby, odpowiadające upodobaniom obserwatorów. Spokojnie spoczywające na półkach pluszaki, pomarańczowe lampki świąteczne, szaro-biała pustka minimalizmu albo plakaty klejące się do każdego centymetra ściany. A my byliśmy na skrzypiących huśtawkach, obok których stały zimne, metalowe zjeżdżalnie i zardzewiałe karuzele.
Zatopieni społu w głębi starego osiedla bloków.
– Powinieneś pójść.
– Nie mogę – odpowiedziałem.
– Nie byłeś nigdy na żadnej. Żadnej imprezie. Ta dwa lata temu, rozumiem. Ale teraz skąd wiesz, że ci się nie spodoba? Zresztą, to moje urodziny.
– Przyjdę do ciebie osobno, przy innej okazji. Skupiska ludzi mi się nie podobają. Za skupisko nietrzeźwych, gwałtownych ludzi, podziękuję.
– Idziesz do drugiej klasy, dopiero co poznasz swoją klasę, spotkasz Kacpra, nie unikniesz skupisk ludzi.
– Spróbuję.
– Czyli poprzestaniesz na dzwonieniu do mnie w środku nocy, kiedy jesteś na samotnym spacerze wiele kilometrów od domu?
Oświetlane latarnią, jeszcze zielone liście drzew parku zaszumiały.
– Tu jest mój dom. – odparłem zdenerwowany.
– Wiem. Ale nie ma tutaj twojego łóżka.
– Te kilometry dalej też go nie ma.
– Przestań. Wciąż się nie przyzwyczaiłeś?
– Nie.
– Wpadnę do ciebie w weekend. Dawno mnie u ciebie nie było. Obgadamy ludzi z imprezy, opowiem ci, co z plotek pamiętam o naszych starych znajomych. Lubisz słuchać o ludziach. Nawet jeśli nie lubisz ich skupisk.
– Naprawdę nie odpuścisz?
– Nie. Napisz, jak dotrzesz do domu, albo zadzwonię do ciotki Wandy.
– Jesteś nieznośny, Oskar.
– Ty też, .
– Masz wszystko w swoim życiu poukładane, co?
– Nieprawda. Po prostu nie roztrząsam. – odpowiedział.
– Ja też nie roztrząsam.
– Czyli nie roztrząsamy w inny sposób. Jak myślisz, w jaki sposób będą roztrząsać ludzie z twojej klasy? Twoi nowi znajomi?
– Nie wiemy, czy będą moimi znajomymi.
– Ktoś musi być. Nowy.
– Pewnie tak... spotkałem jedną dziewczynę z klasy.
– Poważnie? I nic nie mówiłeś?
– Długa historia... byłem na spacerze, rozpoznaliśmy swoje obce twarze po profilowych. Patrzyliśmy się chwilę na siebie i nie było szans, żeby w takiej niezręczności ktoś się nie odezwał. Zaczęliśmy rozmawiać. O dziwnych tematach. Bardzo się otworzyła. Potrzebowała się wygadać. A ja jej wysłuchałem.
– Jak to zawsze ty.
– Mhm. Odejdź ode mnie z tym wzrokiem. Nie otworzyła się na mnie w takim sensie. Nie szukam związku. Szczególnie z osobą, o której wiem wiele, ale ona  mnie nie wie prawie nic.
– Wiesz, nie próbuję cię kokietować, ale: niebrzydki z ciebie chłopak. Mógłbyś zacząć TAKĄ relację z dowolną dziewczyną, z którą wymieniłbyś spojrzenia. Popisalibyście trochę, może pobawili trochę w podchody.
– Ale ja nie bawię się w podchody. Czekam po prostu, aż się stanie.
– No to sobie kurwa poczekasz.
A powietrze wypełniły szorujące po mokrym asfalcie auta, oddalone o kilka bloków. Jechały główną ulicą, opuszczały miasto, zwane domem. Pogłos zagłuszał harmonijne skrzypienie huśtawki i kapiące ze zjeżdżalni krople wody. Kilka okien, rzucających fantom światła na zaciemnione osiedle, powoli wygasło, a jedyne co obserwowałem to swoje oczy, odbijające się w tafli oczu przyjaciela.
– Nie wierzę, że nie roztrząsasz – wyznałem – nie wierzę, że nie masz problemów za tą skrytą twarzą. Nie wierzę, że nie chcesz gdzieś głęboko, żeby ktoś ci pomógł. Nie wierzę, że mnie nie rozumiesz. Nie chcesz mnie zrozumieć.
– Ale co cię to tak właściwie obchodzi, ? Przecież nie żyjesz.
– Co?
– Umarłeś. Nie żyjesz.
Wszystek świateł, kapiących kropi, wilgoci, zimna i rozgłosów został zastąpiony przez ciemność na spół z ciszą. Wciąż słyszałem odległe echem trąbienia, widziałem odbijającą się taflę moich oczu. Cała przestrzeń została wessana w nieznane mi miejsce tak mikroskopijne, że nie mogłem go odnaleźć. Nie czułem pod sobą wbijającego się plastiku huśtawki, tylko miękki materac. Nastała cisza. Moje nogi były zgięte, a ja siedziałem, oddychając niespokojnie. Pozostało zimno, ale pochodziło od uchylonego z lekka okna.
Wybudziłem się ze snu. Czy może projektowałem własne wspomnienia z jawy? Nie wiedziałem, gdzie są granice między snem a rzeczywistością. Od zawsze miałem problem z wyróżnianiem iluzji w prawdziwym świecie. Lub prawdziwości w moich iluzjach. Teraz natomiast z pewnością siedziałem na łóżku, w ciemnym pokoju, w którym to sypiałem już od dłuższego czasu. Musiałem się otrząsnąć i spróbować zrekonstruować co się działo. Gdzie się podział Oskar?
Byłem między rzeką a zamkiem. Byłem? Trudno powiedzieć. Zobaczyłem tam dziewczynę. Zobaczyłem? Nie wiem, ale będę ją pamiętał do końca życia. Na pewno spotkałem się z Oskarem na jego osiedlu. Zadzwoniłem do niego o późnej godzinie, widząc w telefonie jego aktywność. Rozmawialiśmy, długo, może nawet godzinę. Zadzwoniła do mnie ciotka Wanda, a ja nie chciałem jej zbytnio martwić, więc ruszyłem na ulicę, prowadzącą poza miasto, zwane domem. Oskar podprowadził mnie pod sam przystanek i czekał ze mną na autobus. Odjechałem w końcu, będąc mu wdzięcznym. Założyłem słuchawki i oglądałem świat za oknem, rozpływający się przez narastające bębnienie deszczu. Jechałem ostatnim możliwym autobusem, więc towarzyszyło mi kilka zaledwie osób, głównie nastolatków, których to już nawet zaczynałem rozpoznawać. Nie mieszkałem w dużej wsi.
Autobusem jechałem tak pół godziny, musiał wjechać na wzniesienie, pokonać kilka dziurawych dróg, aż w końcu zatrzymał się na przystanku, gdzie wysiadałem. Musiałem jeszcze przejść dziesięć minut w pomarańczowym świetle i mżystym deszczu. Dotarłem w końcu do domu wujostwa i zachowywałem się cicho, pomimo domysłu, że ciotka albo wujek – jedno z dwóch – leży z otwartymi oczami, z oczekiwaniem na przesunięcie się zamka w drzwiach wejściowych. Wszedłem do pokoju, gdzie sypiam, przebrałem się i poszedłem spać. Nie mogło od tego minąć więcej niż cztery godziny. Więc siedziałem rozedrgany, wpatrzony w falujące żaluzje, odpowiadające na nocny, kłujący wiatr, który szeptał cicho zza uchylonego okna. Otaczała mnie czarna przestrzeń, wyjałowiona z gwiazd i kolorowych mgławic. Zostałem tylko ja i ona.
Czy przestrzeń jest istotą? Zdecydowanie, ale jako przestrzeń można rozumieć wiele rzeczy. A przecież bez przestrzeni nie byłoby innych istot, nie miałyby gdzie być. Ale czy tak samo istniałaby rzeka, gdyby nie było wody? I do przestrzeni i do rzeki, zwracam się zawsze z takimi samymi myślami. Jedna mnie otacza, a do drugiej boję się wkroczyć. Może to kwestia ich funkcji, ale efekt zawsze sprowadza się do tego samego – gdybym siedział tak w ciemności, obezwładniony przez następny tydzień, skończyłbym tak samo, jak sponiewierany przez rzekę.
Narastało we mnie przekonanie o byciu zjednoczonym z czernią, mięśnie oczu trzymały moje łzy w ryzach, a płuca usiłowały robić jak najgłębsze oddechy, aby mięśnie w ciele nie rzuciły się ku samowolnej panice. Myślałem o domu, który nazwałbym domem i o rodzinie, którą nazwałbym bliską. Oraz o tej rodzinie, której nie chciałem już tak nazywać. O przyjaciołach, którzy nigdy nie nastaną, o tych którzy nastali, ale przeminęli. O wszystkich mnach, nigdy niemogących powstać w czarnej przestrzeni chaosu i rwącym nurcie rzeki.
To myśli wyciszyły się po może godzinie. Jak zawsze. Ale nie minęły.
Czarna przestrzeń została rozrzedzona przez częściej wlatujące przez zasłony światło. Sypialnię opanował blady błękit. Krzesło, zdjęcia – zjawy – i krańce łóżka zaczęły nabierać jasnych kształtów. Otrząsłem się lekko. Pustka – drewniana podłoga, zielone ściany, łóżko, biurko, szafa i okno. Nic więcej. Wstałem z łóżka, zamknąłem okno, sięgnąłem po ubrania do szafy, przebrałem się, wziąłem telefon z biurka i wyszedłem z pokoju. Stanąłem w korytarzu, który również spowijała poranna, blada poświata. Na szczęście zdjęcia ciotki i wujka, gdzie czasem pojawiałem się ja, wciąż nie były wystarczająco oświetlone. Moja młoda, nieświadoma twarz.
Poszedłem do kuchni. Jak zwykle pośród drewnianych szafek i kamiennego blatu rozpościerał się zapach ziół i przypraw, ale również zapomnianej, wieczornej kawy wuja, którą dostrzegłem przez świt mroczący za zasłoniętymi żaluzjami. Wziąłem słodki napój i otworzyłem drewniane drzwi, a za nimi siatkę, wychodząc na zewnątrz. Moją twarz pogładził rześki powiew poźnoletniego poranka. A raczej wczesnojesiennego. Dzisiaj pierwszy dzień jesieni.
Na tyłach domu, przysiadłem na ławeczce schowanej pod daszkiem, gdzie kryły się również siekiera, kilka drewienek, narzędzi, lornetka, pleciony koszyk... Przyglądałem się lasowi.
Dom wujostwa był na granicy dwóch wsi, przez co znajdował się daleko od jakiejkolwiek głównej drogi i rozbudowujących się podmiejskich osiedli. Wujostwo mieszka przy ziemistej drodze, gdzie w dużych odstępach stoi kilka zaledwie domów, które otoczone są głównie łąkami i lasami. Za domem, gdzie oglądam wznoszący się poranek, rośnie właśnie łąka, strzegąca czujnie przejścia do dziewiczego lasu. Długie, zielone, zarośnięte pole, uginających się lekko pod wiatrem źdźbeł trawy, nad którym unosiły się jeszcze komary i świetliki, tańczące w rytm śpiąco grających cykad oraz budzących się ptaków. Te drugie, tego poranka musiały raczyć się zachmurzonym niebem, które grało razem z rozwiewającą się już mgłą, czającą się na polu i między drzewami, niczym osobliwy drapieżnik.
Drzewa zawsze były na tyle wielkomyślne w swojej starości, że zza nich można było zobaczyć światła, kiszące się w nizinie gdzie umieszczone było miasto, zwane domem. Świeciły się z lekka najróżniejsze reflektory aut, latarnie, słupy i neony. Miasto, zwane domem miało jedynie dwa wieżowce i to niezbyt imponujące swoją architekturą – były stare. Nie miały kolorowych logo ani fikuśnych, całościennych okien. Patrzyły się tylko z góry na wszystkie istoty zgromadzone pod nimi we mgle, wiedząc doskonale, że z taką samą wyższością spoglądają na nie istoty chmur, nieba, przestrzeni, księżyca, słońca i nieskończoności innych istot. A pod ich stopami były istoty naturalne i ludzkie – koegzystujące w dysharmonii i ciągłym tańcu przesuwania własnych granic.
Ja skupiałem się na polu trawy, mgle, drzewach, owadach i kroplach nocnej mżawki, spływających z dachu na kostkę. Wziąłem łyk kawy i chłonąłem ciszę, usiłując dać upust swoim myślom, które z największą chęcią zostawiłbym je między drzewami i nigdy po nie wracał. Ale kogo bym oszukał. Byłbym nikim bez swoich myśli. Ten lis, spoglądający żółtymi oczami spomiędzy trawy, nie zwracałby na mnie uwagi, gdybym nie tworzył wokół siebie tej przepełniającej aury. I nie spoglądałaby na mnie zjawa,
która ku mojemu zaskoczeniu, również nie była snem. Może snem na jawie. Przeniosła się z mostu nad rzeką do lasu. Jej włosy napuszyły się przez wilgoć, a twarz była skryta w ciemni lasu. Świdrowała mnie wzrokiem, a ja ją. Czułem, jakbyśmy się znali od zawsze i desperacko chcieli do siebie zbliżyć, ale nie mogli.

***

– Zapytałabym się, czy imprezowałeś, ale zbyt dobrze cię znam – odparła ciotka Wanda,
przystawiając krzesło obok mojej ławeczki. Przyglądała się lasowi i może widziała przez moment tę samą zjawę, która przed chwilą wpatrywała się w ten dom, we mnie, ale uciekła z chwilą, A może nie widziała zjawy wcale, gdyż uciekła z przybyciem ciotki wandy, a moja krewna tylko chłonęła wzrokiem budzące się do życia miasto. Przepełnione ciekawością, ale zmrużone w osądzie oczy ciotki Wandy, chciały pobierać ze świata, co tylko mogły, nawet jeśli ich obramowania ze zmarszczek wskazywały na zmęczenie. Może to rodzinne, trwało od setek lat, od jednego definiującego jedną osobę zdarzenia. Ciotka Wanda pamiętała jeszcze zamierzchłe czasy, gdy pokłosie wojny, unosiło się w powietrzu miasta, zwanego domem.
– Szlajałem się po mieście.
– Z kim?
– Sam. Na chwilę z Oskarem.
– Hm. Nie nazwiedzałeś się już tych kamienic?
– Nie, nigdy. Zresztą spacerowałem bardziej dla odpoczynku.
– To kojące?
– Tak. Poruszasz się swobodnie ulicami, przekonany, że nikt cię nie rozpozna. Nowy człowiek, który rozpoznaje jedynie ten sam księżyc i te same gwiazdy, a odbicia okien, światła tramwajów, latarni, ciągle się zmieniają.
– Jesteś samotnikiem. Zupełnie jak twoja matka.
– Czemu?
– Bo jeśli potrafisz rozmawiać tylko w taki sposób, to używasz go tylko w przypadku gdy komuś ufasz. A nie łatwo jest się otwierać takie rzeczy na innych.
– Kto powiedział, że umiem rozmawiać tylko w ten sposób?
– A opanowałeś coś innego poza tym i aktywnym słuchaniem? Przecież wiem, że gadka o niczym ujmuje twojej nabrzmiałej godności. Pamiętam jak kiedyś na święta, przyjechaliśmy do was, byłeś malutki, miałeś na sobie taką śmieszną czapeczkę. Kiedy patrzyłeś się na przyozdobioną choinkę, znalazłam w twoich oczach to, czym rozpoznaje siebie. Wtedy Jan, możesz go nie pamiętać, kuzynka Monika przyprowadziła go na święta, ku jego nieszczęściu, spojrzał się na ciebie i zapytał: pewnie chciałbyś zerwać stamtąd cukierka, co? A ty mu na odpowiedziałeś: tak jak koleżanki Moniki chcą, żeby zerwała z tobą?
– Stare dzieje. I tak, pamiętam go.
– Tak, tak, pamiętasz też jak...
– Nie. Nie.
Ciotka Wanda spojrzała się na mnie, marszcząc brwi i wzruszyła ramionami. Sięgnęła swoją sędziwą ręką starej, mądrej kobiety do kieszeni i wyjęła z niej narzędzie największych filozofów – papierosa. Musiała go jakoś odpalić, więc podała mi świeżą, gorącą kawę, z którą tutaj przyszła i wyjęła zapalniczkę. Wystarczyło jedno przyciśnięcie urządzenia, aby pod dachem tej chaty rozlały się serpentyny nikotynowego dymu.
– Wiesz, gdzie mógłbyś o tym porozmawiać.
– Nie, nigdzie nie chcę iść.
– Wiem. Dlatego tam nie idziesz.
– Bo każdy chodzi tylko tam, gdzie chce.
– Tak. Mieliśmy dzisiaj jechać do twojego dziadka. Do niego też pewnie nie chcesz jechać?
– Nie, nie po tym, co mi odebrał.
Ciotka potrząsnęła tylko głową, wciąż trzymając w ustach papierosa.
– No dobrze. Ja jadę na poranne korepetycje. Stanisław zostaje tutaj do południa, potem jedzie ze mną do dziadka. Czy przychodzi dzisiaj jakiś twój znajomy?
– Tak.
– Ja żartowałam.
– Przychodzi Oskar.
– Niech będzie więc Oskar.
Ciotka zaciągnęła się papierosem, a czerwony żar zajął resztę bletki i tytoniu. Dopaliła używkę, wrzuciła filtr do zaśniedziałej, brązowej popielniczki, która była niegdyś miską i to czerwoną. Z popielniczki, przez krótki moment unosił się dym resztki papierosa. Siostra mojej mamy wróciła do domu, zostawiając mi gorącą kawę, z której w ten chłodny poranek, rozpoczynający jesień, unosiła się para. Ulatywała gdzieś do powietrza, przepełnionego chłodem i bielą i szarością. Można było oczekiwać w ułudnej nadziei na wschód ciepła promieni słońca, ale ono – ciało niebieskie spoglądające z próżni – przechodziło sprytnie zza horyzontu prosto pod kurtynę popielatych chmur, poprzez które rzucało odbicia bieli i szarości na mnie. Na las. Miasto. Wieś. Zamek. Na nas.

***

Siedziałem w kuchni, spokojnie jedząc śniadanie. Wujek Stanisław spał, szanowałem jego spoczynek, więc jednoczyłem się z ciszą, oglądając budzący się za oknem kuchni las. Aż usłyszałem ciche przeciągnięcia się w łóżku, odgłos otwieranej szafy.
Dokończyłem śniadanie i przemknąłem do swojego pokoju, zamykając się w nim. Nie wiedziałem czym się zająć, mając do dyspozycji ostatni dzień wakacji, kończący mój okres dwuletniego, domowego nauczania. Jutro idę do drugiej klasy liceum. A pierwszy raz do liceum.
Stałem chwilę pośrodku pustego pokoju, otworzyłem drzwiczki do szafki w biurku i wziąłem jedną ze swoich niewielu książek. Kochałem czytać, ale nie miałem na to ostatnio czasu. Myśli zawarte w słowach, wymagają pokoju we własnym umyśle, żeby móc zrozumieć to, co druga osoba miała do przekazania. Żeby jej myśli nie zostały zastąpione moimi, z czystego szacunku. A może to po prostu wymówki.
Odsłoniłem zasłony, wpuszczając blakłość, usiadłem na łóżku i zacząłem czytać. Spokojnie podążałem wzrokiem za słowami, a kącikami swoich chłonących oczu zaczynałem tracić obraz nieistotnych przedmiotów, a razem z nimi nieistotnego świata. Odpoczywałem tak jakiś czas. Robiło się coraz jaśniej. Odłożyłem książkę, wziąłem ubrania, poszedłem umyć się do łazienki. Wziąłem prysznic, ubrałem się, nałożyłem na siebie jakieś chemiczne kremy – nie wiem, czemu mi tak zależy – i wyszedłem na korytarz, razem z wychodzącym z ogrodu wujkiem Stanisławem.
Miał na sobie brązową marynarkę, ciemne dżinsy i koszulę. Wzdłuż żuchwy rosły mu brunatno-siwe włosy, rozprzestrzeniające się lekko na policzkach i jabłku Adama. Jego zarost był rozrzedzony, ale wzrok całkowicie skupiony – oczy kryły się za cienkimi szkiełkami okularów, spadających w swojej swobodzie z nosa wuja.
– Słyszałeś może w nocy słowika szarego?
– Nie.
– I słusznie, nie powinno ich już tutaj być. Ale miałem nawiedzające wrażenie jego śpiewu. Może to jednak kruk...
– Może półśniłeś.
– Może, może... może oboje półśniliśmy.
– Mam nadzieję.
– Czemu, też coś słyszałeś? Usiądże, , nie będziemy gawędzić na korytarzu.
– Właśnie wracałem do pokoju.
– Nie porozmawiasz ze starym wujem?
Odpowiedź na to pytanie była zbędna. Bardzo lubiłem rozmawiać z wujem Stanisławem, nawet jeśli mówił o jednym ze swoich nowych hobby, którego nie rozumiałem, to potrafił on zatopić słuchacza w swoich słowach. Zawsze mu tego zazdrościłem. Usiłowałem się tego od niego nauczyć.
Usiedliśmy przy stole w kuchni.
– Gdzie tak zniknąłeś wczoraj?
– Spacerowałem.
– Ah, rozumiem, spacerował... Wieczorne spacery – rozumiem, co cię w nich pociąga. Sam jakiś czas temu spacerowałem, oj spacerowałem wiele. Chodziłem na cmentarze, wzdłuż rzeki przy zamku, po starych osiedlach, po ciutkę nowszych osiedlach, mostach obcych krajów, zamkach podbijanych przez naszych przodków. Wszystko to wieczorem. I obaj doskonale wiemy czemu – bo wieczorami widzi się różne zjawy. Nasze myśli chłoną znaczenia, widzimy symbole w tym, co mijamy, wieczór staję się naszą rzeczywistością, a myśli jednoczą z otoczeniem. Ale musisz coś wiedzieć, , to wszystko jest zwodnicze. Te sensy symbolach, które sobie tworzymy, nie konfrontują się z rzeczywistością, a żerują na niej. Powiedz więc, co widziałeś wczoraj w nocy?
Mogłem powiedzieć o zjawie kobiety. Mogłem powiedzieć o śnie. Ale nie uważałem, że wuj miał rację z bezsensem symboli. Nie zrozumiałby mnie.
– Widziałem się z Oskarem. Jest moim przyjacielem, lubię z nim rozmawiać. Zresztą, dzisiaj tutaj przychodzi.
Następnie wuj dał mi jakiś wykład o wadze przyjaźni w życiu człowieka i poszedł do swojego biura pisać artykuły, a ja poszedłem do pokoju, krzątając się między rzeczami do roboty. Starłem trochę kurzów, przestawiałem kilka razy laptopa, jeden zeszyt, długopis, leżące obok siebie na biurku i pooglądałem chwilę filmy nagrane na czarnej kamerze. Otworzyłem okno na oścież, wpuszczając trochę świeżości i w trakcie sprzątania, słuchając muzyki, przystawałem przy nim okazyjnie, aby oglądać spokojne życie sąsiadów ludzkich i leśnych. Co jakiś czas zdejmowałem słuchawki w poszukiwaniu dźwięku, okazyjnie przejeżdżających aut w oddali. Poza tym postawiłem na biurku butelkę soku, dwie szklanki, miskę krakersów i czipsów, które szczęściem znalazłem w kuchennych szafkach pełnych przypraw, galaretek oraz herbat. Otwarte czipsy i krakersy nie zdołały oczywiście pokonać sobą przyprawowo-liściastego zapachu.
Zrobienie tego wszystkiego zajęło mi zaledwie dwie godziny. Zgodnie z naszymi ustaleniami z wiadomości w telefonie, do popołudniowego przyjścia Oskara musiało minąć jeszcze pięć godzin. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Przechodziłem od oglądania miasta, zwanego domem, z ławki pod dachem, przez bezwiedne oglądanie filmików w internecie, po powolne rysowanie. Nie potrafiłem rysować – nie miałem zamiaru potrafić. Potrzebowałem po prostu własnego relaksu, medytacji. Starałem się.
Tak mi minęło te pięć godzin. Wuj Stanisław zdążył pojechać z ciotką do jej ojca, a ja zastałem Oskara w drzwiach. Zaprosiłem go do środka, zaproponowałem herbaty – odmówił. Chciał jedynie wody. Przyniosłem ją więc do mojego pokoju i tam też przysiedliśmy.
– Co to, gdzie masz wszystkie swoje rzeczy?
– To są moje rzeczy.
– Parę książek, plecak, laptop, zeszyt i skrzynka na pieniądze?
– Tak.
– Przecież w tamtym pokoju miałeś...
– Dokładnie, miałem.
– Gdzie teraz są?
– Na pewno nie w moim pokoju.
– Stary, chciałem ci pomóc. Nie przejechałem tyle kilometrów, żeby teraz wracać, bo jesteś dla mnie bezczelny.
– Przepraszam. Możemy... porozmawiać o ludziach z imprezy.
– Czyli jednak? Co cię przekonało?
– Nic. Może warto czasem wyjść do ludzi.
– No więc tak... – odparł z niemałym uśmiechem zwykłego szczęścia.
W taki sposób dowiedziałem się co nieco o dawnych znajomych, ale też o nowych. Oskar chcę stworzyć dużą imprezę na swoje urodziny. Wynajął osobny dom – jego rodzice to zrobili – gdzie chce zaprosić swoich znajomych, znajomych ich znajomych; z tego, co rozumiem, skupia się najbardziej na wszystkich innych ludziach niż na sobie. Bardziej impreza niż jego urodziny.
Przeszliśmy do tego, co teraz się dzieje u naszych dawnych, wspólnych znajomych z dzieciństwa. Z ludźmi, z którymi się wychowałem. Po kolei: Nastazja – chodzi teraz do jakiejś przeciętnej szkoły w mieście zwanym domem, gdzie podobno ma małe grono znajomych i lekkie kłopoty z nauką. Eryk – podobno mniej gra na gitarze i ćwiczy sztuki walki.
– Zrobił się trochę dziwny, z resztą widziałem na postach...
Nie uważam, żeby jego zdjęcia i nowy wygląd, styl bycia, wskazywały na dziwność, ale nie przerywałem Oskarowi. Kacpra spotkam jutro. Napisał do mnie już, żebyśmy spotkali przed szkołą. Chce mi pomóc, miło z jego strony. Oskar dotarł do Alii – swego czasu moja najlepsza przyjaciółka. Zawsze raczej cicha, rozważna, ale pokonująca zawsze ograniczenia swojego dziecięcego lęku. Chodzi do najlepszej szkoły w mieście. Dusza towarzystwa. Ciekawe co się z nią dzieje...
– No i z naszych to wszyscy, a no i są jeszcze ludzie z mojej klasy...
Nic szczególnego.
– Tak czy siak, będziesz miał wreszcie okazje poznać paru znajomych z mojej klasy i może odnowić stare kontakty. To będzie znacznie lepsze niż to, co zrobiliśmy na początku ósmej klasy... Myślałem, że się skończy policją.
– Mieliście rozmach.
Dalej porozmawialiśmy chwilę o tym, co się ostatnio działo na rynku gier – mimo że mnie to zbytnio już nie interesowało. Oskar opowiadał o swoich znajomych, naciskał, abym ja mówił o swoich, ale – nie było zbytnio o czym. Napomknąłem kilka razy o wspomnianym spotkaniu z Julią. Coś tam o nauczycielach, szafkach w szkole, zwykłe głupoty. Ale było w miarę miło. Gawędziliśmy dwie godziny, aż usłyszeliśmy parkujące pod domem auto. Zastaliśmy w przedpokoju wuja Stanisława i ciotkę Wandę, niosących torby zakupów.
– Oh, Oskar, miło cię widzieć. – odparła ciocia. – Zostajesz na kolacje?
– Czuj się zaproszony, przygotowujemy dzisiaj nasz popisowy, niedzielny numer. – dodał wuj. – Odwiozę cię potem do domu.
– Nie mogę odmówić takiej propozycji. Bardzo miło z państwa strony.
Ja i Oskar usiedliśmy przy stole, a wuj Stanisław i ciotka Wanda zabrali się do wspólnego gotowania. To była jedna z czynności, która na pewno ich łączyła, wspólne gotowanie. Uwielbiali w trakcie dodawać przypadkowe rzeczy, dokuczać sobie, puszczać przy tym muzykę i tańczyć powoli, kiedy jedno zasmażało cebulki, a drugie mieszało sos w misce. W końcu podano nam obiad i zabraliśmy się do jedzenia.
– To jest przepyszne, Pani Wando i Panie Stanisławie.
– Bardzo nam więc miło.
– Od tych jednych urodzin, , które tutaj zorganizował, zawsze byłem zakochany w tym domu. Wolę miasto, ale każdemu przyda się odrobina ciszy. Prawie nic się tutaj nie zmieniło.
– Oh, no coś się jednak zmieniło – zauważył wujek. – zmieniliśmy ścienny wachlarz na japońską parasolkę, Wanda powymieniała trzy namalowane jej piękną dłonią obrazy, oprócz jednego...
I tak wuj Stanisław opowiadał o akcesoryjnych zmianach w ich domu. Nietrudno było go winić, przywiązywali z ciotką wielką uwagę do takich małych rzeczy. Co więcej, samą przyjemnością było opowiadanie czegoś Oskarowi. Potrafił słuchać dorosłych, tutaj była rzecz, która na pewno jeszcze nas łączyła. Może dlatego, że z ludźmi z pełną odpowiedzialnością prawną, prościej się rozmawia. Odpowiedzą na twoje uwagi, będą co najmniej zaangażowani w rozmowę dotyczącą doświadczeń i rozbudowanych przemyśleń, a nie płytkich spostrzeżeń i mało zabawnych, prowokacyjnych tematów. Oskar by się ze mną nie zgodził, ale to była już ta granica, gdzie zaczynamy się różnić.
– Oskar, a powiedz mi, czym się zajmujesz w nowej szkole? Oczywiście, że jakiegoś rodzaju przedmiotami, ale coś poza tym? – dopytywał wuj.
– Głównie historią i wiedza o społeczeństwie. Myślę nad naukami społecznymi w dłuższej perspektywie.
– Oh, to bardzo ciekawe. Wanda studiowała socjologię przez jakiś czas.
– Naprawdę? – Oskar i ja zapytaliśmy jednocześnie.
– I psychologię, ale o niej wiecie. Pochwaliłabym się jeszcze doktoratem o poezji, ale on i tak jest bezwartościowy.
– O czym pisałaś?
– O tym, czy to autor piszę wers, czy wers autora.
– Do czego doszłaś?
– Skrócić ci mój doktorat do rozmowy przy kolacji?
– Z jednej strony jest nic nie warty, a z drugiej nie możesz go opowiedzieć przy kolacji? – spytałem.
– Ja ci streszczę, gdyż czytałem ten doktorat chyba pięć razy, taki był genialny. – wciął się wuj. – Twoja ciocia doszła do wniosku, że skoro jakiekolwiek...
– Nie teraz, Stanisław, proszę. Nagadałam się już o poezji przez te lata, kiedy studiowałam. Kiedy indziej, obiecuję.
Ciocia kontynuowała jedzenie.
– Hm, a ty, , przecież jakiś czas temu interesowałeś się scenariopisarstwem – zapytał mnie wuj – jakie masz zdanie na temat pisania? Kto kogo piszę w tej obopólnej relacji?
– Masz rację wuju, interesowałem się tym... jakiś czas temu. Nawet nie pamiętam, w których kartonach są stare opowiadania i scenariusze.
– Pamiętasz, – zaczął Oskar – jak lata temu na kempingu, razem z Alią nagrywaliście wspólnie film? Co to było? Horror? Mieliśmy kamerę, ustawialiśmy się wieczorami specjalne, żeby było dobre światło...
– I ja i Alia byliśmy reżyserami, a ona jeszcze dodatkowo grała główną rolę. Ty miałeś się przebrać za stwora. – dodałem, nie mogąc się powstrzymać przed wspominaniem.
I przez resztę kolacji nie mogłem już, zgodnie ze swoimi uczuciami, odrzucać tematów przeszłości wakacji na kempingu. Robiłem to wystarczająco długo, a nie chciałem odbierać wujowi, ciotce i Oskarowi ich prawa do wspominania. Musiałem więc zachowywać neutralną minę, uśmiechając się kilka razy, aby okazać swoją żywość względem rozmowy. Kilka razy nawet skorygowałem błędnie podane fakty. Ale podczas tego wszystkiego, czułem w klatce piersiowej obrzydliwy zbitek tego, czego nie mogłem wyrazić. Musiałem więc wytrzymać wspominanie imion, których nie chciałem rozgrzebywać, niezależnie czy żyły, czy po prostu już nie uczestniczyły w moim życiu. Nie, Alia nie była moją siostrą, tylko bliską osobą z mglistych czasów dzieciństwa, które były całkowicie inną powieścią, która może nie miała początku, ale zdecydowania napisała swój ostatni rozdział. Nie lubię czytać czegoś dwa razy.
Zjedliśmy dobrą kolację, było już ciemno, ale wcale nie tak wilgotno, jak poprzedniego dnia. Odprowadziłem Oskara na przystanek, nie wiedząc, że będzie to ostatni raz, kiedy u mnie będzie jeszcze przez długi czas. Gdy jego autobus odjechał, poszedłem na krótki spacer, wsłuchując się w muzykę. Dawałem jej tonom nieść moje myśli, które prowadziły mnie w kolejne uliczki, do kolejnych okien pełnych osobnych historii. W rytm pochłaniającej muzyki, idąc hipnotyzującymi uliczkami, to co było moimi myślami, a to, co opowiedzianymi historiami w oknach, mieszało się w ciemno-kolorowych kolażu. W końcu wróciłem do miejsca, w którym sypiam. Tam też historia faktyczna, mieszała się z tym, co sobie dopowiadałem i tym, co odrzucałem.
Wszedłem do budynku, pomagałem jeszcze posprzątać po kolacji, pogawędziłem chwilę z wujostwem, posłuchałem o artykule i o uczniach na korepetycjach, aż mogłem się zebrać do snu i znalazłem się w swoim łóżku. Znów ciemność. Uchylone okno – tak jak lubiłem. Ja i moje myśli – mogliśmy być ostatnimi istotami w świecie, a wyglądałby on dla mnie dokładnie tak samo. I nie zmieniał się, jak zamykałem oczy, traciłem powoli świadomość i... zasypiałem. Zniknąłem, nie mogłem doświadczać szczęścia, ani cierpienia. Nie miewałem snów. Po prostu pusta przestrzeń, pozbawiona cząsteczek, beze mnie, bez ego.
Aż fragment mnie wrócił. Ale tylko odłamek, który wkradł się w nicość i rozświetlił ją nijakim światłem. Widziałem sufit, w większości ściemniony, bezkształtny sufit. Elementem świadomości chciałem przewrócić się w łóżku na bok i wrócić, spać. Ale nie czułem łóżka. Mogłem równie dobrze się unosić, ale pomimo tego wiedziałem, że leżę na łóżku. Mały impuls woli nie wystarczył na poruszenie się. Użyłem więc całej dostępnej mi siły, ale ciało nie reagowało. Było tutaj, ale nie podlegało mi, tylko leżało bezwładnie, bez pana. Mogłem tylko przesuwać wzrokiem. Spojrzałem w miejsce, gdzie powinno być okno, a tam wciąż tylko bezkształtna ciemność, unosząca się może na świszczącym wietrze. Miałem wrażenie, że ciemność porusza, się, wije z miejsca, gdzie powinno być okno. Wije się na ściany, na sufit
i czułem od niej zagrożenie. Fragment mnie, który się obudził, potrafił się jeszcze panicznie bać. Masa ciemności w ciemności się zbliżała, ogarniając powoli, brutalnie, łakomie całą moją widoczność. Usiłowałem wydać jeden, ostatni krzyk woli, czułem nawet, jak moje struny głosowe ledwo drgają, ale wydały jedynie głuchy ryk. Masa spoczęła ponad mną i zaczęła się formować.
To była sylwetka. Sylwetka z przeciwieństwa światła, unosząca się nade mną w lustrzanym odbiciu mojego spoczynku. Miała głowę tuż przy mojej. Zobaczyłem jej pozbawiony ekspresji wyraz twarzy – taki sam jak mój. Jej oczy były głębokie, widziałem w nich swoje odbicie, bezwładne odbicie. Bałem się dalej krzyczeć, dusiłem w sobie strach, ale ten uciekał, dostrzegłem we własnym odbiciu słone strużki wody, spływające mi po pozbawionych emocji policzkach. Zjawa nabierała za to władzy, z jej głowy nagle spadły czarne włosy, które były dłuższe od moich, więc opadły wokół mojej głowy jak kurtyna. Byłem tylko ja i jej twarzy. Dziewczyna, przyglądająca mi się z lasu. Ona, która... może była na moście
uśmiechnęła się nagle, zostawiając w swoich oczach nieruchome odbicie mojej twarzy.

Podpis: 

Mimik Tezeusz 2024-2025
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Krzyż Sen o Ważnym Dniu Pęknięcie - Rozdział 8
Traumatycznie. Przeczytaj i spróbuj zrozumieć, co powinno spotkać właśnie Ciebie. Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny). Nisa i Ellie znają się od zawsze. Przynajmniej tak się im wydaje. Razem są w stanie stawić czoła wszystkiemu. Gdy któregoś dnia rzeczywistość zaczyna się zmieniać, a do ich życia wkracza ktoś obcy, ich przyjaźń zostaje poddana kolejnej próbie.
Sponsorowane: 20Sponsorowane: 15
Auto płaci: 100
Sponsorowane: 15
Auto płaci: 15

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2026 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.