https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
200

Od gołębia do Gołębiewskiego

Autor płaci:
200

  Jeśli uwierzysz, że odchody gołębia mogą Ci przynieść szczęście, jak mówią , to zobacz co się może zdarzyć.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W sierpniu nagrodą jest książka
Cujo
Stephen King
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Od gołębia do Gołębiewskiego

Jeśli uwierzysz, że odchody gołębia mogą Ci przynieść szczęście, jak mówią , to zobacz co się może zdarzyć.

Sprawca (fragment IV)

Ciąg dalszy śledztwa prowadzonego przez detektywa Massa.

Sprawca (fragment III)

Fragment III.

Sprawca (fragment II)

Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Sprawca (fragment)

Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Kraina Niekończącej się Bajki - cz.II. rozdział V

Pinokio, rusz głową! To może być odlotowa przygoda!

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Noc wichrów

Fragment "Sycylijskiego pioruna"

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Liście lecą z drzew

Krótki wiersz

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1918
użytkowników.

Gości:
1918
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 81675

81675

Saga Pogranicza - Rozdział I: Witamy na Pograniczu

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
22-06-26

Typ
P
-powieść
Kategoria
Fantasy/Wojna/Inne
Rozmiar
30 kb
Czytane
175
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
22-06-26

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: Dzik13 Podpis: Dominik Skibiński
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Sir Jar vor Andress to twardziel jakich mało. Były obrońca króla potężnego Allanoru, uczestnik wypraw na daleką północ, a przy tym rozważny i inteligentny człowiek. Po piętnastu latach powraca on w rodzinne strony, do najbardziej wysuniętego na połud

Opublikowany w:

Saga Pogranicza - Rozdział I: Witamy na Pograniczu

- Witamy na Pograniczu!
Słowa te wypowiedział rosły mężczyzna w skórzanej zbroi, ściskający w dłoniach masywną lagę. Tuż za nim stało dwóch kompanów, którzy z szyderczymi uśmiechami oczekiwali na reakcję samotnego jeźdźca. Trójka bandytów zagradzała przejazd przez most nad stromym jarem, którego konne przekroczenie byłoby nie lada wyzwaniem. Świetne miejsce na łupieżczą działalność, jednak zbójcy jeszcze nie wiedzieli, z kim mają do czynienia.
Jeździec dosiadał wielkiego karego ogiera. Jego ciało osłonięte było płaszczem zaś twarz zakrywał kaptur. Juki były wyładowane po brzegi, co wzbudziło dodatkową ciekawość bandytów, liczących na łatwy zarobek. Jeździec zatrzymał konia, jednak nie zsiadł, lecz siedział na grzbiecie zwierzęcia z opuszczoną głową.
- Witamy szlachetnego pana – rzucił przywódca zgrai. Na jego twarzy pojawił się kpiący uśmieszek. – Przejazd przez most kosztuje trzydzieści sztuk złota. Płaci pan, a my gwarantujemy bezpieczną przeprawę nad wąwozem.
Tajemniczy mężczyzna nie odpowiedział. Siedział wciąż nieruchomo na równie spokojnym koniu. Nieco zdziwiony herszt zaczął zbliżać się w jego stronę, unosząc lagę.
- Jeszcze jeden krok, a zabiję! - powiedział spokojnie, lecz stanowczo jeździec.
Na te słowa bandyci oniemieli. Jeszcze nikt nie ośmielił się odezwać do nich takim tonem. Podróżni, których obrabowali w ciągu ostatniego miesiąca, niemal zawsze płacili za przejazd. Niektórzy próbowali uciekać, inni tłumaczyli, że nie mają pieniędzy, wtedy rabusie zabierali im ubrania. Jeden jegomość próbował przejść dołem, jednak pośliznął się i pogruchotał kości. Rabusie zdarli z niego odzież, zabrali wszystko, co miał (a okazało się, że miał niemało) i porzucili rannego przy głównym gościńcu. A teraz pojawił się ktoś, kto nie dość, że nie zdradza zamiaru zapłaty, to jeszcze grozi rozbójnikom śmiercią. I to tonem, który zdecydowanie nie brzmi na niepewny.
- Powtórz, szlachetny panie – herszt udał, że nie słyszał pogróżki. – Tylko trzydzieści sztuk złota i droga wolna.
- Zbliż się jeszcze trochę, a będą to ostatnie kroki w twoim życiu. Nie wiecie, kogo chcecie obrabować. Rozstąpcie się natychmiast i dajcie mi przejechać. A następnie uciekajcie najszybciej, jak się da, bo straż miejska dowie się o tym, co tu porabiacie.
Głos jegomościa był niski i poważny. Nie dało się odczuć w nim żadnych objawów strachu – jeździec mówił spokojnie i nie podnosił głosu. Gdyby przywódca bandytów należał do ludzi inteligentnych, najprawdopodobniej nie szukałby dalszej zwady, ale niestety tak nie było.
- Nas jest trzech, a ty jeden – warknął rozbójnik. – Żarty się skończyły, oddawaj wszystko, co masz! Chłopcy, przetrząśnijcie mu juki.
Bandyci postąpili w kierunki jeźdźca, a wtedy ten zrzucił płaszcz i kaptur, odsłaniając piękną srebrną rycerską zbroję z herbem króla Allanoru. Na plecach wojownik przytroczoną miał wielką tarczę. Błyskawicznym ruchem wydobył z juku jednoręczny, stalowy miecz. Na ten widok zbójcy cofnęli się – w jednej chwili opuściła ich pewność siebie – z takim przeciwnikiem i w piątkę nie mają szans.
- Jestem jeden, a was trzech – rzekł rycerz, mierząc zbójów spokojnym, choć surowym wzrokiem. – Nie odważycie się jednak podejść bliżej?
- Prze…prze…prze jazd j..jest darm…darmowy, p..panie! – wyjąkał herszt. – Mogłeś się przedstawić od razu..
- Przejazd jest darmowy? – spytał rycerz. – Owszem, jest darmowy i taki będzie. Gdy tylko dotrę do miasta, powiadomię strażników o waszej działalności. W waszej woli jest, czy zostaniecie tutaj i będziecie na nich czekać, czy uciekniecie stąd, gdzie pieprz rośnie. A, i oddacie mi swoją broń i zaprowadzicie do miejsca, gdzie trzymacie łupy. Tylko bez numerów – moja zbroja wytrzyma bez problemu uderzenia waszych lag i tępych toporków, a miecz, który dzierżę, pozbawił życia już niejednego, który stanął mi na drodze.
- Miejsce, gdzie chowamy łupy? – spytał jeden z bandytów. – Ależ panie, my nie mamy grosza przy duszy. Niewielu kupców podąża tymi drogami, a jak już się na kogoś natkniemy, to pieniądze wydajemy w gospodzie na skraju puszczy…
- Jeszcze jedno kłamstwo, a powieszę twojego trupa na tym moście! – mówiąc to, rycerz zeskoczył z konia. Zakopaliście kosztowności, czy zostawiliście je w skrzyni gdzieś obok mostu?
- Panie, ale my naprawdę… - wyjąkał zbójca, ale kompan kopnął go ostrzegawczo i skłonił się przed rycerzem.
- Wybacz mu panie, rozsądkiem nie grzeszy. Skrzynia jest w dole jaru. Mogę pokazać najwygodniejsze miejsce, żebyś zszedł po nią.
- Doskonale – powiedział rycerz. – A więc zejdę tam… Ale najpierw się z wami rozprawię. Co wy myśleliście, głupcy? Że zejdę tam na dół, jeszcze pewnie się przewrócę po drodze, a wy w tym czasie zabierzecie mojego konia i kosztowności, które pewnie ukryliście gdzieś na górze? Nie trafiliście na idiotę, oj nie! Już za dużo tego dobrego. Jeden z was ma mi przynieść tą skrzynię w trymiga, a jeśli spróbuje uciec, to wpierw pozbawię głów kompanów, a następnie dopadnę go, jakem vor Andress!
Na dźwięk nazwiska bandyci zamarli.
- Co stoicie jak słupy soli? Złóżcie w tej chwili broń i wykonajcie polecenie!– krzyknął rycerz.
Nie minęły dwie minuty, jak jeden ze zbirów, ten, który proponował zejście w dół, pojawił się ze skrzynią, po którą pobiegł w zarośla. Nie była ona zbyt duża, ale gdy vor Andress uchylił wieko, spostrzegł, że wypełniona jest złotymi i srebrnymi monetami.
- Jakoś bardzo dużo tego nie macie – prychnął rycerz. – Może faktycznie wydaliście część w gospodzie, choć wątpię, by was tam wpuścili. A może ukrywacie je jeszcze przede mną. Nie mam na was teraz więcej czasu, opróżnijcie skrzynię i wsypcie monety do worka, który wystaje z juków. Nawet nie próbujcie nic stamtąd wyciągnąć. Macie na to dwie minuty.
Rabusie pospiesznie wykonali rozkaz. Vor Andress zamyślił się chwilę, aż wreszcie przemówił.
- Tak jak mówiłem, zabieram waszą broń i kosztowności. Tą pierwszą przekażę straży, choć wątpię, żeby znaleźli pożytek z takiego szmelcu. Pieniądze trafią do zarządcy miasta, a następnie do ich prawowitych właścicieli. Straż zostanie powiadomiona o miejscu waszego pobytu. Nie mam ochoty ani czasu, żeby zakuwać was w kajdany i prowadzić do miasta, jednak z pewnością wkrótce ktoś złoży wam wizytę, więc radzę czmychnąć i zmienić fach. Jeśli jeszcze raz was spotkam i zobaczę, że wciąż zajmujcie się zbójectwem, pozabijam bez ostrzeżenia i bez szansy na ucieczkę. Zrozumiano?
- Tak jest, lordzie – rzucił herszt.
- Nie lordzie – mruknął rycerz. – Sir. Sir Jar vor Andress. Tego nazwiska wystrzegajcie się jak ognia, bowiem przyniesie wam zgubę, jeśli nie posłuchacie mych słów.
- Tak jest, panie – odrzekli rozbójnicy. Rycerz dosiadł konia i przejechał przez most. Nie odwrócił się już w stronę zbójców, którzy chwilę wodzili go wzrokiem, a następnie wyruszyli pieszo w kierunku, z którego nadjechał rycerz.

Po kilku minutach Jar vor Andress zbliżał się już do skraju lasu. Znał świetnie te tereny i choć nie było go tu przez piętnaście lat, doskonale wiedział jak dotrzeć do miasta. Zostawiał za sobą mroki kniei, przybliżając się do celu podróży – stolicy lenna.
Pogranicze było najbardziej wysuniętym na południu skrawkiem potężnego królestwa Allanoru, zajmującego niemal cały kontynent Elnary. Od północy graniczyło jedynie z mroźnym i tajemniczym królestwem krasnoludów, a od południa, w miejscu, gdzie kontynent znacząco się zwężał, z państwem Bohemów. Kraj ten miał geograficznie pod sobą jedynie Averlandię i kontynentalny skrawek Szmaragdowego Imperium. Były to wszystkie państwa wielkiego kontynentu, na którym zdecydowanie dominował Allanor – ojczyzna sir Andressa .
Pogranicze miało silne strategiczne znaczenie – oddzielało bowiem królestwo od południowych sąsiadów, z którymi państwo nie miało najlepszych relacji. Choć z Bohemą graniczyły jeszcze trzy inne lenna, granica przebiegała w nich przez góry, które utrudniały przedostanie się wojsk. W przypadku lądowej inwazji wrogiego Szmaragdowego Imperium, Pogranicze musiałoby wytrzymać napór silnej armii i przetrzymać ją jak najdłużej, aby wysunięte bardziej na północ krainy mogły wystawić wystarczająco armię i otrzymać posiłki z regionów stołecznych. Z uwagi na gigantyczne rozmiary, Allanor był państwem niesamowicie trudnym do przejęcia, jednak królewska armia nie była w stanie sprawnie przemieszczać się po nim z uwagi na ogromne odległości. Sama droga ze stolicy do granicy z Bohemą zajmowała nawet pół roku, a podróż z południa na północ kraju trwała niemalże rok.
Jar vor Andress nie znał dokładnych danych na temat sił, które mogło wystawić Pogranicze, jednak na dworze królewskim doszły do niego słuchy, że lokalne wojsko na przestrzeni lat zdecydowanie osłabło i nie jest przygotowane na potencjalną inwazję. Relacje ze Szmaragdowym Imperium wprost płonęły, według donosów szpiegów flota imperialna i armia kontynentalna szykowały się do wojny, gwałtownie nabierając liczebności. Choć państwo to powierzchnią nie dorównywało Allanorowi, posiadało gigantyczną i niezwykle dobrze wyszkoloną armię, oraz wysoki poziom rozwinięcia technicznego, przez co stanowiło ogromne zagrożenie dla królestwa, które nie dość, że potęgą morską nie było, to jeszcze było narażone na szybkie ataki i łupienie pojedynczych terytoriów. Choć allanorska armia jest liczniejsza od imperialnej, oparta jest o lenna i rody szlacheckie, a jej mobilizacja pod wodzą króla trwałaby całe miesiące. Mimo że stolica to miasto świetnie ufortyfikowane i posiadające aż siedemdziesiąt pięć tysięcy żołnierzy w garnizonie, Imperium jest w stanie stosunkowo szybko przerzucić pod jej mury kilkakrotnie większe siły, wykorzystując szlaki rzeczne, którymi mogłyby przepłynąć potężne okręty bojowe wypełnione doskonale wyposażoną i wyszkoloną armią. Ponadto atak z południa mógłby odebrać królestwu ogromny obszar złożony ze słabszych, ale niezwykle istotnych dla wyżywienia państwa i wydobycia surowców lenn.
Zostawmy na chwilę politykę i wróćmy do Jara vor Andressa. Ten doświadczony i wprawiony w boju rycerz był przedstawicielem rodu panującego w lennie - najmłodszym synem poprzedniego lorda Pogranicza, Iwara vor Andressa, który postanowił wysłać dziewiętnastoletniego Jara na dwór królewski. Młody Andress miał dwóch starszych braci, którzy mieli przed nim pierwszeństwo do przejęcia władzy po śmierci ojca, a jako że był ciekawy świata i głodny wrażeń, przystał na wolę lorda Iwara. Ojciec dostrzegał w nim spory talent i uważał, że na Pograniczu nie ma dla niego wystarczających perspektyw. Nie chciał również, żeby popadł on w przyszłości w konflikt o władzę ze starszymi braćmi, tak jak zrobił to niegdyś on sam. Choć Iwar nie był najstarszym synem swego ojca, pozbawił władzy swojego mało rozgarniętego brata, co zaaprobowali władcy sąsiednich lenn, a w ostateczności sam król. Graldan Andress, obalony lord, nie został pozbawiony życia, ani wolności, jednak osiedlił się w miasteczku na zachodzie lenna, którym współwładał.
Jar spędził piętnaście lat poza rodzinnymi stronami - jako żołnierz brał udział w zwalczaniu band rabujących kupców w okolicach Królewskiego Miasta. Został również powołany na wyprawę do położonej daleko na północy krainy krasnoludów, w której doszło do kryzysu, w wyniku którego musiała interweniować allanorska armia, ale jest to materiał na zupełnie inną opowieść. Jar wrócił stamtąd jako rycerz, a podczas walk z barbarzyńskimi plemionami na Kamiennej Wyspie, uratował życie samemu królowi, który docenił go i mianował jednym z członków Gwardii Królewskiej Allanoru. Otrzymał również możliwość używania przy nazwisku członu “vor”, który ludzie z południa otrzymywali za specjalne zasługi - używał takiego również jego ojciec, który wykrył spisek, mogący zagrozić wszystkim południowym lennom, ale dzięki sprawnemu działaniu udało się pozbyć zagrożenia. Po obfitujących w wiele wrażeń latach, Jar vor Andress postanowił odpocząć od wojaczki i polityki i wrócić w rodzinne strony. Król, choć nie od razu, wyraził zgodę i późną jesienią vor Andress wyruszył w podróż. Ponieważ zima utrudniała jazdę, a do przebycia było wiele lenn, na miejsce dotarł dopiero na wiosnę. Teraz zmierzał do stolicy lenna - miasta Leob, aby spotkać się ze swoim bratem i władcą Pogranicza - Gavinem Andressem.

Wyjechawszy z lasu, Jar trafił na gościniec łączący dwa miasta - siedzibę brata i niewielkie miasteczko Hotzen, zarządzane przez ród Fullsteinów - lenników Andressów. Z drogi rozciągał się wspaniały widok na południowy skrawek Pogranicza, a także na góry znajdujące się już na terenie obcego państwa. Piękne pola porośnięte kwitnącym rzepakiem (jedną z roślin, z których uprawy kojarzone było lenno), oraz pszenicą robiły wrażenie na przyjezdnych, ale pejzaż ten wprost wzruszył Jara Andressa. Za pasem pól widać było w oddali duże gospodarstwo, znajdujące się przy wiosce Matejov, a za nim pas gór łącznie z najwyższym szczytem regionu - Pradziadem, który wznosił się na prawie tysiąc pięćset metrów. Na zachodzie było widać kolejne wsie, a gdy wytężyło się wzrok, można było dostrzec wieże sanktuarium na wzgórzu Cvilin, u podnóża którego położone było duże bohemskie miasto Krnov. Szczególnie piękne w tym miejscu były zachody słońca, Jar często przyjeżdżał tu konno w czasach swej młodości. Czasem zabierał przyjaciół, ale częściej przybywał tu samotnie, siadając pod drzewem i wpatrując się w malowniczy krajobraz. Kochał to miejsce i gdy dowiedział się, że opuści Pogranicze, udał się tu, by pożegnać się z ulubionym widokiem. Przysiągł jednak, że kiedyś tu wróci i ponownie nasyci się pejzażem - i teraz właśnie nadeszła ta chwila.
Vor Andress był twardym człowiekiem. Zmagał się z piekielnymi mrozami królestwa krasnoludów, skalistym pustkowiem Kamiennej Wyspy, czy intrygami królewskiego dworu, a z jego ręki zginęło wielu wrogów. Teraz jednak nie mógł powstrzymać łez - padł na ziemię w zbroi i ryczał, ryczał jak bóbr. Niewielu widziało sir Jara vor Andressa płaczącego, a jeśli już to przy stracie towarzysza broni. Teraz jednak rycerz wzruszył się pięknem raju, który utracił, lecz do którego udało mu się trafić z powrotem.
Na skraju lasu spędził niemalże godzinę, potem jednak dosiadł konia i wyruszył w dalszą drogę. Ściemniało się, a on był zmęczony, nie chciał też wjeżdżać do miasta w nocy, zdecydował więc, że przenocuje w gospodzie na skraju lasu.
Dotarcie do niej zajęło mu około pół godziny. Drewniany budynek w otoczeniu drzew nie zmienił się z zewnątrz zbytnio od czasu, kiedy gościł w nim ostatni raz. Dawniej przybywał tutaj z przyjaciółmi i bratem Gavinem, by bawić się i wspólnie wypić, jednak tamte czasy bezpowrotnie minęły. Rycerz okryty płaszczem zostawił konia w stajni, przestrzegając parobka, żeby nie ruszał juków. Następnie przekroczył próg gospody.
Była ona zatłoczona, jednak nie grała w niej wesoła muzyka i nikt nie tańczył. Wszyscy goście siedzieli przy stolikach w dość ponurych nastrojach, co zaniepokoiło vor Andressa. Zapamiętał to miejsce jako ostoję radości, a teraz wyglądało raczej jak ostoja smutku.
Nikt z przebywających w karczmie nie zwrócił uwagi na rycerza. Płaszcz przykrywał zbroję, a twarz skryta była pod kapturem. Jar rozejrzał się w poszukiwaniu wolnego miejsca, jednak przy każdym stoliku siedziała minimum jedna osoba. Postanowił zatem dosiąść się do kogoś. Padło na chudego brodatego mężczyznę, zasiadającego w kącie.
- Czy można? - spytał Jar.
- A można - odburknął brodacz.
- Dziękuję - skinął głową rycerz i usiadł.
- Skąd jesteście? - spytał niezbyt uprzejmym tonem brodacz.
- Dużo by opowiadać - mruknął Jar. - Hej, karczmarzu, przynieś mi najlepsze danie, jakie tu serwujecie. I najlepszy alkohol, jaki trzymasz w piwnicy.
Gruby oberżysta nie wyglądał na szczególnie zadowolonego. Odburknął coś i poszedł szykować danie. Natomiast brodacz nie dał za wygraną.
- Pytałem was, skąd jesteście. Może zrobicie łaskę i odpowiecie.
- Mówiłem, że to długa historia.
- Mnie się nie spieszy, wam widzę też nie.
- Jestem zmęczony podróżą. Chcę tylko zjeść w spokoju, napić się i położyć spać.
- A skąd jedziecie?
- Z daleka.
- Z jak daleka?
- Gdybym był nieuprzejmy, powiedziałbym wam, żebyście się odczepili, jednak powiem tylko tyle - człowieku, nie mam sił.
- Akurat - prychnął brodacz. - Nie chcecie się przyznać, że jedziecie z Fullsteinu.
- Z Fullsteinu? - zdziwił się vor Andress. - Czy ja ci wyglądam na takiego, co przyjechał z Fullsteinu?
- Wyglądacie podejrzanie.
Brodacz miał rację - w swoim płaszczu z kapturem rycerz nie sprawiał najlepszego wrażenia.
- W sumie macie rację - mruknął vor Andress.
- Aha. Czyli jesteście z Fullsteinu!
- Nie jestem stamtąd. Macie tylko rację, że wyglądam podejrzanie. Zaspokoję waszą ciekawość bowiem nie chcę słuchać oskarżeń. Przybywam ze stolicy - mam nadzieję, że taka odpowiedź będzie wystarczająca.
- Ze stolicy? - zaśmiał się brodacz. - Ze stolicy Pogranicza, czy jednego z sąsiednich lenn?
- Ze stolicy Allanoru.
- Nie wierzę.
- Słuchaj, brodaczu - warknął Andress. - Zaczynasz mnie już męczyć. Nie pochodzę z Fullsteinu. Nie było mnie w tych stronach przez wiele lat i nie wiem, skąd się bierze twoja nadmierna podejrzliwość. Jeśli mi nie wierzysz, trudno, jednak nie mam zamiaru wdawać się w dyskusję. W lesie napadli mnie bandyci i musiałem się z nimi rozprawić, a teraz jeszcze ty mnie napastujesz głupimi pytaniami. Proszę, zostaw mnie w spokoju.
Brodacz na chwilę zamilkł. W tym czasie karczmarz przyniósł piwo.
- Chciałbym od razu zapłacić - powiedział vor Andress.
- Za piwo trzy złote monety, a za udziec dwanaście - burknął gospodarz.
- Drogo, bardzo drogo - mruknął rycerz. - Chociaż niech będzie, dla zmęczonego człowieka taki posiłek i alkohol to jak wybawienie… Trzymajże, karczmarzu.
Mówiąc to, wyjął spod płaszcza sakiewkę i wysypał na stół trzy wielkie złote monety. W oczach karczmarza pojawił się błysk, a na twarzy brodacza zaskoczenie, bowiem takich monet nie dało się zdobyć na Pograniczu. Były one bite jedynie w stolicy, a każda miała wartość 5 zwykłych złotych monet. Ich posiadanie w dużej ilości świadczyło o sporym prestiżu i prości karczmarze nieczęsto mieli okazję, by je uzyskać, a już z pewnością nie tak daleko od stolicy.
- Dziękuję, panie - gospodarz zmienił ton głosu na o wiele bardziej uprzejmy. - To zaszczyt gościć cię w mojej skromnej gospodzie. Czy mogę czymś jeszcze służyć?
- Co to za piwo? - spytał bez zawahania vor Andress.
- Jęczmienny Książę, panie. Warzony na Pograniczu.
- Nowa marka - stwierdził vor Andress. - Za moich czasów nie było takowego. Mam nadzieję, że mi posmakuje.. Na razie to wszystko, dobry gospodarzu.
Karczmarz skłonił się i odszedł, jednak vor Andress jeszcze chwilę czuł jego wzrok. Właściciel gospody mówił coś do ucha pomocnikowi, pokazując stolik, przy którym siedział rycerz. Ten nie zwrócił na to uwagi i pociągnął łyk alkoholu, który smakował gorzko, jednak całkiem nieźle.
- Muszę cię przeprosić, panie - zagaił brodacz. - Nie wierzyłem, że zmierzasz ze stolicy, ale potrafię rozpoznać złote dukaty z Królewskiego Lenna i teraz wiem, że byłem w błędzie.
- Przeprosiny przyjęte - odparł krótko vor Andress.
- Głupio mi i chciałbym się jakoś odpłacić. Widzę panie, że potrzebujesz informacji.
- A oferujesz takowe?
- Ja coś tam wiem, ale mogę ci dać kontakt do człowieka, który jest prawdziwą skarbnicą wiedzy. Jeśli zamierzasz zatrzymać się w lennie na dłużej, z pewnością przyda ci się kontakt z nim.
- Zamierzam - vor Andress pociągnął kolejny łyk. - Co oferuje ów jegomość?
- Oj, wie on bardzo dużo na temat aktualnej sytuacji. Polityka, ekonomia, armia, lokalne sekrety i wiele innych kwestii. Przesiaduje on często w karczmie “Pod Kogutem” w Leob i wołają na niego Gothard. Jego wiedza nieco kosztuje, ale nie będzie stanowiło to dla ciebie problemu, panie. Jeśli nie zechce ci zaufać, powołaj się na Argwena z Zalesia i wspomnij, że spotkałeś mnie w gospodzie na skraju lasu. Powinien uwierzyć.
- Ciekawe, ciekawe - mruknął Andress. - To się może przydać. Dziękuję, Argwenie z Zalesia. Chciałbym jednak spytać cię o kilka spraw już teraz.
- Ale ja nie mam nic do powiedzenia! - wyparł się Argwen, po czym pochylił się nad rycerzem i powiedział szeptem:
- Wolę nie mówić o niczym głośno, ale mogę przyjść do twojego pokoju, jeżeli zdecydujesz się zostać tu na noc. Moje informacje również nie będą darmowe, ale o tym powiem ci później.
Rycerz skinął głową. Gospodarz podał do stołu wielki udziec z dzika i zgodził się użyczyć przybyszowi pokój na noc za darmo.
- Panie i tak jestem ci dłużny. Te monety to prawdziwy skarb, a jeszcze większy to możliwość goszczenia kogoś tak znamienitego.
Wtem drzwi otworzyły się z głośnym trzaskiem i do środka weszło trzech rosłych zbirów. Byli uzbrojeni i opancerzeni.
- To ludzie Żelaznej Pięści - warknął pod nosem gospodarz. - Tylko ich tu brakowało.
- Karczmarzu, polej nam piwa! - wrzasnął jeden z osiłków. - I znajdź wolny stolik, nie będziemy stali jak kołki.
- Przepraszam, ale nie mamy miejsca - rzucił karczmarz. - Możecie chwilę poczekać?
- Nie będziemy czekać - warknął łotrzyk. - Albo zwolni się stolik, albo siłą wyrzucimy wszystkich na dwór.
- W zasadzie to my już się szykowaliśmy do wyjścia - powiedział jasnowłosy młodzieniec i wstał od stołu. To samo zrobiły dwie młode niewiasty, siedzące wcześniej wraz z nim.
- Wynocha! - krzyknął jeden z opryszków.
Przez chwilę w gospodzie panowała cisza. Gospodarz nalał zbrojnym piwa, a goście woleli się nie wychylać.
“Zareagować, czy nie? - myślał vor Andress. - Nie chcę się niepotrzebnie wychylać, ale w ostateczności będę musiał się postawić.”
Niestety, gdy zbrojni wypili piwo, zaczęli chodzić po gospodzie i zagadywać innych gości.
- Ty, chłystku - jeden z osiłków podniósł na nogi siedzącego w kącie jegomościa i splunął mu prosto w twarz. - Won na dwór, tu piją tylko prawdziwi mężczyźni.
Tamten nawet nie protestował. Z niebywałą szybkością wziął rzeczy i wyszedł bez słowa z karczmy. Zbrojni zarechotali i podeszli do stolika, gdzie siedział vor Andress z brodaczem Argwenem.
- Ktoś ty? - spytał Andressa jeden z opryszków. - Zdejm kaptur, kiedy do ciebie mówię!
Argwen rozglądał się zaniepokojony, nie śmiał odezwać się ani słowem. Natomiast vor Andress, który nie szukał zwady, zrzucił kaptur. Oczom Argwena i zbrojnych ukazała się wąska i koścista twarz. Przybysz był zupełnie łysy, jednak posiadał zarost - krótką ciemnobrązową bródkę i wąsy. Oczy miał piwne, nieco skośne, mocno osadzone w oczodole, a ponad nimi rosły gęste brwi. Nos długi, ale bardzo wąski, podobnie jak cała twarz. Na prawym policzku znajdowała się podłużna, głęboka blizna, która czyniła wygląd Andressa jeszcze bardziej srogim. Jednakże, choć rycerz nie należał do najprzystojniejszych, z pewnością intrygował wyglądem i tak było również w tym przypadku.
- Patrzcie, patrzcie - zaśmiał się jeden ze zbrojnych. - Twardziela tu mamy! Chłopcze, skąd ta blizna?
- To długa historia.
- Lecz z pewnością ciekawa! - uśmiechnął się inny bandyta.
- Jeśli jesteście ciekawi, to wam powiem - westchnął Andress. - Choć nie wiem, czy mi uwierzycie. I musicie uzbroić się w cierpliwość.
- No, dawaj! - warknął rosły rzezimieszek, który pierwszy zagaił Andressa. Zapewne był on dowódcą.
- Wiecie, gdzie leży Kamienna Wyspa?
Zbrojni pokiwali przecząco głowami.
- Otóż na północny wschód od Allanoru znajduje się wielki, górzysty ląd, zamieszkiwany przez dzikie plemiona. Są one liczne i bardzo silne, jednak toczą ze sobą wojny i rywalizują o władzę nad wyspą, a że żadne z nich nie dominuje, zjednoczenie wydaje się na ten moment nieosiągalne. Wyspa jest słabo zbadana przez Allanorczyków, lecz król postanowił zwołać jakiś czas temu wyprawę, która miała na celu między innymi zbadać wyspę i potencjalne zagrożenie ze strony jej mieszkańców. Sam, chcąc oderwać się na jakiś czas od polityki, stanął na czele ekspedycji, przekazując władzę lordowi protektorowi. Być może dotarły do was wieści o czymś takim.
- Nie dotarły, ale mniejsza z tym! - rzucił dowódca. - Mów dalej, na razie jest ciekawie.
- Byłem jednym z uczestników wyprawy. Na wyspę podróżowaliśmy prawie pół roku - król zabrał pięć tysięcy zbrojnych i służbę. Wypłynęliśmy statkiem ze stolicy, płynęliśmy rzeką na wschód, a następnie morzem na północ. Naszym celem była twierdza Harrghan niedaleko zachodniego wybrzeża wyspy. Król chciał osobiście spotkać się z jej władcą - Craghiem, który osiągnął chwilowo największą potęgę wśród barbarzyńców i zamierzał podbić kilka sąsiednich plemion. Nasz władca obawiał się nieco, że jeśli uda mu się zjednoczyć część wyspy, może zagrozić wschodniemu wybrzeżu Allanoru, wybierając się na wyprawy łupieżcze. Chciał zyskać w nim sojusznika, pomagając mu w walce z sąsiadami, co miało być początkiem wprowadzenia allanorskich wpływów na wyspę. Król marzył o podporządkowaniu sobie całej wyspy i sprowadzeniu do kraju licznych surowców, a także rozwiązań militarnych. Cragh miał być takim jego marionetkowym władcą, który obejmie rządy na wyspie przy pomocy wojsk i pieniędzy z Allanoru, ale będzie posłuszny woli suwerena. Panowie jakoś się dogadali, choć Cragh nie do końca nam ufał. Król oferował mu wsparcie trzech tysięcy żołnierzy w najeździe na plemię Urkunów. Cragh przyjął ofertę i wystawił dziesięciu tysięcy swoich wojowników, a także bestie i machiny, z których korzystają plemiona Kamiennej Wyspy. Niestety, gdy o sojuszu Cragha z Allanorem dowiedzieli się sąsiedzi naszego potencjalnego wasala, postanowili zjednoczyć się, żeby dołożyć przybyszom. Udało im się otoczyć armię Cragha i króla w wąwozie, a że przeważali liczebnie, sytuacja była krytyczna. Wtedy też zostałem raniony toporem przez jednego z barbarzyńców i bliznę możecie podziwiać na moim policzku. Szczęśliwie, dzięki szarży rycerstwa na nieznających koni tubylców, udało nam się wyrwać z okrążenia i wycofać w bezpieczne miejsce. Zginęło prawie pięciuset naszych żołnierzy, a kilkuset odniosło rany. Musieliśmy przejść do defensywy. Wrogowie okrążyli twierdzę Harrghan, której broniły siły Cragha i nasze wojsko. Nie uwierzylibyście, jakie monstra walczyły w tej bitwie - mieszkańcy wyspy wojują przy pomocy jednookich cyklopów, olbrzymich ptaków z mocą przywoływania piorunów, czy gigantycznych i niesamowicie wytrzymałych behemotów, które w pojedynkę są w stanie stawić czoła stu żołnierzom i przeżyć bez większych obrażeń. Atak udało nam się odeprzeć, jednak odniosłem wtedy drugą ranę, którą mam na plecach. Uratowałem wtedy …… A, nieważne zresztą. Tak czy inaczej, Cragh odniósł potężne straty i nie miał już perspektyw na dalsze podboje, a my straciliśmy połowę ludzi. Wyprawa skończyła się porażką, a jeszcze w drodze do przystani zaatakowały nas potwory i zginęli kolejni ludzie. Koszmar, prawdziwe piekło…
- Dobra historia! - zaśmiał się dowódca zbrojnych. - Ale pewnie zasłyszana w innej karczmie. Nie uwierzę, żeś był na królewskiej wyprawie. Jesteś łgarz i pyszałek. Jeśli faktycznie walczyłeś z potężnymi ludźmi północy, zapewne bez problemu poradzisz sobie z trzema ludźmi południa.
“Cholera” - zaklął w myślach Andress. - “Mogłem się domyślać, że tak się to skończy”. Cała gospoda wpatrzona była w niego i łotrzyków, nawet gospodarz, który stał przy ladzie, trzymając jakieś stygnące danie.
- Skoro nie wierzysz, panie, to trudno - odparł. - Nie musimy się bić, możemy się rozejść bez sporu. Nic do was nie mam.
- Ale my mamy coś do ciebie! - zaśmiał się inny bandyta. - Jeśli nam udowodnisz, że potrafisz walczyć, możesz pojechać z nami - chętnie przyjmą cię do garnizonu w Fullsteinie. A jeśli nie, to znaczy, żeś oszust, a wtedy zginiesz.
- Skoro tak stawiacie sprawę - mruknął Andress i wstał, zrzucając płaszcz.
Wszyscy w gospodzie krzyknęli. Tak jak wcześniej na bandytach z lasu, tak teraz na gościach, właścicielu i zbrojnych, widok opancerzonego rycerza zrobił ogromne wrażenie. Vor Andress błyskawicznie wyciągnął miecz z pochwy, krzycząc:
- Stawajcie!
Zbrojni nieco się zawahali, ale chwycili za broń i rzucili się w trójkę na rycerza. Ten bez problemu zablokował ciosy dwóch mieczy i topora, po czym przeszedł do kontrataku. Pierwszy cios był udany - zranił w rękę przywódcę opryszków. Następnie sparował uderzenie topora i odskoczył w stronę wyjścia z gospody, blokując zbirom drogę potencjalnej ucieczki. Ci nie zamierzali się jeszcze poddać, ruszyli z wrzaskiem na vor Andressa, który zwinnie uniknął ataków i z wyskoku wykonał potężne cięcie, pozbawiając oręża jednego z bandytów, a następnie szybkim pchnięciem ranił go w brzuch. Ten, jęcząc, upadł na ziemię. Andress odparł kolejne ataki i wykonał kontratak, zablokowany przez przywódcę przeciwników. Kolejne ciosy rycerza były już celne - nie minęło pół minuty, a cała trójka bandytów zwijała się z bólu na podłodze. Andress zablokował każdy cios, kończąc walkę cały i zdrowy.
- Niech ktoś opatrzy tych gnojków - parsknął rycerz. - A potem wyrzućcie ich za drzwi. Ich broń oddacie straży, ale niech nikt nie biegnie teraz do miasta!
Jak powiedział, tak się stało. Karczmarz pobiegł po bandaże i opatrzył zbrojnych. Andress celowo nie zranił ich zbyt mocno, jego celem nie było przecież zabicie przeciwników. Teraz wrócił do stołu i kontynuował posiłek, nie zważając na wzrok gapiów.
- Cholera, niezły jesteś - rzucił Argwen. - Świetna sprawa!
- No, nie wiem - warknął Andress. - Nie chciałem wzbudzać sensacji i robić sobie wrogów tuż po przyjeździe na Pogranicze.
- Ludzie Żelaznej Pięści i tak byliby twoimi wrogami - zaśmiał się brodacz. - Teraz przyjemnie będą wiedzieć, żeby z tobą nie zadzierać.
- Kim jest Żelazna Pięść? - spytał vor Andress.
Argwen nieco zbladł.
- Przepraszam, ale nie chcę o nim tutaj głośno mówić. Są ludzie, którzy wzbudzają taki respekt, że rozmawianie o nich to czysta głupota. Nie inaczej z baronem. Czy zamierzasz tu mimo wszystko zostać na noc?
- Tak. Ale będę musiał spać z orężem - mruknął vor Andress. - Choć lepsze to niż nocleg w głębi lasu albo nocne dobijanie się do bram miasta. Jak tylko zjem, to udam się do pokoju. Za godzinę możesz przyjść do mnie z informacjami.
Argwen skinął tylko głową, następnie odwrócił się w stronę ludzi barona, których karczmarz z pomocnikiem wyprowadzał z budynku.
“Ten człowiek nawet nie wie, co go tutaj czeka.”

Podpis: 

Dominik Skibiński Maj 2022
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Sprawca (fragment IV) Sprawca (fragment III) Sprawca (fragment II)
Ciąg dalszy śledztwa prowadzonego przez detektywa Massa. Fragment III. Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e
Sponsorowane: 85Sponsorowane: 80
Auto płaci: 100
Sponsorowane: 75

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2022 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.