https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
100

Miłość z internetu - cz. XVII trzy zabawy

  nie czytaj jeżeli zabawy erotyczne cię nie interesują. Z pewnością nigdy tego wszystkiego nie doznasz.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W listopadzie nagrodą jest książka
Córka łowcy demonów
Jana Oliver
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Miłość z internetu - cz. XVII trzy zabawy

nie czytaj jeżeli zabawy erotyczne cię nie interesują. Z pewnością nigdy tego wszystkiego nie doznasz.

Sprawca (fragment III)

Fragment III.

Sprawca (fragment II)

Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Sprawca (fragment)

Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Taedium vitae

Bo czymże jest życie, jeśli nie przygodą na krawędzi?

Loteria marzeń

Targani wiatrem, kąsani zimnem do ostatniej, niewyraźnej sylaby, walczą o życie w sekrecie zmroku. Zbyt szaleni, by przetrwać.

Tatuś cię kocha

Na balkonie, tym pod mieszkaniem Olgi, dostrzegłam jakąś parę, ale nie byłam w stanie ich rozpoznać. Kłócili się. Nagle usłyszałam PLASK.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Bliskie spotkania

Chodźmy...

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1124
użytkowników.

Gości:
1124
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 81369

81369

Główny Szlak Beskidzki

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
20-06-20

Typ
I
-inny
Kategoria
Podróże/Inne/-
Rozmiar
42 kb
Czytane
929
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
20-06-20

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: sarenu Podpis: Sarenu
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Przejście najdłuższego szlaku w Polsce (500 km)

Opublikowany w:

Główny Szlak Beskidzki

Zapraszam do przeczytania tej wędrówki na moim blogu, gdzie znajdziesz zdjęcia z każdego dnia wyprawy. https://arsislogos.pl/

Dzień pierwszy, Beskid Śląski 22.05.2020 r. 14:50
Ruszam z Ustronia na Główny Szlak Beskidzki mierzący ok. 500 km, a kończący się w Wołosatem. Nie idę z myślą przejścia całej trasy. Idę z myślą o przygodzie, spaniu w lesie, dzikich zwierzętach, życia przez jakiś czas z naturą i w odosobnieniu. W każdym momencie mogę zrezygnować i w każdym momencie mogę iść dalej. Nie chcę go przejść za wszelką cenę, bo nie chcę mieć do siebie żalu jeśli będę musiał zrezygnować z różnych względów, które mogą podczas mojej wycieczki nastąpić. Plecak waży 20 kg. Jest bardzo ciężki jak na taką podróż, ale musiałem wziąć rzeczy, bez których bez wątpienia moja wędrówka skończyłaby się dużo wcześniej niż zaplanowałem. Moje tępo moje uczucia, moja wola. Przede mną pierwszy szczyt. Wchodząc na Wielką Czantorię (995 m n.p.m.) myślałem, że stracę wszystko co jeszcze przed chwilą miałem na dole. Cały zapał, silna wola, siła fizyczna. Wszystko to gdzieś ulatniało się w miarę wysokości i przebytych metrów. Plecak ciążył niesamowicie, dwulitrowy bukłak wody malał z każdą chwilą. Powoli krok po kroku udało mi się dotrzeć na szczyt, choć po drodze w myślach przeklinałem siebie, plecak i świat. W tym miejscu szlak łączy się z granicą Czech. Na dalszej trasie umieszczonych jest wiele znaków zakazujących przekroczenia granicy z powodu pandemii. Kolejny szczyt jaki odwiedziłem to Soszów Mały (762 m n.p.m.). Byłem zmęczony i zastanawiałem się czy rozłożyć namiot obok szlaku gdzie mógłbym spędzić noc, lecz postanowiłem iść dalej. Po niedługiej chwili marszu znalazłem się przy schronisku na Soszowie gdzie udało mi się znaleźć wolny pokój, za który dostałem dodatkowo zniżkę będąc piechurem Głównego Szlaku Beskidzkiego.
15 km szlaku

Dzień drugi 23.05.2020 r. 10:30
Wyspany ruszyłem w dalszą drogę. Pierwszą górę jaką pokonałem to Soszów Wielki (885 m n.p.m.), który był bardzo blisko schroniska. Następnie Cieślar (920 m n.p.m.) i tak na horyzoncie pokazało się kolejne schronisko na szczycie Wielki Stożek (978 m n.p.m.). Zatrzymałem się na małe piwo i krótki odpoczynek. Po uzupełnieniu płynów żwawym krokiem doszedłem na szczyt Kiczory (989 m n.p.m.) skąd trasa prowadziła w dół ku przełęczy Kubalonka (761 m n.p.m.). Tam pojawiła się lekka cywilizacja, z której skorzystałem jedząc hot doga i kupując kilka oscypków na kolację. Schodząc w dół do Kubalonki cały czas czułem jak bolą mnie stopy. Choć buty mam dość wygodne, twarde pięty dają mi się we znaki. Po dłuższym czasie wędrówki doszedłem do kolejnego schroniska Przysłop pod Baranią Górą i tam zostałem do dnia następnego. Na jednej pięcie pojawił się bolesny bąbel, ale tak to bywa przy takich wyprawach. Tym razem w pokoju byłem z innym podróżnikiem. Wieczór minął nam w przyjacielskiej atmosferze z opowieściami o naszych przygodach i wyprawach.
37,4 km szlaku

Dzień trzeci 24.05. 2020 r. 9:30
Po porannym ogarnięciu czekała mnie chwila wspinaczki na Baranią Górę (1220 m n.p.m.). Grad, który zaczął padać lekko poobijał ludzi wędrujących na szlaku. Po drodze spotkałem miejscowych, którzy także szli na szczyt. Nie mogłem odmówić piwa tak miłym ludziom gór. Na szlaku mijaliśmy się ostatecznie kilka razy i spotkaliśmy się na Baraniej gdzie odpoczęliśmy i gawędziliśmy o życiu. Szedłem dalej. Trasa prowadziła raz w górę raz w dół, góry są przewidywalne. Przez Magurkę Wiślańską (1140 m n.p.m.) i Magurkę Radziechowską (1108 m n.p.m.) doszedłem na wzniesienie Glinne (1034 m n.p.m.) gdzie usiadłem na polance odpocząć. Ściągnąłem buty. Okazało się, że bąbel na pięcie już nie istnieje a zamiast niego jest nieprzyjemna rana. Zakleiłem bolące miejsce plastrem, zjadłem dwa oscypki i jabłko, które dostałem od mojego współlokatora i ruszyłem dalej. Wędrowałem długo przez las. Minuty stawały się godzinami. Myśli były ciężkie i bezlitosne. Rana na stopie i ból w ramionach nie dawały o sobie zapomnieć. W końcu dotarłem do miasteczka Węgierska Górka (ok. 400 m n.p.m.) gdzie zaopatrzyłem się w wodę. Następną wioską na mojej trasie była Żabnica. Minąłem ją szybko i wszedłem z powrotem w lesiste tereny. Nieopodal Żabnicy na skraju lasu i polany rozłożyłem namiot. Obawiałem się trochę deszczu, bo już wcześniej padało, ale nie miałem wyboru. Po zachodzie słońca zaczęło padać. Na szczęście lekko i przez ok. godzinę. Leżąc w ciszy usłyszałem obok namiotu szelesty. Byłem pewien, że coś obok niego chodzi. Wytężałem słuch, gdy nagle obok mojego prawego ucha coś wydało dziwny dźwięk burczenia. Wystraszyłem się nie na żarty. Wcześniej myślałem, że to może zając, który odwiedził mnie gdy jeszcze było jasno, ale teraz już byłem pewny, że to co innego. Pod ręką miałem nóż i latarkę, ale nie chciałem niepotrzebnie wychodzić i straszyć czegoś co mogło mnie zaatakować. W końcu szmery obok namiotu ucichły i moje serce także. Po namyśle stwierdziłem, że to pewnie był jakiś dziki pies. Tylko to dziwne burczenie...
"Najpiękniejsze doświadczenie, jakie możemy mieć, to doświadczenie nieodgadnionego… Każdy, kto nie zastanawia się, nie dziwi się, może równie dobrze nie żyć, jego oczy są zamglone".
Albert Einstein
58 km szlaku

Dzień czwarty, Beskid Żywiecki 25.05.2020 r. 7:30
Noc minęła spokojnie lecz chłodno. Mój śpiwór na szczęście jest przystosowany do niskich temperatur więc nie zmarzłem. Znów zaczęło kropić więc szybko spakowałem rzeczy, namiot i byłem gotowy na kolejny dzień. Dzisiaj na szlaku czekało sporo wyzwań a także dużo wzniesień. Ruszyłem przez Abrahamów (829 m n.p.m.) w stronę Stacji turystycznej Słowianka. Po drodze rozpadało się na dobre. Na plecak założyłem folię ochronną, a sam maszerowałem, w nieprzemakalnej kurtce i nieprzemakalnych spodniach. Błoto było wszędzie. Buty przyklejały się do podłoża, a po bokach ścieżki i niekiedy na niej spływały wodospady deszczu. Spodnie do kolan miały odcień brązu i czerni, ubłocone buty połyskiwałyby w słońcu gdyby szare chmury i mgły nie zasłoniły nieba. Dotarłem do Słowianki. Otwarty był tylko sklep, do którego i tak nie można było wejść. Schroniłem się chwilę pod daszkiem. Niestety nie było żadnego miejsca bym mógł usiąść i ściągnąć choć na chwilę buty. Trzeba było iść dalej. Cały mokry, brudny, obolały i zmęczony wyobrażałem sobie jak dochodzę do kolejnego schroniska na Rysiance (ok.1250 m n.p.m.) siadam i zamawiam placki ziemniaczane. Głód zmotywował mnie do szybszej wspinaczki. Mogłeś iść wybrzeżem Bałtyku, po piasku zamiast ślizgających się kamieni, boso zamiast w twardych uciskających butach, spać i budzić się przy szumie fal a nie ze strachem, że zje Cię jakiś leśny stwór, w koszulce i okularach przeciwsłonecznych zamiast w mokrej kurtce i przemoczonych gaciach, mówił mózg, ale już go nie słuchałem, bo oto wyłonił się zza wzniesienia majestatyczny dach zbawiennego ciepła i strawy schroniska. Zamkniętego schroniska. Stałem chwilę pod drzewem i już miałem się rozpłakać gdy nadeszły inne osoby. Matka z córką i dwóch przyjaciół wędrujących przez Szlak Beskidzki. Wymieniliśmy się spostrzeżeniami i poszedłem do następnego schroniska. W drodzę dopadła mnie obawa, że jest nas już piątka, która chce spać w najbliższej chatce i przy obecnej sytuacji może zabraknąć miejsca. Na szczęście ja byłem na przedzie i nie było mowy o tym żebym dał się wyprzedzić. Na dalszej trasie minąłem szczyty Trzy Kopce (1216 m n.p.m.) i Palenica (1343 m n.p.m.) za nim dotarłem do najwyżej położonego schroniska w polskich Beskidach na Hali Miziowej (1330 m n.p.m.). Zameldowałem się w pokoju jednoosobowym z łazienką, wziąłem gorący prysznic i zjadłem pierogi z mięsem (niestety nie było placków). Między czasie widziałem jak reszta wędrowców, którzy szli za mną, także znalazła pokoje dla siebie. Tak ogólnie to większość schronisk z jakimi się spotkałem do tej pory w Beskidach przypominają bardziej hotele niż schroniska, tak pod względem luksusów jak i ceny. Szkoda bo nie odczujesz tu takiego klimatu gór, dzikiej natury, a może nawet integracji z innymi piechurami. Na ramionach zrobiła mi się duża i brzydka wysypka od ramiączek plecaka, na szczęście mam maść z antybiotykiem, której użyłem. Wszystkie rzeczy, które miałem w plecaku były doszczętnie mokre mimo założonej płachty ochronnej, więc musiałem rozłożyć je (łącznie z namiotem) po pokoju i łazience. Zrobiłem pranie i oddałem się relaksowi.
"Jeśli chcesz ujrzeć tęczę, musisz dzielnie przetrwać deszcz".
Masashi Kishimoto
77,3 km szlaku

Dzień piąty 26.05.2020 r. 8:45
Odpocząłem. Nogi miały się nieźle oprócz doskwierającego bólu z rany na pięcie. Nie wszystkie rzeczy do końca wyschły w tym buty, które nadal były wilgotne. Na szczęście nie mnie się tym dzisiaj było przejmować ponieważ zostałem w schronisku. Cały dzień lał deszcz, na chwilę przyszła nawet burza. Ja posegregowałem sobie sprawy związane ze szkołą, wszystkie rzeczy spokojnie przeschną do jutra, a burze przejdą. Ten dzień odpoczynku dedykuję szkole, moim ubraniom, pogodzie, sobie i przede wszystkim mojej mamie w dniu jej święta.
77,3 km szlaku

Dzień szósty 27.05.2020 r. 10:15
Ruszyłem w dalszą drogę. Dzień zaczął się bardzo mgliście. Widziałem tylko swoje stopy i zarysy drzew, może dlatego poszedłem w zupełnie inną stronę niż powinienem. Na szczęście w porę się zorientowałem i wróciłem na dobre tory. W sumie mała rozgrzewka pod górę dobrze mi zrobiła. Dzisiaj miałem ambitny plan. Chciałem przejść więcej niż w każdym poprzednim dniu. Plan nie wypalił, ale o tym zaraz. Pierwszy przystanek zrobiłem na przełęczy Glinne gdzie znajduje się przejście graniczne. Siedziałem na krawężniku i patrzyłem ponuro na zamknięty szlaban myśląc kiedy w końcu można będzie przejść na drugą stronę. Nie zabawiłem jednak długo, czas gonił, a strażnikom, którzy z pewnością przyglądali mi się za pomocą kamer, pewnie nie było w smak moje gapienie się na słowacką stronę. Pogoda mi sprzyjała, wyszło słońce i deszcz był daleko. Trasa była ciekawa i prosta. Przeszedłem przez szczyt Student (935 m n.p.m.), następnie Beskidek Korbielowski (955 m n.p.m.) i górę Beskid Krzyżowski (923 m n.p.m.). Po drodze spotkałem dwóch wędrowców, którzy także przemierzali GSB w drugą stronę. Zupełnie nieplanowanie zagadnąłem gdzie najlepiej dzisiaj spać. Jeden z nich odpowiedział, że niedaleko jest chatka zrobiona przez ludzi i tam można spać za darmo. Zdziwiło mnie to bo nigdy o czymś takim nie słyszałem. W końcu dotarłem na miejsce. Jaworzyna (1013 m n.p.m.). Z boku chatka wygląda jak czyjaś własność. Ogrodzona i zadbana. Gdybym nie wiedział, że jest to punkt odpoczynkowy nawet bym się nie zatrzymał. Eksplorując to miejsce byłem w szoku. W domku jest stara kuchenka, w której trzeba napalić żeby z niej skorzystać, półki z książkami, zlew i kran z bieżącą wodą. Ponad to były różne produkty, które zostawiali ludzie dla innych podróżników. Za chatką jest prawdziwy kompleks. Drewniane ławki i stoły, mały domek, w którym znajdują się dwa piętrowe łóżka, dwa miejsca na rozpalenie ognisk, prysznic i toaleta z papierem! Do tego drewno na ogniska jest porąbane i przygotowane. Nikogo tam nie było. Wszystko jest darmowe i tylko jeśli taka twoja wola możesz wrzucić datek do przygotowanej puszki. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Miejsce jest magiczne i nie boję się użyć tu tego słowa niesamowite. Można by tu było zostać na dłuższy czas. Mój ambitny plan nie wypalił przez to miejsce, ale wcale mi tego nie żal. Zostałem tu na noc. W głównym domku zauważyłem kiełbasę na grilla, więc postanowiłem rozpalić ognisko. Niestety gałęzie były mokre i nie chciały się palić. Kiedy wziąłem się na poważnie za rozpalanie prawdziwym drewnem zaczął padać deszcz. Rozpadało się na dobre i kiełbaski nie było, ale uśmiech pozostał.
90 km szlaku

Dzień siódmy 28.05.2020 r 8:45
Spałem niezbyt dobrze. Miałem koszmary i co chwilę budziłem się myśląc, że ktoś wchodzi do mojego baraku. Noc była zimna i strasznie zmarzłem. Z rana przywitała mnie ładna pogoda, więc ruszyłem w dalszą drogę. Przez Szczyt Jaworzyna (1047 m n.p.m.), Przełęcz Głuchaczki, górę Mędralowa (1169 m n.p.m.), Przełęcz Jałowiecka, Żywieckie Rozstaje, dotarłem do schroniska Markowe Szczawiny. Szło mi się w miarę dobrze, zważywszy, że nie padało. Dopiero tutaj czekało mnie pierwsze wyzwanie dzisiejszego dnia. Najwyższy szczyt na Głównym Szlaku Beskidzkim Babia Góra inaczej zwana Diablakiem (1725 m n.p.m.). Było to moje pierwsze wejście na tę górę od tej strony. Stroma ale miła trasa doprowadziła mnie w końcu do punktu, w którym wiatr przekracza granicę prędkości dźwięku. Oczywiście to niemożliwe i nie wiem z jaką dokładnie prędkością wiał wiatr, ale na pewno z większą niż 100 km/h. Dwa kaptury zasłaniały mi twarz i widok, który niestety nie był zadowalający. Chmury przesłoniły cały szczyt. Na szczęście nie padało. Byłem na drodze w dół. Zaczęło padać. Mocno padać. Gradem. Świat zasłoniły spadające kostki lodu odbijające się od mojej osoby i wszystkiego wokół. Musiałem przystanąć i chwilę przeczekać nawałnicę. Później był już tylko deszcz… W dalszej trasie minąłem Sokolicę (1367 m n.p.m.), Przełęcz Krowiarki, Sylec (1146 m n.p.m.), aż dotarłem do szczytu Cyl Hali Śmietanowej (1298 m n.p.m.). Pogoda nie dawała za wygraną. Burze tańczyły wściekle to z prawej to z lewej. Cały przemoczony, ubłocony i nie ukrywam psychicznie i fizycznie zniszczony parłem przed siebie. Szarość przechodząca w ciemność zabierała nadzieję, że kiedykolwiek dotrę do wymarzonego schroniska. Wchodząc na kolejny szczyt Polica (1369 m n.p.m.) uzbrojony byłem w mocną czołówkę, której światło odbijało się od chmur i mgły odcinając mi całkowicie pole widzenia. Parłem na oślep, to w jasności błyskawic wijących się tuż obok, to w ciemności grzmotów odbijających się echem w czeluściach lasu. Spadający grad zasnuł całkowicie ziemię, która wyglądała jak lodowiec. Po pokonaniu ostatniej góry, dziękując Bogu dotarłem do Schroniska na Hali Krupowej gdzie spędziłem noc.
119,6 km szlaku

Dzień ósmy 29.05.2020 r. 10:15
Po wczorajszym dniu nadal byłem zmęczony. Pogoda nie rozpieszczała, choć przelotne deszcze nic nie znaczyły w porównaniu z wczorajszymi harcami. Po przejściu szczytu Okrąglica (1239 m n.p.m.) musiałem zrobić przystanek. Bardziej niż w poprzednich dniach dokuczał mi ból pięty, gdzie rana nie miała szansy zdążyć się zagoić, a druga noga zaczęła boleć mnie od ciężaru, którego doświadczała przy ciągłym utykaniu. Po opatrzeniu stopy, krzywo ruszyłem w dół ku miasteczku Bystra Podhalańska. Po uzupełnieniu zapasów jedzenia i picia w przydrożnym supermarkecie obrałem kurs na Jordanów. Tam czekał już na mnie domek wypoczynkowy, który wcześniej znalazł dla mnie przyjaciel. Po zrobieniu prania czekało już tylko łóżko.
135,7 km szlaku

Dzień dziewiąty 30.05.2020 r. 9:00
Dzień odpoczynku. Ubrania się suszą, ja się byczę. Z Krakowa przyjechali moi dobrzy przyjaciele, z którymi wybrałem się na pobliskie wzniesienie na rekreacyjne piwo. Później zwiedzając miasteczko wstąpiliśmy na pizze. Między czasie zrobiłem zakupy w aptece i spożywczym na dalszą drogę. Dzień niestety zleciał bardzo szybko i po miłych pogawędkach wrócili do domu. Ja zaś zostałem i od jutra zaczynam od początku moją wędrówkę.
“Dusze przemierzają wieki, jak chmury przemierzają niebo i choć ani kształt chmury, ani barwa, ani wielkość nigdy takie same nie zostają, ciągle jest chmurą. I tak samo z duszą jest. Kto rzec może, skąd chmura przywiała? Albo kto tą duszą będzie jutro?”
David Mitchell “Atlas Chmur”
135,7 km szlaku

Dzień dziesiąty, Gorce 31.05.2020 r. 11:40
Z rana przywitał mnie już tak dobrze mi znany przyjaciel deszcz. Po wysuszeniu wszystkich rzeczy zapowiadało się znowu zmoczenie. Z Jordanowa ruszyłem do wsi Wysoka, następnie mijałem miasteczko Skawa i przedzierając się przez gęsty las deszczowy dotarłem do Rabki-Zdrój. Trasa nie była zbyt wymagająca. Przez wsie szedłem asfaltem, więc było sporo równiny. Gorzej było z trasą do Rabki, która po pierwsze słabo oznaczona, po drugie mało widoczna i po trzecie miejscami strasznie gęsta od rozmaitych krzaków, mogła doprowadzić do irytacji. Do tego ciągły deszcz. Dzisiejszego dnia, nie było ani minuty, w której by nie padało. Po dłuższej chwili odpoczynku na przystanku autobusowym w Rabce skierowałem się ku Bacówce na Maciejowej (852 m n.p.m.) gdzie nocowałem. Woda, błoto, kałuże, wodospady, las, mgła, chmury. Moi nieustraszeni towarzysze podróży. Odrzuceni lecz wierni. Nie kochani, lecz trwający przy swoim kompanie. Przechodząc przez szczyt Maciejowa (815 m n.p.m.) spotkałem rodzinę dzikich kaczek, które założyły swoje ognisko domowe w kałuży… Sporej kałuży. Może nawet dziedziczonej z pokolenia na pokolenie. Pradziad Kaczor bronił jej za okupacji niemieckiej i obronił. Dzięki niemu miałem buty pełne wody. Na szczęście jutro miała być ładniejsza pogoda, bo ciągły deszcz zrobił mi już zwarcie w mózgu przedzierając się chyba przez wszystkie otwory mojego ciała do środka organizmu. Dzisiaj strasznie bolały mnie stopy. Prawdopodobnie od długiego chodu po twardej nawierzchni. Po rozłożeniu mokrych rzeczy i kolacji w postaci chleba tostowego z pasztetem, zapadłem w głęboki sen.
156,4 km szlaku

Dzień jedenasty 01.06.2020 r. 10:30
Dzisiaj dostałem najlepszy prezent na dzień dziecka. Ładną pogodę. Słońce świeciło, a na niebie były wyłącznie białe cumulusy. Jak długo czekałem na ten dzień. Ruszyłem w drogę. Pierwszy przystanek zrobiłem sobie w Schronisku na Starych Wierchach, później minąłem szczyt Obidowiec (1106 m n.p.m.) i dotarłem na znaną górę Turbacz (1310 m n.p.m.). Na horyzoncie pokazały się piękne Tatry. Ośnieżone szczyty wzbijały się ku chmurom. Dla takich widoków warto było znosić deszczowe dni. Strzeliste góry nie znikały mi z oczu podczas dalszej wędrówki. Kolejny przystanek zafundowało mi Schronisko na Turbaczu, gdzie pozwoliłem odpocząć stopom. Pozostałości po ostatnich dniach niestety zostały, więc gdy zagapiłem się na piękne widoki wpadłem w olbrzymie błoto, aż do kostek. Lekko obmyłem buty i maszerowałem dalej. Następny szczyt to Kiczora (1282 m n.p.m.). Później było sporo schodzenia w dół. Miałem rozłożyć się gdzieś z namiotem, ale zauważyłem na mapie stację turystyczną Studzionki, gdzie dotarłem i przespałem się w cieple za przystępną cenę.
179 km szlaku

Dzień dwunasty 02.06.2020 r. 10:20
Pogoda była w kratkę. Pół godziny padało pół świeciło słońce. Tak czy inaczej byłem mokry. To od deszczu, to od potu. Przeszedłem przez wzgórze Kotelnica (946 m n.p.m.) i Runek (1005 m n.p.m.), aż dotarłem do Szczytu Lubań (1211 m n.p.m.). Podejście na sam wierzchołek było dosyć strome i wymagające, ale widok z postawionej tam wieży o wysokości 27 m rekompensował wysiłek. Teraz droga prowadziła już tylko w dół. Pogoda unormowała się i w oddali pojawiły się piękne śnieżne szczyty. Minąłem wzniesienie Marszałek (828 m n.p.m.) i dotarłem do swojego punktu docelowego czyli miasteczka Krościenko nad Dunajcem, gdzie przenocowałem w pewnym domku. Wieczorem wyszedłem pozwiedzać okolicę i przy okazji zrobiłem zakupy na dalszą podróż.
198,6 km szlaku

Dzień trzynasty, Beskid Sądecki 03.06.2020 r. 11:40
Z Krościenka ruszyłem w stronę szczytu Radziejowa (1266 m n.p.m.). Pogoda była ładna, to bardzo dobrze się składało, bo czekało mnie dzisiaj spore wejście. Pomiędzy Krościenkiem a Radziejową jest różnica wysokości ok. 860 m. Zanim dotarłem na najwyższą górę dzisiejszego dnia przeszedłem przez Groń (803 m n.p.m.), Dzwonkówkę (982 m n.p.m.), przełęcz Przesłop, Skałkę (1163 m n.p.m.), Przehybę (1175 m n.p.m.) i Złomisty Wierch (1224 m n.p.m.). Na Przehybie odpocząłem w schronisku gdzie spotkałem dwóch panów. Jeden z nich był przewodnikiem. Pogadaliśmy o mojej trasie i polecił mi kilka fajnych miejsc do spania. Na Radziejowej ukazała mi się nieczynna wieża widokowa. Nie tyle się tu wspinałem żeby z niej nie skorzystać. Dziura w siatce sugerowała, że nie ja pierwszy byłem niezadowolony z zamkniętej wieży. Trochę adrenaliny też się przyda w takiej podróży. To było szybkie zwiedzanie. Wszedłem, zrobiłem kilka zdjęć, popodziwiałem widoki i zszedłem. Nikt mnie nie widział, nikt nie słyszał, nic się nie stało. Ja zadowolony. Następnie minąłem wzniesienie Wielki Rogacz (1182 m n.p.m.) i znalazłem się na górze Niemcowa (1001 m n.p.m.). Miałem rozłożyć namiot obok zamkniętej chatki, do której jeszcze kawałek trzeba było zejść, ale stwierdziłem, że tu też jest ładne miejsce. Rozbiłem się i czekałem na gwiazdy. Niestety nie doczekałem się. Księżyc tak mocno świecił, że było jasno, a cienie czarne i długie. Poszedłem spać.
“Na cienie trzeba uważać. Bo inaczej mogą wyrosnąć im zęby. Naprawdę mogą. A czasem, kiedy chcesz zapalić światło, żeby je odpędzić nagle okazuje się, że nie ma prądu”.
Stephen King “Ręka mistrza”


219,4 km szlaku

Dzień czternasty 04.06.2020 r. 10:20
Po dosyć chłodnej nocy, z rana świeciło pięknie słońce. Przeszedłem Kordowiec (763 m n.p.m.) i zszedłem dalej do miasteczka Rytro. Tam uzupełniłem wodę i kupiłem kilka innych rzeczy. W oddali zauważyłem ruiny zamku. Zszedłem więc ze szlaku i poszedłem pozwiedzać. Zamek nie był zbyt okazały, ale jak już tu stał to można go było oglądnąć. Po eksploracji ruin ruszyłem w dalszą wędrówkę. Spowrotem doszedłem do szlaku i zacząłem zmierzać do Schroniska Cyrla. Słońce prażyło a wejście było wysokie i strome. Pot strużkami spływał mi po nosie, kapał do oczu, był po prostu wszędzie. Wcześniej byłem mokry od deszczu teraz od potu. Nie pamiętam kiedy ostatni raz tak się odwodniłem. Co prawda miałem dwa litry wody, którą cały czas popijałem, ale zmęczenie robiło swoje. Niekończący się las przysłaniał nadzieję, że kiedykolwiek dojdę do celu. Z mojego organizmu uleciało tyle płynu, że ważyłem kilka kilogramów mniej. W końcu po wyczerpującej wspinaczce dotarłem do Cyrli. Wypiłem piwo, zjadłem, batona, odpocząłem. Następnie przeszedłem Jaworzyne Kokuszczańską (969 m n.p.m.), Halę Pisaną i Wierch nad Kamieniem (1084 m n.p.m.). Dotarłem do Schroniska na Hali Łabowskiej i tu zostałem na noc. Po prysznicu i skromnej kolacji wymęczony usnąłem ledwo zamknąwszy oczy.
238,8 km szlaku

Dzień piętnasty 05.06.2020 r. 10:40
Słońca nie widać za gęstymi chmurami, ale deszczu brak. Po za tym temperatura jest idealna na długi spacer po górach. Pierwsze kilka kilometrów trasa była prosta, dopiero wchodząc na szczyt Runek (1080 m n.p.m.) zalały mnie poty. Następnie minąłem Czubakowską (1082 m n.p.m.). Żeby odpocząć na Schronisku Jaworzyna Krynicka trzeba było zejść ze szlaku, czego nie miałem w planie. Chwili odpoczynku zaznałem na szczycie Jaworzyna (1114 m n.p.m.). Szedłem długą drogą w dół gdzie spotkałem Diabelski Kamień. Przez las czasami prześwitywały czerwone gondole kolejki. Po jakimś czasie dotarłem do Krynicy-Zdrój. Po przejściu całego miasta znalazłem przytulny pokoik gdzie wypocząłem do rana.
257,5 km szlaku

Dzień szesnasty, Beskid Niski 06.06.2020 r. 10:30
Piękny, słoneczny i porażający dzień. Dlaczego porażający? Prąd hasa nawet po polach… Wyszedłem z Krynicy i wspiąłem się na szczyt Huzary 864 (m n.p.m.). Idąc do wsi Mochnaczka Niżna trafiłem na przeszkody. Szlak szedł środkiem ogrodzonego pola, na którym pasły się konie. Przeszedłem przez jak mi się zdawało “prowizoryczne” ogrodzenie i zbliżyłem się do zwierząt. Zrobiłem kilka zdjęć i nie denerwując ich swoją obecnością powoli odszedłem. Wychodząc poza obręb pastwiska zahaczyłem kijkiem o ledwo widoczny “prowizoryczny” drucik, który jak się okazało był elektrycznym pastuchem. Wstrząsnęło mną to odkrycie na całej linii. Od czubków palców, aż do szyi. Na szczęście prąd nie był pod wysokim napięciem i na zdziwieniu się skończyło. W Mochnaczce spotkałem podróżnika, który także szedł GSB. Dołączył do mnie. Tak moja dzisiejsza samotna wędrówka przestała być samotna. Rozmawiając o trudach podróży i sprawach życiowych minęliśmy Banicę, Izby, Przełęcz Czerteż, aż dotarliśmy do wsi Ropki. Tam zajechał nam drogę samochód, w którym okazało się, że była para, którą mijaliśmy po drodze na szlaku. Zaproponowali nam podwózkę do następnej wsi Hańczowa. Znużeni przystaliśmy na propozycję. Jazda nie była zbyt długa, bo co prawda ok. 3 km, ale zawsze to odciążenie dla wykończonych stup. Na miejscu znaleźliśmy sklep, który właścicielka specjalnie dla nas otworzyła. Po zrobieniu zakupów podziękowaliśmy za miły gest i rozdzieliliśmy się kierując się do własnych miejsc noclegowych. Choć nie przeszkadza mi samotna wędrówka, miło wymienić z kimś więcej zdań niż tradycyjne “cześć”.
“Radość kryją lasy, gdzie nie zbłądzą ludzie,
Rozkosz czeka na brzegu, co sam tkwi w bezkresie,
Jest gdzieś społeczność, której nikt nie budzi,
Gdzie głębin czuć bezmiar i fali ryk się niesie ;
Kocham ludzi wciąż silnie, lecz mocniej NATURE”.
Lord Byron
279,9 km szlaku

Dzień siedemnasty 07.06.2020 r. 9:20
Wspinaczka na Kozie Żebro (847 m n.p.m.) nie należała do najprostszych. Strome podejście praktycznie na całą górę, wycisnęło ze mnie sporo potu. Gdy zszedłem minąłem pole namiotowe SKPB Warszawa, które na razie jest nieczynne, lecz prace nad nowymi domkami/wiatami trwa tam w najlepsze. Zszedłem żeby wejść. Kolejne ostre podejście na szczyt Rotunda (771 m n.p.m.), gdzie znajduje się stary wojenny cmentarz. Doszedłem do wsi Zdynia. Tam zrobiłem małe zakupy i spotkałem się z moim towarzyszem podróży z dnia poprzedniego. Dalej poszliśmy razem. Przeszliśmy przez Popowe Wierchy (684 m n.p.m.) i obok wsi Krzywa. Po drodze ścieżkę przecięła nam piękna salamandra plamista. Burza, która straszyła swoimi grzmotami z oddali w końcu nas złapała. Na szczęście deszcz nie był mocny i długi. Pod wieczór zawitaliśmy do wsi Wołowiec, gdzie znaleźliśmy Chatkę u Pani Kasi. Miła właścicielka pozwoliła nam za darmo rozłożyć namioty na jej podwórku i przenocować. Gdy zrobiło się ciemno burze skumulowały się i uderzyły z wielką siłą. Wyładowania elektryczne rozświetlały noc, a grzmoty nie dawały zasnąć. Namiot przykryłem folią malarską więc żadna woda nie dostała mi się do środka. Cała kanonada nie trwała długo i reszta nocy minęła w spokoju.
“Podróżowanie jest brutalne. Zmusza cię do ufania obcym i porzucenia wszelkiego co znane i komfortowe. Jesteś cały czas wybity z równowagi. Nic nie należy do ciebie poza najważniejszym – powietrzem, snem, marzeniami, morzem i niebem”.
Cesare Pavese
300,8 km szlaku

Dzień osiemnasty 08.06.2020 r. 9:30
Żeby się odnaleźć trzeba się zagubić. Beskid Niski ma dla siebie zarezerwowanych kilka charakterystycznych cech. Między innymi to: gorsze oznakowanie, strasznie dużo błota, niskie lecz strome wejścia na szczyty i brak zasięgu w telefonie. Przez ostatnie 24 godziny nie dawałem nikomu znaku życia. Dlatego zostałem zagubionym. Wraz z moim towarzyszem ruszyliśmy w stronę Bacówki w Bartnem. Była ona zamknięta, co nie przeszkadzało w chwili odpoczynku na ławeczce. Gdy mieliśmy iść dalej, na drogę dojazdową do chatki podjechał radiowóz policyjny. Policjant powiedział, że od rana szuka mnie kilku policjantów i GOPR. Byłem strasznie zdziwiony, bo nie wiedziałem, że się zgubiłem. Mój brak zasięgu spowodował ogólnogórskie poruszenie wśród przedstawicieli władzy i ratowników lasów Beskidzkich. Tak czy inaczej, jeśli się zawieruszyłem, to już zostałem odnaleziony. Po krótkiej pogawędce z policjantem ruszyliśmy w dalszą drogę. Weszliśmy na szczyt Magura (829 m n.p.m.) i tam rozdzieliliśmy się. Mój kompan musiał wcześniej zejść do miasteczka, ja zaś przedzierałem dalej szlak. Przeszedłem przez góry Świerzowa (805 m n.p.m.), Ostrysz, Kolanin (705 m n.p.m.), Przełęcz Hałbowską i Kamień (714 m n.p.m.). Następnie zszedłem do wsi Kąty gdzie znalazłem zakwaterowanie. Los chciał, że ponownie spotkałem się z moim towarzyszem. On jednak w planach miał wyruszenie z samego rana dnia następnego, ja kolejny dzień planuję zostać w Kątach i załatwić sprawy niezałatwione. Po wieczornym pożegnaniu przy piwie, poszedłem spać. “Wszyscy od czasu do czasu się gubimy, czasem z wyboru, czasem na skutek działania sił wyższych. A gdy dowiadujemy się, czego potrzebowała nasza dusza, pojawia się przed nami ścieżka. Czasem ją dostrzegamy, ale wbrew samym sobie idziemy dalej, w nieznane. Gniew, strach lub smutek powstrzymują nas przed powrotem. Czasem wolimy pozostać zagubieni. Wieczni wędrowcy. Czasem tak jest prościej. Czasem sami znajdujemy swoją własną drogę do domu. Tak czy inaczej, zawsze się odnajdujemy”
Cecelia Ahern “Kraina zwana Tutaj”.
328,6 km szlaku

Dzień dziewiętnasty 09.06.2020 r. 10:00
Nadszedł dzień odpoczynku. Zrobiłem pranie, poszedłem po zakupy, napisałem pracę do szkoły, zdałem kolejny egzamin, zjadłem, oglądnąłem film, poszedłem spać. Co tu więcej pisać. Odpocząłem.
328,6 km szlaku

Dzień dwudziesty 10.06.2020 r. 8:50
Dzień błota, bólu i walki z czasem. Prognoza pogody - pot z deszczem. Zaczęło się szaro lecz z nieba nie kapało. Przeszedłem Łysą Górę (641 m n.p.m.) nie napotykając czarownic. Musiałem przedzierać się przez rozlewające się niczym światło słoneczne w mroku bagno. Następnie minąłem szczyt Polana (651 m n.p.m.) i odpocząłem w schronisku w Chyrowie. Po drodze spotkałem podróżniczkę, która szła GSB w drugą stronę. Miała ona w planach przejść cały szlak za jednym razem w obie strony. Porozmawialiśmy chwilę o podróżach, a przy okazji poleciła mi ciekawe miejsce do spania. Z Chyrowej ruszyłem do Pustelni św. Jana. Droga była łatwiejsza i bez takiej ilości wody na drodze. Chwilę pomodliłem się w małym kościółku i nabrałem wody ze źródła. Pierwsze 20 km przeszedłem naprawdę szybko i bezproblemowo. Teraz zaczynały się schody. Wspinałem się na górę Cergowa (716 m n.p.m.). Zaczął lać deszcz. Podejście było strome. W butach miałem kałuże, pot lał mi się zewsząd, a reszta była mokra od ulewy. Na dodatek mocno kopnąłem się w bolącą ranę na pięcie, która uparcie nie chce się zabliźnić. Czułem bolesne odparzenia, które wytworzyły mi się od potu, w różnych miejscach. Czas mnie gonił i to bardzo. O 18:00 miałem mieć kolejny egzamin, na który musiałem wyciągnąć laptopa. Jednym zdaniem. Musiałem znaleźć suche miejsce pod dachem z zasięgiem. Nie było to proste. Deszcz nie przestawał lać. Po ciężkiej bitwie i pokonaniu Cergowej, zacząłem z niej zbiegać. Czułem się jak na nartach. Ślizgałem się i zjeżdżałem po błocie. Była to nowa dyscyplina sportu. Jazda na lodzie z kijkami. Robiłem nieziemskie piruety. To prawdziwy cud, że ześlizgnąłem się z tej góry nie przewracając się. Czas się kurczył. Miałem z nim naprawdę ostry wyścig. We wsi Lubatowa wiedziałem już, że przegrałem. Nie zdążę. Byłem na siebie wściekły. Miałem wyjść godzinę wcześniej, nie musiałbym gnać na złamanie karku i spokojnie zdążyłbym do miejsca noclegowego i napisać egzamin, ale nie, królewiczowi nie chciało się wcześniej wstawać. 17:50 Okazało się, że egzamin ma być ustny przez telefon. Mam zadzwonić o 18:15. Jestem uratowany. Dokładnie piętnastu minut brakowało mi do dotarcia do miejsca docelowego, rozłożenia laptopa i zadzwonienie do osoby egzaminującej. Oszukałem czas, wygrałem wyścig i zdałem egzamin. Obolały we wszystkich aspektach, rozlokowałem się w swojej pustelni, którą dostałem zamiast pokoju, które były zajęte. Umyłem się, obmyłem buty i spodnie, zjadłem zupkę chińską i z pewną obawą co do odparzeń i jutrzejszej wędrówki poszedłem spać. Nie wiedziałem czy podołam dniu następnemu.
358,5 km szlaku


Dzień dwudziesty pierwszy 11.06.2020 r. 9:30
Dzień jak co dzień. Przeszedłem Iwonicz-Zdrój, gdzie wszystko było zamknięte z powodu wczesnej godziny i święta Bożego Ciała. Minąłem górę Sucha Góra (611 m n.p.m.) i Mogiła (606 m n.p.m.). Dotarłem do Rymanowa-Zdrój gdzie postanowiłem odpocząć i zjeść coś na ciepło. Placki ziemniaczane! Chodziły za mną od Schroniska na Miziowej. W kolejce czekałem pół godziny, na placki drugie pół. Były bez jakiegokolwiek dodatku przypraw. Zawiodłem się, ale zawsze to jakiś posiłek. Straciłem tam prawie półtorej godziny. Na szczęście dziś nigdzie nie musiałem biec. Nazwałem ten dzień, marszem odpoczynkowym. Później było już klasycznie. Błoto, deszcz i ogólna nostalgia dnia posępnego. Przeszedłem wzniesienie Dział, a właściwie się przez nie prześlizgnąłem, bo po drozdze złapała mnie burza. Przeszedłem przez pole namiotowe SKPB Rzeszów, gdzie chwilę odpocząłem. Stamtąd miałem prostą drogę asfaltową aż do Puław Dolnych i Puław Górnych, gdzie zatrzymałem się na nocleg w punkcie agroturystycznym. Prócz walki ślimaka z wężem, na którą natknąłem się wędrując i widoku wspaniałych grzybków, które zbierała w lesie pewna pani, nie działo się nic wartego uwagi.
378,6 km szlaku

Dzień dwudziesty drugi 12.06.2020 r. 8:30
Błotny dzień. Z Puław Górnych ruszyłem w słoneczną pogodę. Przeszedłem Rozdroże pod Zrubaniem, góry Skibce (778 m n.p.m.), Smokowiska (748 m n.p.m.), Wilcze Budy (759 m n.p.m.). Przed Tokarnią (778 m.n.p.m.) zrobiłem sobie dłuższy odpoczynek na polanie z pięknym widokiem. Dotarłem do Chaty w Przybyszowie, która była miejscem trochę podobnym do wcześniej opisanej bazy Jaworzyna. Następnie minąłem wzniesienia Kamień (717 m n.p.m.) i Wahalowski Wierch (666 m n.p.m.) do którego szło się niesamowitą bezkresną polaną. Stamtąd wyruszyłem do Schroniska im. I. Zatwarnickiego. Szlak ciągnął się okrutnie. Błoto było po prostu wszędzie. Nie mogłem już na nie patrzeć, nie mogłem słuchać odgłosu ciapania. Chciało mi się wymiotować, czułem jakbym miał tę maź w gardle. Kiedy moja psychika była już na skraju wyczerpania dotarłem do schroniska, gdzie odpocząłem i porozmawiałem, z dwójką przyjaciół, których spotkałem wcześniej na szlaku. Na trasie zrobiło się o mnie głośno. Słyszeli pogłoski od innych ludzi. W końcu nie każdy idzie GSB z 20 kg plecakiem, z laptopem i po drodze zdaje egzaminy. Okazało się, że tej nocy śpimy w tym samym miejscu. Dotarłem do Komańczy i miejsca, w którym spałem. Miła starsza Pani oznajmiła mi, że jeśli ktoś będzie chciał jeszcze u niej spać to dołączy do mojego pokoju. Zdziwiłem się bo pokój był trzyosobowy, a przy ogólnych obostrzeniach, w takim przypadku mogłem spać tam tylko ja. Do sklepu było 1,5 km, ale trzeba było się wybrać. Gdy już się rozgościłem, baba wpadła mi znienacka, bez pukania do pokoju i powiedziała, że będę miał kolegę… Wkurzyłem się nie na żarty, ale byłem tak zmęczony, że nie chciało mi się kłócić. Ku mojemu zaskoczeniu przyszedł chłopak, którego poznałem w agroturystyce w Kątach. Ucieszyliśmy się, że już się znamy i pomimo warunków miło spędziliśmy wieczór na rozmowie.
405,5 km szlaku

Dzień dwudziesty trzeci Bieszczady 13.06.2020 r. 9:30
Choć nad Bieszczadami w nocy mocno się błyskało z rana była ładna pogoda. Karpaty Wschodnie przywitały mnie znakami ostrzegawczymi informującymi o zagrożeniu spotkania niedźwiedzi. Ludzie, których mijałem w poprzednich dniach, także mówili mi o niedźwiedziu, który grasuje pod Chryszczatą, gdzie się wybierałem. Szedłem w naprawdę dobrym humorze. Cieszyłem się, że w końcu jestem w Bieszczadach. Góry, które już nie są mi obce. Asfaltem przeszedłem Prełuki i Duszatyn. W pewnym momencie zszedłem ze szlaku i dalej drogą ominąłem las, w którym było straszne błoto. Zrobiłem tak za namową ludzi, z którymi rozmawiałem w miejscu poprzedniego noclegu. Zrobiłem przez to trochę więcej kilometrów, ale po wczorajszym dniu miałem dość ciapania. Doszedłem do Jeziorek Duszatyńskich. Jest to wyśmienite miejsce na wypoczynek. Jeziorka są widowiskowe. Wchodząc na Chryszczatą (997 m n.p.m.) starałem zachowywać się jak najciszej. Niestety ludzie, którzy schodzili w dół zachowywali się jak bydło. Od darcia mordy niedźwiedź na pewno był spłoszony i nie było mi dane zobaczyć tego wspaniałego zwierzęcia. Zaczęły się wyższe i bardziej wymagające góry. Po przejściu przełęczy Żebrak (816 mn.p.m.) zdobyłem szczyty Jaworne (992 m n.p.m.), Wołosań (1071 m n.p.m.), Sasów (1011 m n.p.m.) i Osina (963 m n.p.m.). Po tej trasie byłem naprawdę zmęczony. Doszedłem do Bacówki Pod Honem i tam rozłożyłem namiot. Zerwała się burza, ale na szczęście nie przemókł.
435,9 km szlaku

Dzień dwudziesty czwarty 14.06.2020 r. 10:00
Z Bacówki zszedłem do miejscowości Cisna. Tam chciałem wybrać pieniądze, ale jedyny w mieście bankomat był nieczynny. Bez zbędnej irytacji ruszyłem w stronę gór. Wejście na Małe Jasło (1097 m n.p.m.) było sporym wyzwaniem. Błoto, które było stratowane przez biegaczy Biegu Rzeźnika, było breją, po której ześlizgiwałem się jak po lodzie. Trafiłem na połoninę, gdzie odpocząłem i przez chwilę podziwiałem widoki, które akurat ukazał mi prześwit między chmurami. Po zdobyciu pierwszego szczytu, następne były formalnością. Przeszedłem Jasło (1153 m n.p.m.), Okrąglik (1101 m n.p.m.) i mój ulubiony Bieszczadzki szczyt Fereczata (1102 m n.p.m.). Nie wiem dlaczego pałam do niego sympatią. Może przez zmyślną nazwę, może przez to, że kiedyś spałem tu w namiocie, może przez piękne widoki, które niestety nie było mi dane tym razem oglądać, ponieważ cały dzień było pochmurno. Po drodze mijałem strasznie dużo fioletowych ślimaków. Nie przypominam sobie żebym kiedyś takie widział. Zszedłem do wsi Smerek, znalazłem pokój w miłej agroturystyce i odpoczywałem.
453,9 km szlaku

Dzień dwudziesty piąty 15.06.2020 r. 8:30
Szczęść Boże, jestem podróżnikiem. Ze Smerek ruszyłem trochę wcześniej niż zwykle, ponieważ wiedziałem, że mam do zrobienia wyczerpującą trasę. Pamiętam jak jeszcze kilka dni temu modliłem się by wyjść już z tego lasu na połoniny. Doczekałem się. U podnóża szczytu Smerek (1222 m n.p.m.) zaczął padać deszcz. Schowałem się pod wiatą, którą znalazłem po drodze na górę. Wkrótce dołączyli inni ludzie. Czekałem sporo czasu i moje wcześniejsze wyjście już nie miało żadnego znaczenia. Domyślając się, że nie jest to tylko przelotny deszcz, zebrałem się i poszedłem dalej. Góra miała dość wymagające wejście i zaczynała Połoninę Wetlińską. Klasyczne błoto utrudniało marsz, a wychodząc z lasu na tak wyczekiwaną przeze mnie przestrzeń wiatr uderzył z wielką mocą. Przechodząc łysą połoninę przez Przełęcz M. Orłowicza, Osadzki (1253 m n.p.m.) i lekko zmieniając kurs z powodu przebudowy Schroniska Chatka Puchatka, doznałem jak dotąd na tym wyjeździe największej irytacji. Wiatr wiał bez litości, deszcz smagał po twarzy, jedną ręką musiałem trzymać kaptur kurtki, a drugą obijające się o nogi kijki. Do tego ślizgawica i brak jakichkolwiek widoków. Miało być tak pięknie… Ten dzień walczył nieustępliwie i dzielnie o miano najbardziej gównianego dnia w całej podróży. Na kilka godzin znienawidziłem góry. Prawie biegłem by wydostać się z kleszczy połonin. Stwierdziłem, że mój plan dojścia dziś do Ustrzyk Górnych nie ma prawa wypalić. Chciałem przespać się w Brzegach Górnych, gdzie w końcu dotarłem po morderczej przeprawie. Okazało się, że jest tam tylko bar w stylu budka z hot dogami, w którym z resztą byłem jakieś 5 lat temu. Poszedłem pod wiatę, zjadłem zapiekankę, wypiłem piwo, odpocząłem i chcąc nie chcąc udałem się w kierunku Połoniny Caryńskiej. Było po 16:00 deszcz przestał padać, lecz chmury zostały. Mój nastrój poprawił się po ciepłym posiłku. Czekała mnie kolejna wyczerpująca wspinaczka. Na Połoninie Caryńskiej są dwa główne wzniesienia o wysokości 1297 m n.p.m. i 1239 m n.p.m. Oczywiście widać było tylko błoto, kamienie i chmury. Zły humor nie powrócił i pomimo wielkiego zawodu z powodu kompletnego fiaska podziwiania widoków udało mi się dotrzeć do Ustrzyk Górnych. Dzień walczył naprawdę bohatersko o pierwsze miejsce w rankingu najtrudniejszych dni podróży, ale jednak nie wyprzedził dnia siódmego i nocnej burzy na Policy. Nocleg znalazłem na parafii pw. św. Anny. Dom Rekolekcyjny jest ładny i ma wygodne pokoje. Po rozmowie z Księdzem, zakwaterowałem się i odpocząłem po ciężkim dniu.
“- Pamiętasz Shire Panie Frodo? Wkrótce przyjdzie wiosna, rozkwitną drzewa w sadach, ptaki uwiją gniazda w gałęziach leszczyny, na polach zasieją jęczmień, będą jeść pierwsze truskawki ze śmietaną. Pamiętasz smak truskawek?
-Nie, Samie. Nie pamiętam smaku potraw ani szumu wody, ani dotyku trawy. Jestem nagi w ciemnościach. Nie ma już nic, żadnej zasłony, między mną, a ognistym kręgiem. Widzę go na jawie, z otwartymi oczyma”.
J.R.R. Tolkien “Władca Pierścieni Powrót Króla”
478,8 km szlaku

Dzień dwudziesty szósty, ostatni 16.06.2020 r. 9:30
Cieszę się i jest mi przykro. Ostatni dzień przywitał mnie piękną pogodą. Z Ustrzyk Górnych ruszyłem na lekko. W Domu Rekolekcyjnym zostawiłem plecak. Wziąłem ze sobą tylko wodę, kurtkę i batona. Czułem się jakbym mógł wszystko. Dopiero teraz, po tylu dniach zauważyłem jak wzrosła mi forma. Bez obciążenia na plecach leciałem jak strzała. Wyprzedzałem wszystkich. Nie musiałem się nawet zatrzymywać by odsapnąć. Najpierw przeszedłem przez masyw Szerokiego Wierchu i wspiąłem się na Tarnicę (1343 m n.p.m.) najwyższy szczyt Bieszczad. Chmury nie przesłaniały słońca i miałem piękną panoramę na góry. Niestety nie trwało to długo. Schodząc z Tarnicy natknąłem się na wiatę, pod którą odpocząłem i jak się okazało uratowała mnie od totalnego przemoczenia. Burza przyszła znienacka. Wszystko przykryły czarne chmury, a deszcz zbombardował połoniny. Po dłuższej chwili czekania ruszyłem dalej. Pogoda uspokoiła się i mokry byłem tylko w trzech czwartych. Przeszedłem Przełęcz Goprowską (1160 m n.p.m.), Krzemień, Halicz (1333 m n.p.m.), Rozsypaniec (1280 m n.p.m.). Przed zejściem na dół pojawiły się prześwity w chmurach, które pozwoliły mi ostatni raz spojrzeć na piękne Bieszczady. Droga do Wołosatego była ostatnią formalnością. Kilka kilometrów rozciągającej się prostej drogi po kamieniach. Zrobiłem zdjęcie pod znakiem informującym o końcu Głównego Szlaku Beskidzkiego i czekałem na mamę, która zobowiązała się przyjechać i odebrać mnie z trasy. W głowie miałem mętlik. Cieszyłem się, że to już koniec, a z drugiej strony było mi żal opuszczać to miejsce. Pokonałem najdłuższy szlak w Polsce. Nie było to tylko zwykłe przejście. Walczyłem z górami i szczytami. Walczyłem z błotem i pogodą. Walczyłem głównie ze sobą, z myślami o poddaniu się, z nerwami i z bólem. Mój szlak Beskidzki wyłożony był błotem, deszczem, potem i krwią, a ubrany w dumę, piękno i szczęście. “Poszedłem do lasu, wybrałem bowiem życie z umiarem. Chcę żyć pełnią życia, chcę wyssać wszystkie soki życia. By zgromić wszystko to, co życiem nie jest. By nie odkryć tuż przed śmiercią, że nie umiałem żyć”.
Nancy H. Kleinbaum “Stowarzyszenie umarłych poetów”
501,7 km szlaku

W górach spędziłem 25 dób
Wędrowałem 22 doby
Spałem w namiocie, schroniskach górskich i agroturystykach
Widziałem 3 jelenie, 1 sarnę, 3 wiewiórki, 1 lisa, 4 salamandry, 1 węża, dużo kup wilków i od cholery ślimaków.
Schudłem 7 kg
Zdałem wszystkie egzaminy, co pozwoliło mi ukończyć szkołę medyczną.
Przeszedłem ponad 500 km
Wszedłem ok. 22 000 m pod górę (to prawie tak jakbym wszedł 2,5 raza na Mount Everest)
Zszedłem ok. 22 000 m w dół (to prawie tak jakbym zszedł 2,5 raza z Mount Everestu)

Podpis: 

Sarenu czerwiec 2020
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Sprawca (fragment III) Sprawca (fragment II) Sprawca (fragment)
Fragment III. Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e
Sponsorowane: 80
Auto płaci: 100
Sponsorowane: 75Sponsorowane: 70

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2021 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.