https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
20

Dzwonnik z Notre Dame

  W gruzy się sypie...  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W marcu nagrodą jest książka
LATA
Annie Ernaux
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Dzwonnik z Notre Dame

W gruzy się sypie...

Bliskie spotkania

Chodźmy...

Róża cz. 5

Tutaj kończy się śledztwo. Czy Hank odnajdzie Różę i zabójcę Rufusa?

Sen o Ważnym Dniu

Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Liście lecą z drzew

Krótki wiersz

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

Brak

Wiersz filozoficzny

Zapach deszczu.

Takie moje wspomnienia.

Nowa Atlantyda

Jedna z przyszłości futurystycznych zawartych w e-booku "Futurystyka" (Przyszłość kiepska)

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1695
użytkowników.

Gości:
1693
Zalogowanych:
2
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 81078

81078

Róża cz. 1

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
18-10-15

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Kryminał/Thriller/Zbrodnia
Rozmiar
25 kb
Czytane
4650
Głosy
1
Ocena
3.00

Zmiany
25-02-09

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
P12-powyżej 12 lat

Autor: Falvari Podpis: Dziwny jest ten świat.
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Detektyw Hank Made otrzymuje od członka podupadającego rodu zlecenie odnalezienia pewnego niezwykle cennego przedmiotu.

Opublikowany w:

Róża cz. 1

Pięść opadła gwałtownie na twarz Hanka i mężczyzna zwalił się ciężko na ziemię wypluwając ułamany ząb razem z krwią. Chwilę charczał ciężko, desperacko próbując się podnieść. Mięśnie nie chciały go jednak słuchać i po krótkiej, rozpaczliwej walce ostatecznie się poddały.
Gerard jeszcze przez moment trwał w gotowości na wypadek, gdyby musiał zakończyć sprawę kopnięciem. Odetchnął lekko, gdy Hank sflaczał na bruku. Stanął nad nim i ze stoickim spokojem poprawił mankiety koszuli., sprawdzając przy tym, czy nie zabrudził ich krwią.
-Do tego właśnie służą pięści Hank – powiedział, po czym odwrócił się powoli i ruszył w stronę drzwi. Po chwili zniknął w plamie światła, która ulotniła się, gdy zatrzasnął je za sobą.

Hank siedział w twardym fotelu w zaciszu własnego domu i przykładał sobie lód do oka. W drugiej ręce trzymał gazetę sprzed trzech dni. Pogrubiony nagłówek głosił iż w nocy w rezydencji Greyów zamordowany został dziedzic rodowej fortuny niejaki Rufus. Reporter w swej relacji nie był zbyt dokładny i skupiał się raczej na budowaniu nastroju niż podawaniu faktów. Popuścił też wodze fantazji sugerując, że młody Rufus Grey mógł zginąć na skutek działania sekty żydowskiej, masonów, a nawet sił nieczystych. Typowy bełkot mający wynieść średnio interesujące morderstwo spadkobiercy podupadłego rodu do rangi wydarzenia stulecia. Hank był zdumiony, że nigdzie w artykule nie padły żadne oskarżenia przeciw murzynom. Ze złością rzucił gazetę na stolik i syknął z bólu. Gerard nieźle go urządził, a mówił, że ta sprawa w ogóle go nie interesuje.

Rezydencja nie była zbyt imponująca. Zwykły dwupiętrowy budynek z zapuszczoną fasadą. Na jego dachu przycupnęły cztery koślawe gargulce, które niszczały jak wszystko wokół. Jeden nie miał łapy, drugiemu odpadło pół ucha i kawał nosa, a pozostała dwójka ze smętnym wyrazem pyska wypatrywała utraconych skrzydeł. Trawa wokół domu wyglądała jakby ostatnio skoszono ją w poprzednim stuleciu, a żywopłot był splątanym kłębem gałęzi i liści.
-Przyjemne miejsce – mruknął Hank pod nosem i skierował się do drzwi.
Nigdzie nie ujrzał dzwonka, tylko wielką kołatkę w kształcie smoczego łba, z której odłaziła farba. Hank zauważył, że pod ciężkim kołem widoczne jest spore zagłębienie w rozlazłym drewnie. Chcąc nie chcąc skorzystał z archaicznego urządzenia i czekał na rozwój wypadków.
Po dłuższej chwili drzwi uchyliły się skrzypiąc głośno, a w powstałej szparze pojawiła się stara twarz przeorana licznymi bruzdami o oczach tak przerażająco smutnych, że chyba nigdy nie widziały nagiej kobiecej piersi i wymierającymi strzępami siwych włosów na skroniach.
-Czego pan tu szuka? - spytał jegomość suchym jak wiór głosem.
Hank zaklaskał w myślach z podziwu dla jego zdolności obserwacji. Wystarczyło mu raptem kilka sekund, żeby wyczuć z kim ma do czynienia.
-Byłem umówiony z panem Greyem, chodzi o jego syna – detektyw może i zdawał sobie sprawę ze swojego wyglądu, ale starał się zachować chociaż opary dżentelemeńskości.
-Pan – słowo wypowiedziane po sporej chwili wahania. - Hank Made?
-Tak, oto moja wizytówka – detektyw wyciągnął z kieszeni płaszcza pogięty, wąski kartonowy pasek upstrzony kilkoma niezidentyfikowanymi plamami i podał go przez szparę w drzwiach.
Twarz uważnie zlustrowała wizytówkę, po czym jej właściciel przemówił.
-Proszę chwilę zaczekać – i drzwi się zamknęły.
Made czekał. Minęła chwila, potem następna. Za jego plecami samochody przejeżdżały co jakiś czas po Line Street. O tej porze ruch był niewielki, jednak zawsze znalazł się jakiś przypadkowy kierowca, który ze zwykłej czysto ludzkiej dobroci serca posyłał na ściany posiadłości blask reflektorów. Choć sądząc po stanie elewacji, była to raczej niespecjalnie skrywana złośliwość. Hank spojrzał na zegarek na lewym nadgarstku. Następnie popatrzył na boki i odszedł kawałek żwirowaną alejką wzdłuż ściany budynku. Dojście do narożnika zajęło mu krótką chwilę. Tam zatrzymał się i rozejrzał wokół. Alejka biegła dalej przed siebie i skręcała za kolejny narożnik.
W miejscu w którym stał Hank, trawnik zdawał się być jeszcze bardziej zapuszczony. Nigdzie nie było widać żadnych kwiatów, które pewnie już dawno zostały zeżarte przez chwasty. Made spojrzał w górę. Po ścianie budynku wspinał się bluszcz. Rozrósł się już dosyć gęsto i zasłaniał jedno z okien na piętrze, a także dwa na kolejnej kondygnacji. W świetle reflektorów przejeżdżających samochodów Hank spostrzegł, że wiele liści pożółkło, zupełnie jakby roślina wysychała. Szczególnie go to nie zdziwiło, znalazł w tym nawet pewną pociechę.
W oknach na piętrze panował nieprzenikniony mrok. Autor artykułu nie poczynił żadnej wzmianki na temat tego, który pokój należał do młodego Rufusa, jednak Hank zdążył już zasięgnąć języka i wiedział, że młody dziedzic fortuny mieszkał na piętrze w tym miejscu, które porastał bluszcz. Teraz wolnym krokiem podszedł do rośliny i pochylił się szukając wśród żwiru alejki kawałków rozbitego szkła, jednak nic takiego nie znalazł, nawet drobnego odprysku.
-Co pan tutaj robi? -w suchym głosie brzmiała nagana.
Hank wyprostował się i odwrócił. Stojący przed nim stary mężczyzna był niski i zupełnie łysy nie licząc tych kilku strzępków siwizny, które wcześniej rzuciły mu się w oczy. Nie miał na sobie zwyczajowej liberii, lecz zwykłe pomięte spodnie, czerwoną koszulę i brązowy pulower. Wyglądał jak typowy rezydent domu spokojnej starości, który całymi dniami grywa w bingo i próbuje zaimponować młodziutkim pielęgniarkom opowieściami o barwnym życiu.
-Czy pan Grey mnie przyjmie? Spytał siląc się na obojętny ton, gdyż wyraz twarzy starca wzbudzał mimowolną antypatię, aż miał ochotę się otrząsnąć.
-Owszem, proszę za mną – ton głosu mężczyzny wyraźnie wskazywał, iż ambiwalentne odczucia Hanka zostały szczerze i zupełnie bezinteresownie odwzajemnione.

Hank stękając wstał z fotela i chwiejnie ruszył do kuchni. Odkręcił kran z zimną wodą i podstawił pod niego jeszcze wilgotną ścierkę. Trzymał ją krótką chwilę pod wodą, po czym zamknął dopływ i wycisnął do zlewu nadmiar wody. Przyłożył okład do oka i stęknął z ulgi. Chciał już wracać do pokoju, jednak po chwili namysłu sięgnął po szklankę, nalał do niej trochę zimnej wody, po czym zalał whiskey aż po brzegi. Upił mały łyk i zadowolony, ze ścierką w jednej ręce i pełną szklanką w drugiej wrócił na fotel, siadając tylko raz stęknął z bólu, co uznał za dobry znak.
Odłożył naczynie na stolik i wziął do ręki leżący tam notatnik. Położył go sobie na kolanach i sięgnął po ołówek. Następnie zaczął wertować brulion. Po krótkiej chwili znalazł stronę której szukał i dopisał na niej:
- Gerard jednak zainteresował się sprawą,
- sprawdzić co może oznaczać „cum artis”.
Przykładając mokrą ścierkę do oka i zagryzając koniec ołówka wpatrywał się w zapisane odnośniki i zastanawiał co mogą one oznaczać. Być może nie był on najbystrzejszym detektywem w mieście, ale wierzył, że niektóre zagadki nawet on będzie potrafił rozwikłać.

Wprowadzono go do niewielkiego gabinetu na parterze. Pod ścianami stały tam regały na książki, jednak już na pierwszy rzut oka wyraźnie rzucała się w oczy spora ilość pustych miejsc pomiędzy w większości gustownie oprawnymi tomiszczami. Naprzeciwko drzwi znajdowało się solidne, rzeźbione biurko za którym siedział gospodarz domu Tytus Grey. Z tego co Hank o nim wiedział, mężczyzna dobiegał sześćdziesiątki, jednak nie było tego po nim widać. Jego twarz przecinało niewiele zmarszczek, a w gęstej siwej czuprynie znajdowało się jeszcze sporo wyraźnie widocznych czarnych pasm. Spojrzenie miał bystre i czujne, Hank od razu wyczuł, że gdy tylko przekroczył próg gabinetu rozpoczął się proces wnikliwej obserwacji i analizy. A to jak się obawiał oznaczało opatrzenie odpowiednim komentarzem plam na jego płaszczu, dziury w trzymanym w prawej ręce kapeluszu oraz jak się obawiał wyraźnie wyczuwalnego, roztaczanego przezeń unikalnego aromatu. Aby zdobyć chociaż punkt czy dwa niby odruchowo przeczesał włosy palcami lewej ręki, czym zarobił jedynie wymowne uniesienie brwi gospodarza.
-Pan Made jak przypuszczam – przemówił Tytus Grey mocnym głosem.
-Zgadza się – Hank skłonił głowę. - Niech mi będzie wolno złożyć wyrazy współczucia z powodu pańskiej straty – powiedział próbując jednocześnie obrócić kapelusz w dłoni tak, aby ukryć dziurę.
-Jest pan więc zaznajomiony z poranną prasą – huknął gospodarz.
-Istotnie. Jak pan się zapewne domyśla, jest to niezwykle pomocne w mojej pracy.
-Właściwie można się tego było po dzieciaku spodziewać – ton Greya wyraźnie sugerował, że niewiele dba o to, co zdarzyło się tej nocy w jego domu. - Albercie to wszystko, bardzo ci dziękuję.
Lokaj pochylił się w płytkim ukłonie i wyszedł z gabinetu cicho zamykając za sobą drzwi. Odprowadzając go wzrokiem Hank spostrzegł stojącą w kącie pomieszczenia niewielką sofę, która wcześniej umknęła jego uwadze. Podobnie jak kolekcja książek miała ona kilka ubytków, co automatycznie sprawiło, że detektyw poczuł się choć odrobinę schludniej.
-Suchy czy mokry? - spytał Tytus Grey z nieprzeniknionym wyrazem twarzy.
-Zależy od pory dnia – odparł Hank, czym jak miał nadzieję, uczynił odpowiednią sugestię.
Gospodarz zaśmiał się słysząc te słowa, po czym odsunął szufladę biurka i wyjął z niej sporą butelkę i dwa kieliszki. Detektywa tylko odrobinę rozczarowało, że nie były to szklanki, jednak usilnie się starał nie dać niczego po sobie poznać.
-Mam nadzieję, że nie ma pan nic przeciwko porto?
-Nie w tej chwili – Hank patrzył jak Tytus Grey starannie napełnia oba naczynia równo do połowy objętości. -Domyślam się, że wezwał mnie pan tutaj z powodu swojego syna.
-I tak i nie – odparł gospodarz podając mu kieliszek. -Będę z panem szczery, niewiele obchodzi mnie kto i dlaczego zabił Rufusa. Niech policja się tym zajmuje, skoro musi. Jak znam życie, to i tak będą pewnie tylko udawać, że coś robią, a później umorzą śledztwo z powodu braku znaczących poszlak -Grey skrzywił się z niesmakiem i uniósł kieliszek do ust, po czym upił drobny łyk. -Jednak ze śmiercią mojego syna wiąże się również zniknięcie pewnego, niezwykle dla mnie cennego przedmiotu. Rodowej pamiątki, można wręcz powiedzieć symbolu, na którego odzyskaniu niezmiernie mi zależy.
-Cóż to za przedmiot? -Hank wypił trochę porto i ze wszystkich sił próbował się nie skrzywić, niestety jak się obawiał poczęstowano go słodką odmianą. Darmowy alkohol rzadko bywał satysfakcjonujący.
-Kwiat -pan Grey upił kolejny niewielki łyk. -Konkretnie róża. Wykonana ze złota i zdobiona srebrem spinka do krawata. Niezwykle misterna robota. Znajduje się w mojej rodzinie od pokoleń. Jak pan zapewne wie lub też zauważył dziś wieczór, nie powodzi nam się ostatnio zbyt dobrze -”Inaczej zadzwonilibyście po kogo innego” pomyślał Hank, gdy gospodarz pociągnął kolejny, tym razem spory łyk z kieliszka i zatoczył ręką krąg. -Żeby utrzymać tę posiadłość, co jakiś czas wyprzedaję książki. Już pół kolekcji mojego ojca rozeszło się po antykwariatach, choć gdybym tylko sprzedał tę jedną spinkę jeszcze i moje wnuki nie musiałyby kiwnąć palcem, żeby utrzymać ten dom.
-Rozumiem -Hank skinął głową. -Dlaczego podejrzewa pan, że morderstwo pańskiego syna miało cokolwiek wspólnego ze zniknięciem tego przedmiotu? Czyżby ta róża znajdowała się ostatnio w jego posiadaniu?
Tytus Grey przez chwilę patrzył na niego w milczeniu, po czym wypił kolejny spory łyk porto. Następnie wstał zza biurka i zaczął przechadzać się nerwowo wzdłuż krawędzi mebla, to w jedną, to w drugą stronę. Ręce skrzyżował za plecami i mocno zacisnął dłonie.
-Jak już panu mówiłem, nie chodzi o to nieszczęsne morderstwo. Widzi pan, mój syn był marzycielem. I cholernym głupcem. Całe dnie tylko siedział z nosem w książkach, albo włóczył się nie wiadomo gdzie -gospodarz przystanął na chwilę i położył dłonie na oparciu zajmowanego wcześniej fotela. -Nie podobało mu się, że wyprzedaję tę kolekcję, twierdził, że powinienem się raczej pozbyć mojej Róży. Skończony idiota. Nie wiedział ile jest dla nas warta, tyle razy cierpliwie mu to tłumaczyłem, a dla niego symbol naszego rodu wciąż stanowił jedynie lokatę kapitału, którą należało jak najszybciej spieniężyć. Musiał ją wykraść i pewnie próbował sprzedać, być może nawet z sukcesem, bo u niego jej nie znalazłem.
-Kiedy zauważył pan zniknięcie spinki? -spytał Hank, zastanawiając się jednocześnie, czy jeśli szybko osuszy swój kieliszek, to będzie mógł liczyć na drugą rundę. Podejrzewał, że nie, więc nadal powoli sączył trunek, który i tak był za słodki jak na jego gust.
-Dziś po wyjściu policji. Jeszcze wczoraj rano ją oglądałem. Około południa Rufus wyszedł z domu i wrócił dopiero późnym wieczorem, albo nad ranem, w każdym razie nie było go w domu, gdy udawaliśmy się z małżonką na spoczynek, dlatego go podejrzewam.
-Rozumiem. A gdzie zwykle trzymał pan swój skarb? -detektyw miał dziwne wrażenie, że odpowiedzią nie będzie spora, pancerna szafa, raczej komódka lub sekretarzyk z niewielkim kluczykiem.
-W sejfie na górze -a więc jednak. -Albert pana zaprowadzi, jeżeli będzie pan chciał go obejrzeć.
-Oczywiście. A ile w ogóle zamierza mi pan zapłacić? -Hank starał się wypowiedzieć to zdanie zdawkowym tonem, tak aby nie można było wyczuć w jego głosie silnej nutki desperacji.
-Strasznie pan bezpośredni -Tytus Grey skrzywił się z niesmakiem i rzucił okiem na swój okaleczony księgozbiór.
-Muszę z czegoś żyć -detektyw dopił porto, jednocześnie ostatecznie żegnając się z myślami o dolewce.
-Jak my wszyscy -gospodarz znów usiadł za biurkiem i również osuszył swój kieliszek, choć zrobił to z niewypowiedzianie większą gracją niż detektyw. -Mogę panu zaproponować sto pięćdziesiąt dolarów za tydzień pracy lub któryś z cenniejszych woluminów.
-Pieniądze wystarczą -odparł Hank wstając. -A teraz jeśli pan pozwoli, chciałbym się rozejrzeć.
Tytus Grey wziął do ręki niewielki dzwoneczek stojący na blacie biurka i zadzwonił energicznie.

Albert zaprowadził Hanka na piętro. Detektyw przyglądał się wiszącym na ścianach portretom, przedstawiającym jak mniemał członków rodziny Greyów, znajdowało się wśród nich również kilka pejzaży. Made nie mógł również nie zauważyć na ścianie dwóch prostokątów, w których farba miała wyraźnie jaśniejszy odcień. Stan rodzinnej fortuny musiał być rzeczywiście kiepski.
W korytarzu na górze rzucało się w oczy kolejne puste miejsce. Albert nie zwracając uwagi na wymowne spojrzenia Hanka podszedł do masywnych drzwi po prawej stronie korytarza i otworzył je przy pomocy sporego klucza. Następnie wszedł do środka i zapalił światło. Hank podążył za nim. Znalazł się w obszernym pomieszczeniu, które wyglądało jak magazyn. Wszędzie stały zakryte kotarami meble. Detektyw zauważył również kilka kartonowych pudeł zaklejonych taśmą, ponadto pod lewą ścianą stało pięć zwiniętych dywanów. W najdalszym rogu pomieszczenia Hank zauważył spore przykryte kocem lustro. Całości wystroju dopełniał stojący tuż obok niego solidny, zielony sejf. Klasyka.
-Znasz kombinację? -spytał Hank mając dziwną pewność, że lokaj istotnie ją zna, choć nigdy nikomu by się do tego nie przyznał.
-Pan nie zamykał go po tym, jak spostrzegł zniknięcie Róży -odparł Albert.
Detektyw podszedł do sejfu i klęknął przy nim. Obejrzał dokładnie górę i ścianki, a także tył. Następnie przyjrzał się drzwiczkom. W końcu zdecydował się go otworzyć. W środku znajdowało się pięć równych kasetek ułożonych jednak na drugiej. Hank wyciągał je po kolei i zaglądał do każdej. Wszystkie bez wyjątku były puste. Utwierdziło go to w przekonaniu, że te pustoszejące regały w gabinecie i jaśniejsze miejsca na ścianach, nie były tylko na pokaz. A jednak w sejfie coś było. Hank nachylił się bardziej i dwa razy wciągnął głęboko w nozdrza powietrze. Czoło zrosił mu zimny pot, gdy tylko zdał sobie sprawę, że wyczuwa delikatną i niezwykle ulotną, ale wciąż jeszcze obecną nutę siarki. Drżącymi palcami sięgnął pod sejf i przez chwilę macał podłogę. Gdy następnie uniósł dłoń do oczu, na opuszkach palców ujrzał ledwie dostrzegalne żółte drobinki. Głośno przełknął ślinę i w pierwszym odruchu paniki zatrzasnął sejf. Następnie mocno zacisnął lewą dłoń, wbijając sobie paznokcie w skórę. Przez minutę czy dwie trwał w takim bezruchu, ale udało mu się wygrać.
-W tym przeklętym sejfie trzymali tylko tę nieszczęsną Różę? -spytał chrypliwym głosem.
-Dawniej pani trzymała w nim również swoją biżuterię, jednak obecnie wszystko, czego jeszcze nie sprzedano, woli mieć przy sobie w sekretarzyku w sypialni -Albert udzielił tej informacji mimowolnie, co detektyw wyczytał z wyrazu jego twarzy, który stał się jeszcze bardziej posępny.
Hank pokiwał głową w zamyśleniu. Greyowie naprawdę byli pod kreską.
-Kto zna kombinację? -rzucił po chwili obstawiając odpowiedź w myślach.
-Pan i pni -odparł lokaj, co zaskoczyło Hanka na tyle, że przestał myśleć o siarce.
-Na pewno nie istniała taka możliwość, że Rufus poznał ją w jakikolwiek sposób?
-Ani on, ani panicz Angus nie mieli dostępu do sejfu.
-Angus to ten młodszy, tak?
-Zgadza się.
Hank rzucił jeszcze jedno szybkie spojrzenie na sejf, ale szybko odwrócił wzrok. Następnie zaczął przechadzać się po pokoju. Zatrzymywał się co kawałek i rozglądał. Czasem stukał w okryte przykurzonymi kotarami meble lub drapał się po głowie. Parę razy uniósł nieznacznie materiał zaglądając pod spód, jednak nie znalazł niczego ciekawego.
-Powiedz mi Albercie -przemówił po jakimś czasie. -Widziałeś kiedyś jak pan Grey otwiera sejf?
-Nikomu nie wolno było wchodzić do pokoju, gdy pan lub pani chcieli coś z niego wyciągnąć.
-I żaden z synów nigdy im przy tym nie towarzyszył?
-Nic mi o tym nie wiadomo... -Albert wyraźnie się zawahał.
-Tak?
Lokaj przez chwilę intensywnie wpatrywał się w jakiś punkt gdzieś ponad głową Hanka. W jego twarzy widać było, iż prowadzi jakąś wewnętrzną walkę. Wreszcie spuścił wzrok i się odezwał.
-Raz widziałem jak Rufus podglądał przez szparę w drzwiach, gdy pan wyciągał Różę.
-Kiedy to było? -Hanka zdumiało, że tak łatwo wygrał tę walkę, ale postanowił kuć żelazo póki gorące.
-Jakiś miesiąc temu, niedługo po tej kłótni... -coraz gorętsze.
-Kłótni? -Hank wiedział, że nie powinien przerywać, ale nie mógł się powstrzymać przed tym drobnym wtrąceniem.
-To było w gabinecie pana Greya. Przyniosłem mu akurat herbatę, gdy do pokoju wpadł Rufus. Już od progu krzyczał coś o jakiejś książce, którą sprzedał jego ojciec. Nie mógł się pogodzić z jej stratą. Pan Tytus wyprosił mnie z gabinetu, więc wyszedłem, ale jeszcze gdy oddalałem się korytarzem, słyszałem jak na siebie krzyczą -Albert przerwał na chwilę i zrobił głęboki oddech. -Następnego dnia przyszedł znajomy pana, odwiedzał go co jakiś czas i zawsze przy tej okazji oglądali Różę.
-Jak się nazywał ten znajomy?
-Travers. Jonathan Travers -Albert okazał się być zaskakująco rozmowny. -Jak już mówiłem pan poszedł wyciągnąć Różę z sejfu. Ja akurat przechodziłem korytarzem i zauważyłem Rufusa zaglądającego przez szparę w drzwiach. Gdy tylko mnie zobaczył, udał że zawiązuje sznurowadło i szybko zbiegł po schodach.
-Rozumiem, myślę, że skończyłem z tym miejscem. Pokaż mi teraz pokój Rufusa.
-Czy to konieczne? -jeśli to możliwe, mina Alberta stała się jeszcze bardziej posępna.
-Zawsze istnieje szansa, że tam właśnie ukrył Różę, prawda?
Lokaj wahał się jeszcze przez chwilę, jednak skinął głową i obaj mężczyźni wyszli z pomieszczenia.

Hank siedział w fotelu i starał się ułożyć sobie w głowie wszystko, czego dowiedział się przez ostatnie trzy dni. Zbyt wiele było w tym wszystkim chaosu. Ojciec zamordowanego syna przywiązuje większą wagę do zniknięcia rodzinnej pamiątki, niż do odnalezienia mordercy. Tytus Grey w ogóle zdawał się mieć dość niskie mniemanie o swoim pierworodnym. Ale mimo wszystko Rufus wciąż był jego dzieckiem. Dlaczego więc ojciec nie chciał poznać prawdy?
Hank odłożył notatnik i sięgnął po whiskey. Kilka łyków bursztynowego płynu wprawdzie nie rozjaśniło mu w głowie, ale sprawiło przynajmniej, że ból odrobinę zelżał, a przynajmniej tak mu się wydawało. Coś w tej sprawie śmierdziało mu już od samego początku, jeszcze zanim Tytus Grey do niego zadzwonił. Już gdy przeczytał artykuł w gazecie, miał wrażenie, że nie wszystko jest na swoim miejscu. I do tego ten ledwo wyczuwalny swąd siarki... Hank wzdrygnął się mimowolnie i ruszył do kuchni po kolejną dolewkę.

Albert wprowadził go do pokoju znajdującego się na końcu korytarza. Drzwi były wyłamane z zawiasów, a obok nich leżały resztki krzesła.
-Drzwi były zamknięte od środka? -spytał Hank oglądając uważnie wejście.
-Zamek był otwarty, ale klamkę podparto krzesłem -odparł dość sztywno lokaj.
-Kto wyważył drzwi? -detektyw przeniósł spojrzenie na Alberta.
-Panicz Angus i ja. Rufus miał wyjść rano z bratem. Czekał na niego kilkadziesiąt minut, aż wreszcie przyszedł tutaj. Próbował otworzyć drzwi, ale nie był w stanie. Po dłuższej szarpaninie udało mu się je lekko uchylić i wtedy zorientował się, co je blokuje. Zawołał mnie i wspólnymi siłami udało nam się je wyważyć -pod koniec głos lokaja stał się wyraźnie chrapliwy.
-A więc to wy znaleźliście zwłoki -Hank uważnie przyglądał się Albertowi.
-Tak... -wymówił zduszonym głosem lokaj, po czym zamilkł na dłuższą chwilę. -Leżał na łóżku. Cały zakrwawiony... widziałem rozciętą szyję... Potem zemdlałem... -umilkł ze wzrokiem wbitym w podłogę i kurczowo zaciśniętymi dłońmi.
Hank tymczasem zaczął rozglądać się po pomieszczeniu. Było ono ciut większe od znajdującego się na dole gabinetu. W ścianie idealnie naprzeciw drzwi znajdowało się szerokie okno. Po jego lewej stronie stało łóżko ze zwichrowaną pościelą. Przed nim znajdowała wąska szafa. Po przeciwnej stronie pokoju przy oknie stało biurko, a bliżej drzwi znajdował się niewielki regał zastawiony książkami. Ta kolekcja w odróżnieniu od tej na dole nie wydawał się ani trochę wybrakowana.
-Czy te książki również należały do ojca pana Greya? -Hank podszedł do regału i przejrzał tytuły na grzbietach niektórych tomów. Nie spodziewał się jednak znaleźć tutaj niczego szczególnego.
Większość z nich to były książki przygodowe i czarne kryminały. Nic specjalnie interesującego dla kogoś, kto ze zbrodnią miał do czynienia niemal na co dzień, nawet jeśli były to tylko zbójeckie ceny whiskey na czarnym rynku. Detektyw wypatrzył też jednak kilka książek historycznych, a także parę tytułów spisanych po łacinie, na widok których poczuł w karku kolejne ukłucie chłodu, a po plecach przebiegły mu nieprzyjemne ciarki.
-Nie, to prywatna kolekcja panicza Rufusa -odparł Albert po dłuższej chwili, jaką zajęło mu dojście do siebie. -O to również często spierał się z ojcem.
-Nie dziwię się -Hank odszedł od regału i skierował się w stronę łóżka. -Podczas gdy jeden wyprzedawał książki, żeby mieć z czego żyć, drugi skupował co się tylko dało. Często prosił ojca o pieniądze?
-Zdarzało się -Albert chyba nie wyczuł drżenia w głosie Hanka, jednak detektyw dla pewności zdecydował się przez chwilę nie odzywać.
Pochylił się nad łóżkiem. Pościel była w nieładzie, zupełnie jakby Rufus obudził się przed śmiercią i próbował się bronić. Prześcieradło wymieszało się z kołdrą. Koc leżał na podłosze, najwyraźniej po wyjściu policji nikt tutaj nie sprzątał. Hank uważnie obejrzał niewielkie plamy krwi na poduszce i splątanej pościeli. W zamyśleniu podrapał się w głowę, po czym wyprostował się i podszedł do szafy. Właściwie nie wiedział po co to robi, ale otworzył ją i zaczął przeglądać zawartość. W środku nie było nic specjalnego. Kilka koszul, dwie pary spodni i tyle samo marynarek. Na spodzie stały wypastowane czarne buty.
-Nie uważa pan, że gdyby Róża tutaj była, to policjanci już by ją znaleźli? -spytał wciąż stojący w progu Albert, na twarz którego wyraźnie wróciły kolory.
-Może tak, a może nie -odparł Hank w zamyśleniu podchodząc do biurka. -Należy pamiętać, że oni szukali śladów, jakie mógł zostawić morderca, a nie spinki do krawata.
Detektyw wpatrzył się w wytarty blat biurka. Po chwili zaczął po kolei przeglądać zawartość znajdujących się w nim trzech szuflad. Był tam jakieś notatki, kilka wierszy, jedno czy dwa opowiadania i jakieś zapiski po łacinie. Made wzdrygnął się po raz kolejny.
-Ciekawe -mruknął, gdy jego oczom ukazała się biała kartka dużego formatu, na której wyrysowany był jakiś schemat. Znajdowały się na nim krzywe strzałki wpisane w kwadraty z napisami również po łacinie, a także kilka dziwnych symboli. Kolejne ostrzegawcze ukłucie w karku sprawiło Hankowi niemal fizyczny ból. Przez dłuższą chwilę nie był w stanie oderwać wzroku od kartki. Zastanawiał się, jak bardzo potrzebuje tych pieniędzy.
-Skończył pan? -spytał Albert.
-Chyba tak -odparł Hank w zamyśleniu lustrując schemat wzrokiem.
Przez chwilę kusiło go, aby zabrać kartki ze sobą, jednak podejrzewał, że lokaj mógłby robić mu z tego tytułu problemy. Wpatrywał się więc w schemat jeszcze przez dobrych kilka minut szczególną uwagę poświęcając wypisanym w rogu dwóm słowom, które Rufus podkreślił i obrysował kołem „cum artis”. Wreszcie się przemógł i odłożył notatki z powrotem do szuflady.
-Możesz odprowadzić mnie do wyjścia Albercie -powiedział wstając.

*********************************************************************************************
**

Tekst jest już ukończony, jednak trwa proces poprawiania. Powyżej znajduje się pierwszy gotowy fragment, kolejne mam nadzieję wkrótce.

Podpis: 

Dziwny jest ten świat. 2012-2014, 2018
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Bliskie spotkania Róża cz. 5 Sen o Ważnym Dniu
Chodźmy... Tutaj kończy się śledztwo. Czy Hank odnajdzie Różę i zabójcę Rufusa? Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).
Sponsorowane: 20Sponsorowane: 16Sponsorowane: 15
Auto płaci: 100

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2025 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.