https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
80

Sprawca (fragment III)

Autor płaci:
100

  Fragment III.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W listopadzie nagrodą jest książka
Córka łowcy demonów
Jana Oliver
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Sprawca (fragment III)

Fragment III.

Sprawca (fragment II)

Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Sprawca (fragment)

Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Taedium vitae

Bo czymże jest życie, jeśli nie przygodą na krawędzi?

Dom Przemian

Nie pozostaje mi nic innego, jak żywić nadzieję, że wrócę, by czytać dalej. Dobranoc — wyszeptałam, wychodząc do innego życia.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Bliskie spotkania

Chodźmy...

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Liście lecą z drzew

Krótki wiersz

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1633
użytkowników.

Gości:
1633
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 81043

81043

Noc w kolorze kości słoniowej

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
18-08-23

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Thriller/Przygoda/Komedia
Rozmiar
21 kb
Czytane
1608
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
20-05-27

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: DoktorUboot Podpis: Doktor U-boot
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Krótka opowieść drogi o nastolatkach plączących się nocą tam gdzie nie trzeba.

Opublikowany w:

opowiadania.pl

Noc w kolorze kości słoniowej

Impreza o roboczej nazwie "koniec roku szkolnego" odbyła się zgodnie z planem u progu lata. Grupa młodzieży reprezentująca przedostatnią klasę miejscowego liceum, spotkała się w pewnym odludnym miejscu kilka kilometrów od miasta. Miało być ognisko, kiełbaski, do tego spora ilość procentowych rozweselaczy. Były to lata, gdy telefony komórkowe w powszechnym użyciu Polaków miały znaleźć się dopiero za jakiś czas. Były to też lata, gdy można było pod lasem rozpalić ognisko i nikogo to specjalnie nie obchodziło.

Tak więc wszystko było tak jak trzeba. Kiełbaski zostały upieczone i zjedzone, alkohol skonsumowany. Wyczekiwana od wielu miesięcy uroczystość w pewnej chwili rozrosła się w niekontrolowany sposób. Pojawiali się znajomi znajomych oraz ludzie bliżej nikomu nieznani, rzecz jasna wraz ze swoimi znajomymi. Nikomu to nie przeszkadzało. Jedni przychodzili, inni znikali, jak to na tego typu spędach. Jeśli ktoś się z kimś nie znał, to mógł się zapoznać, i tyle. Ogólnie towarzystwo bawiło się bardzo dobrze. Choć nie wszystkim ognisko posłużyło. Niektórzy przesadzili ze świętowaniem i już przed północą popadali jak ścięte drzewa i dogorywali na rozłożonych w trawie kurtkach. W tym czasie inni walczyli w krzakach z buntującymi się wnętrznościami. Szczęściarze dostępowali zaszczytu, mogąc dochodzić do siebie w autach swoich, nielicznych a przez to drogocennych, niepijących kolegów. Przygrywała temu wszystkiemu zgrzytliwa muzyka puszczana bezpośrednio z czyjegoś samochodowego radia.

Około godziny trzeciej nad ranem wszyscy razem do kupy już mieli trochę dość. Pozostali tylko najwytrwalsi, tak jak z ogniska pozostał tylko żarzący się z trudem popiół. Był początek lata, ale zrobiło się po prostu chłodno. Droga do domu wydawała się być może nie jakoś bardzo odległa, ale w zaistniałych okolicznościach i tak jawiła się jako dość problematyczna. Większość niedobitków zasiadła wokół kamiennego kręgu wyznaczającego palenisko, okryła się tym czym mogła i trwała. Nic innego nie zostało, tylko czekać na zbawienny świt.

Jak to jednak zwykle bywa na imprezach, znalazło się kilka osób, które zawsze, bez względu na wszystko, podejmują próbę powrotu do domu. Wyklarowała się grupka gotowa podjąć trud kilkukilometrowego marszu wzdłuż pogrążonej w ciemności szosy, biegnącej serpentyną przez odludne pola i łąki.

W skład grupy wchodziły dwie dziewczyny, Ida i Monika, oraz trójka chłopaków. Marcin, Artur zwany Borkiem, oraz Krzysiek.

Nie wypili bardzo dużo, więc kac się ich nie imał. Nastroje dopisywały. Nocną wędrówkę traktowali jako kolejną młodzieńczą przygodę. Samą noc i reszta wyżej wymienionych okoliczności nie dawała się zaliczyć do niebezpieczeństw. Raczej dodatkowo jeszcze wzmagały poczucie uczestnictwa w wydarzeniu elitarnym i tajemniczym. Kiedy człowiek jest młody, wszystko wydaje mu się interesujące i nabiera w świeżych umysłach dodatkowych barw.

Szli więc i szli. Rozmawiali o głupotach, omawiali imprezowe wydarzenia, obgadywali nielubianych kolegów. Noc iskrzyła się nad nimi gwiazdozbiorem. Powietrze było lekkie i rześkie. Poza tym wokół nich panowała smolista czerń. Dopiero gdzieś daleko, daleko, iskrzyły się drobne punkciki zabudowań. Wzdłuż szosy szpalerami rosły drzewa, natomiast po obu jej stronach wiły się całkiem głębokie rowy. Musieli się nawzajem pilnować, by iść dokładnie wzdłuż krawędzi asfaltu, bo jeden nieuważny krok mógł skończyć się wpadnięciem do takiego rowu. Starali się zanadto nie zajmować pasa jezdnego. Samochodów jak dotąd nie zauważyli, ale mógł on wyłonić się zza drzew nagle i niepostrzeżenie. O takich wypadkach często czyta się w prasie.

Pierwsze auto nadjechało od strony ich pleców. Nagle znaleźli się w potężnej żółtej plamie przednich świateł. Skupili się szybko na poboczu. Usłyszeli za sobą charakterystyczny terkot silnika, którego nie da się pomylić z żadnym innym. To musiał być fiat 125p. W tamtych czasach rozpoznawało się samochody nawet po dźwięku wydawanym przez zbyt mocno zamknięte drzwi.

Fiat wcale nie miał zamiaru ich wymijać. Skąpani w świetle reflektorów, niemalże czuli na plecach ciepło maski. Ktoś jechał za nimi wolno i zapewne badawczo im się przyglądał. Nie mogli co do tego się upewnić, lecz i tak byli o tym przekonani.

- On jedzie za nami - Krzysiek wyrzucił z siebie oczywistą oczywistość, ale ktoś pierwszy musiał nazwać rzeczy po imieniu.

- Albo oni - mruknął Marcin, który od początku nie był zbyt chętny do tej eskapady. Musiał jednak z nimi iść, bo z kolei Monika chciała bardzo wziąć udział w wyprawie. A tam gdzie Monika, tam musiał znaleźć się i Marcin.

Jak na komendę wszyscy odwrócili głowy. Zobaczyli niewiele, bo oślepiły ich reflektory. Jedno jednak udało się ustalić:

- A jednak oni - podsumował to Borek. Niezależnie od tego, co mówił, zawsze było to podszyte ironią. Tak też i zabrzmiały te słowa.

- Oni, oni. - potwierdził Marcin ściszając trochę głos. - Czterech. Pewnie jacyś miejscowi, po dyskotece. Kto teraz jeszcze jeździ dużymi fiatami?

- A może to policja? Taka nieoznakowana - teoria wygłoszona przez Idę brzmiała sensownie, lecz jakoś wszyscy podskórnie czuli, że to chyba jednak nie policja.

Duży fiat tymczasem uparcie chrząkał silnikiem za ich plecami. Oni szli, jak gdyby nigdy nic. Bo i co innego mogli zrobić? Po kilku minutach takiej zabawy samochód nagle zerwał się z piskiem opon, wyminął ich, prawie ocierając się o Borka, który wyszedł najdalej za linię pobocza, i zniknął szybko w ciemności. Jego tylne światła błyskawicznie zamieniły się w dwie czerwone kropeczki. Cała grupa odetchnęła z ulgą. To znaczy, prawie cała.

- Oni zaraz wrócą - zawyrokował matowym głosem Marcin.

Ta teoria została przyjęta zbiorowym prychnięciem. Tylko Monika, jak to często bywało, uznała ją za słuszną, ponieważ była to teoria autorstwa Marcina. Póki co, bardziej skłaniała się ku jego osobie, choć jeszcze nie była ostatecznie przekonana, który z licznych jej wielbicieli zostanie zwycięzcą w konkurach.

- Marcin ma rację - stwierdziła - też mi się wydaje, że wrócą. Takie mam przeczucie.

- E tam - wydął usta Borek. - To jakieś dyskotekowe łosie, pobawili się i pojechali.

- Chcieli nas nastraszyć - dodała Ida.

- I udało im się w sumie. Trochę. - uzupełniła to Monika.

- Mnie nie przestraszyli - zakpił Krzysiek.

- Mnie też nie - dołączył do niego Borek.

Wszyscy zamilkli. Szli tak dobre pięć minut. I właśnie wtedy ujrzeli światła samochodu nadjeżdżającego z przeciwnej strony. Był daleko, nie słychać było jeszcze silnika. Momentalnie przybliżył się do nich, nie pozostawiając im pola na żadne wątpliwości. To był duży fiat. Mieli jeszcze nikłą nadzieję, że to może ktoś inny. Sądząc jednak po szybkości z jaką poruszało się auto, ta nadzieja również wydawała się być całkowicie bezpodstawna. Gdy mignął koło nich, aż zafurkotało powietrze. Przeleciał na tyle blisko, że nawet mimo nocnych ciemności zdążyli jednoznacznie ocenić, że fiat był w popularnym niegdyś kolorze kości słoniowej. identycznie jak ten, który chwilę temu jechał za nimi.

- To oni - powiedział Krzysiek - może wracają do siebie na wioskę?

- Nie sądzę - Marcin nie podzielał tego optymizmu. - Pewnie zaraz zawrócą i znów zrobią to samo.

Wszystko sprawdziło się co do joty. Odwrócili się za siebie z perwersyjną ciekawością. Fiat zatrzymał się gwałtownie jakieś pięćdziesiąt metrów za nimi i rozpoczął proces zawracania. Szosa była dość wąska i ograniczona rowami, więc kierowca musiał robić nawrót na kilka razy. Nie zdążyli w ogóle zastanowić się, co dalej robić w tej sytuacji, a już fiat w kolorze kości słoniowej znów wolno toczył się za ich plecami i znów oświetlał ich reflektorami.

- To przestaje być zabawne - odezwała się zduszonym głosem Ida. - Zaczynam się bać.

- Nie ma czego, to jakieś leszcze, wydaje im się, że nas przestraszą - Borek wciąż udawał chojraka. - Zaraz im się znudzi. Jakby chcieli nam coś zrobić, to już by to zrobili. Szkoda by tym łbom było paliwa na to jeżdżenie.

- Moja propozycja jest taka - powiedział Marcin. - Jeśli będą chcieli zrobić znów ten sam numer, czyli odjadą, by zaraz wrócić, to wykorzystajmy ten moment i po prostu spieprzajmy w pole. Może się uda.

- Ten pomysł jest super - stwierdziła również już nie na żarty przestraszona Monika.

Krzysiek i Borek zgodnie, choć już z nieco mniejszym przekonaniem, orzekli, że nie będą nigdzie spieprzać. Chwilę potem fiat w kolorze kości słoniowej wykonał ponownie ten sam co wcześniej manewr. Z piskiem opon zerwał się do przodu. Oczywiste już dla wszystkich stało się to, że cała operacja za chwilę powtórzy się według znajomego scenariusza.

- Patrzcie tu stoi jakaś buda - Marcin pokazał palcem w ciemność po prawej stronie szosy.

Rzeczywiście. Za rowem, już sporo niżej w stosunku do poziomu szosy, stał i gnił jakiś opuszczony drewniany barak. Być może kiedyś ktoś tu prowadził jakiś przydrożny handel owocami. Drewniana konstrukcja tego czegoś ledwie stała, dach miała zapadnięty. Co z tego, skoro stanowiła dla nich jedyną strategiczną osłonę. Na dodatek otaczało ją zewsząd prawdziwe morze dzikich, dorodnych krzaków.

- Co wy na to, żeby tu się szybko schować zanim zawrócą? Nie zauważą tego - Marcin szybko skonstruował plan wyjścia z tej niewygodniej sytuacji, która na dodatek musiała za chwilę się jeszcze bardziej skomplikować.

- To już lepiej rzeczywiście spierniczać w pole - zaoponował nagle Borek. - Zresztą nie uciekajmy, bo tylko ich rozśmieszymy i damy im radochę.

W ciemnej oddali widać było już jaśniejszą plamkę samochodu. Zawracającego znów na kilka razy. Ostatnia sekunda by podjąć jakąś decyzję nadchodziła wielkimi krokami.

- Schowajmy się proszę - jęknęła Ida, będąc już chyba na krawędzi płaczu.

- Chodźmy tam... - Monika również już prawie szlochała.

Marcin uznał to za oficjalną zgodę na zejście z placu boju. Jako pierwszy sprawnie przeskoczył przez rów i wniknął w gęste krzaki. Borek i Krzysiek coś tam mamrotali pod nosem, że to jest ogólnie tchórzostwo i frajerstwo. Krzysiek był wyjątkowo źle nastawiony do pomysłu Marcina. Konkurował w końcu z nim o względy Moniki i podskórnie czuł, że mimo wszystko jego, choćby i pozorowana, odwaga po czasie zostanie lepiej oceniona. Tymczasem każdy z nich szybko zajął kucającą pozycję. Stracili się praktycznie z oczu. Raz, że wciąż panowała ciemność. Dwa, poukrywali się w krzakach i za narożnikami budy w odległości dwóch, trzech metrów od siebie, co wykluczyło nawet kontakt wzrokowy. Zapadła cisza. Słychać było to delikatny szum listków poruszanych przez słaby wiaterek.

Przez dłuższą chwilę wydawało im się, że ich prześladowcy znudzili się zabawą. Samochód jakoś nie nadjeżdżał. W końcu jednak przejechał obok miejsca, gdzie stała buda, ale już nie tak szybko jak wcześniej. Ewidentnie pasażerowie fiata lustrowali najbliższe otoczenie. Potem znów zapadła cisza.

Kucający najbliżej Marcina Krzysiek nie wytrzymał i głośno powiedział:

- A nie mówiłem, żeby się nimi nie przejmować!

Marcin spojrzał na niego bardzo wymownie. Położył palce na ustach i wycedził:

- Zamilknij.

Pół minuty później, duży fiat w kolorze kości słoniowej ponownie nadjechał. Z tej samej strony, co za pierwszym razem. To już była trzecia runda. Teraz jednak sunął bardzo powoli. Zatrzymał się mniej więcej na wysokości "ich" budy. Zjechał ospale na pobocze, zgasły reflektory. Usłyszeli odgłos otwierających się drzwi. Nawet przez gęstwinę krzaków dawało się namierzyć czterech osobników, a właściwie ich szarawe kontury.

- Kurwa, gdzieś tu muszą być! - powiedział jeden z nich głośno. W jego głosie słychać było charakterystyczny lokalny zaśpiew. - Na sto procent się schowali, nie biegli nigdzie. Widziałbym ich.

- Nie pierdol, Jacek! Nawet jak się gdzieś schowali, to co? Będziesz ich tu teraz szukał? Chodź, jedziemy do mnie, mam jeszcze litra w chałupie - odezwał się inny, tym razem chrapliwy, głos.

- Ej kurwa!!! - wydarł się ten pierwszy - jesteście tu gdzieś?

Ten krzyk dosłownie przeszył serca ukrytej grupki.

- Andrzej, chodź, rozejrzymy się tu. Może się w tych krzakach pochowali... - do dyskusji włączył się jeszcze jeden głos.

Dwóch z nich przeskoczyło rów. Zaszeleściły krzaki. To jeden z tych z fiata sprawdzał rękami, czy ktoś nie siedzi w chaszczach rosnących najbliżej drogi. Marcin usłyszał zbliżające się kroki drugiego z nich. Przeszedł dosłownie ze dwa metry obok. Przez plecy Marcina przebiegł lodowaty dreszcz strachu. Kompletnie stracił orientację, gdzie tak właściwie pochowała się reszta ekipy. Tych krzaków było całkiem sporo. Wydawało mu się, że Borek wlazł gdzieś za budę.

- To jak już tam wleźliście, to sprawdźcie może ten barak - krzyknął ktoś od strony samochodu.

- Dobra, nie chce mi się już kurwa szukać. Musieli rzeczywiście się urwać... - odparł jeden z przeszukujących teren.

- Ok, to wracajcie. Jedziem dalej. Może to nie oni.

Kroki oddaliły się. Rozległ się niezbyt donośny trzask czworga drzwi samochodu. Kierowca odpalił silnik i fiat powoli odtoczył się z pobocza. Wtedy grupka wracająca z ogniska do domu wpadła w totalny amok, pękły ostatnie nitki utrzymujące ich chwiejną równowagę psychiczną. Bez żadnego porozumienia zerwali się z krzaków i w nieprzytomnym obłędzie rzucili się w dziki sprint w kierunku świecących się hen daleko światełek. Biegli przez zaorane uprawne pola, co nie było łatwe. Ich nogi zapadały się w sypkiej ziemi. Marcin biegł i czuł, że wyciąga ze swojego organizmu wszystko, co ten może zaoferować jeśli chodzi o wzmożony wysiłek. Adrenalina w magiczny sposób odebrała mu poczucie zmęczenia. Widział tylko coraz bardziej zbliżające się śpiące zabudowania i słyszał gdzieś za sobą jęki i dyszenia swojego towarzystwa. Gdy już znaleźli się blisko chałup, wściekle rozjazgotały się psy. Mieszkali tu zapewne prości rolnicy, którzy nie za bardzo lubią, kiedy ktoś w nocy włóczy się po ich polach. Grupka uciekinierów nagle zgłupiała. Zapalały się kolejne światła na podwórzach. Ruszyli więc w bieg w kierunku wzdłuż ogrodzeń. Wydawało się, że ten szaleńczy bieg nie będzie miał końca. Stracili już w pewnym momencie orientację, mijając kolejne posesje otoczone betonowymi ogrodzeniami. Przez pewien czas biegli jakimś podejrzanym rowem porośniętym dziką trawą sięgającą im aż po uda. Potem jeszcze musieli przejść przez niski murek.Ida o mało nie rozcięła sobie łydki o wystający pręt zbrojeniowy.

Wreszcie się zatrzymali. Wciąż znajdowali się na polu. Poczuli się tu bezpieczniej, bo od strony biegnącej gdzieś już naprawdę daleko szosy, oddzielał ich rząd wysokich krzewów. Wszyscy ciężko oddychali. Krzysiek dostał ataku kaszlu. Klapnęli jak jeden mąż na stare, wysuszone i brudne rżysko. Spojrzeli się po sobie i zaczęli rechotać. Był to z pewnością efekt histerii, ale jednocześnie pierwotnej radości z udanej ucieczki.

- Ja pierniczę! - śmiała się purpurowa na twarzy Ida - dobrze, że się schowaliśmy. To jakieś niezłe chamy były. Szukali nas.

- Krzychu, ale żeś spierniczał, ja nie mogę! - Monika nie odmówiła sobie złośliwości wobec Krzyśka. Ten nic nie powiedział. Z trudem dochodził do siebie. Trzymał się pod boki, jakby przebiegł pół-maraton. W ogóle nie był to jego dzień. I noc też nie. Wszystkie jego przeczucia okazały się mylne. Jego rywal w drodze po serce Moniki nic nie mówił. Marcin kucnął na rżysku i nad czymś się głęboko zamyślił.

- Borek... - rzucił sucho.

- Co, Borek? - zapytała ze zdziwieniem Ida.

- Borek - odparł Marcin - gdzie jest Borek?

Spojrzeli się znów po sobie. Fakt był bezsporny. Był Marcin, był Krzysiek, była Ida, była Monika. Borka nie było. Nikt z nich nie zauważył jego zniknięcia. Zapodział się po drodze? Został przy budzie? A może złapały go te małpy z fiata? Rany boskie, Borek się zapodział!

Byli bardzo zmęczeni już całym tym dniem, imprezą, chowaniem się, ucieczką. Stwierdzili jednak, że należy wrócić po Borka. Nie zostawia się rannych na polu bitwy.

Niebo lekko poszarzało. Nadchodził szybki późno-wiosenny świt. Mogli już dostrzec swoje własne ślady w gruncie. Ruszyli więc tym tropem. W miejscu, w którym dobiegli pod zabudowania, ziemia była dosłownie rozkopana ich butami. Dopiero wtedy uświadomili sobie skalę swojej paniki. Dopiero też wtedy zrozumieli jak wielki odcinek pokonali. Nim doszli do szosy w rejonie opuszczonej budy otoczonej krzakami, zdążyło zrobić się dosyć jasno. Zapowiadał się słoneczny dzień. W tych okolicznościach miejsce, w którym najedli się tyle strachu, straciło swój posępny wymiar. Żadnych śladów bytności Borka lub mogących wskazywać na dalszy rozwój wypadków nie znaleźli. Pokrzyczeli trochę tu i tam, ponawoływali, ale szybko im przeszła na to ochota, bo nie miało to na tym pustkowiu większego sensu. Kilka razy przejechały szosą auta pokryte cieniutką chmurką rosy. Nikt nie zwrócił najmniejszej uwagi na grupkę młodych ludzi kręcących się przy starej przydrożnej budzie.

- I co teraz robić? - zapytała Monika i z nadzieją w oczach spojrzała na Marcina.

- Trzeba dalej szukać Borka - wtrącił się Krzysiek.

- Ja uważam, że teraz to musimy iść dalej szosą do miasta. - zawyrokował poważnym głosem Marcin. - Tak jak szliśmy nocą. Nic mądrzejszego nie wymyślimy. Po drodze zastanowimy się, komu to wszystko zgłosić. Pewnie trzeba iść na policję. Musimy też zawiadomić rodziców Borka o tym, co się stało.

Wszyscy przyjęli to milczącą zgodą. Nikt już nie śmiał forsować swoich wizji, jak do tej pory rację miał zawsze Marcin.

Ruszyli przed siebie w posępnych nastrojach. Każdy na nowo przeżywał wypadki z ostatnich godzin. Ogarnął ich jakiś bliżej niesprecyzowany niepokój.

- Nie możemy czekać - przerwał to milczenie Marcin. - Jak nadjedzie jakiś samochód, to zatrzymamy go i poprosimy o podwiezienie na najbliższy komisariat.

- Wątpię, żeby ktoś się zatrzymał. Tu, na tym odludziu? - Ida najwyraźniej nie wierzyła w powodzenie tego planu.

- Będziemy próbować - uparł się Marcin. Znów zapadło milczenie. Nikt się nie odzywał.

Uszli jakieś sto metrów i dosłownie stanęli jak wryci.

- To jest coś nieprawdopodobnego... - wycedził Krzysiek.

Widok jaki ujrzeli przed sobą doszczętnie ich sparaliżował.

Z oddali nadjeżdżał samochód. Mimo że był daleko, z łatwością można było już ocenić markę i kolor. To bez dwóch zdań był duży fiat w kolorze kości słoniowej.

- To jakiś zły sen - stęknęła Monika.

- Uciekamy? - Krzysiek tym razem już łatwo porzucił rolę herosa.

- Stoimy i czekamy... - zimno rzucił Marcin.

I tak nie było sensu uciekać. Byli widoczni na tym pustkowiu z odległości kilometra.

Ludzie z fiata o kolorze kości słoniowej musieli dostrzec ich bardzo szybko. Samochód zwolnił, ale bezlitośnie przybliżał się do nich. Im był bliżej, tym lepiej było widać, kto siedzi w środku. Tym razem było ich tam pięciu. Pięć głów. Dwie z przodu, trzy z tyłu.

Fiat zjechał na pobocze i zatrzymał się jakieś trzydzieści metrów od nich. Marcin miał bardzo dobry wzrok i dostrzegł coś, co jeszcze bardziej go zmroziło.

- Słuchajcie. - rzucił niby od niechcenia, ale głos mu lekko zadrżał. - Ten piąty w samochodzie to Borek. Siedzi z tyłu, w środku, między dwoma chłopami.

- Ja pierniczę - mruknęła Monika. - To już naprawdę jest jakaś masakra. O co tu chodzi? Co teraz robić, Marcin?

- Idę z nimi pogadać - zdecydował odważnie Marcin i nawet zrobił pierwszy krok w kierunku fiata.

W tej samej chwili otworzyły się tylne drzwi auta. Najpierw wysiadł przysadzisty i krępy chłopak ostrzyżony na rekruta. Tuz za nim powoli wygramolił się Borek. Ku zaskoczeniu swoich przestraszonych przyjaciół pomachał im wesoło ręką. Jego twarz wyrażała to co zwykle, czyli niczym nie zmąconą wesołość. Powiedział coś do ludzi z samochodu i znów pomachał ręką. Był to ewidentny w swym wyrazie gest. Borek chciał żeby to oni przyszli do niego. Zrobili to. Szli szybko w stronę fiata. Byli gotowi już na wszystkie możliwe rozwiązania. Borek tymczasem wołał już do nich:

- No siemanko! Gdzie was poniosło? Wołałem do was, ale gdzie tam. Polecieliście jak porąbani.

Ida, Monika, Krzysiek i Marcin zrobili wielkie oczy. Patrzyli to na Borka, to na pasażerów samochodu. Było to czterech chłopaków, trochę starszych od nich.

- Ty, Borek, o co tu chodzi? - wypalił wprost Marcin.

- Chłopaki byli na naszym ognisku. To są znajomi Zmory. A Zmora przyszedł z Anką. To oni puszczali muzę. Zapomnieliśmy o nich zupełnie. Przyjechali dużym fiatem. My w końcu stamtąd poszliśmy. Tyle że ten łoś - tu Borek wskazał na Krzyśka - nie wziął plecaka. Ludzie od nas z klasy się zorientowali. Chłopaki od fiata zadeklarowali się, że nam ten plecak podwiozą. Ruszyli za nami, ale podobno dużo łaziło w nocy po szosie takich ekip wracających z imprez. I oni nie byli pewni, czy to chodzi o nas. A że są ogólnie nieśmiali, to wstydzili się zapytać. Za trzecim razem już mieli się przełamać, ale my żeśmy się pochowali w krzakach. Próbowali nas szukać. Wy nagle polecieliście w pole, a ja z tych krzaków zobaczyłem Adama. Jego brat grał kiedyś w piłkę z moim braciakiem. To wylazłem i się dogadałem z nimi. Wszystko się wyjaśniło. Ty, Adam - Borek zajrzał do wnętrza samochodu - dasz ten plecak?

Chłopak o imieniu Adam siedzący za kierownicą, wysiadł z fiata, obszedł go z poważną miną. Otworzył bagażnik, wyjął z niego jaskrawo zielony plecak Krzyśka. Krzysiek przejął go z absolutnie głupią miną.

- Dobra, to będziemy lecieć - rzucił Borek w kierunku pasażerów fiata. - Musimy w końcu dojść do miasta.

- Poczekajcie tu - odezwał się w końcu ten Adam - odwiozę chłopaków i zaraz wracam. Podwiozę was. Tylko nie odchodźcie stąd, ani nie uciekajcie nigdzie.

Fiat w kolorze kości słoniowej po raz nie wiadomo już który zrobił zawrotkę i z całkiem niezłym przyśpieszeniem zerwał się do jazdy, pozostawiając po sobie tylko delikatny i całkiem przyjemny zapach spalin.

--

Podpis: 

Doktor U-boot sierpień 2018
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Sprawca (fragment II) Sprawca (fragment) Taedium vitae
Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e Bo czymże jest życie, jeśli nie przygodą na krawędzi?
Sponsorowane: 75Sponsorowane: 70Sponsorowane: 65
Auto płaci: 65

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2021 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.