https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
200

Od gołębia do Gołębiewskiego

Autor płaci:
200

  Jeśli uwierzysz, że odchody gołębia mogą Ci przynieść szczęście, jak mówią , to zobacz co się może zdarzyć.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W lipcu nagrodą jest książka
Nawiedziny

Powodzenia.

SPONSOROWANE

Od gołębia do Gołębiewskiego

Jeśli uwierzysz, że odchody gołębia mogą Ci przynieść szczęście, jak mówią , to zobacz co się może zdarzyć.

Jadeitowy Pałac

Zwykły dzień stopniowo staje się coraz bardziej szalony i nieprawdopodobny. Political fiction.

Sprawca (fragment IV)

Ciąg dalszy śledztwa prowadzonego przez detektywa Massa.

Sprawca (fragment III)

Fragment III.

Sprawca (fragment II)

Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Sprawca (fragment)

Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Noc wichrów

Fragment "Sycylijskiego pioruna"

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Liście lecą z drzew

Krótki wiersz

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1201
użytkowników.

Gości:
1201
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 80451

80451

Naprawdę udany dzień

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
17-03-16

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Psychologia/Rodzina/Przyjaźń
Rozmiar
17 kb
Czytane
1632
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
18-04-23

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: DoktorUboot Podpis: Doktor U-boot
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Historia udanego dnia.

Opublikowany w:

opowiadania.pl

Naprawdę udany dzień

Powiedzieć, że Karol był w nastroju osobliwym, to znaczy nic nie powiedzieć.

Przez cały czas pobytu u Balickich walczyły w nim ze sobą dwa całkowicie sprzeczne uczucia. Tkliwość i irytacja. To pierwsze wywołała w głównej mierze pita regularnymi kolejkami nalewka, rozlewająca się we wnętrznościach fantastycznym ciepłem. Po każdym kolejnym kieliszeczku ciemno-bordowego, zawiesistego alkoholu przez jakiś czas wszystko co znajdowało się w zasięgu wzroku, rozczulało go i nastrajało melancholijnie. Wtedy Karol bał się, że się po prostu pobeczy od patrzenia na to poukładane od a do z życie swoich najlepszych przyjaciół, których znał od czasów już zupełnie niepamiętnych.

A irytacja? Przychodziła nagle, pomiędzy zagryzieniem jędrnego, schłodzonego grzybka marynowanego a kolejnym wypowiedzianym banałem, czy to przez samego siebie, czy to przez gospodarzy.

Baliccy zaprosili Karola na zwykłą wieczorną posiadówkę, nie widzieli się już ze sobą bardzo dawno. No, i jak to mieli w zwyczaju, ugościli go stołem zawalonym doskonałym jedzeniem – własnej oczywiście roboty – i nalewką wyprodukowaną przez wszystko-potrafiącego Marka, męża Arletty i ojca dwunastoletniej Pauliny. Karol siedział więc przy tym stole z coraz bardziej ciążącym brzuchem, wypijał kolejne kolejki nalewki do rytmu coraz częstszych nawoływań Marka, i na zmianę – to roztkliwiał się, to aż czerwieniał od wewnętrznej złości.

No bo tak patrząc z jednej strony: Jak to możliwe? Jego własne życie układało się dosyć kiepsko, mimo dopiero sześćdziesiątki na karku czuł się czasami jak osiemdziesięciolatek wiszący nad grobem – wciąż jednak została mu przyjaźń z Balickimi. Karol był pewien, że to jednak nie byle co, zwłaszcza w jego sytuacji.

Mogli nie widzieć się i pół roku, a potem dzwoni Arletta, i znów siedzą jak za dawnych lat przy jedzeniu i alkoholu, rozmawiają sobie o wszystkim i o niczym przy włączonym w tle telewizorze. Zmienił się, owszem, anturaż. Już nie ma tej małej klitki ze ślepą kuchnią – Baliccy zbudowali sobie porządny dom i urządzili go jak trzeba, przytulnie i bez nowobogackich fajerwerków.

A więc nie jest ze mną jeszcze tak źle, coś jednak mi jeszcze zostało – pomyślał Karol broniąc się ostatkiem sił przed uronieniem kiczowatej łzy, gdy tak patrzył jak poczciwie płonie domowe ognisko Balickich. A tu jeszcze Paulina, już pół-dziecko, pół-kobieta, wpadła po raz setny do dużej i przestronnej kuchni, skąd można było podziwiać przez duże okno bujny drzewostan porastający posesję, i nie bacząc na nic, wcinając się starszym w pół słowa, zmusiła ich wszystkich do pochylenia się nad swoimi najnowszymi rysunkami. Tylko ktoś wyjątkowo złośliwy mógłby nazwać je zwykłymi bazgrołami – przemknęło przez Karolową lekko nietrzeźwą świadomość. Na szczęście udało mu się nad sobą jakoś zapanować.

Złożona natura Karola nie dawała mu jednak odetchnąć. Fale podwyższonej egzaltacji miały u niego to do siebie, że tak jak nagle przychodziły, tak samo nagle musiały ustąpić przed spadającym na niego, niczym diabeł z szafy, atakiem złości na dosłownie wszystko – siebie samego oraz na ludzi, którzy właśnie go otaczali, niby przyjaciół, ale jednak osoby wyjątkowo głupie i małoduszne.

Oto i Arletta – coś gadało do Karola w środku jego głowy – kiepsko starzejąca się wariatka, chcąca skazywać ludzi na śmierć za niedostateczne jej zdaniem pochylenie się nad losem wszystkich małych kotków świata i jednocześnie gorąca orędowniczka możliwości wyskrobania się w każdej możliwej godzinie ciąży, która najpewniej i tak z racji wieku nie powinna funkcjonować w jej zainteresowaniach. Niby śląca na lewo i prawo czułe uśmiechy i nieudolnie grająca ciotkę-klotkę. W każdej jednak chwili gotowa wbić szpilę samemu Panu Bogu.

Marek – podpowiadała najedzona i napita głowa – nudny jak sto egzemplarzy „Tygodnika Powszechnego” facet, nie widzący świata poza wędkowaniem, piciem piwa i nalewek oraz sadzeniem kolejnych drzew na swojej (to znaczy wziętej oczywiście jako posag żony) ogromnej działce położonej tuż pod wspaniałym lasem. Wszystko mu się zawsze udaje, to jasne. A jak mu się nie udaje, to robi tę swoją mało mądrą minę i też jest w porządku”.

Dobrze, że Marek w końcu zrobił to, do czego od zawsze, czyli od momentu, gdy Karol go poznał, miał wyjątkowy temperament – czyli wskazał na pełne kieliszeczki. Nim nalewka przestała palić Karolowe gardło, Balicki ponownie uczynił dobrze znany wszystkim gest – uniesiona ręka nakazywała wychylić następnego, bo jak gospodarz lubił mawiać: „szkłem przejdzie”.

Karol po raz nie wiadomo który potraktował toast jako ratunek. Jeszcze sekunda, a wstałby przewracając krzesło i opuścił ten małomieszczański barłóg, ten sam który chwilę wcześniej wydawał mu się esencją normalności, wzorem, dodajmy koniecznie, niedościgłym wzorem. Nie wykluczał, że mógłby na odchodne jeszcze ochrzanić na do widzenia i tę małą Paulinę, tego nieznośnego i w gruncie rzeczy niezbyt rozgarniętego dzieciaka.

Opanował się jednak, znów się udało...

Arletta stanęła w drzwiach. Wyglądała jakoś inaczej.

– Karol – zaczęła w uroczystej tonacji. - Przepraszamy cię bardzo. Zapomnieliśmy o twoich urodzinach. No, ale co się odwlecze, to nie uciecze. Nasz drogi przyjacielu – już paplała w swojej ulubionej egzaltowanej manierze – mamy nadzieję, że przyjmiesz od nas ten mały drobny prezencik.

Karol wstał.

Poczuł, że jego twarz zamienia się w istną purpurę. W dłoniach Arletty dostrzegł jakąś kopertę.

O Boże, musieli zauważyć, że mam poprzecierane rękawy w marynarce, czyli jak zwykle kiepsko u mnie z forsą. Co za upokorzenie.

– Paula, daj wujkowi prezent, no co się tak gapisz? - Arletta wcisnęła kopertę córce, która właśnie wyjrzała zza pleców matki z dziwną miną wypisaną na ponurej twarzy, na szczęście nie noszącej znamion podobieństwa do rodzicielki.

Poszła w Marka – zanim ostatecznie przekształci się w kobietę będzie przynajmniej jako tako wyglądała. Karol już dawno temu przyjął ten fakt z ulgą. Teraz jednak uderzyło go to z podwójną mocą. Dziewczyna będzie mieć łatwiej w życiu nie mając krótkich, balaskowatych nóżek, tendencji do tycia i czarnych włosów, które jeszcze zwykle przed trzydziestką zaczynają siwieć.

Paulina ostentacyjnie się ociągając capnęła kopertę w szczupłą dłoń, nienaturalnie długą jak na dwunastolatkę. Bez przekonania ruszyła w stronę Karola, łypiąc na niego spod nastroszonego czoła. Karol w tym czasie coś dukał pod nosem, chyba coś o tym, że „nie trzeba było”, zanim koperta została mu dostarczona zdążył ze dwa razy rozpiąć i zapiąć marynarkę.

Otworzył kopertę. Wcześniej Marek – który jak zwykle zachowywał lodowatą obojętność wobec wszystkiego co dzieje się tak na całym Bożym świecie, jak i obok niego samego – widząc niewyraźną minę Karola stuknął palcem w swój kieliszek i mruknął:

– No dalej, stary. Otwieraj i walniemy po jednym, bo szkłem przejdzie.

W kopercie na szczęście nie było pieniędzy. Była tam za to jakaś tekturowa, złożona na pół, kartka.

– Pomyśleliśmy, że będziesz zadowolony - szczebiotała rozanielona Arletta. - Nie mieliśmy pomysłu, po co komu kolejne książki, filmy czy inne płyty. No i w końcu to nam przyszło do głowy. Mówiłeś kiedyś, że chciałbyś wreszcie się zrelaksować, odpocząć.

Tajemnicza kartka okazała się być zaproszeniem na tygodniowy pobyt w pięknym hotelu w górach.

Spa, basen, masaże, wycieczki, uroczyste kolacje, no i jako atrakcja główna – koncert renomowanego kwartetu smyczkowego. Bajka. Dla Karola te wszystkie spa i baseny były psu na budę, nie miał zamiaru pokazywać światu swojego wielkiego, opuchniętego bebecha i pomarszczonej skóry. Wycieczki po górach też nie bardzo. Ale samotne spacery, podziwianie widoku z okna? Wykwintne posiłki? No i ten kwartet. Udało im się. Cholera, udało im się. Znów się wzruszył.

– Dziękuję wam bardzo, bardzo – wydukał z drżeniem w głosie. Agnieszka, czego wyjątkowo nienawidził, rzuciła się do obejmowania i przytulania.

***

Karol na wszelki wypadek przybył na dworzec godzinę wcześniej. Zmusił go do tego silny stres przedpodróżowy. Zapomniał już, że od dziecka zawsze przy każdej podróży musiał się z nim borykać. Ostatni raz był gdzieś dalej... Nawet nie pamiętał. Chyba u rodziny, w Kielcach. Ale kiedy to tak naprawdę było? Z dziesięć lat temu, albo i dawniej.

Nie potrafił sam siebie oszukiwać, a jeśli już, to przynajmniej nie chciał tego robić zbyt długo. Nie miał ochoty tego tak pięknie zapowiadającego się dnia poświęcać na dąsy i czarnowidztwo, co zwykle pomaga mu przetrwać czas od świtu do zmierzchu. Był ewidentnie podekscytowany. Nie przejmował się nawet, że być może przyjdzie mu spędzić trzy godziny z jakimiś obcymi osobami w przedziale, co teoretycznie powinno go poważnie zirytować. Tego dnia było jakoś inaczej. Chciał tylko jechać tak sobie i patrzeć przez okno na przelatujące drzewa, lasy i domy. Wszystko inne musiało zejść w cień.

Pani w kasach wszystko mu wytłumaczyła. Najpierw pośpiesznym do G. Tam przesiadka w regionalny, godzinka i powinien być w maleńkiej miejscowości T. Tam już tylko złapać „pekaes”, następna godzinka i już. Liczył nawet na to, że przystanek będzie na tyle daleko od pałacyku, że będzie mógł dojść tam niespiesznym spacerem. Ech spacer z takimi widokami, w takim powietrzu...

Wszystko układało się lepiej niż mógł sobie wyobrazić. Przez całą trasę pośpiesznego przesiedział w pustym i wyjątkowo czystym przedziale. No nie zupełnie pustym. W L. Dosiadła się miła a do tego całkiem przystojna pani w jego wieku. Zajęła się swoją książką, wymieniali tylko zdawkowe, kurtuazyjne zdanka, tak w sam raz to się ułożyło.

G. przywitało go piękną, wczesną wiosną. Regionalny miał być dopiero za półtorej godziny, więc Karol wybrał się na nieodległy rynek. Zjadł tam dobrego hot-doga, siedząc na sympatycznej ławce zalewanej przez wyjątkowo jak na początek kwietnia ciepłe słoneczko.

Regionalny przyjechał niemal co do minuty według rozkazu. Zabrał jego i wycieczkę dzieci wraz z bardzo atrakcyjnymi – jak ocenił – młodymi wychowawczyniami. Droga minęła całkiem w porządku, aczkolwiek już się Karolowi zaczęło trochę dłużyć. Już chciałby być na miejscu. Wśród górek i lasów. Takich jak za oknem tego coraz bardziej opustoszałego pociągu, który jakby z każdą kolejną małą stacyjką jechał wolniej i wolniej...

T.

Na maleńkim i porośniętym trawą peroniku wysiadł tylko on i jakaś starowina, która rach, ciach zniknęła gdzieś w zaroślach. Stacyjka otoczona była z dwóch stron przez ściany gęstego lasu. Pordzewiała zapadnięta wiata łopotała arkuszami blachy. Dobrze, że ktoś życzliwy w pociągu podpowiedział mu, że T. To już, teraz, bo podobnie jak na wcześniejszych stacjach-widmo i tutaj tablica mająca informować świat co to właściwie za miejsce była tak brudna, że właściwie z trudem dawało sie ją odczytać.

Karol nie zdziwił się, że właśnie tak to wszystko wygląda. Tak sobie właściwie to wyobrażał. Odludzie. Miejsce zapomniane przez świat, wciśnięte w potęgę puszczy. Oaza luksusu wśród leśnych ostępów.

Ruszył więc na koniec peroniku, zszedł po zrujnowanych betonowych schodkach i znalazł się na leśnej drodze przecinającej tory. Iść w prawo czy w lewo? Żadnej tablicy, żadnej żywej duszy. Szkoda, że ta staruszka tak szybko zniknęła, pewnie miejscowa. Ale że ten pałacyk się nie reklamuje? Pewnie nie chcą żeby ludziska z okolicy tam nie przyłazili i zakłócali wypoczynek gościom.

Już, już miał na końcu języka decyzję co do kierunku marszu. Niewielka walizka którą ze sobą zabrał trochę mu już zaczęła ciążyć, ale był w jakimś przedziwnym nastroju. Było mu lekko, przyjemnie i... Po prostu wesoło, tak jak już dawno mu nie było.

Nagle z pomiędzy krzaków porastających rów biegnący wzdłuż torów, wychyliła się jakaś ludzka bez wątpienia głowa. Rozczochrany łeb, czerwona, ogorzała twarz. Karol aż zrobił krok w tył.

– Panie, pan przyjechałeś do pałacyku? - zapytała głowa.

– Tak, skąd pan wie? - wydukał zaskoczony, zszokowany.

– A bo ja mam list dla pana.

Tajemniczy człowiek wygramolił się z krzaków. To pewnie ktoś stąd. Karol obmierzył go wzrokiem. Cholera wie, co takiemu może strzelić do łba.

Był potargany, niski i żylasty. Na ewidentnym kacu. Gdy zbliżył się do Karola, ten błyskawicznie zmienił do niego nastawienie. Ot, typowy mieszkaniec zabiedzonej Polski. W tym jak opowiadał historię przekazania mu owego listu, było coś, co ostatecznie wzbudziło w Karolu sympatię.

Najwyraźniej ten człowiek był głęboko dumny, że mógł na chwilę wyrwać się ze swojego biednego żywota i wziąć udział w sprawie wymagającej odpowiedzialności i punktualności, ale też sprawie, która jest bez dwóch zdań elementem jakiejś bardziej jeszcze ważnej sprawy. W związku z tym fakt, że to właśnie jemu zaufano, wzbudził w nim poczucie jakby nabożnej pokory. Mówił wolno, poważnym głosem, starając się z całych sił nie wklejać w swą opowieść słów potocznych i przekleństw, co zapewne mogło sprawić mu fizyczny ból. W głosie miał charakterystyczny zaśpiew. Zaczął opowiadać.

Jacyś „szanowni państwo” wynaleźli skądś jego numer telefonu, to znaczy numer do jego matki, bo on w swoim ma nieważną kartę. Poprosili go tą drogą o drobną, ale jednak cenną przysługę. Miał więc czekać na list, który po odebraniu należało przekazać właśnie „panu” czyli Karolowi, o tej właśnie konkretnej godzinie, w tym konkretnym dniu, i w tym konkretnym miejscu.

„Szanowni państwo” zapewnili go, że „ten pan” na pewno tego dnia, o tej konkretnej godzinie tu się pojawi. Przyszedł jednak dwie godziny wcześniej, bo to nigdy nie wiadomo. Na koniec, nieco speszony, przyznał, że otrzymał za wykonanie tego zlecenia „jakieś pieniążki”, ale też tamci państwo dali mu do zrozumienia...

Karol nie czekając, mocno już zaintrygowany tą przedziwną sytuacją, rozerwał kopertę. W środku był list. Najprawdziwszy, napisany ręcznie list. Spojrzał znacząco na dostarczyciela – w mig pojął o co chodzi. Skłonił głowę i wycofał się w swoje zarośla.

***

Karol.

Postanowiliśmy napisać do Ciebie tych kilka zdań, żebyś miał pełną jasność co do celu i zasadności
tego naszego małego psikusa, który Tobie właśnie sprawiliśmy.

Masz prawo poczuć się jak osoba zdezorientowana. Dostałeś od nas przecież zaproszenie do prywatnego sanatorium w ekskluzywnym pałacyku, a tymczasem wylądowałeś – jak mniemamy udało Ci się dostać w opisane przez nas miejsce, skoro czytasz list – w jakiejś opuszczonej przez Boga dziurze. Nie szukaj Karolu żadnego pałacyku, bo nie ma go tam, a przynajmniej my nic o istnieniu takiego przybytku w tamtej okolicy nie wiemy.

Teraz z pewnością zadajesz sobie jedyne możliwe pytanie, czyli: dlaczego? Dlaczego ludzie których znam od stu lat wycinają mi taki numer. Dlaczego wybrali sobie okazję w postaci wyjątkowego dnia jakim są urodziny i uknuli taką dziwaczną intrygę? Tak, Karol. Każdy na Twoim miejscu o to zapytał. Nie będziemy unikać odpowiedzi.

A zatem. Szczerze. Już od długiego czasu czuliśmy się przez Ciebie wykorzystywani. Dopóki my sami się do Ciebie nie odezwaliśmy, nie mogliśmy liczyć na Twoją wizytę. Czekaliśmy miesiącami na to, że w końcu może łaskawie się odezwiesz i zapytasz co u nas. Czekaliśmy, naiwnie. Pozostawało nam zawsze tylko zaprosić Ciebie do nas. Schować honor w kieszeń i samemu walczyć o tę znajomość, bo czy można to coś nazwać przyjaźnią, skoro chce jej tylko jedna strona?

Nie, nie myśl, że Ci cokolwiek wypominamy. Zawsze u nas mogłeś liczyć na godne przyjęcie. Nie pytaliśmy nigdy, dlaczego nie zaprosisz nas do siebie. Tłumaczyłeś się, że nie masz pieniędzy żeby nas podobnie ugościć. Tylko też na jednym oddechu opowiadasz w kółko o pracy, w której musisz spędzać czas od rana do wieczora. Nie widzisz tu sprzeczności? Pracujesz dużo i nie masz z tego nic? O co tu chodzi Karol?

Na sam koniec musimy jeszcze napomknąć o jednej kwestii. Twoje zachowanie. Jakby do Ciebie dobrze nie podchodzić, tak zawsze Ty jesteś naburmuszony. Jakiego tematu by z Tobą nie podjąć, to Ty zawsze masz odmienne zdanie. Karol, nie rozumiemy większości z Twoich przekonań. Jest nam po prostu ciężko z Tobą wytrzymać i jeszcze ciężej walczyć o Ciebie, bo sam nie robisz nic żeby to wszystko jakoś lepiej się układało.

Karolina na samo słowo, że ma przyjść wujek Karol robi się skwaszona. Nigdy jej nic nie przyniosłeś, nie zainteresowałeś się jej rysunkami, a przecież tylko ślepiec nie zauważyłby tego, jak bardzo zdolna jest ta dziewczyna.

Masz już obraz całej sytuacji. Bardzo chcieliśmy żebyś poczuł się tak jak my, bezradny i pozostawiony przez bliską osobę. Nie, Karol, to nie zemsta, to nie odwet.

Być może takie coś, taki wstrząs jak utrata przyjaciół (jednak) pozwoli Ci się otrząsnąć i nauczyć się w przyszłości budować relacje z ludźmi. Mamy taką nadzieję i szczerze Ci tego życzymy na dalszej drodze Twojego życia.

Arleta, Damian i Karolina.

***

...No i właśnie ci państwo powiedzieli mi, że od pana też mogę liczyć na drobną, tę, rękąpęnsantę

Karol spojrzał na miejscowego, ale już zupełnie inne było to spojrzenie.

– Ma pan ochotę się napić?

Tamten nie zrozumiał pytania. Trzeba było mu je powtórzyć i w prostych słowach dać mu do zrozumienia, że wszelkie koszta tego projektowanego napitku poniesie nie kto inny, jak ten właśnie stojący przed nim otyły na twarzy człowiek, ubrany w znoszony już bardzo płaszcz i trzymający niedużą walizkę. Ruszyli, patrząc na tory w kierunku z którego przybył, w prawo, co bardzo Karola ucieszyło. Zapowiadał się naprawdę udany dzień. Tak jak chciał.

Podpis: 

Doktor U-boot marzec 2017
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Jadeitowy Pałac Sprawca (fragment IV) Sprawca (fragment III)
Zwykły dzień stopniowo staje się coraz bardziej szalony i nieprawdopodobny. Political fiction. Ciąg dalszy śledztwa prowadzonego przez detektywa Massa. Fragment III.
Sponsorowane: 150Sponsorowane: 85Sponsorowane: 80
Auto płaci: 100

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2022 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.