https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
80

Sprawca (fragment III)

Autor płaci:
100

  Fragment III.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W listopadzie nagrodą jest książka
Córka łowcy demonów
Jana Oliver
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Sprawca (fragment III)

Fragment III.

Sprawca (fragment II)

Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Sprawca (fragment)

Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Taedium vitae

Bo czymże jest życie, jeśli nie przygodą na krawędzi?

Tatuś cię kocha

Na balkonie, tym pod mieszkaniem Olgi, dostrzegłam jakąś parę, ale nie byłam w stanie ich rozpoznać. Kłócili się. Nagle usłyszałam PLASK.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Bliskie spotkania

Chodźmy...

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Liście lecą z drzew

Krótki wiersz

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1055
użytkowników.

Gości:
1055
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 777

777

Holl

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
03-07-21

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Fantastyka/-/-
Rozmiar
60 kb
Czytane
2431
Głosy
7
Ocena
4.64

Zmiany
03-07-21

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: an_ge Podpis: And God in his wrath, send an an_ge down to Earth.
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
stare i długie, wrzucone z nudów. z pozdrowieniami dla fanow BtVS

Opublikowany w:

nowhere

Holl



„Holl”


Pierwszy dzień w nowej szkole. Frajda jak cholera, szczególnie dlatego, iż jest piątek. Jakby nie mogli mu darować tego jednego dnia! Ale nieeeee, im szybciej tym lepiej. Akurat.
Zszedł z chodnika na jezdnię nie patrząc nawet czy przypadkiem nic nie jedzie. Wolnym krokiem przemierzył ulicę i zatrzymał się po drugiej stronie. Uważnie przyjrzał się młodzieży stojącej (bądź siedzącej na trawniku) przed szkołą. Podobny obrazek widywał prawie na każdym szkolnym dziedzińcu.
- W każdym bądź razie jeśli mi się tu nie spodoba, zawsze mogę dać się wywalić - pocieszył się w myślach - Matka na pewno będzie kręcić nosem, bo ta nowa chata jest całkiem klawa. Ech, mówi się trudno!
Poprawił plecak i przeczesał dłonią włosy. Sięgały prawie do ramienia, ale nie miał zamiaru ich ścinać. Między innymi dlatego, że dobrze ukrywały blizny na karku. Szkoda, że nie mógł nosić rękawiczek, gdyż blizny na przegubach też prowokowały ludzką ciekawość. Głupie pytania są najgorsze.
Zadzwonił dzwonek i młodzież powoli znikała w dużych drzwiach budynku. A więc pierwsza lekcja w siódmej szkole w tym roku. Hurrra.

- Klasa! Proszę o ciszę! - zawołała piskliwie jego nowa wychowawczyni, a klasa (o dziwo!) natychmiast umilkła.
- Mamy nowego ucznia! - powiedziała, jak gdyby nikt go nie zauważył.
- Nazywa się Licen Hollen. Mam nadzieję, że znajdzie wśród was dobrych kolegów i koleżanki.
- Co jest imieniem, a co nazwiskiem? - wyrwał się jakiś chłystek z pierwszej ławki.
Nauczycielka popatrzyła na “nowego” niepewnie, więc odpowiedział
- Hollen to imię - popatrzył po twarzach młodych licealistów, ale praktycznie żadna z nich nie wyrażała czegoś więcej niż uprzejmego zainteresowania. Reszta powstrzymywała się przed obscenicznym ziewaniem.
Oczywiście czuł na sobie taksujące spojrzenia mocno umalowanych dziewczyn, ale to nie było czymś nadzwyczajnym. Zdążył przywyknąć do tego, że w każdej nowej szkole był rozchwytywanym facetem. Przyczyną jego powodzenia wśród płci pięknej, była jego atletyczna sylwetka i tajemniczy sposób bycia. To bardzo pociągało dziewczyny.
Wolno ruszył w stronę pustego miejsca. Prawie zawsze w towarzystwie ludzi wolno się poruszał. Wolał aby nikt nie wiedział o tym, że jest szybki niczym iluzjonista. Nawet na wychowanie fizyczne przynosił zwolnienia z biegów, a w kosza grał dobrze lecz bez zbytniego zwracania na siebie uwagi. Całą swoją energię wyładowywał na pływalni (jeśli takowa była dostępna). Na szczęście to liceum ją posiadało. Już wczoraj umówił się telefonicznie z ratownikiem, na jakie godziny może się zapisać.
Teraz siedział w pojedynczej ławce i nie zwracał uwagi na ukradkowe spojrzenia „tapetówek”, jak nazwał w myśli żeńską część swojej nowej “klasy”.


Przygotował się na najgorsze. Zaryglował drzwi, zasunął czarne rolety na oknach, na łóżku położył pięć woreczków z krwią, a sam się rozebrał. Popatrzył na zegar ścienny. Za pięć dwunasta.
Czekał. Dzisiaj przepłynął dwa i pół kilometra. Miał nadzieję, że bestia będzie zmordowana.
W pokoju stało tylko niewielkie łóżko okryte mocną, plastikową folią, a na ścianie nad drzwiami wisiał zegar na baterię. Wskazówki poruszały się niemiłosiernie wolno. Wolał to mieć już za sobą.
Matka zastukała cicho do drzwi.
- Wszystko w porządku? Może chcesz bym wyszła? - zapytała, a w jej głosie usłyszał lekką panikę.
Odetchnął głęboko siląc się na spokój.
- Zostań, to potrwa tylko godzinkę - po namyśle dodał - Dobrze zamknęłaś?
- Tak, ale... - w jej głosie dźwięczała niepewność.
- Drzwi wytrzymają. Masz pistolet?! Więc się nie wahaj. Będzie po sprawie.
- Holl!!! - tym razem to ona przerwała - Przestań!
- Idź spać, mamo.
Cisza. Mógł sobie wyobrazić jak zrezygnowana spuszcza głowę. Wiedział, że dopóki rano nie zobaczy go całego, nie zmruży oka.
- Dobranoc, synku.


Wolno otworzył oczy. Leżał jeszcze przez chwilkę, aż w końcu uświadomił sobie, że coś jest nie tak. Czarne rolety nie przepuszczały ani grama światła, więc spojrzał na zegarek. Dziesiąta trzydzieści. Ze zdumieniem stwierdził, że bolą go ramiona. Gwałtownie podniósł się z posłania i włosy, dosłownie, zjeżyły mu się na karku. Krew pokrywała łóżko i jego samego. Na ziemi leżały pęknięte torebki. W panice spojrzał na drzwi. Były OTWARTE, nie wyłamane.
- Nie, proszę, tylko nie to! - jęknął.
W biegu nałożył szlafrok i z impetem wparował do kuchni. Nikogo nie było. Bez namysłu poleciał do sypialni matki. Pustka.
Wszedł do salonu. Nogi ugięły się pod nim i wylądował na kolanach. Zimno, czuł narastający chłód, choć na dworze słońce prażyło tak, że kwiaty usychały.
Rękami objął głowę, a jego ciałem wstrząsnął dreszcz, a następnie szloch.
Tak zastała go matka.
- Holl, na miłość boską, co się stało?! - krzyknęła i upuszczając siatki podbiegła do niego.
Spojrzał na nią półprzytomnie, nie rozumiejąc skąd się wzięła.
- Zobaczyłem rozerwane woreczki...drzwi otwarte...ciebie nie było... Boże, myślałem...
W mig pojęła o co mu chodzi, mocno przytuliła go do siebie.
- Może się pomyliliśmy, może to dziś jest pierwszy dzień nowiu, może... - paplała co jej ślina na język przyniesie; sama w to nie wierzyła. Nigdy się jeszcze nie pomylili, a więc czy to możliwe, że koszmar dobiegł końca..?


Matka przetrzymała go w domu jeszcze tydzień. Nic. Ani razu się nie zmienił, ani razu nie miał ochoty na krew. Nie mógł uwierzyć w swoje szczęście, ale by być szczerym to brakowało mu czegoś...
Wesoły, lecz lekko zdezorientowany, pojawił się w szkole.
- Ooo! Holl, a już myśleliśmy, że panna Mufet cię odstraszyła! - klepnął go w plecy, na “dzień dobry”, nieznajomy chłopak.
Holl spojrzał na niego zdziwiony.
- Jestem Jack. Jack Monroe. Chodzę do klasy do której cię przydzielili, a panna Mufet jest wychowawczynią - wyjaśnił, mierząc go wzrokiem od stóp do głowy.
- Ach, rzeczywiście - przyznał Holl, bez zbytniego entuzjazmu.
Nie zrażony tym Jack zaproponował
- Może pokażę ci naszą budę?
- Jaaaaack! - wrzask był tak głośny i niespodziewany, że przestraszony chłopak aż podskoczył.
Za nim stała niepozorna, jasnowłosa, najwyżej 11 letnia dziewczynka. Duże zielone oczy mogłyby ciskać błyskawice.
- Czego?
- Masz się mną zająć - oznajmiła pokornym głosikiem.
Holl przyglądał się temu z rozbawieniem.
- Eee, może innym razem? - pytanie skierowane było właśnie do niego - Zapomniałem, że na karku mam siostrę.
Jack z zakłopotaniem patrzył na nowego kolegę. Widać było, że nie ma najmniejszej ochoty na zajmowanie się młodszą siostrą.
- Spoko.
- To na razie! - rzucił i zniknął w tłumie młodzieży.
- Jaaaaaaack, gdzie jesteś?! - wrzasnęła siostrzyczka i pobiegła go szukać.
Holl uśmiechnął się i raptem przypomniał sobie, że zostawił w szafce książkę do biologii, a do dzwonka pozostały niespełna dwie minuty.


Wewnętrzny głos ostrzegł przed zbliżającym się niebezpieczeństwem.
Gwałtownie się odwrócił i wpadł na biegnącą z naprzeciwka dziewczynę. Oboje upadli. Dziewczyna, wykazując dobry refleks, zdążyła podeprzeć się nogą i zmieniając szybko ciężar ciała wylądowała na zgiętym kolanie. On wylądował mniej estetycznie, bo na tyłku.
- Co do ciężkiej... - zaczął, ale gdy spojrzał na tamtą dosłownie zaniemówił.
Miała bardzo mocno podkreślone czarną kredką oczy, długie rzęsy i gdyby nie jej czarne źrenice i spojówki, uznałby makijaż za obrzydliwy. Poczuł na plecach gęsią skórkę; patrzyła na niego spode łba, a wzrok ten nie wyrażał żadnych uczuć. Poprawka, był jak sopel lodu w gorące popołudnie.
Poderwała się z posadzki. Holl z niesmakiem zauważył, że ma farbowane, króciutkie włosy. Nie lubił platynowych blondynek, więc od razu nie przypadła mu do gustu.
Podniósł się i (całkiem niepotrzebnie) otrzepał spodnie. Ciemnoszara, wąska sukienka dobrze opinała wysportowaną sylwetkę nieznajomej.
- Gdyby nie kolor włosów i krzykliwie pomalowane oczy, byłaby przeciętna - pomyślał, ale zaraz sam siebie poprawił - Nie, zwykła dziewczyna tak nie chodzi.
Wyminęła go szybko, bez słowa. Poruszała się z iście kocią gracją, lekko kręcąc biodrami.
Korciło go, ale się za nią nie obejrzał. Zadzwonił dzwonek.
Wewnętrzny głos umilkł.
Siedem kilometrów dalej, w małym domku letniskowym, przebudziła się z transu młoda kapłanka Boga Słońca.
- Stało się - wyszeptała, czując narastające współczucie do nieznajomego jeszcze chłopaka.



Uderzał rytmicznie palcami o blat stołu. Próbował przypomnieć sobie jak leciała wokaliza na gitarę w muzyce do filmu “Desperado”.
Przed nim siedziała dziewczyna o platynowych włosach, nieznajoma z korytarza. Albo nie czuła na sobie jego wzroku, albo specjalnie go ignorowała. Kiedy wpadł spóźniony do gabinetu biologicznego, nie była ani trochę zdziwiona czy speszona jego widokiem. Czarne oczy patrzyły na niego bez krztyny zainteresowania.
- Dziwne. Może jest lesbijką? - pomyślał, obserwując tył jej głowy.
Nie był aż tak zadufany w sobie by czuć się obrażonym tym, że jakaś laska nie okazała mu uwielbienia. Po prostu było to taką rzadkością, że naprawdę go to zdziwiło.
- Panie Licen, proszę łaskawie powtórzyć co właśnie powiedziałam - piskliwy głos nauczycielki w pewnym sensie go obudził.
- Panie Licen, proszę łaskawie... - zaczął, ale widzą minę biologiczki zamilkł na chwilę i bez namysłu rozpoczął monolog - “ Bakterie tlenowe pojawiły się ok 3,5 mld lat temu. Niektóre z bakterii są samożywne, jednak większość przystosowała się do pasożytniczego trybu życia i nie jest zdolna do życia poza żywym organizmem. Te formy są więc ewolucyjnie młodsze...”
- Aaa! Więc mamy nowego geniusza w klasie! Dobrze panie Licen, od dzisiaj będzie miał pan specjalne zadania domowe! - była na niego wściekła i nic nie mogła mu zrobić; podyktował właśnie jej wypowiedź.
Była wściekła, a jego obchodziło to tyle co zeszłoroczny śnieg.
Zadzwonił dzwonek, ale nikt nie ruszył się z miejsc. Nauczycielka obróciła się na pięcie i wyszła. Jeszcze chwilę trwała grobowa cisza, a później zaczęły się wiwaty i oklaski.
- Ale załatwił Kijankę!!! - ryczeli jedni.
- Hej jak to zrobiłeś? - pytali drudzy, a on siedział nieruchomo z wzrokiem wlepionym w plecy nieznajomej blondyny.
Bez pośpiechu pakowała książki to torby, nie zaszczycając go ani jednym spojrzeniem. Czekał cierpliwie, lecz nie odwróciła się. Zarzuciła torbę na ramię i skierowała się do wyjścia. Jakaś brunetka zastąpiła jej drogę, lecz po chwili szybko ustąpiła.
- Niezły jesteś! - Jack przysunął swoją ławkę do Holla - Jak to zrobiłeś?!! Przecież widziałem, że spałeś z otwartymi oczami!
- Mam podzielną uwagę - odparł Holl wymijająco.
- Fajna rzecz! - Jack zamyślił się na chwilę - Ale chyba lepiej było dostać szmatę, teraz Kijanka będzie cię męczyć do końca roku.
- Skąd wiesz, może już jutro nie będzie pamiętać.
- Co to, to nie. Kijanka wredotę ma we krwi i nikomu nie daruje. Przynajmniej Lamii nie darowała - pokiwał mądrze głową i zaczął bawić się maleńkim wisiorkiem zaczepionym o zapięcie piórnika Holla.
Ten z kolei głęboko się zastanawiał, co też włącza jego wewnętrzny alarm. Kiedy tylko wszedł do klasy, znów się rozdzwonił i tak było aż do końca lekcji. Specjalnie go wyciszył, by mieć wolną świadomość i myśleć o czym innym, lecz teraz sam się wyłączył. Czy miało to związek z tą dziewczyną?
- Lamii? Nie znam... - ta część świadomości którą używał do kontrolowania środowiska zewnętrznego, wychwyciła pewną zmianę w głosie Jacka.
- Nic dziwnego, minęliście się. Kiedy przyszedłeś do szkoły akurat jej nie było, a kiedy ciebie nie było to ona była. Zresztą powinieneś wiedzieć która to, siedzisz za nią - chłopak z entuzjazmem oglądał wisiorek w kształcie sztyletu.
Brwi Holla uniosły się w geście zdumienia.
- A więc moja piękna nieznajoma ma na imię Lamia - pomyślał z uśmiechem.
- Musi mieć niezłe wtyki, skoro pozwalają jej na taki kolor włosów...
- Człowieku! - Jack oderwał się na minutę od zabawki - Jej ojciec jest właścicielem tej zapyziałem budy! Zresztą to jak na razie najspokojniejszy z jej kolorów włosów - machnął lekceważąco ręką - Hej, fajny ten drobiażdżek, gdzie go kupiłeś?
- Podoba ci się? Jest twój - powiedział, będąc myślami daleko stąd. Intrygowała go ta “Lamia”. Nawet bardzo.


Zmęczony położył się na kanapę i przymknął oczy. Była trzecia nad ranem, ale był całkowicie rozbudzony. Oddychał równo, ale płytko i tylko ten oddech świadczył o ogromnym strachu jaki przed chwilą doświadczył. Nie, wcale nie przed chwilą, to było prawie pół godziny temu.
Otworzył oczy i spojrzał na zegarek. Tak, prawie pół godziny temu...
- Cholera, dlaczego nie ma jeszcze glin?! - pomyślał gorączkowo.
Dobrze, że matka miała akurat nocny dyżur w tutejszym szpitalu. Była naprawdę świetnym pediatrą, a tu docenili jej talent do zawodu...
Przez niego znów się będą musieli przeprowadzić. Nie chciał tego. Podobało mu się to miasto, ci ludzie, ta szkoła, a nade wszystko fakt, że się nie zmieniał podczas nowiu. Do czasu...
Nie wiedział co się stało. To znaczy, wiedział, że w jakiś sposób prawie się przeistoczył w krwiopijcę, ale nie wiedział dlaczego i jakim sposobem zdołał odwrócić ten proces...
Zamknął z powrotem oczy i znów zobaczył tamtego chłopaka z rozharataną nogą. Uratowało go tylko to, że tamten potknął się i przewrócił, a cios dosięgnął tylko nogi. TYLKO nogi.
- Ciekawe czy już się wykrwawił?!
Czuł do siebie obrzydzenie, a emocje które wywołał widok świeżej i brunatno-czerwonej krwi napełniły go przerażeniem.
Przez moment doznał niesamowitego uczucia pełnej władzy i nieposkromionej siły... Wtedy gdy budziła się w nim bestia, przez te kilka sekund świadomości w i e dz i a ł , że jest nie do pokonania.
To było straszne i jednocześnie podniecające.
Zacisnął powieki, bo wciąż widział tamtego zalanego w czuba, młodego chłopaka. Gdyby go nie zaczepił, nic by się nie stało. Głupia dyskoteka!
Swoją drogą dziwne, że jeszcze nie przyjechała po niego policja.
Holl próbował domyśleć się, co nastąpiło po jego ucieczce. Raban jaki podniósł tamten, zaciekawił na pewno wiele przechodzących obok osób. Ktoś pewnie wezwał karetkę, no i policję. Chłopak oberwał nieźle, ale szybka pomoc i powinien wyjść z tego cało. Gorzej będzie jak zacznie mówić. Z drugiej jednak strony, chłopak był nieletni i pod wpływem dużej ilości spożytego alkoholu, a więc raczej nie uwierzą w jego wersję wydarzeń. Na wszelki wypadek trzeba załatwić sobie alibi.
- Najlepiej zacząć od zmiany odzieży i pozbyciu się plam krwi - pomyślał, patrząc na poplamione strzępki koszuli. Pękła, gdy się zmieniał. Trudno, trzeba wywalić do kosza, ale najpierw ją wypierze. Tak na wszelki wypadek.
Wstał i ruszył w stronę łazienki na piętrze. Wchodząc po schodach zaczął się rozbierać i myśleć nad swoją wersją wydarzeń.
Nic nie przychodziło mu do głowy.


Sygnał dzwonka niemiłosiernie kaleczył jego ucho wewnętrzne. Za głośno.
Mimo iż nie spał całą noc, nie miał podkrążonych oczu ani mętliku w głowie. Do klasy wszedł gdy tylko dźwięk umilkł. Na nieszczęście nauczyciela jeszcze nie było.
- Słyszałeś najświeższe nowinki?!! - Jack klepnął go entuzjastycznie po plecach i nie czekając na odpowiedź, kontynuował - Wczoraj napadł na Willego-Sprężynę wściekły pies i zżarł mu pół nogi! Ale heca! Podobno jeszcze jest nieprzytomny!
- Kto? Pies? - do rozmowy wtrąciła się Lamia. Zmieniła kolor włosów.
- O! Hej, Lamm. Wiecie, że teraz wyglądacie jak rodzeństwo?! - Jack zrobił komiczną minę, jakby bał się reakcji dziewczyny.
- Rzeczywiście, trafiłam w ten sam kolor - powiedziała jakby do siebie i Holl odruchowo przeczesał swoje miedziane kosmyki.
Czarne oczy, podkreślone takąż samą kredką, patrzyły na niego z nieodgadnionym wyrazem.
Cały czas czuł psychicznie jej obecność.
- No więc, nie złapali jeszcze tego psa, ale mówię wam będzie niezła obława i... - Jack nie dokończył, bo do klasy wszedł nauczyciel i wszyscy z hałasem zajęli miejsca.
- Pies...wściekły pies... - ulżyło mu. Może nie będzie musiał się tłumaczyć.
Może nie będzie musiał się przeprowadzać.


- Pan Licen Hollen? - mężczyzna w tandetnym, szarym garniturze, chwycił go za ramię - Można prosić na słówko?
Holl zmierzył go uważnym choć znudzonym spojrzeniem.
Mężczyzna wyciągnął policyjną odznakę i powtórzył pytanie. Holl niechętnie odszedł z nim na ubocze szkolnego korytarza. A już się przestał martwić...
- Mam do pana kilka pytań. Gdzie był pan dzisiaj pomiędzy drugą a trzecią rano? - glina przystąpił do sedna sprawy.
- Z nim nie pójdzie mi łatwo. Nie jest typem którego można spławić - chłopak, by zyskać na czasie, poprawił torbę i odpowiedział
- Spóźnię się na lekcje.
Mężczyzna chwilę mu się przyglądał.
- Mamy poważnie rannego dzieciaka w twoim wieku... - zaczął
- Nie mam z tym nic wspólnego - skłamał gładko, ale facet ciągnął swoje.
- Który na dodatek twierdzi, iż to ty go zaatakowałeś...
- Niby czym? Siekierą?!
Policjant chwilę milczał, po czym zmienił ton.
- Skąd wiesz, że rany były duże?
- Coś gadali dzisiaj w szkole, że pies go zaatakował i zżarł mu pół lewej nogi...
- Nikt nie mówił o tym która noga została zraniona - oczy mężczyzny zwęziły się w szparki, a Holl poczuł znajomy chłód wewnątrz siebie.
Rozpaczliwie próbował uspokoić budzącą się w nim bestię.
- Nie, nie teraz! - myślał, bojąc się skutków tej przemiany - Boże przecież jest biały dzień! Jak to możliwe?!
Ale już czuł woń krwi, już widział maleńkie zacięcie na szyi tamtego. Cholera! Czy facet musiał golić się tak nieostrożnie?!
Oddech stawał się urywany i wiedział co za chwilę nastąpi. Musiał stąd uciekać zanim będzie za późno, a jednocześnie nie mógł zmusić swojego ciała do posłuszeństwa. Na zewnątrz był spokojny i opanowany, a wewnątrz drżał ze strachu i zwierzęcego pragnienia.
- Dłużej nie wytrzymam - pomyślał, rozpaczliwie szukając ratunku.
I nagle...
- Cześć kochanie! - znajomy głos i uczucie.
Lamia odgarnęła z jego karku włosy i bez żenady ucałowała jego blizny. Jej ramiona oplotły go i przytrzymały na miejscu.
Czuł, że bestia znów zasypia. Ze ściśniętego gardła dobył się głos cichy, ale mocny.
- Cześć - i tylko tyle.
Lamia dalej go obejmowała i wtulała swoją twarz w jego szyję.
- Czego chce ten pan od ciebie?
- Myśli, że mam coś wspólnego z tym wypadkiem po dyskotece. Willy twierdzi, iż to ja go zraniłem.
Zaśmiała się.
- Pewnie wdał się w jakąś bójkę na noże i teraz głupio mu się przyznać, że przegrał, więc zwala winę na innych.
- Gdzie znajdował się pan między drugą, a trzecią, panie Licen? - głos tamtego był naprawdę bardzo nieprzyjemny.
- Był ze mną.
- Całą noc?
- Uczyliśmy się... biologii - powiedziała to takim tonem, że Holl niemalże uwierzył.
- Czy to prawda? - policjant zwrócił się do niego.
- Zarzuca mi pan kłamstwo?! Może nie pamięta pan, ale to właśnie mój ojczym sponsoruje w większej części tutejszą policję. Na pewno wolałby aby czyniła ona jakieś postępy, a nie poddawała w wątpliwość moje słowa - zimna i wyrachowana, taka właśnie była.
- Przepraszam, że zająłem pana drogocenny czas i dziękuję za pomoc w śledztwie - odpowiedział mężczyzna. Odwrócił się i skierował się w stronę wyjścia. Był bezradny.
Holl mocniej przyciągnął Lamię do siebie, mając wielką ochotę ją pocałować. Lecz dziewczyna bez widocznego trudu wyswobodziła się ze stalowego chwytu, po czym uderzyła go mocno w twarz.
- Głupek - powiedziała i odeszła.


- Tak mamo, pamiętam - odkrzyknął i wyszedł.
Było już ciemno, ale jemu to nie przeszkadzało. Prawdę mówiąc to nie lubił słonecznego światła. Raziło za bardzo jego oczy.
Szedł szybko, gdyż do sklepu był kawałek, a za 10 minut zaczynał się w telewizji jego ulubiony serial “Farscape”.
Jak zwykle matka zapomniała kupić lodów bakaliowych, a teraz miała na nie ochotę. Niestety dostępne były tylko w jednym sklepie w tym mieście.
- Będzie szybciej jak pójdę przez cmentarz - pomyślał i skręcił w boczną uliczkę.
Oczywiście znów jakiś gówniarz zbił uliczną lampę i droga była nie oświetlona. O mały włos a potknął by się o przewrócony śmietnik. Na szczęście zwierzęce poczucie równowagi zapanowało nad jego ciałem i zwinnie przeskoczył nad przeszkodą.
Z uśmiechem popatrzył na podświetlaną tarczę zegarka. Zdąży bez problemu. Przejście przez cmentarz zajmie mu najwyżej dwie minuty.
Przystanął na trzy sekundy, gdyż wydawało mu się, że słyszy wrzask. Ruszył znów i znów się zatrzymał. Coś z głośnym sapaniem biegło wprost na niego. Odruchowo przypadł do ściany. “Coś” minęło go w pośpiechu. Nawet nie zdążył zauważyć co to było. Wzruszył ramionami i podjął wędrówkę. Nie zwrócił uwagi na krótki sygnał ostrzegawczy jaki pojawił się w jego głowie. Do sklepu dotarł po upływie trzech minut. Zostały mu jeszcze cztery. Musiał się pospieszyć. Schował kupione lody i skierował się z powrotem do domu. Mijając cmentarz poczuł jak jego wewnętrzny głos każe mu paść na ziemię. Bez namysłu go usłuchał, niestety był zbyt wolny. Poczuł na plecach ciężkie łapy zwierzęcia. Gdy tylko wylądował na ziemi, błyskawicznie odturlał się w bok. Zaskoczone zwierzę odskoczyło od niego.
Holl szybko podniósł się i stanął w pozycji obronnej. Zdumienie odebrało mu mowę, ale nie zdolność jasnego myślenia.
Półtorametrowe zwierzę, o gęstej brązowo-czarnej sierści, patrzyło na niego z nienawiścią. Jeszcze chwilę kołysało się na dwóch łapach, po czym z cichym stąpnięciem opadło na cztery. Łeb miało podobne do wilka, ale pysk był bardziej masywny, a zęby dużo większe i ostrzejsze. Nagle bestia zaatakowała i choć Holl się tego spodziewał, nie zdążył całkowicie odskoczyć. Pazury zwierzęcia rozerwały mu nogawkę. Noga była ledwie draśnięta, ale zapach krwi był aż nadto wyczuwalny. Przynajmniej dla niego i bestii. Wiedział, że jeśli nie wydarzy się cud, to będzie następną ofiarą “wściekłego psa”. Tyle, że tym razem to nie on jest tym “psem”.
Z sarkazmem pomyślał, że policja już nie będzie go podejrzewać.
Zwierzę odbiło się od ziemi i runęło w jego stronę. Znów udało mu się odskoczyć, ale wiedział, że szczęście wkrótce go opuści. Jak na ironię nie wyczuwał aby budziła się w nim bestia. Chyba po raz pierwszy powitałby tę transformację z radością. Przez głowę przemknęła mu dzika myśl: czy on też tak igra ze swoimi ofiarami?
Może, ale jego ofiarami nie byli ludzie. Przynajmniej do wczoraj...
Uciszył swoje sumienie, bo zwierzęciu najwyraźniej znudziły się te podchody.
Kątem oka zauważył drabinkę przeciwpożarową przy pobliskich metalowych schodach. Skoczył w jej stronę, ale w tej samej chwili do ataku rzuciła się bestia. W ułamku sekundy zdał sobie sprawę, że nie zdąży. Zwierzę powaliło go na ziemię i tym razem mocno go do niej przygwoździło.
Holl zacisnął zęby w oczekiwaniu na cios. Minęły dwie sekundy które wydawały mu się wiecznością, gdy nagle zwierzę z głośnym rykiem zwaliło się obok niego.
Bez zastanowienia zerwał się na nogi. Znajomy wewnętrzny sygnał znów się odezwał. Holl odwrócił się, ale nikogo nie zobaczył. Nadal jednak czuł...
- Wyjdź z cienia i tak wiem, że tam jesteś - rzekł na tyle głośno, żeby było go słychać na końcu ulicy.
- Zamknij się głupku!
Głos zza jego pleców należeć mógł tylko do jednej osoby.
Lamia z napiętą kuszą podeszła do leżącego zwierzęcia. Dwa cienkie drzewce sterczały z jego pleców. Czubkiem buta kopnęła na wpół rozwarty pysk i wtedy ciało zmieniło wygląd. Teraz w kałuży krwi leżał martwy dzieciak, lat około trzynastu.
- Co zamierzasz teraz z nim zrobić? - zapytał już ciszej, Holl - Chyba go tak nie zostawisz...
Lamia zbyła milczeniem tę uwagę, ale przynajmniej popatrzyła na niego.
On z kolei nie mogąc znieść jej zimnego spojrzenia, popatrzył na ciało. Zachłysnął się powietrzem, bo ciało nagle rozpadło się w szary pył który rozwiał nagły podmuch wiatru. Strzały o srebrnych ostrzach z brzękiem upadły na chodnik.
Dziewczyna pochyliła się i je podniosła, po czym wytarła o sweter i włożyła do sakiewki przy pasku. Obok niej pojawił się bezszelestnie wysoki mężczyzna. Położył jej rękę na ramieniu, a kiedy kiwnęła głową, odszedł.
Patrzył na nią nie próbując ukryć zdziwienia.
- Już drugi raz ratuję ci skórę. Wiesz, że przyjdzie czas na spłacenie długów...
- Jestem ci szalenie wdzięczny, ale byłbym bardziej szczęśliwy gdybyś zechciała mi wytłumaczyć co się tutaj dzieje! - nałożył nacisk na ostatnie słowa.
- Jesteś głupi, czy nieuświadomiony?
Teraz on milczał. Mierzyli się przez chwilę wzrokiem i był pewien, że nie zawahała by się i wpakowała mu nóż w plecy gdyby zaszła potrzeba.
- Ktoś w końcu będzie ci musiał powiedzieć, ale doprawdy nie wiem jak ty żyłeś przez te 17 lat - pokręciła z niedowierzaniem głową i się odwróciła.
- Czekaj...!
Lamia wskoczyła do czarnego dżipa który właśnie po nią podjechał i bez słowa odjechała.
Holl popatrzył na rozwalone pudełko lodów.
- Ciekawe co ja powiem mamie...


Patrzył na zadrukowane kartki papieru. Udawał, że czyta.
Już trzeci dzień nie było jej w szkole.
Jakby mimochodem zapytał siedzącego obok Jacka
- Coś ostatnio nie widuję Lamii, wiesz może dlaczego nie chodzi do budy?
Chłopak popatrzył na niego jak na dinozaura, ale zaraz się roześmiał.
- Ach, tak. Ciągle zapominam, że jesteś tu nowy. Otóż przyjechał ojczym Lamm, a jak przyjeżdża to ona jest zwolniona z lekcji, wiesz ma wtyki.
Holl zmarszczył brwi
- Jej ojczym?
- Taa... Lamia jest adoptowana, nie wiedzia...rzeczywiście, nie mogłeś wiedzieć -odparł Jack i z powrotem zaczął przyglądać się grze toczonej na boisku.
Tydzień temu skręcił kostkę i lekarz zabronił mu przez 2 tygodnie biegać. Koledzy śmiali się i mówili, że wybrał najgorszy moment, bo właśnie odbywały się eliminacje szkolne do Międzymiastowych Zawodów Koszykarskich.
Holl jak zwykle wymigał się od uczestnictwa i nudził się teraz na zajęciach wuefu. Zwykle wolną godzinę przeznaczał na bibliotekę, ale tym razem Jack poprosił go aby mu towarzyszył (i przy okazji odrobił zadanie z matmy). Prawdę mówiąc, Jack nadawał się tylko na sportowca. Skręcona kostka była wynikiem zbyt forsownych treningów, a nie jak twierdził - szkodliwości nauki.
- Patrz jak ten idiota podaje! - zawołał zrozpaczony - Pacanie! Masz wolne pod koszem, tam podawaj!
- Mam do niej sprawę, nie wiesz przypadkiem gdzie mieszka? - powrócił do tematu, Holl.
- Szybciej, ruszaj się kurduplu! - Jack krzyczał jak opętany - Co? O co pytałeś?
Holl powtórzył.
- Ach, widzę, że wpadła ci w oko! Dobra rada weterana: daj se siana. Z nią ci nie przejdzie, mówię ci.
- Wiesz, czy nie wiesz?
- Górą! Górą mówię! A tak, chyba na West Point. Numeru nie pamiętam, ale dom to ty zauważysz, nie martw się. Jest tak wielki, że pewnie widać go z księżyca!
- Dzięki.


Jack lekko przesadził, ale dom był naprawdę duży.
- 150 pokoi jak nic. Ciekawe czy ma kryty basen? - pomyślał i już miał podejść do bramy, gdy zauważył kamery video - Wątpię czy powita mnie z otwartymi ramionami, może lepiej wejdę mniej tradycyjnie.
Cofnął się trochę i rozejrzał. Stał w maleńkim parczku, a mur okalający rezydencję państwa Hizopp miał wysokość ok.2,5 metra.
Rozglądnął się ponownie, ale nikogo nie zauważył. Lekko ugiął kolana i mocno odbił się od ziemi. Zdołał chwycić krawędź i bez trudu się podciągnął. Chwilę siedział na murze, a upewniwszy się, że nic mu nie grozi, zeskoczył miękko na zielony trawnik. Nigdzie nie zauważył kamer ani strażników, jednak pochylony podbiegł w stronę budynku. Ogrodnicy nie próżnowali. Dostrzegł przynajmniej trzech w ogrodzie i dwóch w sadzie. Niezauważony dotarł do frontowych drzwi. Odruchowo otrzepał spodnie i koszulkę, po czym nacisnął dzwonek. Wiedział, że ją zastanie, gdyż już odezwał się w nim sygnał.
Prawie od razu otworzyła mu drzwi pokojówka w nieskazitelnie czystym fartuchu. Holl uśmiechnął się lekko. Przez moment odniósł wrażenie, że przeniósł się w czasie.
- Proszę? - zapytała go, niemłoda już i otyła kobieta w białym czepeczku.
- Dzień dobry, czy zastałem pannę Hizopp? - zapytał całkiem niepotrzebnie, gdyż zza jej ramienia zauważył Lamię.
- Proszę wejść. Kogo mam zaanonsować?
Był tak pochłonięty przyglądaniem się dziewczynie, że z trudem odpowiedział na pytanie
- Licen Hollen. Będzie wiedziała o kogo chodzi.
Kobieta lekko dygnęła i odeszła w kierunku dziewczyny.
Lamia rozmawiała właśnie z wysokim i barczystym mężczyzną około pięćdziesiątki. Jej zwykle nastroszone włosy były teraz gładko zaczesane, a skąpe koszulki i bufiaste spodnie zastąpił wdzięczny strój do tenisa. Ostry makijaż gdzieś znikł. Prawie ją nie poznał. Wyglądała jak dobrze ułożona panienka.
- Straszne - pomyślał.
Mężczyzna zakończył rozmowę i obrócił się w stronę Holla. Był na swój sposób bardzo przystojny. Gęsta broda pokrywała kwadratowy podbródek; wysokie czoło było odsłonięte, gdyż włosy nieznajomego zostały krótko przycięte.
Pokojówka powiedziała coś do Lamii i ta gwałtownie zwróciła się w jego stronę.
Po raz pierwszy zastanowił się, czy ona potrafi wyczuć jego obecność. Pewnie nie...
- Lamio, może przedstawisz mnie swojemu koledze? - odezwał się mężczyzna.
Dziewczyna szybkim krokiem podeszła do niego.
- Tato, to jest Holl, Holl to jest mój ojczym.
Uścisnęli sobie dłonie. Pan Hizopp miał zniszczone od wody i soli ręce, pewnie był kiedyś marynarzem. Holl wiedział to, ponieważ miał wujka który służył na statku i jego dłonie wyglądały tak samo.
- Masz silny uścisk, ciekawe... Grasz może w baseball?
- Nie, proszę pana - odpowiedział grzecznie, a po chwili dodał - Dużo pływam.
Mężczyzna uśmiechnął się półgębkiem.
- Gdzie trenujesz? Bo chyba nie na tej kałuży na Welsson Street?
- Właśnie tam, choć przyznaję, że nie jest to basen moich marzeń - nigdy mu to nie przeszkadzało, ale wiedział, że taka odpowiedź spodoba się tamtemu.
- Lamio, powinnaś zaprosić go do nas na trening.
- Oczywiście, tato - choć w jej głosie dźwięczała nutka entuzjazmu, oczy pozostały zimne - Holl, może napijesz się herbaty?
Holl roześmiał się w duchu. Takiej Lamm jeszcze chyba nikt nie widział. Gdyby powiedział jej ojczymowi jakie z niej ziółko, na pewno by nie uwierzył.



- Wiesz po co przyszedłem, więc przejdźmy do rzeczy - powiedział, rzucając kurtkę na oparcie kanapy.
Ona tymczasem stała i patrzyła przez duże okno na kort tenisowy.
Zapanowało niezręczne milczenie. Ciszę przerwało wejście służącej z herbatą. Lamia ruchem ręki ją odprawiła i sama zabrała się za nalewanie do filiżanek. Czekał nie okazując zniecierpliwienia.
- Teraz twój ruch - pomyślał.
Ze zdziwieniem stwierdził, że filiżanek było pięć.
- Lepiej wytłumaczy ci te sprawy Tony - w końcu się odezwała, ale dalej na niego nie patrzyła - Usiądź, będą za pięć minut.
Usiadł i wziął do ręki filiżankę. Napił się, choć płyn był gorący jak diabli.
Dokładnie po pięciu minutach rozległo się pukanie.
Do pokoju weszły trzy osoby. Brązowowłosa dziewczyna lat około 17 i wysocy bliźniacy ok. 20-stki.
Zastanawiał się który to Tony.
Lamia wstała i uścisnęła dłonie z trójką.
- Licen Holen to Thomas i Andrew Lee - teraz popatrzyła na Hola - A to Tony Dean.
Patrzył chwilę na ładną dziewczynę która miała mu wszystko wyjaśnić. Patrzył i zastanawiał się dlaczego odczuwa psychicznie obecność ich wszystkich.
- Widzę, że jesteś psycho-empatykiem - odezwała się tamta przyjemnym altem.
- Przepraszam, kim?
Bracia popatrzyli na siebie z uśmiechem.
- Lamii, może pójdziemy pograć, a przez ten czas Tony go oświeci? - zapytał Thomas.
Lamia popatrzyła na niego z wahaniem w oczach, ale widząc niemą zgodę wszystkich obecnych, kiwnęła głową.
Wyszli. Tony usiadła obok i także zabrała się za herbatę. Mimowolnie się uśmiechnął, gdy szybko ją odstawiła.
- Widzę, że tobie wrzątek nie przeszkadza - także się uśmiechnęła - Nie czujesz temperatury, czy może lubisz pić gorące?
- Lubię. Za to nie lubię jak się zwleka z odpowiedzią.
- Szczerość. To taka piękna cecha - roześmiała się - Dobrze. Żyłeś w nieświadomości przez 16 lat, nie dziwi mnie twój pośpiech.
Tym razem powstrzymał się przed komentarzem.
- Punkt dla ciebie – przyznała - Będę zadawać ci pytania i z twoich, mam nadzieję, wyczerpujących odpowiedzi wydedukuję odpowiedź na pytanie kim jesteś.
- Sprawiedliwe. A co z resztą?
- “Nie w jeden dzień Rzym zbudowano” czy jakoś tak. Dzisiaj odpowiem na twoje pytania, a “resztę” sobie doczytasz. Oczywiście zaopatrzę cię w potrzebne książki.
- A więc zaczynaj - wygodniej rozsiadł się na kanapie.
- Czy odczuwasz pewien rodzaj, hmm, sygnału, kiedy ja albo Lamia, albo bliźniacy są w pobliżu?
- Tak.
- To nie jest...
- Wyczerpująca odpowiedź. Wiem.
- Ok, sformułuję inaczej moje pytanie. Jaki jest ten sygnał? Krótki i bolesny? Długi i naglący?
- Ani ten, ani tamten.
Zacisnęła zęby.
- Trwa przez cały czas, jest na początku alarmujący, później po prostu jest - wzruszył ramionami. Nie umiał tego lepiej wyjaśnić.
- Dobrze. Zdarzyło ci się odczuwać go wcześniej?
- Tak, ale niezwykle rzadko.
- Ktoś kogo znasz?
- Nie. Raczej w tłumie, w sklepie, itp.
- Czy wiedziałeś która osoba cię alarmuje?
- Na początku nie.
- Ok. Zdarza ci się odczuwać pragnienie?
- Jakiego rodzaju?
- Szybciej pójdzie jak nie będziesz zadawał niepotrzebnych pytań.
- W każdy pierwszy dzień nowiu - powiedział to spokojnie i pewnie, ale ona dalej czekała na odpowiedź.
- Ostatnio częściej.
- Co znaczy “ostatnio”?
- Od roku.
Herbata musiała ostygnąć, gdyż wypiła jednym haustem zawartość filiżanki.
- Ile wypijasz?
- Przeciętnie litr.
- Jak zdobywasz krew?
Hol uśmiechnął się krzywo
- Matka pracuje w szpitalu.
- Opisz jakie fizyczne zmiany w tobie zachodzą podczas nowiu.
- Chodzi ci o sierść, pazury, kły i tego rodzaju sprawy?
- Zbędne pytanie.
- Krótka, szorstka, czarna sierść, wzrost ok. 2 metrów w pionie. Pysk jak u zmutowanego wilka, długie, cienkie i wysuwane pazury. Bieg na czterech łapach, w walce różnie. Coś pominąłem?
- Nie. Twój opis mi wystarczy. Hmm... Powiedziałeś “w walce różnie”, czy to ma znaczyć, że już kiedyś walczyłeś?
Nie odpowiedział.
- Dobra. Kiedy po raz pierwszy walczyłeś? I z kim.
- Miałem 5 lat. Walczyłem z psem.
- Czy kiedykolwiek zabiłeś człowieka?
- Raz.
Nie zapytała przy jakich okolicznościach. I tak by jej nie powiedział.
- Czy kiedykolwiek zdarzyło ci się zmienić w dzień, lub w nocy, ale nie podczas nowiu?
- Nie.
Popatrzyła mu prosto w oczy. Po chwili wstała i podeszła do okna.
- Przypuszczam, że jesteś automatykiem?
- Co?
- Piszesz, notujesz, zapamiętujesz, odpowiadasz lub mówisz bezmyślnie, ale sensownie aż do bólu.
- Tak.
- Zazdroszczę ci - westchnęła, a po chwili dodała - Dobra, skończyłam. Teraz twoja kolej.
- Co to znaczy “psychoempatyk”?
-T o znaczy, że wyczuwasz tego kto ma ”specjalne zdolności”.
- To bliźniaki, Lamia i ty też...
- Nie jesteśmy z twojego rodzaju, ale też nie jesteśmy “zwykli”.
- A więc wiesz czym jestem?
- “Kim” było by lepszym określeniem.
- Od kiedy wilkołaki nazywa się osobami? - zapytał ironicznie.
Uśmiechnęła się.
- Nie jesteś “wilkołakiem”, a przynajmniej takim jaki pokazuje telewizja.
- Nie chrzań. Widziałem co zabiła Lamia.
- Ach, chodzi ci o to. TO był wilkołak pospolity, jak my to nazywamy. TY należysz do rodziny nadrzędnej.
- A co za różnica?
- Ty pamiętasz co robisz podczas przemiany. Tylko ze względu na głód krwi, myślisz i działasz jak zwierzę - dreszcz wstrząsnął jej ciałem - Potrafisz zamieniać się w “wilkołaka” kiedy tylko zechcesz, nie jesz ludzkiego mięsa, pijesz tylko krew, no i twoim “przeklętym”, jak uważasz, dniem jest pierwszy dzień nowiu, a nie pełni. Nie wyjesz do księżyca, chyba, że masz ochotę, no i różnisz się fizycznie od tych pospolitych.
- Ale srebrna kulka jest dla mnie zabójcza?
- I tu masz gorzej od swoich pobratymców. Samo zadraśnięcie srebrnym ostrzem może być śmiertelne. Za to kołek w serce na ciebie nie działa...
- To istnieją wampiry?!!
- Oczywiście - popatrzyła na niego pobłażliwie - Ale te także dzielą się na nadrzędne i podrzędne. Nim zapytasz, magia też istnieje...
- Gdybym nie wiedział o sobie, w życiu bym ci nie uwierzył.
- Gdybyś nie był tym kim jesteś, o niczym byś nie wiedział.
- Co to znaczy?
- To znaczy, że tzw. dziwolągi i martwiaki są związane przysięgą milczenia.
- Chcesz powiedzieć, że żaden normalny człowiek nic o nas nie wie?
- “Normalny” jest pojęciem względnym, ale można tak powiedzieć.
- Ja nie składałem żadnej przysięgi...
Roześmiała się i znowu usiadła. Nalała sobie herbaty, wypiła i spokojnie odpowiedziała na jego nie zadane pytanie.
- Tej przysięgi się nie składa. To jest rodzaj czaru który się rzuca na daną osobę.
- Kiedy go na mnie rzucono?
- Jeszcze go nie rzucono, ale jak tylko stąd wyjdziesz to się zmieni.
- Jak działa taki czar?
- Nikomu nie będziesz mógł o swojej drugiej naturze powiedzieć, chyba, że będzie to osoba związana przysięgą.
- Moja matka...
- NIKT z „normalnych” nie będzie o tym pamiętał. Zaufaj mi. Nawet gdybyś chciał jej o tym przypomnieć, to nie będziesz w stanie. Zanim zaczniesz, zapomnisz co chciałeś powiedzieć, oczywiście na krótko.
- Skąd zdobędę krew?
- To jest już problem Lamii.
- Mówiłaś, że mogę zamieniać się kiedy zechcę...
- Na trening odeślę cię do pana Zacharskiego. Jest doświadczonym nauczycielem, wyszkolił najlepszych wojowników. Od niego wszystkiego się dowiesz. Pozostałe rzeczy znajdziesz w książkach, pytania kieruj do mnie. Tu masz mój adres - podała mu wizytówkę.
- A ty kim jesteś?
- Jestem młodszą kapłanką. Zajmuję się pomniejszymi czarami.
- A Lamia?
- Jest wojownikiem i telepatką.
- Umie czytać w myślach?!! - Hol zerwał się na równe nogi
- Nie - dziewczyna wesoło się roześmiała - Umie za to rozmawiać w myślo-mowie. No i wspaniale walczy... Ale chyba miałeś już okazję się przekonać!
Nie odwzajemnił uśmiechu.
- Mam nadzieję, że nie spotkam jej po drugiej stronie barykady - pomyślał.


Oderwał wzrok od tekstu. Był już zmęczony i łapał się na tym, że nie dociera do niego to co czyta. Jeszcze raz spojrzał na tytuł rozdziału i zamknął książkę. Różdżkarstwo w ogóle go nie interesowało, ale Tony doradziła by zdobył chociaż podstawową wiedzę o każdym, jak to nazywała, talencie.
Dochodziła pierwsza.
W jednym dniu całe jego pojęcie o świecie, wzięło w łeb. Musiał jednak przyznać, że znacznie mu ulżyło. Nie był jedynym wybrykiem natury. Tak, właśnie o tym myślał, choć w żadnej książce nie znalazł takiego określenia.
Posiedział jeszcze chwilę, po czym zgasił lampkę i wstał. Ziewnął i poszedł do kuchni. Z lodówki wyjął mleko i duszkiem opróżnił karton.
Teraz dopiero przypomniał sobie o co chciał zapytać Tony. Powtórzył pytanie w myśli trzy razy i wiedział, że już o nim nie zapomni.
Wrócił do swojego pokoju i położył się spać. Jutro czekał go pierwszy trening z panem Zacharskim.



Pierś unosiła się prawie niewidocznie za to równomiernie. Oczyszczony z myśli umysł lawirował w podniebnym labiryncie, nie mogąc znaleźć wyjścia. Wiedział, że jakiś sygnał powinien go prowadzić, ale żadnego nie wyczuwał.
- Obudź się - chrapliwy głos przywrócił go do rzeczywistości.
Po raz kolejny jego wysiłki spaliły na panewce.
- Telepatia nie jest dla ciebie, chłopcze. Próbowałem, przez bite 15 minut się z tobą skontaktować - właściciel chrapliwego głosu podrapał się w szczeciniasty podbródek - Nie jesteś całkowicie głuchy, ale do reszty ślepy no i pozbawiony czucia.
Wstał z podłogi i z góry spojrzał na siedzącego Hollena.
- Na dziś koniec z ćwiczeniami psychiki. Spływaj no do domu.
Chłopak również wstał. Jeszcze trzy tygodnie temu widząc pana Zacharskiego powiedziałby ze świętym przekonaniem, że ten stary pijaczyna nie jest zdolny nawet do nawinięcia nici na szpulkę. Teraz jednak po tych wszystkich godzinach spędzonych na trenowaniu pod kierunkiem siwowłosego staruszka, uważał go za jedną z tych niewielu osób godnych szacunku i lojalności. No, może nie darzył go sympatią (z wzajemnością zresztą), ale też nie nienawidził go.
Zacharski był człowiekiem zniszczonym przez alkohol i wyrzuty sumienia. Miał jednak coś co było niezwykle cenne u człowieka, a mianowicie dar całkowitego zrozumienia innej osoby. Był znakomitym nauczycielem, mimo swojego odpychającego wyglądu i sposobu życia.


- Tony...
- Tak?
- Jak to się stało, że trener tyle wie o wilkołakach?
Popatrzyła na wiewiórkę wspinającą się na drzewo. W parku nie było ludzi pozwoliła więc sobie na rzucenie drobnego czaru. Wkrótce wiewiórka siedziała jej na kolanach. Delikatnie pogłaskała łepek zwierzęcia.
- Miał syna, który urodził się podczas nowiu.
- Syn Zacharskiego był wilkołakiem?!! - Holl szerzej otworzył oczy ze zdziwienia.
Kiwnęła potakująco głową.
- Zacharski musiał go zabić, gdy John zaatakował matkę.
- John... - pomyślał - Musiał zabić własne dziecko...
- Jednak spóźnił się z pomocą. Żona zmarła w karetce...
Nie odzywali się przez chwilę.
- Dlatego tyle pije - dodała - Przynajmniej tak mówią.
Wypuściła wiewiórkę i wstała z ławki.
- Holl, uważaj na siebie. “Utalentowani” nie tak bardzo różnią się od ludzi jak można byłoby przypuszczać.
Chłopak jednak nie zwrócił uwagi na jej słowa, zadumany nad tragedią starca. A ona nie mogła powiedzieć nic więcej.

To zdarzenie sprawiło, że Zacharski ujawnił mu się w nowym, lepszym świetle. Odtąd nie zwracał uwagi na jego szorstkie odzywki i to jego “no” powtarzane co pięć minut.
Pamiętał pytania jakie zadał mu stary. Pamiętał jego wyraz twarzy, gdy mu odpowiadał. Co tam, pamiętał pierwsze 15 minut z ich “rozmowy”...

Holl wszedł do mrocznego pomieszczenia, pełnego różnych gratów i staroci.
Tony ostrzegła go, że Zacharski może być nieprzyjemny albo zalany, co dla niego znaczyło zresztą to samo. Dziwne? On BYŁ dziwny.
- Nie stój tam jak dupa! Rusz no się tu, niech ci się no przyjrzę.
Chłopak podszedł do równie spróchniałego co wielkiego biurka i popatrzył mężczyźnie prosto w oczy, a przynajmniej taki miał zamiar. Spieczone słońcem powieki były zamknięte.
Stał chwilę w milczeniu, po czym grzecznie zaproponował.
- Jeśli otworzy pan oczy, łatwiej będzie mnie pan mógł zobaczyć.
Przez moment nie wiedział co się ze starcem dzieje. Wydawał jakieś dźwięki które bardzo przypominały krztuszenie się czy katar, ale jak się okazało był to śmiech w jego wykonaniu.
Kiedy przestał się w końcu “śmiać”, podniósł minimalnie powieki i powiedział
- Wy młodzi jesteście głupsi niż ludzie średniowiecza. Myślicie, że aby no kogoś obejrzeć trzeba to czynić za pomocą oczu?
- Przepraszam, nie wiedziałem, że jest pan niewidomy... - zaczął Holl, ale tamten mu przerwał.
- Bo nie jestem! - i otworzył szeroko swoje zadziwiająco błękitne oczy - I jeszcze raz powtarzam: oczy nie są, no, jedynym narządem wzroku!!!
- Tak, jest jeszcze serce! - warknął Holl, zaczynały go te wrzaski i ubliżania denerwować.
- A ty co? Mickiewicz?!!
- Kto?
- Nieważne - uciął dyskusję stary i wstał z krzesła.
- Skąd masz no, te blizny na rękach?
Holl milczał. Patrzył na postać Zacharskiego i próbował zdefiniować co o nim myśli. Stary wyglądał niczym rasowy włóczęga, z rodzaju tych nieuczesanych i nieogolonych. Siwe, długie włosy opadały na zgarbione ramiona, a nad czołem sterczała krótka grzywka. Twarz pełna zmarszczek i głębokich bruzd była niedomyta. Miał chude ręce i szpony zamiast palców. Szara, połatana koszula zwisała na nim smętnie, a o wiele za duże spodnie podtrzymywał ostatkiem sił zielony damski pasek. Byłby to doskonały przykład na postać z koszmarów, gdyby nie te oczy. Błękitne oczy dziecka.
- Głuchy, no i głupi. Co ta Tony mi przysyła?! - zaczął zrzędzić stary.
- Nieudana próba samobójcza - odpowiedział na wcześniejsze pytanie, Holl.
Przyszły nauczyciel kiwnął głową.
- Tak lepiej. A te no, na karku?
- Ojcu nie chciało się schylać, więc tłukł mnie po plecach i szyi - odpowiedział bezosobowym tonem.
- Był pijakiem?
Chłopak znów milczał, a Zacharski cierpliwie czekał.
- Przez siedem ostatnich lat życia.
- Zabiłeś go? - zadał to pytanie mało delikatnie, ale Hollen się tego spodziewał.
- Tak.
- Dlaczego?
- Nienawidzę pijaków którzy mają o sobie wysokie mniemanie.
Stary się uśmiechnął i zamknął oczy.



- Holl! Poczta do ciebie!
- Już idę, mamo - odkrzyknął i odłożył na bok książkę.
Poczta? To się nie zdarzało często.
Zbiegł po schodach i wszedł do kuchni. Matka czytała właśnie list od ciotki Eli. Sięgnął po białą kopertę leżącą na skraju stołu. Obejrzał ją, nie było nadawcy ani znaczka. Z szuflady wyciągnął nóż i otworzył list.
Czytał krótko, a treść była następująca :
Drogi panie H.Licen
Serdecznie zapraszamy Pana na wystawę kamieni, ziół i magii leczniczej, która odbędzie się dnia 17 kwietnia br. Przy ul. Stanley’a Horrley’a, w Szkole Wyższej tegoż imienia. Wystawa będzie trwała od 13.30 do 22.30.
Wstęp dla osoby okazującej niniejszy dokument jest bezpłatny. Dla osób postronnych bilet w cenie 2 dolarów.

Z wyrazami szacunku
A.J.Collins

- Kim jest do cholery ten Collins? I co to za wystawa? - zastanawiał się Holl, ponownie czytając powiadomienie.
- Boże! Znowu chce pożyczyć pieniądze! - powiedziała z niesmakiem pani Licen i odłożyła na bok czytany list - A co u ciebie, kochanie?
Chłopak podniósł wzrok na matkę. Zauważył, że ostatnio przybyło jej siwych włosów, a pod oczami pojawiły się ciemne kręgi. Poświęcała się bez reszty w pracy, a mimo to zawsze wynajdywała siły na posprzątanie domu i zajęcie się synem. Nigdzie nie wychodziła, bo jak mówiła nie miała czasu ani siły. Drobnostką był fakt, że w sumie nie miała gdzie iść się rozerwać.
- Zaproszenie - pomajtał kopertą nad głową - Szykuje się jakaś wystawa na temat ponadnaturalnych pierdół. Jesteśmy zaproszeni, idziemy?
- No, nie wiem, mogą w każdej chwili wezwać mnie na dyżur...
- Mamo, chodźmy.
- Dobrze, ale maksimum 2 godziny!



Stał oparty o ścianę i bacznie przyglądał się zwiedzającym. Jego alarm włączył się gdy tylko dotarli do wejścia szkoły.
- Holl! - matka kiwnęła by się zbliżył.
Niechętnie odkleił się od ściany i poczłapał w kierunku stoiska z zapachowymi świecami.
- Powąchaj, ta czy ta? - wręczyła mu dwie identycznie wyglądające świece.
Zacharski nauczył go wyostrzać węch bez potrzeby zmieniania się w bestię. To i kilka innych sztuczek opanował do perfekcji, więc jego postrzeganie za pomocą zmysłów było teraz dużo doskonalsze.
Kobieta około 40-stki uśmiechnęła się do niego, kiedy odłożył obie świece.
- Ani ta, ani ta - wciągnął w nozdrza powietrze i wskazał na zieloną świeczkę w kształcie liścia - Tamta będzie dobra.
- Zielona herbata jest symbolem harmonii i spokoju - odpowiedziała sprzedawczyni i podała ją matce Holla - Będzie znakomita dla pani.
- Tobie zaś młody człowieku polecam olejek mandarynkowy. Wzmaga koncentrację - dodała.
- Świecę biorę, a olejek ile kosztuje? - zapytała pani Licen, wyjmując z kieszeni spodni pieniądze.
Sprzedawczyni i chłopak mierzyli się wzrokiem.
Nie musiał być psychoempatykiem, by wiedzieć, że ta kobieta nie jest zwyczajna.
- Olejek? Jest gratis, za trafny wybór świecy - uśmiechnęła się przyjaźnie do jego matki.
- Och! To bardzo miłe z pani strony!
- Uczyli mnie, że “Klient ma zawsze rację”, proszę pani - odparła pogodnie tamta i obie się roześmiały.
Hollowi nie było do śmiechu. Mimo, iż sam był jednym z “utalentowanych”, to jednak nie czuł się dobrze w ich towarzystwie.
- Mamo, jest już po ósmej - przypomniał
- Oj, daj mi jeszcze chwilę, tu jest wspaniale! - odezwała się takim radosnym tonem, że zrobiło mu się przykro, że wspomniał o godzinie. Już dawno nie widział jej tak roześmianej...
Skręciła w stronę następnego stoiska i już miał zamiar za nią iść, gdy ktoś silnie szarpnął go za ramię. Odwrócił się błyskawicznie, jednocześnie uwalniając rękę.
- Widzę, że Zacharski nie próżnuje - powiedziała Lamia, lekko się przy tym uśmiechając.
Miał dość tych wszystkich pół uśmieszków jakie rzucali mu “utalentowani”.
- Ty natomiast nie tracisz starych przyzwyczajeń - kiwnął głową w stronę rdzawoczerwonej czupryny dziewczyny.
Uśmiech znikł równie szybko jak się pojawił. Widocznie nie lubiła docinek dotyczących jej włosów.
Wzruszyła ramionami.
- Mistrz Collins cię wzywa.
- Chce pogadać, to wie gdzie mnie znaleźć - odparł lekceważąco.
- Oj, nawet nie wiesz jak chciałabym byś zadarł z mistrzem. Widziałam jednego który to zrobił... Mistrz akurat nie miał humoru, więc załatwił go szybko. Nawet kupka prochu nie została - uśmiech był tym razem paskudny.
Bardziej przestraszył go wyraz jej oczu niż to co do niego mówiła. Nie dał jednak nic po sobie poznać i zapytał leniwie
- Gdzie on jest?
- Czeka w sali geograficzno-historycznej na pierwszym piętrze. Lepiej się streszczaj - odwróciła się i z wprawą wmieszała w tłum.
Stał chwilę niezdecydowany, po czym podszedł do matki.
- Muszę z kimś pogadać, spotkamy się za pół godziny przy wyjściu. Jeśli nie przyjdę na czas, to idź sama do domu. Pa!
Szybkim krokiem skierował się na schody. Nie chciał odpowiadać na jej pytania.



Tak najoględniej mówiąc, to wygląd A.J. Collinsa rozczarował Hollena.
Niski człowieczek z zaczątkiem łysiny i okrągłym brzuszkiem, nie pasował do wizerunku Wielkiego Mistrza Magii, jaki pojawił się w umyśle Holla, gdy przez telefon rozmawiał na ten temat z Zacharskim.
Hollen rozglądnął się po sali, lecz byli sami. Śmieszny człowieczek siedział na biurku i machał nogami. Uśmiechnął się głupkowato i zagadnął
- Jak się masz?
Hollen po mistrzu magii spodziewał się mądrzejszych pytań, ale skoro i tak nie zamierzał na nie odpowiadać, to co mu tam.
Stał nieruchomo przygotowany na cios którego się podświadomie spodziewał, ale żaden nie nadchodził. Czuł jak sygnał ostrzegawczy rozsadza mu czaszkę. Kropelki potu wystąpiły mu na czoło, lecz się nie poruszył.
- Czy źle się czujesz?
Chłopak nagle zrozumiał.
Poczuł jak przenika go okropne zimno, a na ciele pojawia się gęsia skórka. Zdawało mu się, że zamarza. Widział kątem oka jak kosmyki włosów pokrywają się szronem. Stał dalej. Nie oddychał, nie myślał. Wystarczało, że czuł. A właściwie to już nie czuł, bo był od pasa w dół skuty lodem.
Naraz fala gorąca uderzyła w niego z całą siłą i znów zaczął oddychać. Szybko nabrał haust powietrza i znów przestał oddychać. Wiedział, że nie może. Poprzednio zamarzły by mu płuca, teraz z kolei poparzyło by mu krtań. Stał więc dalej, a szkarłatne płomienie zaczęły lizać mu nogi.
Oczyścił umysł jak najdokładniej, bo jeśli zacząłby teraz myśleć to oszalałby z bólu i przerażenia. Patrzył natomiast jak mały człowieczek zeskakuje z biurka i podchodzi do niego. Zdawał się nie zauważać płomieni które sięgały Hollowi już do piersi.
- Wyglądasz na spragnionego, może coś do picia?
Chłopak stał nieruchomy jak głaz. W pewnym sensie był teraz głazem.
Bez możności ruchu i zdolności myślenia...
Zacharski próbował wytłumaczyć ten stan Hollenowi, lecz ten nie mógł uwierzyć by równocześnie człowiek i bestia opuściły jedno ciało. Dla niego znaczyło to to, co jednoczesne odejście dnia i nocy. Niejednokrotnie Holl kłócił się ze swym nauczycielem, że to niemożliwe, bo co niby miało zostać?!! Jednak tuż przed nadejściem przejmującego zimna, zrozumiał. W ułamku sekundy zrozumiał cały wywód Zacharskiego. To go ocaliło.
Nagle pokój zaległy ciemności. Poczuł, że spada...
Zapanował nad sobą i się nie poruszył. Przywołał myśli. Mógłby oddychać, gdyby w pokoju była choć odrobina tlenu. Był w pokoju, co do tego nie miał żadnych wątpliwości. Czary wciąż mamiły jego wzrok jak również wyczucie równowagi. Nie rozłożył rąk, ani nie zamknął oczu. Stał dalej bez ruchu. Uczucie spadania tysiąckrotnie się wzmogło i niespodziewanie urwało. Tak po prostu...urwało. Błyskawicznie wypuścił powietrze z płuc i zaczerpnął ponownie.
Teraz zdawało mu się, że tonie. Mógłby przysiąc, że śliskie wodorosty owijają mu się wokół kostek, a ogromne ciśnienie przygniata jego marne szczątki do piaszczystego dna. Jednak ta wizja była dużo słabsza od poprzednich i już zaczął się cieszyć, że wygrywa ze słabnącym mistrzem Collinsem.
Silny prąd wyrzucił go na powierzchnię świadomości. Na powrót stał w gabinecie geograficzno-historycznym. Alarm zamilkł.
A.J. Collins stał naprzeciwko ze zmarszczonym czołem. Holl rozluźnił się i zaczął miarowo oddychać. Był totalnie wykończony, ale duma nie pozwoliła mu osunąć się na podłogę. Stał więc nadal w tym samym miejscu. Już miał zadać pytanie w stylu “co do cholery to wszystko miało znaczyć”, gdy głos mistrza przerwał mu rozmyślania.
- Szkoda - westchnął tamten i spojrzał na niego prawie przepraszająco.
Brwi Holla nie zdążyły się unieść nawet na sekundę. Potężny cios rzucił jego ciałem o ścianę. TERAZ dopiero czuł prawdziwy ból. Osunął się na ziemię na wpół przytomny. Leżał tak, bezwładny jak szmaciana lalka, gdy podszedł do niego Wielki Mistrz Magii. W ręce trzymał magnetyczną kulę. Holl leżał dalej obojętny na wszystko. Czy wszystkie jego cierpienia poszły na marne?!! Czy wykańczające treningi ze zramolałym pijakiem służyły właśnie temu?!! Czy żadna z jego zdolności na nic mu się nie przyda?!!
Naraz uśmiechnął się.
Dłoń trzymająca kulę podniosła się i opadła z wielką siłą. Pocisk z pewnością roztrzaskałby wszystko co spotkałby na drodze, jednak chłopak nie miał ochoty tego sprawdzić. W mgnieniu oka przemienił się.
Bestia stała teraz za karłowatym mistrzem i bez namysłu uderzyła go łapą. Mimo poważnego braku sił witalnych bestii, jej cios pozbawił mistrza przytomności. Nastąpiła przemiana i Hollen opadł na kolana. Tylko instynkt przetrwania zwierzęcia pozwolił na ten prędki unik przed kulą magnetyczną.
Tylko silna wola człowieka pohamowała bestię i nie pozwoliła by uzbrojona w pazury łapa zadała śmiertelny cios Collinsowi.
Chłopak podczołgał się do leżącego mężczyzny i zdzielił go otwartą dłonią po twarzy.
Bezgraniczne zdumienie jakie pojawiło się na twarzy pokonanego, wywołało uśmiech Holla.
- Przegrałeś na całej lini - stwierdził młody Licen, po czym zemdlał.



Niebieski - taki kolor miały trzy pieski
Które miał Jan trzeci Sobieski
Gdy roniąc królewskie łezki
Płacił za pogryzione przez pieski deski.
Ktoś powtarzał w kółko tę głupią rymowankę, aż Holl zaczął marzyć o zabiciu tej osoby. Jednak aby ją zabić musiał wstać, a aby wstać, wcześniej trzeba było otworzyć oczy. Zebrał wszystkie siły i ciężkie powieki ustąpiły. Zauważył, że nadal leży w feralnej sali. Czuł ból w klatce piersiowej, ale zdecydowanie lżejszy niż ten jaki dokuczał mu przed tym nim stracił przytomność. Nadal słyszał przeklętą rymowankę.
- Zamknij się wreszcie - rzucił w stronę małej dziewczynki.
Dziewczynka drgnęła przestraszona i na chwilę zamilkła. Zaraz jednak rzuciła się w jego stronę.
- Czy coś cię boli? Chce ci się pić? Będziesz wymiotował? Chcesz kogoś widzieć? A może chcesz coś do jedzenia? - zapytała jednym tchem, patrząc z troską na niego.
- Która godzina? - zapytał po namyśle.
- Dwudziesta czterdzieści pięć - powiedziała z takim namaszczeniem jakby spełniał ważną misję.
- Kłamiesz - spokojnie odpowiedział - Pojedynek nie trwał 45 minut.
Na to dziewczynka wybuchnęła płaczem.
- Hej, co ci jest?
Do pokoju wszedł mistrz. Chwilę mierzyli się wzrokiem.
- Saja herase de rivaa, en jeri assa goroje. - mistrz odezwał się do dziewczynki, a ta kiwnęła głową i wybiegła z pokoju.
- Że co? - Holl wsparł się na łokciu.
- Ach, widzę że nie znasz języka demonów -mistrz powiedział to jakby Hollen nie znał angielskiego.
- A ona go zna?!
- Ona jest demonem - i znowu ten spokojny ton.
- Zostawiłeś mnie pod opieką demona?!!
Mistrz wzruszył ramionami.
- Saja jest demonem prawdy. Nic nie mogłaby ci zrobić, bo nie potrafi. Za to od niej miałbyś najrzetelniejsze odpowiedzi na swoje pytania. Jednakże zarzuciłeś jej kłamstwo, a dla jej rodzaju jest to największym nietaktem. Teraz będę musiał wystarczyć ci ja.
Holl patrzył na niego w milczeniu. Czytał co prawda o demonach prawdy, ale w życiu nie zetknął się z jednym. Ba! Nigdy nawet nie widział żywego demona!
- Co to wszystko miało znaczyć?
Śmieszny mały człowieczek podrapał się po brodzie z zakłopotaniem.
- Myślałem, że Tadeusz ci wszystko wyjaśnił...
- Kto?!
- Noo...Tadeusz, Tadeusz Zacharski. To nie z nim masz treningi? - Collins potrafił w ciągu jednej sekundy zmienić się najpotężniejszego maga o twardym spojrzeniu w hydraulika-przygłupa i na odwrót.
Bawiło go to widocznie niezmiernie.
- Powiedział, że czeka mnie sprawdzian. Sprawdzian, a nie walka - Holl nie chciał się przyznać, że nie wie jak ma na imię jego trener.
Mistrz patrzył chwilę zamyślony, po czym odezwał się bezlitosnym tonem
- Nie lubimy wilkołaków. Właściwie to zabijamy je od ręki, gdy tylko jakiś się ujawni.
Chłopaka zatkało lekko, gdy zdał sobie sprawę, iż tamten mówi serio.
- Nie zdziwiło cię, że wśród utalentowanych nie ma twego rodzaju?
- Nie znam wielu, ekhem, “utalentowanych” - mruknął Holl i zmrużył oczy.
- Hmm - mężczyzna podszedł do okna - Widzisz, wilkołaki mają to do siebie, że ludzkiej naturze rzadko udaje się nad nimi zapanować. Głód bestii zagłusza głos rozsądku i wszystko bierze w łeb.
- Więc dlaczego mnie oszczędziliście?
Wyraz zaciętości pojawił się na twarzy maga.
- Ty udowodniłeś, że potrafisz utrzymać się w karbach. Zresztą, podziękuj Lamii.
- Lamii?
- Taa. Gdybyś trafił na innego wojownika, już byś podróżował z wiatrem. Ona jest wyjątkowa i tylko dlatego żyjesz i trenujesz u Zacharskiego.
- Wytłumacz to szerzej.
- Lamia najpierw myśli, a dopiero potem zabija. W twoim wypadku dostała wprost genialnego olśnienia - Licen wydawał się nie do końca rozumieć, więc Collins brutalnie uprościł sprawę - Kiedy już opanuje technikę walki wilkołaków, zabijanie ich będzie dla niej błahostką.



- To na tym polega ta “spłata długów”? - zapytał Holl.
Stary Zacharski podniósł powieki i w milczeniu wpatrywał się w chłopaka.
- Tylko dlatego pozwoliliście mi żyć, by poznać słabe punkty mojego gatunku?!!
Trener nie odpowiadał, a gniew Licena wciąż narastał.
- Czy podczas tych morderczych treningów skrupulatnie notowałeś sposoby na szybkie wykończenie wilkołaka?!!
W końcu poczuł, że nie wytrzyma i wrzasnął z wściekłości.
- Synalek nie zapanował nad głodem, więc teraz tępisz każdego wilkołaka?!!
Zacharski błyskawicznie poderwał się z fotela i wymierzył mu cios. Silne uderzenie sprawiło, że Hollen poleciał do tyłu. Jednak w ostatniej chwili wygiął ciało w łuk i mocno odepchnąwszy się od podłogi, wykonał salto. Trener nie czekał aż tamten stanie pewnie na nogi i z pół obrotu kopnął go w lewy bok. Nim chłopak zdążył odskoczyć, Zacharski złamał mu żebro. Czując okropny ból uderzył o ścianę. Natychmiast jednak uchylił się przed kolejnym ciosem. Wiele razy walczył z trenerem, ale tym razem był on naprawdę zabójczym przeciwnikiem.
Korciło go, by przywołać bestię. Wtedy łatwiej pokonać by było starego.
Zacisnął zęby i postanowił, że jednak tego nie zrobi. Musiał pokazać, że wilkołak nie ma stałej techniki walki, którą można by było wykuć na pamięć.
Nie zdążył po raz kolejny i na parkiecie sali pojawiło się kilka kropel krwi. Jego krwi.
Oczyścił umysł z myśli, by nie czuć bólu i całkowicie skoncentrował się na walce. Stał się szybszy, lecz starzec wciąż miał przewagę.
Wysoko skoczył, gdy Zacharski spróbował tego samego kopnięcia z półobrotu. Jednak nie spodziewał się natychmiastowego podcięcia i znów wylądował na ziemi. Szybko odturlał się od przeciwnika i poderwał na nogi. Chwilę wykonywał uniki, nim w końcu wyczuł rytm walki. Już wcześniej zauważył, że jedyną wadą Zacharskiego jest skłonność do walczenia w pewien szczególny takt osobliwej muzyki. Wyliczone ciosy pięściami i stopami powtarzały się co kilka sekund. Było to trudne do wyjaśnienia, ale Holl wkrótce połapał się w tej kombinacji. Teraz już wiedział skąd ma się spodziewać razów. Nie minęły dwie minuty, jak unieruchomił starca. Miał ogromną ochotę skręcić mu kark, lecz się powstrzymał.
- Pokonałem cię jako człowiek, a to oznacza, że potrafię pokonać twoich najlepszych wojowników. Zapamiętaj sobie, że nigdy nie zdołacie pozbyć się nas tak łatwo - syknął przez zaciśnięte zęby i ogłuszył trenera.
Wstał z klęczek i jęknął z bólu. Powoli wyszedł z sali treningowej, zatrzaskując za sobą drzwi.


Jasno dał do zrozumienia, że nie przyłoży ręki (bądź łapy) do masakrowania pobratymców, chociażby byli by oni tylko zwierzętami.
Zadzwonił do Tony. Odpowiedziała na dręczące go pytanie.
Bestia przychodziła tylko na jego zawołanie.
Pozwolili mu żyć, właściwie to nie mieli zbytniego wyboru.
Przeszedł przez test Wielkiego Mistrza Magii, więc był jednym z “tych dobrych”. Co ważniejsze, teraz chroniło go Prawo Utalentowanych.
Lamia i inni wojownicy tylko czekali aż podwinie mu się noga (bądź łapa). Cierpliwie szukali powodu, by móc legalnie zamienić go w pył. Pilnował się, wiedząc, że kiedyś spotka się z dziewczyną na polu walki.
Nie spodziewał się, że nastąpi to tak szybko...

- Tony...
- Tak?
- Wiedziałaś, że tak będzie...
- Nie prosiłam o dar prekognicji.
- Dlaczego nic nie powiedziałaś?
- To nie tak działa.
- ...
- Holl? Pamiętaj, że zawsze będę po twojej stronie.
- Dzięki.


Koniec.


Podpis: 

And God in his wrath, send an an_ge down to Earth. 10.01.2001
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Sprawca (fragment II) Sprawca (fragment) Taedium vitae
Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e Bo czymże jest życie, jeśli nie przygodą na krawędzi?
Sponsorowane: 75Sponsorowane: 70Sponsorowane: 65
Auto płaci: 65

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2021 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.