https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
80

Sprawca (fragment III)

Autor płaci:
100

  Fragment III.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W grudniu nagrodą jest książka
4 pory mroku
Paweł Paliński
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Sprawca (fragment III)

Fragment III.

Sprawca (fragment II)

Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Sprawca (fragment)

Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Taedium vitae

Bo czymże jest życie, jeśli nie przygodą na krawędzi?

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Liście lecą z drzew

Krótki wiersz

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

Zapach deszczu.

Takie moje wspomnienia.

Miłość wyborna

Wybebeszę to z Ciebie stanowczo, metodycznie...

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
917
użytkowników.

Gości:
916
Zalogowanych:
1
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 76190

76190

Piękny umysł (wersja finalna).

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
13-12-27

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Fantastyka/Psychologia/Nauka
Rozmiar
34 kb
Czytane
2384
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
14-07-05

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: Amba Podpis: D
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Świat widziany oczyma matematycznego geniusza. Pomysł nie jest nowy, jest to raczej moja interpretacja tematu.

Opublikowany w:

tutaj

Piękny umysł (wersja finalna).

Czekoladowy batonik


Ben zwrócił głowę w stronę stołu z przyrządami do zadań i innymi zabawkami. Stały jak zwykle po lewej stronie, tuż przy jego krześle. Z radością zauważył, że w drugim końcu, na białej serwetce leży mały, czekoladowy batonik. Wyciągnął lekko szyję, żeby zobaczyć dokładniej, jaki to batonik – czy ten z orzechami i warstwą lekko ciągnącego toffi, czy ten z marcepanem i masą kakaową, czy może ten z nadzieniem truskawkowym? Ben przepadał za truskawkami, ale dzisiaj batonik leżał na boku i chłopak widział tylko brązowe opakowanie od spodu. Szkoda...
Czekał go pracowity dzień, nawet jak dla niego, tak przecież lubiącego zabawy z cyframi. Zresztą, co tu mówić o lubieniu, cyfry były dla niego wszystkim. Otaczały go zewsząd, rozmawiając i bawiąc się z nim, bardziej otwarte niż dla kogokolwiek innego, co zresztą czasem nastręczało mu kłopotów, bo jak można nie wiedzieć, jak wygląda taka na przykład jedynka. Dla innych była to tylko pionowa laska z daszkiem, czasem dla równowagi osadzona na poziomej belce. A przecież to spora różnica, bo jedynka z belką na dole to taka mała, dziecinna jeszcze jedynka, nie potrafiąca ustać sama tylko kurczowo trzymająca się tej belki jak dziecko na rowerku z doczepionymi bocznymi kółkami. Za to jak wyrośnie – aż miło patrzeć, stoi prosto jak żołnierz na warcie, z dumą balansując swym nieco zbyt dużym nosem. Trochę też go przez to zadziera, tego nosa, że taka niby jest ważna, bo przez nią dzielą się wszystkie inne. Czy taka dwójka, pozwijana i poskręcana, sycząca jak wąż – zawsze nieco nieprzystępna i nieuprzejma. Co innego taka na przykład szóstka – mały grubasek z niewielką główką praktycznie niewidoczną na czubku wykręconej jak u żyrafy szyi. Śmieszna także jest dziewiątka, jej przeciwieństwo i krewniak zarazem – przypakowany mięśniak o potężnych barach, za to mikrych nóżkach i rozumku.
Gdziekolwiek szedł Ben zawsze spotykał cyfry. Liczył płytki w chodniku, okna w mijanych domach, ilość nitów w moście, czy przechodzących obok ludzi w czerwonych skarpetkach (jeśli była to akurat np. sobota). Wiedział też, jak należy się z cyframi obchodzić – kiedy przystanąć, by przepuścić biegnącą przez ulicę siódemkę czy skrzyczeć dziewiątkę, próbującą pastwić się nad maleńką trójką. Jego widzenie świata nie zyskiwało mu niestety sympatii otoczenia, inne dzieci nie podzielały jego pasji i wolały bawić się w inne gry niż liczenie, z biegiem czasu odstawiając Bena na boczny tor, w końcu uznając za nie pasującego – a dzieci znają masę sposobów, by zamanifestować wykluczenie. Ben musiał więc częstokroć uznawać wyższość fangi w nos zasadzonej choćby przez tego wyrośniętego synalka farmera nad korzyściami płynącymi ze znajomości liczb. Nie chciały też one jakoś ostrzegać go przed znienacka podstawionymi nogami czy zaskakiwały go inną niż spodziewana ilością kanapek w jego pudełku śniadaniowym, ograbianym przez inne dzieci. Wszystkie te niedogodności nic jednak nie znaczyły dla Bena, który poznał już tajniki działań na liczbach i defilowały teraz przed nim karnie, ćwiczone na dziesiątki sposobów. Ile okien miał tamten mijany właśnie fabryczny budynek? Jeden rzut oka wystarczył do ustalenia, że było to 17. Każde okno miało po 9 małych szybek za wyjątkiem dwóch centralnych, mniejszych z jedynie 6 szybkami. 147 szybek. Chodnik to kwadratowa płytka 30cm na 30cm, trzy w rzędzie. 120 metrów takim chodnikiem, by dojść do sklepu. 1200 płytek. 120 metrów i 1200 płytek – jak pięknie wyglądały te cyfry, tak podobne do siebie – a to dzięki temu, że 120 metrów tak ładnie dzieli się na 30 centymetrów.
Z wiekiem pasja Bena nie słabła, lecz przybierała na sile, do udręki doprowadzając nawet jego spolegliwie usposobioną matkę, nie potrafiącą spokojnie przejść koło kolejnego wybryku latorośli, nie chcącej wyjść ze sklepu zanim nie policzy wszystkich puszek na półkach. Ojciec, a właściwie ojczym wykazywał jeszcze mniej zrozumienia, jak i cierpliwości, próbując za to często nawrócić przybranego syna na właściwą drogę przy pomocy paska od spodni. Nieważne jednak, jaki odcień czerwieni przybierało siedzenie Bena, nic nie potrafiło go odciągnąć od jego zamiłowania. Poza cyframi świat dla niego nie istniał, czy też może inaczej – świat był tylko pretekstem do pojawienia się liczb. Trzy kruki, sto pięćdziesiąt sześć ptaków w tamtym stadzie czy dwadzieścia sześć aut karnie zaparkowanych wzdłuż ulicy – to nie mógł być przecież przypadek. Jeśli podzielić bowiem ilość sztachet w tamtym płocie przez ilość szczebli drabiny niesionej przez tamtego robotnika to otrzymamy liczbę okien w kamienicy naprzeciwko. Proste. Nie tak proste jednak jak nauka w szkole, która za nic nie chciała Benowi wchodzić do głowy. Słowa interesowały go mało albo i wcale, a już zupełnym bezsensem i stratą czasu było ich zapisywanie. Biologia? Geografia? Nigdy nie mógł pojąć tych abstrakcyjnych terminów, nie mówiąc już o temacie choćby jednej lekcji. Nawet matematyka, z którą wydawałoby się nie powinien mieć problemów była dla niego katorgą. Zadania rozwiązywane na lekcji były bezmyślne, liczby aż dusiły się sztywnych ramach przykładów, siłą zmuszane do służby. Choćby taka Pi, jawiąca się Benowi jako nieskończenie długi wąż cyfr wijący się i starający się znaleźć własny ogon, by go pożreć (co jest niemożliwe, bo nie można znaleźć końca swego nieskończenie długiego ogona) tu była przedstawiona jako 3,14. Przecież to jak uciąć głowę wężowi i powiedzieć – oto wąż. Podobnie jak wytłumaczenie, skąd się ona wzięła – jest i już. Służy do podstawiania w różnorakich wzorach dzięki czemu możemy obliczyć wynik. Co za wierutna bzdura! A przecież wystarczyło spytać samą liczbę Pi skąd się wzięła, by wyszła z okręgu (gdzie lubi przebywać) ciągnąc za sobą długi sznur cyfr wskakujących na swoje miejsca. Wystarczy też ją poprosić, a złapie okrąg za rękę i pociągnie, wyszarpując jego pole czy obwód. Łatwiejsze niż nawet mnożenie, które Benowi jawiło się jako walka dwóch armii po każdej stronie. Cyfry tworzące każdą z liczb zbiegały z gór i spotykały się w połowie drogi, czasem walcząc ze sobą a czasem bawiąc się wesoło, wskakując jedna za drugą, czasem dzieląc się, czasem łącząc, zamieniając miejscami – i voila, mamy wynik.
Niechęć oraz nieprzystosowanie do systemu popularnego szkolnictwa zaowocowały werdyktem – nie rozwijający się prawidłowo, skierowany do szkoły specjalnej. Matka zniosła tą wiadomość spokojnie, a przynajmniej ze zobojętnieniem, nie pokazując po sobie targających nią uczuć, ojczym niestety był bardziej wylewny. Trudny charakter, własne niespełnione ambicje (4 lata podstawówki) oraz nadmierne spożycie alkoholu zaowocowały własną wizją „terapii” pasierba. Dla Bena nastał ciężki czas, znaczony sińcami i podbiegniętymi czerwienią pręgami tu i ówdzie, a wspominany czasem pasek zastąpiony został czym popadnie – a to sznurem od żelazka, kijem czy choćby pięścią. Nawet cyfry, dotąd tak chętnie bawiące się z Benem posmutniały i nie chciały liczyć, ile to będzie jeśli ilość tabletek w pudełku podzielimy przez liczbę razów, które dziś dostał...
W czasie jednej z „sesji terapeutycznych” ojczyma ilość środków perswazji przekroczyła dopuszczalną przez organizm małego i tym razem nie udało się ukryć skutków. Ben pamiętał tamte wydarzenia jak przez mgłę, mózg widać bronił się usuwając niechciane wspomnienia. Szpital, ludzie w białych kitlach, później w niebieskich mundurach, płacząca matka, zasłane na biało łóżko z masą dziwnych urządzeń dookoła robiących cały czas bip i klik, i w końcu Ośrodek.
Czym zajmował się Ośrodek, jakiej był wielkości, czy też jak działał – tego Ben nie wiedział, nigdy też go to nie interesowało. Z jego punktu widzenia trafił prawie do raju – wszyscy byli dla niego mili, bawili się z nim liczbami i nagradzali za to, co i tak lubił robić. Początkowo dostawał od pielęgniarek książeczki z zadaniami. Najbardziej ciekawiły go oczywiście te z cyframi. Były tam na przykład piramidy z trzema liczbami na dole, dwiema pośrodku i zagadką na górze. Ale co to za zagadka dla Bena, w jego wyobraźni liczby z dołu wskakiwały na poprzeczkę dzielącą je od liczb ze środkowego rzędu i robiły wymyk jak akrobata na drążku, lądując w wyższym rzędzie, podzielone jednak na pół – wystarczyło zrobić z nimi to samo jeszcze raz, by otrzymać rozwiązanie. Im dalej tym zadania były coraz trudniejsze. Pojawiały się ciągi liczb urwane nagle bądź puste w połowie, Ben jednak momentalnie orientował się, jakie prawidła nimi kierują, np. każda kolejna była kwadratem poprzedniej (pani w białym kitlu mówiła na nie ciąg geometryczny), w takim ciągu liczby szybko rosły składając się z kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu cyfr, co jednak nie stanowiło dla Bena problemu. I nikt nie potrafił mu dorównać w biegłości w operowaniu nimi, nawet to dziwne urządzenie które nazywali kalkulatorem. Kalkulator też umiał liczyć, ale nie tak dobrze jak Ben i nie potrafił znajdować zależności między liczbami tak jak Ben – więc chłopiec szybko stracił nim zainteresowanie.
Spodobała mu się za to nowa zabawa. Otóż przed południem zaczęła przychodzić po niego pielęgniarka i razem szli długim korytarzem do innej sali, w której na środku stał duży stół, wokoło niego krzesła, a wdłuż ścian regały z różnymi zabawkami. Ben dostał kilka własnych pudełek, do których mógł wkładać wybrane przez siebie przedmioty. Na początku był trochę zawiedziony, bo brakowało mu jego ukochanych cyfr, ale z czasem odkrył, że zawartość jego pudełek jak najbardziej może mieć zastosowanie w matematycznym świecie. Teraz ci w białych kitlach przynosili mu całe tabele – a Ben miał znaleźć tak jakby ukryte za nimi liczby. Należało znaleźć powiązania pomiędzy liczbami z podanych tabel i odpowiednio się z nimi obchodząc odkryć co tak naprawdę sobą przedstawiają i co jest za nimi schowane. Zwykłe dziesięć cyfr już dawno przestało wystarczać, by opisać to, czego dokonywał. Jak bowiem opisać liczbę jedenaście, która wprawdzie jest jedenastką, ale nie taką zwykłą, składającą się z dwóch jedynek, ale odrębną, skończoną całością? Przez chwilę bawił się innymi systemami, jak choćby dwójkowym, który początkowo bardzo mu się spodobał dzięki jego prostocie. Obojętnie jaką liczbę się wzięło, w systemie dwójkowym rozkładała się ona na krótszy lub dłuższy wąż zer i jedynek, a przeprowadzanie działań na jedynie dwóch cyfrach było bajecznie wręcz proste, niezależnie jak długi tworzyły wąż. Wkrótce jednak przestało to wystarczać, nadmierne uproszczenie tego systemu spowodowane możliwością opisu jedynie dwóch stanów – zera i jedynki – powodowało utratę zbyt wielu niuansów w bardziej skomplikowanych zadaniach. Weźmy taki kubek do herbaty. Czy jest biały? Zero- nie, jedynka tak. Jedynka – ten kubek jest biały i sprawa wydaje się załatwiona, ale… jaki to odcień białego? Można niby było wydłużyć ciąg zer i jedynek tak, by opisać poszczególne odcienie, ale było to jak próba opisania skomplikowanej bryły zamiast przedstawienia jednego obrazka.Ben uznał więc, że nie tędy droga i że potrzebuje więcej znaków. Wrócił więc do systemu dziesiętnego, ale nie pomogło to na długo. Na krótką metę dało radę rozszerzenie tabeli znaków o litery, ale alfabet też wkrótce się wyczerpał, zupełnie odwrotnie do możliwości Bena. Za znaki służyło mu teraz wszystko, co tylko potrafił znaleźć na półkach regałów. Wyobraźmy sobie tabelę znaków składającą się na początku z cyfr, później liczb, a następnie... słoik, bębenek, jabłko, silnik parowy, drewniany konik, nóż do listów, świeczka (zwykła biała), spodnie, torebka z piaskiem, znów świeczka (ale tym razem czerwona) itd., itd... Każdy z tych przedmiotów był dla niego piktogramem opisującym jemu tylko znaną liczbę lub cechę – bo przecież jest różnica między liczbą 68 powstałą z podzielenia liczby 1020 przez piętnaście i liczbą 68 będącą wynikiem dodawania 40 + 28...
Gabinet, bo tak w Ośrodku nazywano ten pokój, stał się ulubionym miejscem Bena. Spędzał tam coraz więcej czasu, teraz już całe przedpołudnia między śniadaniem i lunchem. Zadania, które przed nim stawiano, były coraz trudniejsze, ale teraz z pomocą przyszedł mu trzeci wymiar. Cyfry przestały już być tylko płaskimi odzwierciedleniami na kartce papieru, lecz stały jedne za drugimi, tabela za tabelą, tworząc prostopadłościany wypełnione liczbami. Właśnie na takiej bazie operował Ben w trójwymiarowej rzeczywistości swego mózgu, odkrywając, że jego pudełka z zabawkami idealnie się do tego nadają. Odpowiednio przesuwając względem siebie wkładane tam przedmioty uzyskiwał efekt nałożenia na siebie tabel, całościowego lub częściowego – liczby z odpowiednich pól spotykały się ze sobą, oddziaływując na siebie, w sobie i Benowi tylko znany sposób...
Z czasem Ben zaczął rozróżniać niektóre osoby w białych kitlach, które przychodziły do Gabinetu. Był tam starszy, siwy mężczyzna w małych, okrągłych okularach i drugi, łysy i wysoki, do obu zwracano się Panie Profesorze. Niekiedy przychodził Pan Doktor z ciemną brodą i wypielęgnowanym wąsikiem, albo niska, korpulentna kobieta o piskliwym głosie, z włosami ciasno związanymi w koczek na karku, którą wszyscy w Ośrodku nazywali Panią Przełożoną. Po drugiej stronie stołu, na krześle zawsze siadała ta pielęgniarka, która go rano przyprowadzała, przed nią leżał mały zegarek, a ona zapisywała coś w notatniku. Zdarzało się, ku radości Bena, że przychodziła z nim również jego ulubiona pielęgniarka. W takie dni nawet najtrudniejsze zadania wydawały mu się mniej skomplikowane, liczby bardziej go słuchały, szybciej ustawiały się we właściwe szeregi. Inni chyba też to zauważyli, bo ostatnio, zdał sobie sprawę, bywała ona tu częściej. Ben uśmiechnął się w duchu...
Rankiem zwykle, choć już nie spał, leżał jeszcze trochę z na wpół zamkniętymi oczami i czekał, żeby zobaczyć, która z pielęgniarek przyjdzie go budzić. Najbardziej chciałby, żeby znów była to ta z burzą falujących, miedzianych włosów, zawsze wymykających się spod czepka. Pochylała się nad jego łóżkiem, jedną dłoń kładła mu na ramieniu, a drugą przytrzymywała niesforne kosmyki. „Ben, czas wstawać” mówiła. Miała chłodne ręce, miękki głos i – co dostrzegł kątem oka – mały, trochę zadarty nosek, na którym widniało osiem piegów. To były cudowne poranki. Pędem wyskakiwał spod kołdry i wręcz nie mógł doczekać się śniadania, bo wiedział, że ta sama pielęgniarka pojawi się potem w pokoju z tacą i czekając, aż on zje, będzie krzątać się dookoła, pościeli łóżko, przyniesie wyprane ciuchy i powkłada je do szafy, podleje trzy kwiatki stojące przy oknie. Śledził zawsze ukradkiem jej ruchy, słyszał lekki szelest sztywno nakrochmalonego białego fartucha, czuł rozchodzący się łagodny zapach świeżości. Raz, gdy zabierała tacę, ośmielił się podnieść troszeczkę wzrok i przeczytał wyhaftowane na rąbku kitla imię i nazwisko: Kate Johnson. Oczywiście, pomyślał, wszystko się zgadza... osiem piegów, pasek podkreślający jej wąską talię i teraz imię Kate, albo raczej – w świadomości Bena – K8. Od dawna to przeczuwał – była klasyczną Ósemką, jego ulubioną cyfrą.
W trakcie swych zabaw z cyframi Ben pewnego dnia odkrył coś więcej, coś co umykało i nie dawało się do końca poznać nawet jemu, choć bardzo się starał. Odkrył bowiem, że istnieje coś, co występuje w każdym wzorze, jednak mniej lub bardziej głęboko ukryte przed ciekawskim wzrokiem. Gdyby tak udało się wyekstrahować tę liczbę można by opisać matematycznie wszystko – od obowdu koła po sposób machania skrzydłami przez ptaki, tam zresztą Ben po raz pierwszy zobaczył Moduł, bo tak nazwał tę liczbę – w czaie przechadzki z opiekunką z Ośrodka nad morzem jak zwykle zatopiony w sobie tylko znanych myślach obserwował lot mewy i nagle ujrzał To jako skomplikowaną siatkę świecących nici opasujących skrzydła ptaka. Zdumiał się jeszcze bardziej, kiedy używając swego daru spróbował zerwać tę sieć ze skrzydeł, rozłożyć ją na płaszczyźnie i opisać wzorami – sieć nie poddawała się, a przecież tam była i widział ją wyraźnie. Wtedy instynktownie poczuł, że trafił na ślad czegoś, co nie daje się opisać znaną nam matematyką, nawet z dowolną liczbą cyfr i zastępujących je piktogramów. Odtąd poszukiwania Modułu stały się jego pasją i jak to on – potrafił oddawać się jej bez granic. Liczbę tę (choć nie była liczbą, ale o tym zaraz) nazwał Modułem, bo na jej ślady można było natrafić absolutnie wszędzie, w spadających kroplach deszczu, w sposobie, w jaki rozchodzą się fale na wodzie, w załamaniach światła czy zgrzycie kredy o tablicę i Ben zrozumiał, że to świat zbudowany jest w oparciu o nią. Gdyby tak poznać ją można by odpowiednimi modyfikacjami sprawić, by wiatr przestał wiać a słońce nigdy nie zachodziło czy też poznać przyszłość – absolutnie wszystko. Niestety, pojawiły się też trudności, Moduł nie był prostą liczbą, którą można by zapisać stosując zasady znanej nam matematyki, nie do końca też jej się poddawał – istniał gdzieś w nieodkrytej warstwie pod matematyką i to raczej on potrafił zmienić matematykę niż dać jej się okiełznać. Jakby tego było mało był niezwykle elastyczny i potrafił występować pod wieloma pozornie różnymi postaciami – czy to wspomnianej siatki w skrzydłach ptaków, chmury liczb w powiewach wiatru czy też ziejącego ogniem smoka w kominku. Dalsze studia Bena nad tym tematem ujawniły, że dzieje się tak dlatego, że zawsze – w widzianej przez nas rzeczywistości – Moduł nie występuje sam, lecz zmodyfikowany przez Coś. Tak jak 2x w równaniu czy x do potęgi piątej nie są x-em, lecz pozostają zależne od niego i gdzieś ukryty pod działaniami ten x ciągle jest. Gdybyż jednak było to tak proste, Ben poradziłby sobie w mig, wyobraźmy sobie jednak układ miliona czy miliarda równań z taką samą liczbą niewiadomych i x-em jako jedną z nich… Gra była jednak warta świeczki i Ben nie zniechęcał się, samo poszukiwanie Modułu we wszystkich jego przejawach było absorbujące samo w sobie.
Dla przykładu – wygoniony na zewnątrz (dziecko powinno spędzać czas na świerzym powietrzu) Ben ani myślał grać w piłkę z innymi dziećmi, jedynie przez chwilę przyglądał się zabawie, odkrywając wzór na tor lotu piłki jako zależny od takich czynników jak siła uderzenia, kąt padania, wiatr, grawitacja czy rotacja piłki – i równie szybko tracąc zainteresowanie jako czymś zbyt przewidywalnym i dobrze poznanym. Zamiast tego wolał pójść w róg podwórka, gdzie leżały zgrabione opadłe liście. Uklęknął i podniósł jeden z nich, po czym puścił pozwalając mu opaść na ziemię. Liść zawirował w powietrzu, kręcąc ogonkiem wokół aż odpadła od niego świecąca iskra, która migotała przez chwilę i zgasła. Ben wiedział co to jest – Moduł. Podjął kolejną próbę złapania. Uniósł liść ponownie i pozwolił mu opaść. Nim doleciał do ziemi, Ben miał już gotowy wzór opisujący jego ruch. Chwycił tenże wzór i zakręcił go w powietrzu jak sprężynę, tworząc z niego walec, po czym nakazał wszystkim znakom wzoru stać się szkłem. Zadowolony z postępów kolejny raz podniósł liść, tym razem upuszczając go tak, by na swej drodze ku ziemi przeleciał przez powstały z wzoru walec. Tym razem jednak od liścia nie odskoczyła świecąca iskierka – liść się zużył. Nic to, obok była cała sterta zgrabionych liści, wziął więc następny. Tym razem iskierka odbiła się od bocznej ścianki walca i plum – uciekła dołem. Walec okazał się nie mieć dna. Ben jednak łatwo się nie poddawał. Wziął zero – wszak bezkarnie można je dodać wszędzie – i umieścił je w podstawie jak my robimy to z podkładką pod kufel piwa. Oczywiście dziura w zerze dalej była zbyt duża i iskierka mogłaby nią uciec, ale sprawę załatwiło kilka kolejnych zer, coraz mniejszych i umieszczonych wewnątrz tego pierwszego. By być szczerym Ben użył nieskończenie długiego ciągu coraz mniejszych zer, by być pewnym swego, ale to już tylko szczegół techniczny. Wziął kolejny liść i upuścił go do wnętrza walca. Liść przeleciał przez niego – wszak walec był niematerialny – i opadł na ziemię, ognista iskierka zaś poodbijała się chwilę od ścianek, spróbowała uciec dnem – i… nie dała rady, ku uciesze Bena. Odbijając się tak wewnątrz walca ognisty ślad iskry rósł, aż zamieniła się ona w niewielkiego węża. Wąż z dezaprobatą spojrzał na Bena i zasyczał, wystawiając kły. – I tak wiem, że nie jesteś jadowity – stwierdził Ben i przyjrzał mu się bliżej. Przez półprzezroczystą skórę węża prześwitywały skomplikowane wzory, lecz chłopiec mógł je podziwiać jedynie przez chwilę, bo wąż znalazł sobie lukę w bocznej ściance walca i zwyczajnie uciekł. No tak, dno zabezpieczone nieskończonym ciągiem zer było może i szczelne, lecz boczna ściana zrobiona z wzoru matematycznego kryła wiele dziur – a to pod daszkiem pierwiastka z dwóch, a to dwie wielkie dziury w cyfrze osiem… Niewielki wąż miał aż zbyt wiele okazji do ucieczki.
W swoim arsenale chłopiec miał jeszcze kilka sztuczek i tak jak my mnożymy obie strony równania przez mianownik ułamka – zaczął próbować dostępnych przekształceń. Próbował zasypać walec piaskiem, lecz ten był zbyt drobny i dostawał się do środka, zasypując wszystko. Równanie nie pozwalało na użycie czegoś solidniejszego, jak np. cement, a użycie plasteliny było bardzo pracochłonne. Owinięcie walca papierem, choć początkowo wydawało się dobrym pomysłem również nie przyniosło pożądanych rezultatów, wąż uciekł a Benowi została dziura w papierze. Jednak plastelina, choć zalepianie nią wszystkich dziur w równaniu było katorżniczą pracą. Ben wpuszczał kolejne liście do walca, obserwował którędy uciekł wąż i zalepiał dziurę, licząc, że uda mu się zrobić tak ze wszystkimi drogami ucieczki, gdy jedna z opiekunek, zaniepokojona widokiem klęczącego samotnie chłopca podnoszącego liść za liściem, upuszczającego je i bacznie im się przypatrującego – i tak bez końca – zawołała go po imieniu. Zdekoncentrowany Ben nie utrzymał walca, ten przekrzywił się i upadł na ziemię, a że był ze szkła (bo chłopiec chciał mieć możliwość obserwowania co dzieje się w środku) z równania nie było co zbierać… Moduł wymknął się i tym razem, cóż, może po obiedzie…
Innym razem był tuż – tuż odkrycia Modułu, tym razem jawiącego się jako mały skrzat. Ben sprytnie utkał z wzorów matematycznych klatkę i skrzacik nie mógł mu uciec, na nic błagalne spojrzenie, ale… skrzacik – Moduł – był w ubraniu co powodowało niemały dylemat moralny, bo Pani zawsze się złościła, gdy rozbierał lalki. Właściwie to nie lubiła w ogóle gdy bawił się lalkami, ponoć nie były to właściwe zabawki dla chłopców, on jednak w swej ciekawości chciał po prostu spróbować… W każdym razie rozbieranie skrzata nie wchodziło w grę i Ben kolejny raz musiał przyznać się do porażki.
Pamiętał doskonale inne spotkanie z Modułem, kiedy to badając kręcące się koła w autach nagle zza jednego z nich wyszedł szczupły pan w meloniku i powiedział – witaj chłopcze. Wygląd nie zwiódł jednak Bena i rozpoznał Moduł, choć sporym szokiem i nowym doświadczeniem była rozmowa z nim.
- Dzień dobry – odpowiedział.
- Dlaczego mnie szukasz?
- Bo… bo.. – zdołał wydukać, usilnie starając się zebrać myśli.
- Co zrobisz, jak mnie znajdziesz? – znów spytał Moduł i na to pytanie chłopiec miał odpowiedź.
- Będę mógł wszystko i zrobię sobie własny świat, taki jak będę chciał… zrobimy znaczy.
- Szukaj więc, szukaj – odparł Moduł i odszedł, zostawiając zaskoczonego chłopca samemu sobie. Ben szukał więc bez wytchnienia i choć dotąd nie odnalazł Modułu, poszukiwania przybliżyły go do celu i czasem nawet potrafił wezwać go na pomoc w innych zadaniach.
Bywało i tak, że oprócz osób w białych kitlach, które Ben tak bardzo lubił ze względu na uporządkowanie ich wyglądu oraz stonowanie kolorystki – do Ośrodka przybywali ludzie w mundurach. Stosunek Bena do nich był dwojaki – z jednej strony nie lubił ich za oschłość i wywyższanie się oraz nerwowość jaką ich pojawienie się wprowadzało w utarte schematy dnia, z drugiej strony jednak ich wizyty zawsze wiązały się ze specjalną zabawą. Przynosili ze sobą masę kartek, wyciąganych z mniej lub bardziej grubych skoroszytów z pieczęcią „Top Secret”, a opiekujący się Benem prosili go, by pokazał, co się za nimi kryje. Zawsze była też nagroda – czekoladowy batonik, a chłopiec uwielbiał słodycze, choć w tych trudnych czasach nie mógł liczyć na rozpieszczanie nimi, stąd były one tak cenne.
Nie inaczej było tym razem, przybycie ludzi w mundurach sygnalizowało nowe zadanie.
Chłopiec otrzymał tym razem niewiele, bo kilka kartek papieru pokrytych równymi rzędami dwucyfrowych liczb. Pod spodem jednej z nich widniał krótszy od innych ciąg również dwucyfrowych liczb. Spojrzał na wszystkie kartki, sczytując je momentalnie niczym najlepszy skaner i tworząc własne wizualizacje wewnątrz mózgu. To oczywiste, że wszystkie te tabele są ze sobą powiązane, należy je więc ustawić jedne za drugą... Kilka sekund zajęło mu ustalenie porządku, w jakim należy je ustawić. Ta z dodatkowym szeregiem liczb wylądowała z przodu i jasno sugerowała, że jest tutaj najważniejsza. Ale w jaki sposób koreluje ona z innymi tabelami? W jednej chwili wewnętrzny świat Bena eksplodował prostopadłościanami symboli opisujących wszystkie możliwe rodzaje w jaki podane mu tabele mogły wpływać na siebie i powstał mały kosmos z pierwotną tabelą w jego centrum.
Popatrzmy... 24 68 41 48 35 72 … Czwórki... Hm, tak nielubiane przez Bena czwórki wychyliły swe łby zza innych liczb. Kto by zresztą je lubił, sztywne i zarozumiałe, do tego fałszywe. Ben zawsze pisał je jakby zygzakiem bardziej przypominającym pospiesznie kreślone „S” lub błyskawicę – i takie właśnie były czwórki, zimne i podstępne. Teraz też knuły, kryjąc się za innymi liczbami by uczynić spisek mniej widocznym i zapanować w krainie liczb. Niedoczekanie wasze! Benowi nie pasowała jednak obecność 41 oraz 35 w tym gronie, spokojne te i nie wadzące nikomu liczby wyraźnie tu nie przystawały więc spytał je, co tu robią. Otrzymał odpowiedź, że przechodziły sobie tylko tędy, przystanęły na chwilę, nie wiedzą o co chodzi i w ogóle zaraz sobie pójdą – więc przestał się nimi zajmować. Spojrzał na pozostałe kartki papieru. Tak, znowu to samo, mamy więc cztery czwórki, ukrywające się za podzielnymi przez nie liczbami. Cztery czwórki – kwadrat, najsilniejsza formacja w jakiej te cyfry mogły występować. 4444. Nie będzie łatwo, ale Ben wezwał na pomoc dwójki, których czwórki najbardziej się obawiają – bo po pierwsze 4 podzielone przez dwa daje dwa, dwa plus dwa to też cztery i jakby było mało – pierwiastek z czterech to też dwa. Bez dwóch (hehe) zdań – dwójki wiedzą, jak sobie radzić z czwórkami. Ponowny rzut oka na trójwymiarowe odwzorowanie tabeli w głowie pozwoliło zneutralizować dwie z czwórek i otrzymał w ten sposób 2444242. Niby nie najgorzej, ale środkowe czwórki były mocno osadzona w kolejnych tabelach i nie pozwalały się rozerwać dwójkom. Nie, należało to zrobić inaczej.
Pierwszą rzeczą, jaka zakłóciła uwagę Bena, była Kate, która nagle podniosła się z krzesła. Dopiero potem, bardzo wolno, poprzez ścianę jego skupienia przebił się hałas wyjących syren, oznajmiających alarm przeciwlotniczy. Jękliwe dźwięki dochodziły na razie z bardzo daleka, ale nakładały się na siebie i stawały coraz głośniejsze. Jeden z wojskowych poruszył się niecierpliwie i spojrzał na pielęgniarkę. „Czy pani może go trochę pośpieszyć?” wyszeptał niemal proszącym głosem i skinął w kierunku Bena. Kate nie zdążyła odpowiedzieć, bo w tym momencie drzwi się otworzyły, do środka wkroczyła Pani Przełożona i ostrym głosem zażądała, aby wszyscy opuścili pomieszczenie i przeszli do schronu w piwnicy. Drugi z wojskowych wstał, wywiązała się szybka dyskusja „Proszę pani” tłumaczył „nam chodzi o ustalenie położenia wyrzutni rakietowych. To nowa broń Hitlera, rozumie pani, jedna taka rakieta może zniszczyć cały Londyn. Nasze samoloty są już przygotowane do startu, powinniśmy dać chłopakowi parę dodatkowych minut, jeszcze nie wszystko jest stracone. Aha, i proszę nam powiedzieć, gdzie znajduje się tutaj najbliższy telefon?”. Ben nie wszystko zdołał zrozumieć, nie wiedział, czy odkładać zabawki do pudełka, czy nie. Nadal trzymał w ręku mały bębenek, kiedy Kate, popychana niemalże przez Panią Przełożoną wyszła z pokoju. Został sam, nie licząc obu wojskowych, którzy ponownie zajęli swoje miejsca i uspokajająco powiedzieli, że kobiety za chwilę wrócą.
Wycie syren nieubłagalnie się przybliżało. Wydarzenia w tle rozproszyły Bena na chwilę, teraz ponownie spojrzał na porozkładane przed sobą kartki papieru, figurkę dobosza, czekoladowy batonik leżący po drugiej stronie stołu i... cyfry znów zaczęły do niego przemawiać, bezwiednie zanurzył się we własny świat. Ósemka, oczywiście ósemka, jak mógł wcześniej to przegapić? To jasne, brakuje przecież ósemki! To ona musi rozdzielić czwórki.
Teraz tylko jeden rzut oka pozwolił na ustalenie otwierającej cyfry – będzie to piątka, pękaty żandarm poprowadzi ten pochód tam, gdzie powinien i czwórki nie będą miały tu nic do gadania. Jak jednak rozbić początkową parę tych podstępnych liczb, by nie próbowały swych sztuczek? Tym razem zadanie nie było tak łatwe, przyniesione przez wojskowych tabele nie pokazywały rozwiązania, chłopiec rozszerzył je więc w głąb trójwymiarowej przestrzeni dodając własne znaki. Tamburyn – tak w dalekiej przestrzeni wyglądał piktogram pierwszej z cyfr cztery, balon na gorące powietrze, zdolny unieść cztery (znów!) osoby symbolizował drugą. Używając pierwszej, głównej tabeli jako środka układu współrzędnych chłopiec manewrował pozostałymi prostopadłościanami znaków obserwując zachodzące korelacje. Uśmiechnął się, gdy rudy lisek próbował chwycić tamburyn i zagrać na nim lecąc balonem. Nie, piątka, ty tutaj sobie nie poradzisz. Zero? Kolejne tabele również nie dały rozwiązania – samochód, por i widelec to nie było to. Dobosz! Chłopiec aż podskoczył widząc, jak dobosz w czerwonym mundurze królewskiej gwardii podnosi tamburyn i raźno maszeruje po niewielkiej przestrzeni gondoli balonu, potrząsając instrumentem.
Nie, nie, nie, nie żadna jedynka! Balon zamienił się w mewę i szybując w powietrzu Ben ujrzał niewielką wysepkę z zamkiem i płynący w jej kierunku statek. Wiedział, że rozwiązanie jest w skrzyni na dziedzińcu zamku, tylko jak tam się dostać? Podleciał bliżej, ale wtedy armia łuczników wyszła na baszty i nie pozwoliła mu wylądować. Dwie strzały przeleciały tuż obok skrzydła mewy, Ben w złości zacisnął pięści. Statek, pomyślał, zakręcił koło i powoli opuścił się na jego pokład. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zaczęły tam od razu wyrastać działa. Ben spojrzał w stronę zamku – spowijała go chmura dymu. Armaty na statku wystrzeliły po raz drugi, atak był celny, słyszał huk wybuchów, z murów sypały się kamienie. Może siódemka, oddający honor kapitan? Statek zbliżał się do wyspy. Zbliżał się? Ależ nie, nieprawda, pływał tylko naokoło, zamek nie poddawał się mimo ostrzału – nie siódemka, nie tędy droga. Ben tracił cierpliwość, ach, te wstrętne pudełka – gniewnym ruchem ręki strącił je wszystkie na podłogę. Obaj wojskowi, przejęci i zaskoczeni, podskoczyli na swoich krzesłach. Ben zastygł, jego świat nagle się zatrzymał. Chłopiec obserwował jakby w zwolnionym tempie kartki papieru, które leżały na stole obok pudełek. Podfrunęły najpierw w powietrze i wolno szybując, jak wtedy liście w parku, opadły następnie na miejsce tuż przed nim. Moduł, pomyślał, naturalnie Moduł! Nagle ujrzał szklaną sinusoidę, wznoszącą się nad murami zamku i torującą drogę na dziedziniec. Mewa mogła bezpiecznie poruszać się tym szlakiem, strzały łuczników nie były w stanie jej dosięgnąć. Wylądowali na dziedzińcu, skrzynia, choć wyglądała na ciężką, dała się bez trudu otworzyć. W środku znalazł skrzata w czapce o kształcie szóstki. Szóstka, kto by pomyślał, że spokojna zazwyczaj szóstka tak się tutaj sprawi! Widać jednak czasem i szóstki muszą stanąć do boju, aby pokonać wyczyny czwórek.
524264084242 – Ben zapisał cyfry na kawałku papieru. Wojskowi zerwali się z miejsc. Jeden szybko chwycił kartkę i wybiegł do telefonu, drugi pośpiesznie pociągnął go za ramię w kierunku drzwi. Chłopak się zawahał – mają schodzić do schronu, no tak, ale zawsze robił to w towarzystwie pielęgniarki. Gdzie jest Kate? I dlaczego nie dostał jeszcze swojego batonika? Nagle usłyszeli świst bomby. Nie gdzieś w oddali, nie, raczej stosunkowo blisko. W jednej chwili nastąpił ogłuszający huk, podłoga zadrżała, fala powietrza z ogromną siłą wtargnęła do pokoju, wybiła okno, przewróciła krzesła, stół i stojący pod ścianą regał. „Mój batonik, batonik spadł na podłogę” zdążył pomyśleć i ogarnął go mrok.
Obudził się pod chłodnym dotknięciem czyjeś dłoni na jego czole. Jak zwykle leżał cichutko, nie dając po sobie poznać, że już nie śpi. „Nie ma gorączki” – to był miekki głos Kate. Kate!!! W sąsiednim pokoju zadzwonił telefon. Ben usłyszał szybkie kroki Pani Przełożonej, dochodziły go fragmenty rozmowy: „U nas wszystko w porządku, panie generale, mamy niestety spore zniszczenia budynku, ale żadnych strat w ludziach... tak, to prawda, porucznik i Ben mieli szczęście, tylko szkło i drobne odłamki, meble dały im ochronę... no właśnie, dzięki Bogu linia telefoniczna nie uległa uszkodzeniu... och, jak się cieszymy, że udało się zniszczyć te niemieckie wyrzutnie rakietowe... oczywiście, to naprawdę zdolny chłopak... tak, tak, naturalnie panie generale, zawsze jesteśmy do usług”.
Ben otworzył oczy, w progu stała Kate, niosąc tacę ze śniadaniem. Ale coś było nie tak, pokój był mniejszy, brakowało stolika i krzeseł, na ścianie przy oknie wisiał jakiś nieznany obrazek. „Ooo, dzień dobry” powiedziała z radością w głosie. Poczuł, jak coś uciska go z boku, spróbował usiąść, ale nie mógł, przeszywający ból zawładnął całym jego ciałem. Kate postawiła tacę na nocnej szafce przy jego łóżku. „Będziesz musiał zostać w części szpitalnej przez kilka dni, Ben. Jesteś bardzo potłuczony po wczorajszym wybuchu, masz kilka powierzchownych ran i złamaną rękę” Kate wskazała na zabandażowane ramię. Poczuł, że jest głodny i spojrzał, co dostał dziś na śniadanie. Owsianka, dwie kromki chleba i... Czy to możliwe? „Lekarz nie pozwala ci poruszać chorą ręką, więc będę cię dziś karmić” uśmiechnęła się Kate i jakby odgadując jego myśli dodała „tak, to za wczoraj, świetnie się spisałeś”. Na białej serwetce leżał czekoladowy batonik z rysunkiem dużej, ciemnoczerwonej truskawki.

Podpis: 

D 2013
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Sprawca (fragment II) Sprawca (fragment) Taedium vitae
Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e Bo czymże jest życie, jeśli nie przygodą na krawędzi?
Sponsorowane: 75Sponsorowane: 70Sponsorowane: 65
Auto płaci: 65

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2021 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.