https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
25

Imagine

  Nie tylko z tego świata jesteśmy, bo życie się zmienia, ale się nie kończy...  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W listopadzie nagrodą jest książka
szystkie złe miejsca
Joy Fielding
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Imagine

Nie tylko z tego świata jesteśmy, bo życie się zmienia, ale się nie kończy...

Bliskie spotkania

Chodźmy...

Sen o Ważnym Dniu

Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).

Mefisto i Carmen

"Nie moja w tym wina, że jak to bywa w świecie Los z przekory nici gobelin życia plecie."

Nowa Atlantyda

Jedna z przyszłości futurystycznych zawartych w e-booku "Futurystyka" (Przyszłość kiepska)

Nowozrodzenie

Czym jest zbawienie.

Nowa płeć

Wierszyk satyryczny

Ró-ża

Na skrawku zapisane

Tezeusz

Piosenka z audiobooka "Dopalacze poetyckie"

Targ - Dzień VII - Rozdział XXVIII

Ostatni rozdział

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1331
użytkowników.

Gości:
1331
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 67277

67277

nabrzeże 47

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
11-02-23

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Akcja/-/-
Rozmiar
13 kb
Czytane
3199
Głosy
1
Ocena
1.00

Zmiany
12-01-02

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: jaroslaw.juszkiewicz Podpis: Jarosław Juszkiewicz
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Krótka historia pewnego agenta FBI, który trafia na transport tajemniczej przesyłki, prawdopodobnie z Meksyku

Opublikowany w:

nabrzeże 47

Budynek, w którym znajdowała się siedziba Filadelfijskiego oddziału FBI mieścił się w starym wieżowcu nieopodal centrum. Budynek miał czternaście pięter wysokości, a jego ściany otaczała pofalowana blacha, na której surowy klimat wschodniego wybrzeża zdążył już odcisnąć swoje piętno.
FBI w trosce o pieniądze podatników oczywiście nie było w stanie wynająć całego biurowca, ale zadowoliło się jedynie całym czternastym piętrem. Całą resztę zajmowały biura firm, które dni świetności już dawno miały za sobą.
Agent specjalny Matthew MacDonald siedział znudzony za swoim nie drogim biurkiem w centralnej części budynku i czekał na zmiłowanie losu. Kremowy telefon z przezroczystą tarczą, który stał nieopodal jego łokcia wciąż milczał. Wraz z upływem czasu ręce zaczęły mu drętwieć od opierania się na nich, więc nerwowo schował je pod biurko. Większość pracowników biura już dawno poszło do domów. Matthew doskonale o tym wiedział, ponieważ na całym piętrze nie było ani jednej ściany działowej, a sufit trzymał się na często występujących wśród gąszczów innych biurek, pomalowanych na biało kolumnach. Dlatego było słychać nie znośne przeczenie klimatyzacji i włączonego komputera, którego czarno-biały monitor wyrastał z lewej krawędzi biurka. Widniejąca na nim otwarta baza danych wiele mówiła o sprawach, jakimi musiał zajmować się na co dzień. Prostytutki, narkomani i cała masa innego rodzaju elementów przewijała się nie raz masowo przez jego ekran.
Nie miał zielonego pojęcia, dlaczego zaraz po szkole dostał ten przydział. Co prawda nie miał zbyt dobrze rokujących ocen, ale byli o wiele gorsi od niego. Czasami lubił myśleć, że był po prostu tak dobrze zapowiadającym się funkcjonariuszem, że pokładano w nim wielkie nadzieje w związku z jego talentem mediacji i innymi pierdołami, na które nigdy nie zwracał uwagi.
W tej chwili czekał na telefon od swojego człowieka w dokach. Zapowiadał się sporawy transport bliżej nie określonych narkotyków z Meksyku. Jak znał życie chodziło o popularne „zielsko” - czyli same miękkie. Prosta sprawa, szybki koniec, no przynajmniej tak mu się wydawało. Kiedy telefon milczał przez cały dzień zaczął się martwić o swojego człowieka zwłaszcza, że nie słynął on z nadmiernej bystrości umysłu. W końcu, kto inny w tym mieście zbrodni szedłby na układy z policją. Często ludzie wybierali wieloletnie więzienie aniżeli współpracę z organami ścigania. To wydawało się wiele mówić o jego pracy i życiu.
Niedawno odeszła od niego żona. Mimo że wcześniej nie stronił od kieliszka, to teraz coraz częściej do niego zaglądał. Co prawda nie zdarzyło mu się żeby przyszedł do pracy pijany, ale to tylko dzięki jego gasnącemu poczuciu przyzwoitości i nadwątlonemu wskutek złych przeżyć poczuciu obowiązku.
Kiedy na tarczy, wiszącego na jednej z kolumn zegara mała wskazówka wskazała szóstą Matthew postanowił działać. Ruszył obolały tyłek z krzesła i ściągnął brunatny prochowiec z drewnianego wieszaka, stojącego przy lewym narożniku brudnego okna. Dopełnieniem jego dzisiejszego i za razem codziennego stroju był staromodny kapelusz w podobnym kolorze.
Mimo że na polu padało od samego rana, co było widać wyraźnie za szybą okna wychodzącego na zachód, tuż za jego biurkiem nie przejmował się tym zbytnio. Samochód stał tuż przy wejściu na swoim stałym miejscu. Jego właściciel strasznie się denerwował, jeżeli ktoś ośmielił się zaparkować na jego miejscu.
Żeby dostać się do biura FBI wystarczyło, że spragniony informacji petent wszedł po kilku betonowych schodkach, prowadzących do przeszklonych drzwi. Potem pozostawało tylko wpisać się do „księgi gości”, która leżała na blacie recepcji tuż przed wejściem.
Ostatnim przystankiem była winda, za pomocą, której można było się bez trudu dostać na docelowe czternaste piętro. Taką samą drogę musiał pokonać każdy pracownik biura, no może poza wpisywaniem się i wypisywaniem w zeszycie na portierni. Dlatego MacDonald wyszedł swoim typowym, dziarskim krokiem zza otwierających się na oścież drzwi windy. Ukłonił się podstarzałej pani recepcjoniście, która jak zwykle w nadziei, że jej najpiękniejsze lata jeszcze nie minęły rozpuściła blond loki i wyszczerzyła się w pożegnalnym uśmiechu.
Matthew otworzył drzwi mimo wszystko bez słowa. Nie miał dostatecznie dobrego nastroju na rozmowy ludźmi. Jego myśli kłębiły się teraz wokół doków, ponieważ jeżeli jego człowieka znajdzie jutro straż przybrzeżna wszystko będzie jasne. Jednak nie wykluczone, że on jeszcze żyje i czeka na wyrok, którym był nie wątpliwie strzał w głowę z bliskiej odległości. Matthew musiał to sam przed sobą przyznać, że tak naprawdę nie wiele go to obchodziło. Kolejne stracone życie jakiegoś skruszonego szemranego typa. To ostatecznie nie on był winien podejmowanych przez niego decyzji, które pchnęły go na tory przestępczości zorganizowanej.
Natomiast był odpowiedzialny za swoje życiowe decyzje w wyniku, których musiał teraz jechać przez pół miasta z odsieczą. Nie było wcale powiedziane, że musi zdążyć, dlatego z wolna sięgnął do kieszeni spodni żeby wyciągnąć z stamtąd kluczyki od pamiętającego jeszcze lata siedemdziesiąte forda mustanga, czekającego na niego na parkingu przed wejściem.
Samochód miał biały lakier, a więc był w ulubionym jego kolorze. Przez sam środek długiego bagażnika przechodziła niebieska linia, której drugi koniec zahaczał o tylni bagażnik. Podobnie jak domalowana później linia lakier nie był pierwszej świeżości. Tu i ówdzie wychodziły ślady rdzy.
Gdy Matthew otworzył drzwi od strony kierowcy, zadźwięczały nie naoliwione zawiasy. Kiedy usiadł w środku i zamknął szybo drzwi włożył kluczyk do stacyjki. Cisza. Znowu silnie odmawiał mu posłuszeństwa. W takich chwilach chciał zacząć odkładać pieniądze na nowy samochód, ale po którejś próbie silnik zaterkotał niczym w starym traktorze i zaczął pracować po cichu, ale nie równo. Matthew odetchną z ulgą, ponieważ oznaczało to, że nie będzie musiał podróżować autobusem. Wycofał i ruszył w stronę portu. Miał nie odparte wrażenie, że to będzie jedna z dłuższych nocy w jego życiu.



Kiedy jechał pośpiesznie przez całe miasto w kierunku doków przynajmniej dwa razy prawie wpadł w poślizg na licznych skrzyżowaniach. Ponieważ miał wyjątkowo złe przeczucia, dotyczące losów jego informatora ignorował każde ze świateł, jakie mijał. Miał sporo szczęścia – nigdzie nie było znać ani jednego patrolu policji.
- Obiboki, nie chce się jeździć w taką pogodę. Zupełnie jak by mieli do dyspozycji tylko kabriolety.
Jednak zaraz potem zaczął dziękować bogu za leniwość tamtejszej policji. W końcu gdyby było zgoła inaczej za pewne zbankrutowałby na mandatach zanim dotarłby w ogóle na miejsce. Ponieważ nie mógł liczyć, że jego podstarzały i wreszcie zaniedbany mustang wyciągnie pożądanej prędkości, gdy zatrzymał się przed stalową bramą doków było już ciemno. Gdy zdecydowanym ruchem otworzył wiecznie skrzypiące drzwi i postawił zniszczoną podeszwę buta na mokrym asfalcie od razu zauważył, że kłódka, która chyba od wieków zabezpieczała bramę została brutalnie przecięta. Zatrzasnął za sobą drzwi i dopiero wtedy się rozejrzał. Nie mógł wiele zobaczyć, ponieważ w całej okolicy panowała noc, a lokalny przymrozek zaczął przenikać jego lekki prochowiec. Nagłe dreszcze przeszły mu po karku, a na policzkach poczuł mróz. Dopiero wtedy spostrzegł tajemniczego osobnika, stojącego na dachu najbliższego budynku. Ocenił ze ta mężczyzna, chociaż nie mógł być tego całkowicie pewien, ponieważ widział tylko cień w oddali, a i za to mógł być wdzięczny starej portowej lampie, która ze ściany muru obok bramy rzucała mdłe światło.
Nie mógł być pewien płci tajemniczego osobnika, ale był pewien, że czegoś pilnuje. Miał sporą nadzieję, że trafił na wymianę, która widać miała się odbyć tej nocy. Jednak nie poszedł szukać budki telefonicznej żeby zawiadomić lokalny posterunek. Był typem bohatera, który sam zawsze rozwiązuje swoje sprawy od początku do końca i taką miał opinię wśród znajomych nie tylko policjantów. Dlatego chwycił sztywno za jeden z zardzewiałych prętów i pociągnął mocno w swoją stronę. Brama z ostrym zgrzytem ustąpiła i uchyliła się na, tyle że podstarzały policjant z nadwagą mógł śmiało przejść. Nie chował się zbytnio, ponieważ nie wierzył, że ktoś w tych egipskich ciemnościach go dostrzeże. Zatrzymał się dopiero po około 20 metrach. Tam było już widno. W blasku latarni na wewnętrznej drodze portowej stała jakaś stara ciężarówka. Sądząc po wyglądzie mogła pochodzić z czasu wojny. Dobitnie o tym świadczył mdły zielony, na jaką pomalowano przód oraz rdza, a wreszcie cały wygląd, który był właściwy dla samego środka lat czterdziestych. Drzwi od strony kierowcy były otwarte na oścież a grobka trzech innych mężczyzn prowadziła ożywioną dyskusja na tylko sobie znany temat.
MacDonald wyciągnął ogromną 45 z wewnętrznej kieszeni prochowca. Wyraźnie mu ulżyło, ponieważ ciężar rewolweru zawsze mu tam ciążył i choć by, dlatego cieszył się z każdej okazji do jego użycia. Na szczęście nieco z boku znajdowały się jakieś stare beczki, które zaraz zaczęły go odgradzać od reszty towarzystwa. Agent musiał być teraz bardzo ostrożny, ponieważ każdy dźwięki z pewnością zwróciłby uwagę bandytów. Szedł teraz lekko pochylony wzdłuż ścianki z beczek, a kiedy dotarł do jej końca zauważył, że znajduje się idealnie na linii krańca paki tajemniczej ciężarówki. Tylne wejście było w zupełności otwarte.
Lubił amatorów w tej branży. Zawsze popełniali głupie błędy. Dzięki temu zawsze dało się ich błyskawicznie przyskrzynić, a on sami wymachiwali często kroć nie naładowanymi pistoletami i innym, badziewiem, które często nie potrafiło nawet prosto strzelać. Z lekkim uśmiechem przebiegł jak najciszej się dało na tyły ciężarówek i dla pewności, że nikt go nie zauważył wsłuchał się na chwile w rozmowę przestępców. Co prawda nie mógł usłyszeć wyraźnie ich słów, ale nie słyszał tekstów w stylu, „co to było?” Przyjął to za dobrą monetę i przyjrzał się wnętrzu paki. Znajdowała się tam tylko jedna nie pozorna skrzynia z drewna. Nawet nie zabezpieczono jej byle, jaką kłódką. Funkcjonariusz wdrapał się niezdarnie do środka wsadzając szpic buta w jeden z dwóch uchwytów na drewnianej desce, która zwisała teraz z zawiasów i stanowiła jedyne zamkniecie paki ciężarówki. Narobił przy tym trochę hałasu, ale nie dbał już to. Wiedział dokładnie, co znajduje się wewnątrz skrzyni. Tak mu się przynajmniej wydawało. Kiedy otwierał wieko niemal, że oczami wyobraźni widział już kilka ładnych kilogramów suszu, a ludzie w odpowiedzi na tajemniczy hałas z tyłu ich ciężarówek natychmiast wyciągnęli broń i powoli zaczęli podgrzać w jego kierunku. MacDonald zdążył tylko rzucić okiem na zawartość skrzyni. O dziwo w środku znajdowała się sama broń, z której zdecydowaną większość stanowiły amerykańskie karabiny m – 16, ale również można było tam dostrzec niemieckie karabiny z czasów wojny. Sądząc po ich wyglądzie brały już udział w nie jednej wojnie. Te amerykańskie pewnie zaczęły nawet od Wietnamu. Kiedy pierwsza kula minęła jego skroń o kilka centymetrów i z piskiem przebiła brązowe poszycie plandeki agent natychmiast obrócił się w stronę, z której padły strzały i skierował lufę swojego wiernego kolta w stronę czoła jednego z trzech mężczyzn. Zanim jednak zdążył nacisnąć spust kilka kolejnych pocisków minęły jego dwa ramiona.
MacDonald nie zawahał się na widok młodych twarzy i to utorowało mu życie. Pierwsza z jego kul trafiła najbliższego napastnika. Zanim ten zdarzył upaść następna para przebiła kolejno pierś i lewe ramię następnych kandydatów do ran postrzałowych. Celowo zostawił jednego przy życiu żeby dowiedzieć się, do kogo miał trafić towar. Jednak zakrwawiony młodzieniec nie miał zamiaru „sypać” kogokolwiek. Widać wyczuł, że MacNab jest z policji i nie morze w takim przypadku zrobić mu krzywdy. Chociaż by, dlatego że za pewne sumienie mu nie pozwoli.
Jednak tutaj się mylił. Nie przewidział, że agent specjalny Matthew MacDonald już dawno przestał zwracać uwagę na swoje własne sumienie. Dlatego kiedy wycelował w niego jeszcze raz przepastną i błyszczącą od światła pobliskiej latarni lufę pistoletu zachował się jak typowy Johan Wayne. Wyciągnął pomiętą paczkę czerwonych marlboro z kieszeni, oczywiście przy użyciu tej zdrowej ręki. Przyłożył ją do ust i za pomocą ust wyciągnął z niej papierosa.
- I co agencie specjalny
Zaczął pogardliwym tonem.
- Zastrzelisz mnie?
W odpowiedzi Mothew uśmiechnął się lekko i odparł równie pogardliwie:
- No

Kilka setnych sekundy później ostatnia kula przeszyła mózg młodzieńca, którego resztki rozsypały się po wybrukowanej jezdni. Jego wielce zdziwione oczy patrzyły się teraz nie widząc nic prosto w niebo, a papieros, którego przed chwilą zapalił wskutek nagłego uderzenia wypadł mu z ust i leżał teraz obok gasnąc na mokrym podłożu.

Podpis: 

Jarosław Juszkiewicz 23 Luty 2011
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Bliskie spotkania Sen o Ważnym Dniu Mefisto i Carmen
Chodźmy... Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny). "Nie moja w tym wina, że jak to bywa w świecie Los z przekory nici gobelin życia plecie."
Sponsorowane: 25Sponsorowane: 15
Auto płaci: 100
Sponsorowane: 10
Auto płaci: 10

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2025 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.