https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
100

Trzy humoreski

  Trzy króciutkie utwory satyryczne p.t. "Egzamin", "Siusiu", "Huśtawka" - dwa pierwsze to scenki z życia realnego, a trzeci wkracza w absurd ale...:) Teksty są sprzed wielu lat i niepublikowane do tej pory.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W kwietniu nagrodą jest książka
Przesyłka
Sebastian Fitzek
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Trzy humoreski

Trzy króciutkie utwory satyryczne p.t. "Egzamin", "Siusiu", "Huśtawka" - dwa pierwsze to scenki z życia realnego, a trzeci wkracza w absurd ale...:) Teksty są sprzed wielu lat i niepublikowane do tej pory.

Jutro też będą przegrzebki - (1)

Pierwszy fragment (początek) opowiadania nad którym właśnie pracuję. Zapraszam do lektury :)

Sprawca (fragment IV)

Ciąg dalszy śledztwa prowadzonego przez detektywa Massa.

Sprawca (fragment III)

Fragment III.

Sprawca (fragment II)

Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Sprawca (fragment)

Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Taedium vitae

Bo czymże jest życie, jeśli nie przygodą na krawędzi?

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Liście lecą z drzew

Krótki wiersz

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1967
użytkowników.

Gości:
1967
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 65062

65062

Warszawska Intryga 1930

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
10-09-25

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Kryminał/Zbrodnia/Przygoda
Rozmiar
68 kb
Czytane
3679
Głosy
1
Ocena
5.00

Zmiany
10-09-25

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: Betla Podpis: Betlikon von Baranowsky
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Wiktor Barandysz to podróżnik, inżynier i niezwykle miły człowiek. Zamieszkały na stale w Warszawie stara się nie rzucając w oczy poznawać wszystkie możliwe zagadki. Przedwojennej Stolicy. Oto pierwsza jego przygoda.

Opublikowany w:

Warszawska Intryga 1930

-Panie Boże. To tutaj? –Jęknęła Maria patrząc na stan kamienicy przy ulicy Sobczewskiego 42. Budynek z zewnątrz wyglądał na zaniedbany. Czerwona cegła nie jaśniała czystością, tak jak dawniej, a parę okien wyżej było powybijanych. Zakryte kartonowymi paskami. Rynna z boku była zupełnie oderwana. Prawdopodobnie kloszardzi zabrali ją na sprzedaż. W końcu liczy się każdy kilogram. Brak sanitarnych podstaw odprowadzania wody z dachu, widać było już od dłuższego czasu. Na ścianie w miejscu gdzie miała być rynna, ział zielony grzyb. Sama alejka także nie sprawiała dobrego wrażenia. Mała ciasna uliczka z brudnymi i zaniedbanymi fasadami, a jakby tego było mało… Cały dym z znajdującej się niedaleko fabryki gwoździ spadał na ten bezbronny kawał przedmieść i doszczętnie go zanieczyszczał.
Maria musiała zasłonić sobie twarz w pierwszej chwili po wyjściu z karocy. Była to powabna młoda dama o bladej skórze i długiej szyi. Ładnie spięte z tyłu rude włosy nadawały jej szlacheckiego stanu. Niebieska suknia nijak nie pasowała do tego miejsca. Obok niej stanął wysoki mężczyzna z równie nie pasującym do okolicy garniturze. Założył cylinder i kazał woźnicy poczekać.
-Tak. To tutaj. Niepozorne miejsce. Musi panienka przyznać. –Dziewczyna spojrzała przykrym okiem na chmurę dymu z kominów spadającą na środek ulicy. A następnie na dzieci biegające wesoło obok straganiarza jabłek, czyhając, aby jedno lub dwa mu podwędzić.
-No to, nie każmy mu na nas czekać. Zapraszam do środka. –Mężczyzna podszedł do wielkich drzwi. Wrota były przygotowane dla zaprzęgów oraz samochodów, jednak na jednej stronie miały małe drzwiczki, aby mógł tam wejść człowiek. Zapukał dwa razy.
-A jak go nie ma? –Niewiasty nie przekonywało to wszystko jakoś. Chciała jak najszybciej się stąd ulotnić.
-Na pewno jest. Jego siostra stwierdziła, że niedawno temu wrócił z Francji. Więc wnioskuję, że jeszcze nie zdążył znowu wyjechać. –Mężczyzna zaczął się rozglądać za jakimś widocznym skoblem, albo czymś, co pomogłoby mu dostać się do środka.
-Francji? Czyli musi to być człowiek światowy! –Niemalże pisnęła z zachwytu dziewczyna. Dżentelmen odwrócił się w jej stronę, jakby przed chwilą powiedziała coś strasznie głupiego.
-Światowy? Jak na mój gust, nawet za bardzo.
-Co pan ma na myśli? –Dał znać o sobie syndrom ciekawości, jaki miał każdy będący z wyższych sfer. Gdy używa się w ich obecności odpowiednich słów wykażą niezdrową ciekawość. Wystarczy by historia była tego warta. A by nią mogła zostać musi mieć w sobie dziwną tajemnice. A osoba Wiktora Barandysza owiana była wielką tajemnicą.
-Hm… jakby by to ująć. Wiktor to ktoś na wzór… ja wiem… cygana to może niekoniecznie. Nie umiem tego opisać. Widać mój zasób słów jest z byt mały, aby dobrze opisać to jakim jest człowiekiem. –Dziewczynie zabłysnęły oczy figlarnie.
-A on ma duży zasób słów?
-O tak! Choć często mieszał różne języki. Miewałem momenty, gdy zupełnie nie rozumiałem, o co mu chodzi. A czasami bywało tak, iż mówił strasznie skomplikowaną polszczyzną i również nie umiałem go zrozumieć. Wychodzi na wierzch moje pochodzenie. –Mężczyzna nieco się zaczerwienił. Dziewczyna zmierzyła go karcąco.
-Nie ma nic złego z pochodzenia z nizin społecznych. Dobrze pan wie, co o tym myślę.
-Tak wiem, panienko. –W końcu udało mu się wyłamać haczyk zamykający drzwi.
-Jak pan może?! To czyjś dom! –Mężczyzna wyjrzał do niej z wnętrza budynku.
-To prawda. Ale, to dom mojego dobrego znajomego. Na pewno nie miałby nic przeciwko. Rozejrzymy się. Zaczekamy na niego. –Dziewczyna łamiąc swoje, wyuczone na pamięć poprzez długie modlitwy przykazanie, przekroczyła próg posiadłości przy Sobczewskiego 42.
Nigdy nie widziała tak dziwnego miejsca.
Wnętrze ukazywało duży warsztat o bliżej nieokreślonej specjalności. Na jednym stole pod ścianą, stały setki małych śrubek, nakrętek małych blaszanych opakowań, pręciki i temu podobne przedmioty. Z kolei po drugiej stronie pomieszczenia stał czarny samochód z odkręconymi drzwiami. Dziewczyna uznałaby, ekskluzywność auta, gdyby nie brak osłony kierowcy, potocznie nazywaną drzwiami. W innym miejscu stały odczynniki chemiczne oraz dziwne szklane pojemniki oraz palnik. Pod sufitem wisiały elementy wykończeniowe różnych przedmiotów. Od klamek poprzez skórzane paski skończywszy na uchwytach od różnych rzeczy mniej lub bardziej powszechnego użytku. Całości dopełniał gramofon grający jakąś niemiecką melodię.
-No dobra. A gdzie nasz kanonier? –Z lewej strony od wejścia znajdowały się schody na górę. Ruszyli w tym kierunku.
-Niech pani niczego nie dotyka, to nie są bezpieczne rzeczy. Wiem to z doświadczenia. –Dziewczynie świeciły się oczy z ciekawości, a teraz to już niemal błyskały.
-Jak to? Coś mi może grozić? Zapewniał mnie pan, że Wiktor jest pana przyjacielem.
-I tak jest w istocie. Co nie przeszkodziło mu w tym, by kiedyś spalić mi moje wąsy.
-Pan nie nosi wąsów.
-No i teraz panienka wie, dlaczego. –Wchodząc po schodach mężczyzna ciągle się czujnie rozglądał i opowiadał jak Wiktor pokazując mu magiczną sztuczkę podpalił mu jego męski atrybut.
-I niech mnie piorun strzeli, jeżeli to nie prawda. Bach. I po wąsach. Tyle je widziałem. –Dziewczyna idąc z tyłu wyglądała na przestraszoną.
-Czy pan Wiktor jest szaleńcem?
-O nie. On po prostu lubi dobrze się bawić. Choć jego zabaw nikt normalny nie zrozumie. –Doszli do wysokiego pokoju. W środku ujrzeli zadziwiający widok. Na dwóch stołach postawionych obok siebie, stał kolejny, a na nim tuż przy suficie leżał plackiem mężczyzna o brunatnych włosach. Dość zaniedbanych długich włosach.
-Wiktor! Stary druhu! –Krzyknął na dzień dobry. Mężczyzna nazwany Wiktorem, natychmiast się obejrzał w ich kierunku i przetoczył się na brzuch, aby widzieć, z kim ma do czynienia.
-A skąd my się znamy? Gdańsk? Berlin? Paryż? –
-No przecież to ja! Posterunkowy Wachacz! –Mężczyzna słysząc to nazwisko, natychmiast zeskoczył ze stołów i podszedł blisko do rozmówcy. Był od niego sporo niższy, ale widać, również młodszy. Miał niezwykle potargane włosy i długi zarost. Pachniało od niego też nienajlepiej.
-Powinienem cię zabić. –Szepnął.
-Żartowniś. –Mruknął były posterunkowy do dziewczyny nadal skrytej za jego ramieniem.
-A to panienka Maria Solska. –Dopiero teraz wyłoniła się zza jego pleców. Wiktor zmierzył ją od góry do dołu. Czujne spojrzenie nadal nie zamierzało odejść od Wachacza, ale wyciągnął rękę, aby się przywitać.
-Miło mi poznać. Wiktor Barandysz. Proszę uważać na tego łysego węża, własną matkę by sprzedał…
-Jakby odpowiednio dużo płacili. –Zażartował. Maria dziwnie się czuła miedzy dwoma mężczyznami żartującymi miedzy sobą. Nie wiedziała, któremu ma wierzyć, czy chociażby słuchać.
-A, więc przybyliście…, po co? Bo czuję, że jakaś szlachcianka i komendant policji nie przyszli do szarego, nieciekawego mieszkańca Warszawy od tak na herbatę. –Policjant się uśmiechnął.
-Widzi panienka? Mówiłem, że jest dobry. –Niestety, Maria była tak przerażona Wiktorem, iż nie zauważyła jego przebiegłości.
-Mamy sprawę. Zaginęła pewna osoba…
-A, co ja? Detektyw? Nie mam czasu na takie bzdury. –Prychnął młodzieniec, mający na oko około dwudziestu paru lat. Komendant uśmiechnął się widząc jego zachowanie.
-A więc, cóż takiego masz wpisane w zawód? Może jesteś budowniczym mostów…?
-Mógłbym nim być.
-A może byłbyś spawaczem statków…?
-Nim również mógłbym być.
-A, co powiesz na aptekarza?
-Bez problemu przepisałbym bym ci coś na tą chorą główkę.
-A na więźnia? –Chłopak zamrugał oczyma.
-Co masz na myśli? –Starszy policjant uśmiechnął się gromko trzymając się za swój dość obfity brzuch.
-Mamy na ciebie całą stertę dowodów. Od przemytu po handel w niedozwolonym miejscu. Spokojnie mogę Cię przyskrzynić na ładnych parę miesięcy. Proszę Cię tylko o przysługę, a wyczyszczę ci konto. –Wiktor podrapał się po zaroście, następnie przyjrzał się gościom, nieco dłużej przyglądając się ładnej dziewczynie niż pulchnemu policjantowi.
-No dobra. Postaram się pomóc. O co chodzi? –Ręką wskazał dwa obdrapane stołki pod oknem. Widok z niego padał na stary zakład szewski i róg ulicy. Dziewczyna usiadła na padoku z nieukrywaną niechęcią.
-No to zaczniemy od nowa. Sprawa jest bardzo delikatna a obnosi się do konwenansów sfer wyższych, do których nie powinno się osób takich jak ty angażować. Ale, jak przekonałem panienkę Solską, twoja pomoc będzie nieoceniona. –Wiktor zdążył ziewnąć. Nie znosił takich sztywnych konwenansów. Dziewczyna utopiła wzrok w małej myszce brykającej obok ściany naprzeciwko.
-Brat panienki zaginął w dość dziwnych okolicznościach. Mamy podejrzanego. Wiemy, gdzie przebywa. Jest przetrzymywany na górze restauracji „Maskotka” na alejach… -Chłopak westchnął.
-Skoro to wszystko wiecie to, jaki macie z tym problem?
-Bardzo duży. Otóż. Panienka pochodzi z dość znanej rodziny szlacheckiej. Nie można jej mieszać do takich niecnych rzeczy jak porwanie. Zwłaszcza, że… ale może niech resztę powie panna Solska. –Dziewczyna nieco się wystraszyła słysząc swoje zadanie i z początku się nieco jąkała. Widać nie często jest proszona o mówienie czegokolwiek, lub opowiadanie o czymś.
-Mój brat Piotr. Jest bardzo porządnym człowiekiem…
-Jak my wszyscy. –Wtrącił młodzieniec szeroko się uśmiechając z pod swojego zarostu.
-…, ale niestety uwziął się na niego jego dawny kompan. Josif Unclarz. Żyd. Pewnego wieczoru, grali po przyjacielsku w karty i Piotr przegrał nieco więcej niż chciał. Wypłacić się z tego nie mógł, ponieważ jest studentem dopiero i jeszcze praktyk nie rozpocząwszy pieniędzy nie ma za dużo. Ale, jego kolega powinien to zrozumieć i mu darować ten dług. Jednak nie był to człowiek szlachetnym. Dwa dni później mój brat nie wrócił na noc do domu, a następnego dnia dostaliśmy ten oto list. –Dziewczyna wyciągnęła ze swojej kopertowej torebki mały rulon. Była to pomięta koperta z napisanym odręcznie adresem. Chłopak otworzył przesyłkę i rozłożył list.

Szanowni państwo.
Państwa syn niejednokrotnie przegrywał ze mną w karty duże ilości gotówki, co za tym idzie zyskiwał duże wobec mnie zobowiązania walutowe. Nie oskarżałem go o brak honoru, ponieważ od wielu lat jest mym druhem na dobre i na złe. Ale, ostatnimi czasy przegrał o wiele za dużo. Nie mogę dłużej patrzeć przez palce na jego zachowanie i brak szacunku. Będzie u mnie dopóki nie zapłacą państwo jego wszystkich długów. A jego zobowiązanie wobec mnie wynosi niemało, bo aż półtora miliona franków. Czekam na pieniądze do Niedzieli Bożego Ciała. Proszę je zostawić w śmietniku na rogu Puławskiej i Chrobrej. W przeciwnym razie nauczę państwa syna honoru w sposób bardziej dobitny. Taki, by zapamiętał tę lekcję do KOŃCA ŻYCIA.

Odłożył kopertę na ziemie i obejrzał dokładnie samą kartkę z treścią. Spojrzał pod światło, powąchał a następnie ponownie przyjrzał się pismu. Niebieski atrament na papierze dostępnym praktycznie w każdym sklepie detalicznym.
-Jak on mógł? Nazwać mojego brata niehonorowym? To kłamstwo. Cóż za bezczelny człowiek. –Z wyrachowaniem Wiktor przemilczał tą hipokryzję i spojrzał na komendanta policji.
-Ten cały Josif to rozumiem jakaś szycha, tak? –Mężczyzna wstał z krzesła i wyjrzał przez okno.
-W pewnym sensie tak. Nic na niego nie mamy, ale wiemy, że zdarzało mu się współpracować z władzami Prus. Tak przypuszczamy. Jest również współwłaścicielem restauracji „Maskotka”. Podobno są prane w niej brudne pieniądze i od dawna mamy na nich chrapkę, ale to nie mój wydział.
-Ciekawa sprawa. Ale, tylko dla rodziny ów Piotra. No, ale jak ja mam wam pomóc?
-Nie możemy do tej sprawy użyć oficjalnych sił, ponieważ sprawa jest bardzo delikatna. Prasa nam patrzy na ręce, a władza odgórna nie chce mieć żadnych problemów z władzą dziedziczną. Pozostawia ją sobie samą. Patowa sytuacja. Dlatego pozostajesz mi ty.
-Ale, co miałbym konkretnie zrobić?
-Wyciągnąć go z tej opresji. To nic wielkiego. Uwalniasz go i przyprowadzasz do mnie. A ja wtedy wymazuje twoją kartotekę i jesteś bardzo porządnym obywatelem.
-Bo je jestem porządnym obywatelem.
-Tak ci się tylko wydaje. –Chłopak ziewnął i przyjrzał się dokładniej gościom po raz ostatni tego dnia. Musiał się skulić, ponieważ oferta komendanta była bardzo kusząca, choć nie lubił dawać za wygraną. Zgodził się współpracować.
-Dobrze. Przyjedźcie po mnie jutro. Autem.
-A twój wóz. Widziałem, że nowy…
-Nie na chodzie. Z resztą nie chce być kojarzony ze współpracą z komendantem. –Policjant zaśmiał się głośno.
-Racja racja. O której przyjechać?
-O dwunastej. Liczę także na pannę Marię Solską. –Dziewczyna spojrzała na niego przestraszona.
-Ja? Ale, to nie wypada, żeby samotna niewiasta woziła się po mieście z dwoma mężczyznami.
-Jeżeli nie stać pani na taki gest wobec brata w obliczu śmierci nie wiem czy jest sens go w ogóle ratować. –Spuściła zaczerwieniona głowę. Gdyby było to anatomicznie możliwe, dotknęła by podłogi.
Piętnaście minut później skromny warsztat Wiktora Barandysza opuściła para ludzi szybko znikających za rogiem w dorożce. Wzrokiem ich odprowadzając strzelił sobie z palców szepcząc do siebie.
-W, co ty się pakujesz, Wiktor. –Słońce chyliło się ku zachodowi, ale jeszcze długi dzień pracy czekał go ze względu na tą sprawę.

Tego popołudnia Witkor stanął przed niezbyt lubianym przez siebie rytuałem powrotu do eleganckiego życia. Po podróży z Egiptu przywiózł ze sobą poza paroma ciekawymi rzeczami również opaleniznę oraz gruby zarost. O ile włosów na głowie nie ruszał, wątpiąc w swój kunszt fryzjerski, to brodę udało mu się ściąć samemu.
Nalał sobie całą balię wody, nalewając zawczasu arabskiego piasku do zmiękczania skóry. Był to jeden z wielu przedmiotów, które udało mu się przywieźć z podróży. Przy pierwszym kontakcie z silnie pachnącą wodą jego ciało zapiekło jakby jego kilkudniowy brud walczył przyczepiając się do jego skóry oraz owłosienia. Dopiero po paru chwilach mógł cieszyć się kąpielą nie gorszą niż niegdyś Faraon czy inny Szejk. Po pierwszym spłukaniu szarego mydła z włosów, rozsiadł się wygodniej w bali i wyciągnął sporą fajkę. Z korkowego podobno drzewa i nabił ją machorką od straganiarza z ulicy Miodowej. Dobry rodzaj tytoniu rozszedł się dymem po całym warsztacie, pomimo, iż kąpiel brał na drugim piętrze, tam gdzie były powybijane szyby. Paznokciami u nóg zdrapywał sobie z łydek i ud, co większe skupiska brudy, a mocno szorując o rant balii tyłem swego ciała obmywał plecy. Do których sięgnąć nie mógł. Starał się uspokoić. Zrozumieć otaczający świat. Pojąć, o co w tym wszystkim chodzi i jaki do cholery ma miejsce w nim. Zawsze tak robił, gdy jego ciało zanurzało się w ciepłej wodzie. Mył się raczej rzadko, ale gdy już to robił to z pełną konsekracją tej czynności. Nabierała ona wtedy mistycyzmu, którego brak szukać na niedzielnej mszy, w ciemnej kruchcie kościoła.
Po dokładnym zmyciu z siebie brudu, przyszedł czas na stosowny ubiór. Z wielkiej szafy, z ciągle nie domykającymi się drzwiami, wyciągnął swój galowy frak. Najpierw założył bieliznę i podkoszulkę, następnie kamizelkę i podpinkę. W następnej kolejności spodnie oraz koszulę. Zapiął elegancką muszkę i przewiązał buty nacierając ją ówcześnie skórą od boczku by ładnie błyszczały. Na sam koniec założył elegancką marynarkę w ciemnym odcieniu brązu. Włosy postarał się nieco ulizać boczkiem i wypełniając kieszenie zegarkiem, portfelem, nożem oraz paroma innymi drobiazgami, wyszedł ze swojego warsztatu. A była już godzina siedemnasta.

Zmierzał cały czas na piechotę w stronę restauracji „Maskotka”, zahaczając o zakład fryzjerski starego Stefana Golimordy. Golimorda został fryzjerem chyba tylko z powodu nazwiska. Z postury wyglądał bardziej jak rzeźnik, albo układacz bruku. Był masywnym i ciężkim mężczyzną trzymającym małe srebrne niemieckie nożyczki w swych rękach jakby miał je zaraz połamać bez żadnego wysiłku.
-Jak strzyżemy szefuniu. –Zapytał basem. Czuć było od niego mocną wodę kolońską oraz resztki obiadu. Wiktor ujrzawszy swe jednak młode, opalone odbicie, uśmiechnął się zawadiacko.
-Z tyłu krócej, z przodu zostawić mi proszę mały przesmyk, bym widział, do kogo prawię do czorta. –Rzekł udając człowieka wyższego stanu. Po szybkim strzyżeniu udał się krokiem dość powolnym przez stare miasto, aż do restauracji „Maskotka”. Budynek był niedawno wybudowany, a obok niego przesuwała się powoli linia tramwajowej siódemki. Wiktor udając przyglądanie się na słup z afiszami spoglądał na budynek z badawczym spojrzeniem. Wejście było jedno, duże. Malutkie okna rozświetlały wnętrze restauracji dzięki swojej ilości, a ciemne zasłony odgradzały bogatych i dystyngowanych gości od zwyczajnych przechodniów. Na prawo od wejścia, tuż za rogiem prowadziła mała boczna uliczka. Zapewne dojazd dla dostawców wina, piwa, oraz produktów żywnościowych. Budynek miał trzy piętra, na każdym z nim był duży gzyms odgradzający sąsiadujące okna, dużym zdobnym gobelinem. Było to być może, jedno z bardziej ekskluzywnych miejsc Warszawy. Wiktor skończył oglądanie słupa i dziarsko ruszył przez ulicę, aby wejść do środka. Schody sprawiały wrażenie bardzo śliskich, toteż uważniej stawiał kroki prąc do przodu. Zaraz za drzwiami przejął go przemiły jegomość wskazując mu miejsce dla jednej osoby. Po zaledwie paru chwilach zjawił się kelner i zaproponował coś do picia. Pora była już dość późna, więc do jedzenia nie proponował niczego. Chyba, że na zakąskę. Wiktor zamówił pół litra wódki i trochę szynki na zagryzkę, co było raczej standardowym zamówieniem patrząc po innych gościach tego lokalu. Jego stolik znajdował się w świetnym miejscu, tuż pod ścianą, w ciemnym kącie. Vis a vis baru oraz stolika na podwyższeniu po drugie stronie Sali, przeznaczonego dla specjalnych gości. Z jednej z klap marynarki wyciągnął list, od Marii i zaczął go przeglądać dokładniej. Miał na to czas, wódka już została postawiona przed jego nosem, a oznaczało to wiele czasu do namysłu. Łyknął pierwszy kieliszek bez zagryzki jak kazał stary warszawski zwyczaj i nieco strzepując z siebie wyrzuty sumienia począł czytać raz za razem pismo z niebieskawego atramentu.
Po około dwóch godzinach zamówił jeszcze jedną połówkę. Tym razem z sokiem jabłkowym jako dodatek. Przez ten czas zdążył się dowiedzieć jak wygląda ten cały Żyd Josif (dzięki zdjęciom właścicieli powieszonych tuż na barem, zaraz obok portretu Piłsudskiego), oraz ustaliwszy, leworęczność człowieka piszącego list z żądaniem okupu. Nie bardzo mu się kleiło myślenie dalsze, więc zaczął pić wódkę bardzo szybko by napędzić się do tego stopnia by w ostatnim błysku świadomości, w tej ostatniej chwili przed straceniem przytomności doznać objawienia dobrego pomysłu. Idei na następny dzień. Jakiegoś rdzenia mogącego posłużyć za plan odbicia Piotra. Tak też się stało. Ostatnią rzeczą jaką pamiętał, było zapewnienie jegomościa przy drzwiach, że niedługo przyjdzie tu mężczyzna obdrapany przez los i będzie się chciał spotkać z Josifem. Zapewnił również, iż jest to człowiek prawy i należy go wpuścić. Gdy wyszedł na chłodne powietrze z knajpy, na chwilę oprzytomniał i zatrzymał jednokonkę. Polecił adres, dwa kilometry od jego warsztatu w linii prostej, tak aby zatrzymać się przed jednym z hoteli dla snobów, a potem zatoczył się w ciemność. Liczył na swój dar przeżycia. Bo zatoczył się w pijanym amoku.

Policjant oraz Maria usiedli w jego warsztacie około godziny dziesiątej. Dziewczyna miała ze sobą parasolkę i torebkę, natomiast komisarz nadal nie miał na sobie munduru, lecz garnitur. Choć ładnie skrojony. Siedzieli naprzeciwko balii, wewnątrz było pełno brudnej wody i ściętych włosów.
-No i gdzie on jest? –Warknął Wachacz plując na podłogę. Gęsta ślin bardzo dobrze pasowała do zniszczonego pomieszczenia.
-Może jeszcze śpi? –Zagadnęła dziewczyna nie mająca doświadczenia wyrażania własnego zdania. Widać było, iż nie może się przyzwyczaić do nowych, wyzwolonych czasów. Główną przyczyną takiego zachowania była z pewnością długa nauka dworskich obyczajów, nie mająca zbyt dużego poklasku w mieście takim jak Warszawa. Gdzie ceniono sobie w tych czasach raczej etykietę miasta i snobizmu niż stanów wyższych, kojarzące się wszystkim z wioskowymi zwyczajami.
Nagle usłyszeli z dołu dźwięk otwieranych drzwi. Szeroki skrzyp dość charakterystyczny dla tak dużych drzwi. Następnie ciche kroczki na górę po betonowych schodach i wtem w wejściu stanął Wiktor. Wyglądał zdecydowanie lepiej niż wczoraj, choć do ideału mu wiele brakowało. Był ubrany znacznie stosowniej, nawet jego szaty były na czasie. Jakby ubierał się nawet nie w stolicy Polski, co w zachodnich krajach. Niestety wszystko było potargane i brudne. Jakby całą noc spędził na ulicy. Co z resztą zgadzało się z rzeczywistością. Nawet na nich nie patrząc podbiegł do miednicy i opłukał twarz w brudnej wodzie. Panienka Maria zmarszczyła nos.
-Nic panu nie jest? –Zapytała udając zatroskanie panienka. Wiktor uniósł głowę, woda sączyła mu się po szyi niknąć pod kamizelką i koszulą. Spojrzał na nich nieco bardziej przytomniej niż przed chwilą.
-Witam państwa. Widzę, że muszę założyć lepsze zamki…
-Zamki nic nie pomogą, gdy się ich nie zamyka. –Życzliwie zwrócił uwagę stary policjant, Wiktor pokiwał głową, ponieważ nie mógł zaprzeczyć takiej oczywistości. Zapomniał za sobą zamknąć drzwi. To prawda.
-Tak czy inaczej. Zaraz wam opowiem o tym, czego się wczoraj dowiedziałem.
-Byłeś tam wczoraj? – Zapytał nieco zaintrygowany policjant.
-Owszem, ale resztę opowiem przy śniadaniu.

Wiktor nożem na spore pajdy chleba nakładał biały smalec ze skwarkami i opychał się nim, jakby to miała być ostatnia rzecz do jedzenia w jego życiu. Jednocześnie, cały czas łapał się na tym, iż pojawiał się u niego odruch wymiotny. W końcu ledwie parę godzin temu przesadził z alkoholem i jeszcze nie do końca doszedł do siebie. Tak naprawdę, był głodny, ale jedzenie chciało z jego żołądka uciec szybciej niż tam się znalazło.
-No więc, byłem tam. Obejrzałem lokal wiem, jak wejść na górę niepostrzeżenie. Bo tam, jest ten cały wasz Piotr.
-Dokładnie. –Ucieszył się komendant. Dziewczyna pokiwała z uznaniem. Widząc jego nieokrzesane zachowanie, nie umiała pojąć jak odnalazł się w tym ekskluzywnym lokalu.
-Wejść tam jest parę, a zastosuję takie, jakie będzie mi na rękę.
-Brawo. Kiedy więc możemy zaczynać? Dzisiaj jest w końcu piątek. Niedziela już nie długo. –Zauważ stróż prawa.
-Dokładnie. Może dzisiaj?
-Teraz?
-No teraz to nie. Poczekajmy aż otworzą i pojedźmy tam wieczorem. Zdecydowanie lepiej będzie mi się poruszać w ciemnościach niż w blasku dnia. –Jak zauważyła panna Maria było w tym stwierdzeniu coś z poezji.
-Muszę się wyspać. Bo coś kiepsko się czuję, wieczorem powinienem być na chodzie. Przyjedźcie po mnie koło dwudziestej. A myślę, że będę gotowy. –Oboje się z nim pożegnali i udali się do samochodu. Wiktor po dojedzeniu reszty posiłku ruszył do łóżka, równie zmęczony co najedzony. Spał niespokojnie, targany stale przez sporą niestrawność spowodowaną przedawkowanie alkoholu. Generalnie, miał słabą głowę. Temu nie umiał zaprzeczyć, aczkolwiek po sporej jego dawce od razu lepiej mu się myślało. A i chęć do działania była jakaś bardziej ochocza.
Podczas jego snu, z ciepłego dnia pozostało jedynie wspomnienie, nad Warszawę nadeszły ciemne chmury a z nim nadszedł również deszcz oraz ochłodzenie powietrza. Gdy na pół jawie sięgał po dodatkowy koc, bo zrobiło się chłodniej, nie zauważył dużych kropel uderzających o okna w jego warsztacie. Gęsty deszcz pochłonął stolicę jak gdyby jakiś potwór zjadał swą ofiarę i całą jej masę absorbował i stawał się nią zwiększając swą objętość. Mrok pochłonął miasto nad Wisłą z niespodziewaną szybkością. Cała duszność ostatnich kilku dni musiała w końcu sprowadzić tak gwałtowny deszcz. Papa wraz z ciężkimi glinianymi dachówkami spadały z kamienic i domków otoczonych przez żywioł. A ludzie uciekali do środka swych izb, aby uniknąć przemoczenia do suchej nitki, jak to mawiano w Warszawie.
-Ależ, pada. –Stwierdził Wiktor wstając w końcu z niewygodnego posłania. Podszedł do okna, aby je zamknąć. Pioruny przecinały niebo, rozjaśniając widok na wszystkie strony.
-Jak w nowy rok. –Stwierdził widząc występ matki natury nad swoim rodzinnym miastem.
-Należałoby się przyszykować. –Wiktor należał do ludzi przezornych. Nie widział nic złego w przygotowaniu się zawczasu na możliwe i niemożliwe sytuacje. Ubranie wybrał z szafy zupełnie zwyczajne. Drelichowe niebieskie spodnie i długą szarą marynarkę z niebieską podpinką, z wysokim kołnierzem. Na to kapelusz. W licznych skrytkach ubrania, poukrywał wiele wartościowych przedmiotów, w razie potrzeby mając je zawsze przy sobie. Miał dwa rodzaje nitki (szpulkę mocnej dratwy, oraz zwykłej bawełnianej nitki), parę mniejszych pręcików, dokumenty na sfałszowane nazwisko jegomościa z Lublina, ostry nóż (podobne ostrze do żydowskiego włosa), mały składany kozik ukryty w bucie. Nie zabrakło również zegarka na łańcuszku, paru monet, chustki, żyletki, zapałek, gryzącego proszku i paru innych mniej znaczących przedmiotów. Do jedynej widocznej kieszeni, wsunął portfel i zdjęcie urodziwej młodej damy. Zupełnie dla niepoznaki. Dziewczyny ze zdjęcia nie znał, a samą fotografię znalazł na dworu w Pradze. Gdy stanął w drzwiach gotowy do zadania, akurat podjechał samochód. Wewnątrz siedziała Maria oraz Wachacz. Przebiegł po deszczu i wskoczył do wozu, usadawiając się na tylnim siedzeniu.
-Gotowy? –Wiktor nadal był nieco roztrzepany, ale uznał to za dobry omen. Choć nie był zabobonny.
-Bardziej nie będę. Zawieźcie mnie na róg. I czekajcie w wozie, powinienem wrócić z panienki bratem. –Dziewczyna przyjrzała mu się. Był ubrany czysto, ale mało stosownie. Jego ubranie było poplamione i pogniecione.
-Jak pan zamierzam tam tak wejść? –Mrugnął do niej okiem i zapewnił, iż to nie problem. A sam w duchu, miał nadzieje o pamięci lokaja przy wejściu.

Cała Warszawa pogrążona w ciemnościach. Prąd został w burze wyłączony, lecz z wielu okien świeciło się światło świec pozapalanych wewnątrz by utrzymać, choć tą odrobinę jasności. W paru oknach było widać, wystawione portrety matki boskiej oraz palącą się przy niej świecę.
-Ludzie modlą się do Maryi, aby odgoniła burzę. –Stwierdziła zadumana szlachcianka, Wiktor prychnął spoglądając znużony za okno. W breję po bokach ulicy.
-Ludzie powinni wiedzieć, że burza to zwykłe zjawisko atmosferyczne, jakie można przewidzieć i poznać…
-I kontrolować?
-Nie. Kontrolować się tego nie da. Burza, to nie koń, żeby mu założyć uzdę na pysk i mocno strzelić strzemionami po bokach. To żywioł nie pojęty. Nie pojęty dla człowieka. –Stwierdził naukowo Wiktor.
-Więc, może modlą się do tego kogoś, w którego władzy są te chmury?
-Na ziemi nie ma nikogo potężniejszego od człowieka.
-Jest pan niewierzący? –Zapytała dziewczyna, lecz z jej pytaniem zlał się głos policjanta informujący o tym, iż są już u celu. Wiktor kiwnął głową i otwierając drzwi wyskoczył w ciemną noc. Deszcz ostro zacinał. Przemysław i Maria zostali siedząc w samochodzie razem.
-Panie komisarzu. Proszę mi wybaczyć tą wścibskość. Ale, skąd pan zna tego nieokrzesanego człowieka? –Policjant nerwowo spoglądając to na zegarek to na drzwi wejściowe do „Maskotki”, w których przed chwilą zniknął Wiktor odpowiedział nonszalanckim głosem. Ale, można było wyczuć, iż się denerwuje.
-Spotkałem go jakieś trzy lata temu, gdy prowadziłem sprawę morderstwa starego żyda. Może pani słyszała. Okazało się, że był przyjacielem Wiktora. On oczywiście, nie chciał słuchać, tego, że policja śmie w ogóle maczać palce w tak ważnej dla niego sprawie. Po zbadaniu dowodów, oraz pogwałceniu paru przepisów, udowodnił straszną prawdę. Której sam nie chciał tak naprawdę poznać o swoim przyjacielu.
-A cóż to za prawda?
-Jego przyjaciel zabił się z jego powodu. A w zasadzie, z powodu jego siostry. Izabeli. –Maria potwornie bała się o swojego brata i bez przerwy myślała o tym czy wróci cały i zdrowy, a jedyną rzeczą, jaka mogła odwrócić jej zainteresowanie było gadanie komisarza. Więc ponaglała go o więcej szczegółów z życia Wiktora. Jak sama również zauważyła, z lekkim wstydem, było w nim coś hipnotyzującego. Tak, iż chciało się o nim wiedzieć coraz więcej i więcej.
-Czy ja wiem? On zawsze był skryty. To podróżnik w każdym calu. Zna języki oraz wiele dziedzin nauki. Prawdziwy geniusz. Mało takich ludzi chodzi po świecie. Nie będzie kłamstwem, jeżeli powiem, iż to najcfańszy człowiek, jakiego udało mi się spotkać w jego wieku. A jako policjant z długoletnim stażem na ulicy, spotykałem ich naprawdę wielu.
Co o nim wiem jeszcze? Widzę, że panienkę to interesuje. Nie nie. Nie ma się, co wstydzić. Nie jednej kobiecie już zawrócił w głowie. Wiem o nim jeszcze tyle. Jego ojciec to znany w Europie konstruktor. Niestety. W jakiej dziedzinie to nie powiem. Nie znam się na tym. Jego matką jest dziewczyna z biednego domu, która jako jedna z pierwszych odważyła się pracować. Była maszynistką. Pisała na maszynie w biurze jego ojca, gdy ten pracował we Wrocławiu. Podobno dobrze sobie radzili, choć brakowało im ojca. Ciągle gdzieś jeździł coś załatwiał, budował. Wiadomo, wielki człowiek. Gdy Wiktor skończył lata młodzieńcze, natychmiast zmienił nazwisko i wyruszył przed siebie jedynie z walizką i niemiecką walutą w kieszeni. Coś niezwykłego prawda? Z tego, co jeszcze wiem, na początku pracował fizycznie na kolej, a potem zaciągnął się do armii. Tam długo nie zabawił, ponieważ nie umiał się podporządkować. Ostatecznie, udało mu się założyć się z pewnym człowiekiem o wielkie pieniądze i udało mu się wygrać. Doprowadził go tym, do ruiny, nawiasem mówiąc. Od czasu do czasu pomaga mi, w dochodzeniach, ponieważ to sprytny młodzieniec. Aczkolwiek chęci czynienia czegoś bezinteresownie jest niewiele. Zawsze musi dostać coś w zamian. Straszny typ człowieka. –Dziewczyna naprawdę by się zainteresowała tym życiorysem, gdyby życie jej brata nie było zagrożone.
-Co jeszcze? Hm… mi się wydaje, że powinien zostać jakimś ministrem albo kimś, kto się na czymś zna, a nie takim podwórkowym hulanką i bawidamkiem. Wyszedł, ze śmiałego domu, a został jakimś zwykłym robolem, jakich wielu. To przykra historia. Nie, panienko. Nie znam powodów, dla których tak postąpił. Być może, ktoś, kto zna go dłużej powiedział by więcej. Ja. Wstrzymam się z pianiem na jego osobę. Mnie osobiście to drażni. Choć bywa pomocny. Ale, co to? Ja tak ciągle gadam i gadam, a jego już prawie dwadzieścia minut nie ma. Nie twierdzę, że zadanie ma łatwe przed sobą, ale mógłby się trochę pośpieszyć. –Jakby na jego rozkaz tuż za rogu wyjechały trzy radiowozy policyjne i otoczyły główne drzwi do „Maskotki”, tak by nikt nie mógł wyjść. Dwa patrole ruszyły wartko do środka, a jeden został na dworze patrolując okolicę. Teraz do błysków piorunów dodać można było niebieskie błyski kogutów. Ludzie z kamienic obok zaczęli wyglądać z okien, zapominając o niebezpieczeństwie burzy.
-Co się dzieje? –Zapiszczała Maria, komisarz miał wolne w pracy i nie miał pojęcia skąd i na jaki rozkaz pojawiły się tutaj radiowozy. I z jakiego powodu.
-Nie mam pojęcia panienko, ale to nie oznacza nic dobrego. –Gdy ucichły jego słowa, wybuch na drugim piętrze rozświetlił całą dzielnice. Kawałki ściany runęły na stojące przed restauracją samochody i policjantów. Ogień rozszalał się w barze na dobre. Tapety zajmowały się od siebie nawzajem, tak samo jak firany, meble, dywany. W środku musiało panować piekło. Oboje siedzieli zszokowani w samochodzie naprzeciwko całego tego zdarzenia. Zesztywniali ze strachu, patrzyli na siebie. Maria miała łzy w oczach czując, iż jej brat przypłacił rolę w tych wydarzeniach życiem.
Zanim przyjechała straż ogniowa, wokół już było pełno policjantów, a ogień w wewnątrz rozprzestrzenił się na całego. Nie palił się jeden czy dwa pokoje, ale już całe piętro oraz dół lokalu. Gdy już stracili nadzieje, na ujrzenie kogokolwiek z oczekiwanych ujrzeli jedną postać przebiegającą przed wozem straży pędzącej na ratunek. Postać w niebieskiej policyjnej kurtce bez pytania wpadła do środka trzymając się za pierś.
-Kimżeś jest? Ranga! Stopień! Mówże do cholery.
-To ja! Wiktor. –Serce stanęło Marii. Widziała, jak niebezpieczny płomień pożera budynek, a teraz wybawca jej brata siedzi sam osmolony cały na twarzy i spocony jakby przebiegł ze dwa kilometry. Miał na policzku również rozcięcie.
-Możemy jechać. Jeszcze nas będą wiązać z tą sprawą. –Komisarz pokiwał głową i od razu włączył silnik i ruszył przed siebie. Jechał w stronę ścisłego centrum.
-Niech się panienka nie boi. Pański brat jest bezpieczny. –Powiedział kiwając za siebie głową, w kierunku palącego się budynku.
-Ale jak to?! Co się stało? –Grzmiał nie gorzej niż pioruny komisarz. Wiktor oddychał ciężko na tylnym siedzeniu ocierając spocone i osmolone czoło. Maria zdrętwiała cała na siedzeniu pasażera, nie była wstanie wydobyć z siebie żadnego głosu.
-Już tłumaczę, co zaszło, a historia to niecodzienna.


Wiktor wyszedł w deszcz z wielką ulgą, nie lubił wdawać się w rozmowy z ludźmi pokroju młodej szlachcianki. Wmawiał sobie, że takowi ludzie są „nieprzemakalni” na jakiekolwiek argumenty i nic nie zmieni ich zdania. Ulewa zacinała od lewej strony, Wiktor podniósł wysoko kołnierz i skrył się w jego objęciach. Dotarł do drzwi bardzo szybko, namoczone ubranie poprawiło tylko jego wygląd. Na szczęście odźwierny pamiętał przestrogę z poprzedniego wieczoru i wystawiając rękę zaprowadził wprost do stolika, przy którym siedział żyd Josif.
-Na razie wszystko idzie po mojej myśli. –Stwierdził mijając dobrze ubranych ludzi po obu stronach. Stoliki były zapełnione przez wesoło się bawiących ludzi wyższego stanu. Usiadł przy stoliku na podwyższeniu, gdzie również siedział obiekt jego zainteresowania. Wszystko toczyło się tak szybko, że aż sam był trochę tym oszołomiony. Na chwilę musiał zamilknąć, aby zebrać myśli.
-Dobry wieczór. –Powiedział witając się. Mężczyzna siedzący przed nim był szczupły i suchy, jak sęp patrzący na swoją ofiarę. Jego wyłupiaste oczy oglądały go z każdej dostępnej strony jakby oczekując jakiegoś podstępu. W jednym oczodole miał wstawiony monokl. Drogi frak zapięty na ostatni guzik od razu mówił, iż siedzi przed człowiekiem, którego ciężko zaskoczyć, i żeby mówić do niego konkretnie. Bo jeżeli nie, to szybko trzeba będzie opuścić ten lokal.
-Słucham pana. Chyba się nie znamy?
-Owszem. Ma pan rację. Ale mamy wspólnego znajomego. A mianowicie więźnia przetrzymywanego na górze. –Mężczyzna nerwowo zerknął na Wiktor. Na jego przemoczony płaszcz i twarz pokrytą odrostami. Mocniej chwycił za szklankę.
-Skąd o nim wiesz, kloszardzie?
-Od informatora. Chciałem się tylko dowiedzieć, dlaczego go tu trzymasz? –Nie potrafił nie bawić się w takie gierki. Obecnie on ma jedną kartę więcej niż jego przeciwnik, więc jest bezpieczny.
-Nie twój interes. Kto Cię przysłał? Dla kogo pracujesz?
-Nie mogę powiedzieć. To chyba jasne. No, ale nie będę panu już zawracał głowy. Skorzystam jeszcze, tylko z jednego drinka i zostawię pana ze swoimi sprawami. –Wiktor pomału odszedł od stolika i ruszył w stronę lady przy barze. Wiedział, że nic mu nie grozi, bo wokół siedziało wielu ludzi. Nawet, jeżeli byli to obłudni do granic możliwość zawistnicy, to za nic w świecie nie pokazaliby takiej twarzy w towarzystwie dziewcząt. A takich było tu całe mrowie. Biedne dziewczęta. Pomyślał Kuba zamawiając coś na szybko. Lornetkę. Zanim wziął pierwszy kieliszek do ust, obejrzał się przez ramię na Josifa. Ten gadał coś do kelnera patrząc w jego stronę. Czasu było niewiele. Na dodatek przy schodach na górze, był stolik, przy którym siedziało dwóch jegomościów sączących wolno kawę. Wiktor bardzo dobrze, wiedział, z jakiego powodu tam siedzą i utrzymują fason, pomimo nastroju knajpy skorej do zabaw. Pilnowali, aby nikt niepowołany nie wszedł na górę. Trzeba było ich jakoś ominąć…

-Po, co do niego podchodziłeś? Po, co go pytałeś? –Darł się w samochodzie komisarz.
-Dla zabawy. Ale, coś mi się nie zgadzało w nim od początku. I miałem rację. Ale, po kolej. Następnie napiłem się dobrej wódeczki. Jak na mój gust, podają tam jedną z lepszych w mieście. Taką zimną, że aż kieliszek, gdy się bierze go do ręki to jest oszroniony. Taka jest zimna. Pamiętam, jak byłem na jednym weselu, to podawali taką zupełnie ciepłą, to pod ten bigos… to był koszmar. –Mówił zawzięcie Wiktor. Bardzo zaczął sobie cenić ten lokal.
-Do rzeczy!? Panienka umiera ze strachu o swojego brata, a ty mi tu jakieś bzdety! Gdzie jest jej brat!?
-A skąd mam wiedzieć!? –Odwarknął chłopak. Bardzo się rozjuszył, nerwowością policjanta. To on w końcu narażał życie i w nagrodę nawet nie dają mu pełnej uwagi. Po ostatnim zdaniu Maria i policjant zamarli. Ten drugi przełykał nerwowo ślinę.
-Jak to? Nie rozumiem. –Wiktor z radością do niego mrugnął.
-A to dlatego, że mnie pan nie słucha. Proszę dać mi skończyć. –Przeciągnął się wygodniej i dalej zaczął.
-Wypiłem najpierw pierwszy kieliszek i wyszedłem do łazienki. Z poprzedniego wieczoru wiedziałem, gdzie to jest. Ale, nie chodziło mi o samą łazienkę. Tylko, o telefon. Tak, tak. O telefon. Znajduje się do dyspozycji gości i obsługi z tyłu baru, tuż obok kuchni i łazienki. –Komisarz miał minę jakby nie do końca rozumiał, o co chodzi, natomiast Maria łapczywie wyłapywała każde słowo, jakby miała znaleźć w nich ślad po swoim bracie.
-Zadzwoniłem zrazu na policję.
-A, na jakiego czorta!? –Oburzył się komisarz.
-Żeby zrobili bałagan. Wpadli i zrobili zamieszanie. Podałem im jakieś bzdury. Że tu ludzi mordują i że, znajdą tutaj Rzeźnika. I od razu wysłali patrol, a nawet chyba więcej niż patrol. –Uśmiechnął się łobuzersko.
-I, co dzięki temu osiągnąłeś?
-Sporo. Zanim przyjechali policjanci, podejrzałem kelnera idącego na górę z zamówieniami do prywatnych pokoi, gdzie wielu cnych panów zabawiało się dziewczynami. Od razu, więc wiedziałem, że wieziony jest w pokoju numer trzynaście…
-A skąd mogłeś to wiedzieć? –Policjant zupełnie nie nadążał, za rozumieniem Wiktora.
-To proste. Tylko, do jednego pokoju nieśli miskę z grochówką, pośród szampana czy innych drogich potraw. Na potwierdzenie dodam tylko, że w karcie nie mają grochówki. Z resztą nie ma się, czego dziwić. To luksusowy bar.
-No dobra. A co było dalej? –Komisarz i Maria zamienili się w słuch.

Wiktor wrócił do baru, nieco spięty. Wiedział, o rychłej interwencji policji. Wzrokiem odprowadził kelnera z zamówieniami na górę. Tak jak sądził, dwaj panowie przy schodach pełnili służbę. Skontrolowali kelnera i wpuścili na górę. Wypił drugi kieliszek na odwagę i poczuł na swoich plecach ukłucie. Odwrócił głowę. Stał za nim sporego wzrostu mężczyzna, przykładając mu do pleców rewolwer schowany w szerokim rękawie.
-Pan Josif nie lubi takich cwaniaków jak ty. –Szepnął. Sądząc z jego szerokiego podbródka, nie raz dostał w mordę. I raczej nie był typem, którego można przekonać do swoich racji. Okiem pokazał, w którą stronę mają się udać. Kuba ruszył delikatnie prowadząc. Serce biło mu jak młotem, przez chwilę zwątpił w swój plan, ale sekundę później dziękował Bogu, że wpadł właśnie na taki fortel. Zanim doszli do bocznych drzwi, na główną salę wbiegło dwóch policjantów. Wymachiwali bronią i krzyczeli, żeby wszyscy zostali na swoich miejscach. Taki okrzyk na pewno spotkałby się z aprobatą w bibliotece publicznej, a nie w dziupli, gdzie co drugi przebywający ma wyrok wiezienia. Mężczyźni natychmiast się podnieśli i ruszyli twardo ku drzwiom, dziewczyny strącane z ich kolan zaczęły piszczeć zdenerwowane takim obrotem spraw, a barman starał się to wszystko przekrzyczeć. Z marnym skutkiem. Wielki drab za plecami Wiktora stał pośrodku, całego zamieszania, nie wiedząc, co zrobić. Wiktor nie czekał długo, odwrócił się na pięcie i z całej siły posłał mężczyźnie prawego sierpowego. Nie zrobiło to wielkiego na nim wrażenia, nie licząc nieco zamroczonego spojrzenia. Nie wiedząc, co robić, rzucił się na niego krzycząc: „On ma broń!”. Skutek, jaki to wywołało, przerosło jego oczekiwania. Tłum oszalał w panice i rzucił się do wyjścia, policjanci natomiast starali się wejść do środka, ale ludzie wybiegający w popłochu odcinali im drogę. Przebiegło po nich parę, osób gdy obaj stoczyli się po wielkim okrągłym stole wprost na podłogę. Jakaś kobieta nacisnęła mu obcasem na nerkę, a inny człowiek kopnął go kolanem w głowę. Ale, dało się to przeżyć. Przezwyciężając ból, oraz uścisk bandyty rzucił się do schodów, których jak dobrze przewidział, nikt nie pilnował. Wbiegł pędem na górę. Wszystko już było proste. Dwa korytarze pokryte w ciemnościach. Lecz nie na długo. Z pokojów zaczęli dopiero teraz wyskakiwać w popłochu ludzie, słysząc, co się dzieje na dole. Wiele z tych osób było w niekompletnym stroju. Obijając się o nie, dostrzegł w końcu, upragniony pokój numer trzynaście. Złote literki połyskiwały w blasku z pokoju obok.
-No w końcu. –Otarł czoło mankietem i ruszył z zaciekłością do przodu, wokół nie było nikogo. Ostatni ludzie właśnie wbiegali na schody. Jeszcze parę metrów i byłby u kresu swej podróży gdyby nie… wybuchł rozrywający drzwi z numerem trzynaście, na drobne kawałeczki. Fala podmuchu pozrywała tapety i obrazy wiszące na korytarzu od razu zajmując się ogniem, i odrzucając Wiktora na ścianę naprzeciwko. Zatrzymał się tuż pod ścianą. Najszybciej na ile, pozwoliło mu to obolałe i oszołomione ciało, podniósł się na klęczki i opierając się na jednej ręce spojrzał na miejsce gdzie jeszcze chwilę temu zmierzał. Po drzwiach został wielki krater, wybitą dziurą aż na niższe piętro. Ogień szybko się rozprzestrzeniał. Nagle z pomiędzy zgliszczy wyskoczył jakiś młody chłopak. Sądząc po sposobie w jakim pokonał wyrwę w podłodze był całkiem dobrze wysportowany. Wiktor zagrodził mu drogę i przyparł ramieniem do ściany, tak by go dusić łokciem. Obaj dyszeli, ponieważ czarny dym szybko wypełniał całe pomieszczenie.
-Coś ty za jeden?
-Piotr?!
-Co?
-Czy masz na imię Piotr!? –Darł się Wiktor, ciągle miał gwizd w uszach od wybuchu.
-Nie! Jestem Kuba! Puszczaj mnie człowieku!
-Co zrobiłeś z Piotrem!? –Nie dawał za wygraną Wiktor, przyciskając go mocniej do ściany.
-Jakim Piotrem?!
-No z więźniem, którego więzi stary Żyd! –Jakaś złość się pojawiła w oczach śmiałka.
-Ja jestem jego więźniem! Żadnego innego nie ma!
-CO?
-Pstro! Nie jesteś od niego to mnie puść! I tak prawie zginąłem w tym wybuchu. Miał być trochę mniejszy. Ale, nie szkodzi. Podziałało, jestem wolny. A ty nie staniesz mi na drodze. –Zanim Wiktor poluzował uścisk, dostał porządny cios w żołądek, zanim osunął się na ziemie, zarobił jeszcze sierpowego w lewą skroń. Więcej Piotro-Kuby nie widział. Padł na zielony dywanik jak nieżywy. Doszedł do siebie, dopiero gdy płomienie zajęły sufit i ściany. Ocknął się i zatykając sobie usta rękawem ruszył do jedynego okna. Czuł, i trochę pamiętał, że powinno prowadzić na podwórze z tyłu lokalu. Zaczęło mu dzwonić w uszach, a oczy łzawiły mu niemiłosiernie. Otworzył okno pośpiesznie i wyszedł na zewnątrz mocno trzymając się framugi. Dokładnie pod nim, znajdował się duży śmietnik. Miał nadzieje, że jest w nim wystarczająco dużo starych warzyw i obierków, że nic mu się nie stanie jak w nie skoczy. Nie zdążył się zastanowić, gdy kolejny wybuch wypchnął go w czeluści nocy i padającego nadal deszczu. Spadł na wyjątkowo miękki kawałek śmietnika. Wprost w jakieś organiczne śmieci, ale nie sprawdzał dokładnie. Wyszedł z kontenera i wywrócił się w pierwszą kałuże. W głowie mu się kręciło od dymu. Leżąc w błocie zmienił strony kurtki, dokładnie w ostatniej chwili, ponieważ tuż po tym, przybiegł policjant. Na szczęście było bardzo ciemno i nie rozpoznał, iż niebieski policyjny mundur, to tylko podszewka jego kurtki.
-Tutaj wszystko gra? –Krzyknął zdenerwowany mundurowy.
-Tak. Ja obstawię tylne wyjście, jakby co… -Wypluł z siebie pierwsze słowa, jakie mu przyszły do głowy. Miał tylko, nadzieje, że policjant będzie zbyt zajęty tym, co się działo przed wejściem, żeby sprawdzać, czy naprawdę jest jego kolegą ze służby. I tak też się stało. Podniecenie, wraz emocjami zakopały czujność w mundurowym szukającym sławy i awansu. Upewniwszy, iż z tyłu restauracji nic się nie dzieje, ruszył na pomoc kolegom przy wyjściu. Wiktor upewnił się jego odejściem, na znaczną odległość i stawiając sobie wysoko kołnierz ruszył w deszczu do samochodu, w którym czekali na niego komisarz z Marią.

-I to już wszystko. Niezwykła historia. Prawda? –Komisarz wyglądał jakby ducha zobaczył, a Maria płakała rzewnie. Nie takiej reakcji oczekiwał.
-To gdzie jest teraz Piotr? –Żachnął się komisarz.
-Podejrzewam, że raczej nie u Żyda.
-Co z moim bratem?! –Płakała coraz bardziej panna Maria.
-Nie wiem. Nie znam sytuacji. Ale, wykonałem swoją powinność. Miałem stamtąd wyciągnąć Piotra. Ale, go nie było. Zrobiłem, co mogłem. Jeżeli jest pan komisarz łaskaw, proszę mnie odwieźć do domu. Miałem bardzo ciężki wieczór. –Wiktor pomasował sobie twarz i poczuł niezwykłą senność. Już dawno nie miał takiej przygody. I choć wydawała mu się pasjonująca, to chciał już się położyć spać. Zwłaszcza, że ból głowy coraz bardziej mu doskwierał od wędzenia się na korytarzu restauracji „Maskotka”.

Warszawa nie zapomniała jeszcze wczorajszego deszczu. Nad stolicą piętrzyły się ciemne chmury, bardzo nisko nad miastem. Wszystko jakby przygniatało cegły i bruk uliczny, ludzie chodzili ociężale, a Wiktor spał do południa. Gdy w końcu wstał, podszedł do wielkiego lustra zawieszonego na drugim piętrze. Obejrzał dokładnie swoją twarz. Małe rozcięcie nad lewy okiem, było prawie niewidoczne, co nie zmieniało faktu, że bolało. Tak samo jak głowa, był przekonany, iż spowodował to wczorajszy dym. O zaczadzenie nie jest trudno. Po ubraniu się w drelichowe spodnie i koszulę roboczą zszedł na dół, w celu wyjścia na miasto po coś do jedzenia. Najbliżej jego domku stała zawsze pani Wanda. Nieduża pani handlująca jajkami. Najlepszymi, jakie Wiktor miał okazję jeść w Warszawie. Zamykając drzwi na jeden rygiel ruszył w kierunku Wisły, tam właśnie, niedaleko koryta rzeki stała ona starając się wcisnąć jak najwięcej jaj ze swojej fermy ludziom przejeżdżającym obok. Bardzo często się ktoś obok niej zatrzymywał i ukradkiem brał parę tuzinów. Była w Warszawie dość znaną dostawczynią, a ceny jej jajek niektórych robotników mogły przyprawić o drobne problemy z sercem. Wiktor nabył u niej, jedynie dziesięć sztuk, po czym wesoły wracał do domu. Ulice świeciły na razie pustkami, minęło ledwie południe. Zdrowi mężczyźni byli właśnie w pracy, a kobiety zajmowały się domem. Po ulicach poruszały się jedynie dzieci oraz kloszardzi, zawsze szukający jakiegoś sposobu do zarobku. Nagle obok jego idącej osoby pojawiła się wolno jadąca jednokonka.
-Pan Barandysz? –Rzekł z furmany woźnica, Wiktor westchnął czując, iż na wczorajszej przygodzie znajomość z panną Marią się nie skończy.
-Nie. W życiu o nim nie słyszałem.
-Panienka Maria Solska prosi o pilne spotkanie. Od rana stałem przy pana… domu. –stangret sądząc po jego spojrzeniu nie należał do osób poważających ludzi pracujących a za takiego podawał się zawsze Wiktor.
-Rozumiem. A czegóż ode mnie chce panna Maria Solska? –Młodzieniec od razu się zorientował, iż mężczyzna wie kim on jest i udawanie w niczym mu nie pomoże.
-Prosi na rozmowę. Dość intymną. –Wiktor spuścił głowę i wsiadł do jednokonki.
-No to jedźmy. Miejmy to za sobą. –Przejechali parę metrów i zatrzymali się przed jego warsztatem. Wiktor wyjrzał na zewnątrz.
-No nie mów mi, że ona tu jest.
-Pan raczy żartować. Panna Maria Solska z własnej woli nie odwiedziłaby takiego…domu. Ma się pan przebrać. Miałem przywieźć jej dżentelmena, a nie jakiegoś obwiesia z huty.
-Jeszcze by się pan zdziwił. –Stwierdził Wiktor wysiadając z jednokonki i maszerując do swojego domu.

Nie był nigdy w domu panny Marii. Nawet nie bardzo znał tą rodzinę. Nie wydawała mu się ważna, aż do momentu, gdy przekroczył bramę jej posiadłości. Na obrzeżach Warszawy został pobudowany spory dworek o wyjątkowo bogatej architekturze. Za sporymi murami odgradzającymi jej posiadłość od innych budynków, od razu zauważył różnice w zagospodarowaniu zielenią. Ogród przypominał modę angielską niż typową wschodnioeuropejską. Pnącza wiły się pośród ścieżek, a całość kwiatu była ułożona w dość dużej przypadkowości. Jak na kogoś kto spędził dużo czasu w Anglii był to obrazek zaiste znajomy. Gdy wysiadł z powozu, trzeba było przyznać, iż zadawał szyku doskonale pasując do Angielskiej flegmy i sposobu bycia. Na nogach miał lakierki, odbijające słońce nie gorzej niż kryształowe lustro. Na nogach dobrze skrojone spodnie, elegancką podpinkę w kolorze granitu, a na sobie gustowną marynarkę w podobnym odcieniu. Małą dalię wpiętą w klapę jak przystało na dżentelmena. Oraz niezastąpiony atrybut w jego domu u pana, czyli długą czarną laskę ze srebrną kulką. Tak ruszył białymi schodami do wejścia. W środku majordomus ukłonił się witając i poprowadził do bawialni gdzie siedziała panna Maria nad robótką ręczną. Ubrana była w niebieską suknię z małym wcięciem, włosy miała ułożone jakby spodziewała się wizyty od rana. Podniosła głowę i ujrzawszy inną twarz Wiktora, na chwilę oniemiała. Nie był już tym zeszmaconym młodzieńcem, którego widziała dwa razy, a dżentelmenem w każdym calu. Zadawał szyku jak nie jeden szlachcic ubiegający się o jej rękę, a do tego był przystojny. Pomimo troski o brata zauważyła piękno jego niebieskich oczu i dość nowoczesną fryzurę jak na Polskę. Dość frywolne zaczesanie do tyłu. Ukłonił jej się nisko, jak nakazywała etykieta.
-Wiktor Barandysz. Pani prosiła o wizytę? –Na jego twarzy jednak nie gościł uśmiech, a wymagana maska powagi. Widać było po nim, iż z jego etykieta jest na poły angielska i polska.
-Dokładnie mój panie. Przejdźmy do ogrodu. –Ruszyli w ciszy oboje, nie zerkając na siebie. Usiedli na białej ławeczce i spojrzeli sobie w oczy. Siedzieli oczywiście w stosownej odległości od siebie.
-Chciałabym prosić pana o pomoc. –Zaczęła hrabianka.
-Z całym szacunkiem. O pomoc pani prosiła już wcześniej. Pomogłem jak umiałem. Nie rozumiem, teraz, po co zostałem wezwany.
-Rozumiem, pana zdenerwowanie. Sytuacja jest naprawdę kłopotliwa. Od wczoraj sprawą zajmuje się policja, a gazety od jutra będą o tym donosić na pierwszy stronach. Wie, co pan, co to dla mojej rodziny oznacza?
-Zapewne, niechciany rozgłos. Sądząc po etykiecie pani oraz pani służby. Sposobie prowadzenia ogrodu, oraz tego, iż mieszka pani z bratem sama, nie pochodzi pani z Polski i zapewne nie chce pani, aby ta informacja trafiła do prasy. Zwłaszcza po ostatnich przemianach ustrojowych. Mam rację? –Dedukcja Wiktora nieco wystraszyła i tak już wystraszoną dziewczynę. Przytaknęła jedynie.
-Pani brata nie było w „Maskotce”. Nie wiem, jak jeszcze mógłbym mu pomóc.
-Och. Na pewno pan się na tym zna, lepiej niż policja. Wie, pan jak się oni do tego zabrali? Wyznaczyli jedynie listy gończe i rysopis mojego brata. To do nikąd nie prowadzi.
-Rozumiem. Ale, co ja mam do tego?
-Niech pan go znajdzie. Zapłacę panu. W złocie. Chcę by, wrócił cały i zdrowy.
-Tego zapewnić nie mogę. Nie wpłynę na porywacza, gdy minęło tyle dni od porwania.
-Ale, dzisiaj mam zapłacić okup. Mój Boże. Co ja mam począć? –Łzy pociekły jej na koronkowe zakończenie sukni. Wiktor nieco się skrzywił, nie lubił gdy kobiety płakały przez niego.
-No dobrze. Postaram się pani pomóc. Ale, proszę na wiele, nie liczyć. Nie jestem zawodowym policjantem. –Twarz hrabianki od razu pojaśniała, a łzy zatrzymały się w oczach, dzięki czemu wyglądała bardzo uroczo.
-Dziękuje panu, dziękuje. Sprowadzi pan Piotra do domu, a zapłacę panu godnie. Od czego chce pan zacząć? –Zapytała pełna nowej energii.
-Eeee… może zajrzę do jego pokoju. A w tym, czasie niech mi pani trochę o nim opowie.
-Oczywiście. Zaraz zawołam służbę, by uprzątnęła jego pokój. Od dawna tam nikt nie zaglądał…
-Nie. Lepiej bym zobaczył jego pokój w takim stanie, jakim go zostawił.
Oboje ruszyli do pokoju Piotra, Maria cały czas opowiadała o swoim braciszku.
-No, więc. Piotr to spokojny chłopak, nie licząc swych zachowań dotyczących hazardu. Był miły i wysportowany. Świetny i pojętny uczeń. Doskonały mówca i znawca ornitologii. Miał jedną wadę. Był trochę niski. W ogóle jest trochę mały, i miał z tego powodu kompleksy, ale panny i tak za nim przepadały, gdy grał na pianinie na spotkaniach towarzyskich. Zwłaszcza jedna. Przemiła panna. Pani Elżbieta Szaniawska. Niestety. Los poskąpił jej niestety rodowej rodziny, ale za to jest to przemiła osoba. Bardzo elegancka. Gdyby nie urodzenie, to miałaby u mojego brata duże powodzenie. Nawet ze sobą pisywali listownie. Ale, to chyba nie jest ważne… tak czy inaczej…
-Nie nie. Pani mówi wszystko. Wszystko jest ważne. –Weszli do pokoju na górnym piętrze. Okno nadal było otwarte, a pokój wyglądał na zadbany i czysty. Jedynie, pod nieobecność pana mała warstewka kurzu przylgnęła do mebli.
-Mój kochany braciszek. Co też mu może grozić. Moja rodzina nie dysponuje taką fortuną. A termin mija dzisiaj. Co robić? – Uspokoił ją spokojnym gestem. Usiadł w fotelu Piotra i starał się zebrać myśli. Musiał to sobie spokojnie wszystko ułożyć. Wstał i wyjrzał za okno na podwórze. Trudniej o bardziej angielskie podwórze niż to, na które patrzył. Po ścianie ciągnął się gruby bluszcz oplatający całą stronę domu. Przyjrzał się temu bliżej i coś jakby mu błysnęło w mózgu. Jakaś myśl, pojawiająca się czasami po alkoholu. Promyk genialności, jaki charakteryzował pomysły jego ojca. Zaczął szybko otwierać szuflady w komodach i szafach wyrzucając wszystko na dywan.
-Co pan robi?! –Wydarła się przerażona jego zachowaniem panna Maria.
-Czy pani brat prowadził dziennik? –Zapytał spokojnie wyrzucając na podłogę szufladę ze skarpetami.
-Oczywiście, że prowadził. Jest to przecież w dobrym tonie.
-Gdzie on jest?
-Piotr?
-Nie! Dziennik. Gdzie jest dziennik, który prowadził? –Niemalże krzyknął. Gdy jego umysł pracował bardzo szybko, nie znosił ludzi nie nadążających za jego myślami. Strasznie go to strofowało.
-Powinien być w biurku… -Natychmiast się do niego rzucił i zaczął przeszukiwać. Kątem oka rzucił również na otwarty śmietnik, w którym znajdowały się jakieś spalone papiery i kawałki pociętych materiałów.
-Nie ma. –Dziewczyna spojrzała na niego pytająco.
-To źle?
-Nie. To bardzo dobrze. Czy spotykał się z jakimiś pannami?
-Nie. Tylko, od czasu do czasu odwiedzał Elżbietę. Ale, tylko towarzysko i tylko, w mojej obecności.
-Rozumiem. A ile ma lat? Gdyby była panna taka miła mi przypomnieć…
-Dwadzieścia cztery. –Wiktor zamyślił się na chwilę…
-Myślę, że wiem gdzie jest pański brat. –Gdy już miała mu się rzucić w ramiona ze szczęścia, do pokoju wszedł majordomus.
-Przybył pan komisarz Wachacz. –Oznajmił.
-O mój boże! On nie może pana tutaj zobaczyć! –Spojrzał na nią pytająco.
-On się o panu wczoraj tak niegrzecznie wypowiadał. Będzie zły, że nadal z panem współpracuję. –Zamknął na chwilę oczy, aby ujrzeć rozwiązanie tego problemu. Sekundę potem się uśmiechnął i łapiąc wieczne pióro nabazgrał coś na kartce. Następnie jej podał, zginając zawczasu.
-Co to?
-Moje polecenie. Od tego czy pani je wypełni zależy życie pani brata. Proszę, to przeczytać około godziny osiemnastej. I naprawdę proszę zrobić tak jak napisałem. A teraz proszę zamknąć pokój. I przywitać się z komisarzem. –Dziewczyna zupełnie zdezorientowana pokornie przytaknęła głową i zamknęła za nim drzwi. Ruszyła schodami na dół, by przywitać się z policjantem. Stał w swoim wyjściowym mundurze.
-Witam pannę Solską. Podałem rysopis panny brata każdemu patrolowi w okolicy, jak również osobiście zająłem się tą sprawą. Złapaliśmy również pana Josifa. Choć on się upiera, że nigdy nie groził panny bratu. Ale, my już z niego wyciągniemy całą prawdę. –Uśmiechnął się jak to miał w zwyczaju.
-Rozumiem. Więc, w jakim celu pan przybył. Jeżeli mogę wiedzieć.
-Chciałbym zobaczyć pokój panicza.
-CO?! –Komisarz spojrzał na nią podejrzliwie.
-W czymś problem?
-Nie, nie…, ale może najpierw napijemy się herbaty?
-Niestety. Nie ma na to czasu dzisiaj mija termin okupu i wolałbym, aby mnie pani tam zaprowadziła, czym prędzej. –Chcąc nie chcąc, panna Maria zaprowadziła na górę komisarza i otworzyła mu drzwi wpuszczając go pierwszego do środka.
-Musi pan wiedzieć, że… -Zajrzała do pokoju zaraz za policjantem. W komnacie jej brata poza bałaganem nie było nic ciekawego. A Wiktor zniknął.
-Jak to możliwe? –Szepnęła zasłaniając sobie usta dłonią.
-Coś się stało? Coś pani mówiła. I dlaczego tutaj panuje taki bałagan?
-No, bo… ja szukałam jakiegoś śladu. Czegoś, co mogłoby pomóc w śledztwie. Ale, chyba nic nie znalazłam. –Komisarz uśmiechnął się dobrotliwie.
-Rozumiem panny dobre chęci, ale powinna pani poczekać na profesjonalistów. –Komisarz zaczął przeszukiwać zawalone mieszkanie. Po godzinie się poddał, podziękował za wszystko i nie pijąc już herbaty wyszedł z domu. Dopiero w tym momencie Maria odetchnęła, wciąż się zastanawiając, kiedy i jak uciekł Wiktor, skoro drzwi do pokoju miała cały czas na widoku. Dałaby sobie rękę obciąć, że gdy je zamknęła to nie otwierały się do momentu, gdy wpuściła do środka komisarza Wachacza. Dopiero, gdy o tym pomyślała, spojrzała na zegar, na którym była godzina za pięć osiemnasta, szybko wzięła do ręki kartkę, którą dostała od Wiktora.
Gdy przeczytała jej treść miała oniemiały wyraz na twarzy, ale pokornie wykonała to, o co prosił w niej Wiktor. Niewiele z tego rozumiejąc.

Komisarz Wachacz zapukał dwa razy w solidne dębowe drzwi. Miał przy sobie rewolwer, a z tyłu osłaniali go dwaj policjanci. Drzwi znajdowały się przy ulicy Lipowej. Dzielnicy bogaczy i dobrze urodzonych ludzi. Pod niedużą lampką widniała cyfra dziewięć. Dalej na ulicy stało dwóch fotoreporterów, czujących sensację tak szybkim wyjazdem z policyjnego parkingu. Kamienica została otoczona przez mundurowych. Z wewnątrz dobiegły odgłosy rozmowy, a potem kroków. Drzwi zostały otwarte, a w nich stanęła kobieta.
-Tak, słucham. –Komisarz zaniemówił, tak piękna to była niewiasta. Duże zielone oczy, osadzone w małej twarzy, na głowie czarne włosy uplecione w cygański sposób. Czerwona suknia, oraz drobne dłonie sprawiały wrażenie, jakby kobieta była niskiego wzrostu. Było to duże złudzenie.
-Szukam… pana Barandysza. –Zanim zdążyła zaprzeczyć, iż nikogo tutaj nie ma z wnętrza jej mieszkania wydobył się głos młodego człowieka.
-Panie komisarzu! Tutaj! –Wachacz od razu rozpoznał głos Wiktora i niekulturalnie się wpychając do mieszkania zaczął iść po głosie swojego znajomego. Znalazł go w sypialni, siedzącego w dużym fotelu, a tuż obok niego siedział Piotr Solski. Wiktor był uśmiechnięty, natomiast porwany wyglądał jakby na twarzy miał mieszaninę strachu oraz hardości. Jak gdyby miał się z nimi wszystkim zmierzyć. Komisarz opuścił broń, łapiąc się za głowę.
-Ale, jak to? –Zapytał, gdy do pokoju wbiegli także pozostali policjanci oraz dziennikarze rządni sensacji. Wiktor elegancko zasłonił się przed fleszami spodkiem z herbatą.

-Czegoś tutaj nie rozumiem. –Stwierdził komisarz spacerując po willi państwa Solskich gdzie zebrali się wszyscy po spektakularnym odbiciu porwanego. W fotela obok kominka, jeszcze tego samego wieczoru zebrali się wszyscy zainteresowani. Piotr i Maria Solscy, ich rodzice nie zdążyli wrócić na czas. Komisarz Wachacz, który prowadził od początku tą sprawę. Oraz kobieta o cygańskim wyglądzie, znana również jako Elżbieta Szaniawska. Obok niej siedział postawny mężczyzna. Znany w kraju jako Henryk Szaniawski, potentat stalowy. Posiadał wiele fabryk produkujących wyroby metalowe. Człowiek nowej ery. Pośród ich wszystkich chodził zadowolony z siebie Wiktor, czekając na obiecany drink.
-Zaraz wszystko wytłumaczę. Tylko, poczekam na coś, co mogłoby mi zwilżyć usta. –Lokaj przyniósł mu grubą szklankę wypełnioną whisky i ukłonił się. Wiktor upił mały łyk, zwilżył sobie jedynie usta i zaczął mówić swoim barytonem.
-Moi państwo. Dawno nie miałem okazji, przemawiać przed takim audytorium proszę, więc, mi wybaczyć tremę. Ekhm. Postaram się wszystko jasno i zwięźle wytłumaczyć. Wszystko co wiem o tej historii, a zaprawdę historia to zawiła. A najważniejszą w niej rzeczą jest uczucie, miedzy dwojgiem siedzących miedzy nami. Mówię o Elżbiecie Szaniawskiej, oraz Piotrze Solskim. –Oboje popatrzyli na siebie z nieodgadniętym spojrzeniem.
-Wszystko zaczęło się od tajemnego listu z prośbą, a może raczej groźbą okupu za życie pana Piotra. Głównym prowodyrem był niejaki Josif Isak. Majętny żyd i prywatnie dobry gracz w pokera i inne gry hazardowe. Nie byłoby, w tym nic dziwnego, gdyby nie jego przyjaźń z Piotrem. –Komisarz miał bardzo wrogie spojrzenie. Czuł, że to co powie Wiktor skompromituje jego dochodzenie.
-List od porywacza był napisany bardzo profesjonalnie. Przedstawiał, gdzie należy zostawić pieniądze, ile, dlaczego… był pełen szacunku. Ale, zawierał jedną rzecz nie dającą mi spokoju od samego początku. Porywacz od razu ujawnia swoje dane. To bardzo nierozsądne. Być może, ten kto to pisał miał nadzieje, że policja zmylona tym tropem ruszy w pościg nie za tym porywaczem co trzeba. I tak też się stało w istocie. Ale, pada pytanie. Więc, po co to ten list został napisany? I dlaczego, na tak wielką sumę? Sumę tak astronomiczną, iż nawet majętny ród Solskich, nie byłby w stanie zapłacić. Gdy już zrozumiałem, że Piotra nie ma u pana Josifa zostałem… poproszony o odnalezienie naszego porwanego. Zacząłem od przeszukania jego pokoju. Miałem, nadzieje znaleźć coś interesującego. Nie znalazłem absolutnie nic, co mogłoby mnie ukierunkować. Pytanie. Dlaczego? Czyżbym tak kiepsko szukał? Kolejne pytanie. Kto i w jakim celu chciał wmówić wszystkim, że Piotr został porwany? Któż napisał ten list? Zadałem parę pytań. Teraz pora na odpowiedzi. –Widać, było iż wszyscy na nie czekali. Wiktor upił łyk whisky, zaczerwieniły mu się od razu policzki. Odchrząknął i zaczął.
-Po pierwsze. Porwania nie było. Po drugie. List miał skruszyć rodzinę Solskich. Po trzecie. Piotr i Elżbieta wyglądają na całkiem zakochanych. –Takim obrotem spraw wszyscy byli zaskoczeni.
-Skąd pan o tym wie?! –Wyrwało się Piotrowi, siedzącemu sztywno w fotelu po lewo. Wiktor się roześmiał.
-Nie miałem pewności, do końca. Na szczęście. Wszystkie je, rozwiała rozmowa z panną Solską oraz wizyta w pana pokoju. Czyż to nie oczywiste?
-Nadal nic z tego nie rozumiem.
-List napisała pani Elżbieta Szaniawska. Jest leworęczna, tak jak autor listu. Piotr doskonale wiedział, ile może zapłacić okupu jego rodzina, więc dał stawkę zaporową, której nie mogli by uiścić. Po jakimś czasie by wrócił, twierdząc, iż został jakimś szczęśliwym trafem uratowany, a rodzina w radości pozwoliła by mu na ślub z kobietą, którą najpewniej kocha, czyli z Elżbietą Szaniawską. Cały plan był genialny w swojej prostocie. I odwoływał się do uczuć rodzinnych oraz do skrytej miłości tych dwojga.
-Ale, skąd pan o tym wie? –Zadał pytanie ojciec Elżbiety. Wyjątkowo zszokowany dedukcją Wiktora.
-Być może trochę plączę, ale to z nerwów… Zapytałem się panny Marii o Piotra. Stwierdziła, iż jest bardzo przystojnym, majętnym mężczyzną z przyszłością. Miał już dwadzieścia cztery lata, więc czas na ożenek jak najbardziej już mu się należał. Wypytałem ją dyskretnie o jakieś zaloty kawalerskie jej brata. Odpowiedziała mi, iż zdarzało mu się spotykać, tylko z niejaką Elżbietą. Ale, zapewniła mnie, iż jest to tylko przyjaźń. Nie miałem prawa jej nie wierzyć. Ale, potem wyjrzałem za okno panicza pokoju. Tuż przy jego oknie rośnie gruby bluszcz. Tak gruby, iż można po nim zejść jak po drabinie. Sam skorzystałem z tej drogi, aby niepostrzeżenie stamtąd umknąć. –Mrugnął do Marii, która dopiero teraz zrozumiała jak udało mu się zniknąć z pokoju jej brata.
-Ślady zrobione przez jego nogi, wskazywały, iż często zdarzało mu się wymykać z domu. Pytanie, które sobie następnie postawiłem. Po co więc, tak wyzwolony człowiek jak Piotr miałby się wymykać, skoro mówił swojej siostrze otwarcie, chociażby o swoim uzależnieniu od hazardu. Musiałoby to być coś, na co ewidentnie się nie godzi. Na przykład na małżeństwo z kobietą niższego stanu, mam racje? –Maria nieco skuliła się w fotelu i przytaknęła przybrawszy rumieniec na twarzy.
-Nie wiedziałem oczywiście, do kogo mógł tak uciekać. Za pewnie nocami. Jedynym moim tropem, była pani Elżbieta. Zacząłem, więc szukać jakiegoś pamiętnika, albo listów. Wszakże panna Maria mi powiedziała, iż pisywali ze sobą oboje. Ku mojej radości nie znalazłem, ani jednego listu, ani pamiętnika pana Piotra.
-No właśnie! To skąd mógł pan wiedzieć, że to o mnie chodzi? –Pisnęła Elżbieta.
-No właśnie brak tych listów. Musiało w nich być coś naprawdę ważnego, jeżeli pan Piotr ich nie zostawił. Tak samo jak dziennika. To niezwykle podejrzane, iż go porywają a z jego pokoju ginie jego dziennik i listy od jego „przyjaciółki”. Wniosek? Listy i dziennik wcale nie giną, a zostają spalone, ewentualnie zabrane ze sobą, a by nie mogły wskazać, dokąd się udał pan Piotr, usiłujący przecież udawać, że został porwany. Ostatecznym dla mnie potwierdzeniem, moich teorii były odwiedziny u panny Elżbiety. Otworzył mi jej ojciec, pan Henryk. Postawny to mężczyzna. A w przedpokoju, tuż za nim. Stały małe, męskie lakierki. Pamiętałem, o tym, że panna Maria wspominała o małym wzroście swojego brata. A przecież takie małe lakierki nie mogły należeć do pana Henryka. To było moje potwierdzenie. Więc, powiedziałem dzień dobry i poprosiłem o widzenie z Piotrem. Pan Henryk to jednak rozsądny człowiek i bez problemu wpuścił mnie do środka. Parę chwil później zjawił się pan komisarz ze swoimi ludźmi, zawiadomiony przez pannę Marię. Prawda?
-Zgadza się. Zostawił mi pan kartkę, na której napisał: Proszę jak najszybciej powiadomić pana komisarza Wachacza, iż pani brat jest przetrzymywany u panny Elżbiety Szaniawskiej. Pan Josif Isak jest niewinny porwania. Jak mi napisał, tak też zrobiłam.
-I wszystko mam nadzieje, że jest jasne. –Stwierdził na końcu Wiktor dopijając do końca whisky.

-Muszę ci przyznać, iż odwaliłeś kawał dobrej roboty. –Stwierdził następnego dnia w „Maskotce” komisarz Wachacz. Wiktor znad szklanki domowego piwa uśmiechnął się zawadiacko.
-No i dobrze opłacalnej. Panienka Solska zapłaciła mi jeszcze tego samego wieczoru złotem za tą pomoc. Myślę, że to dobra lokata. A wy widzę zwolniliście z aresztu pana Isaka? –Obaj pomachali żydowi, który siedział niedaleko nich, pykając fajkę. Obserwował ich oraz toczące się naprawy w swojej restauracji.
-Niestety, nie chciał mi zdradzić, co to za piromana przetrzymywał, ale i tak jest wdzięczny, że oczyściłem jego nazwisko. W zamian obiecał mi kartę specjalnego gościa. Nie można powiedzieć, bym źle wypadł na tym biznesie.
-Dzięki, za pomoc… i…za pewną anonimowość. –Na gazecie, która leżała przed nimi, na pierwszej stronie stał uśmiechnięty komisarz oraz jakiś jegomość w dobrze skrojonym garniturze zasłaniający się kubkiem. Artykuł brzmiał: Niezwykłe zaręczyny bogatej pary.
-Trzeba im przyznać, że rozwiązali to całkiem intratnie. Cały ten ambaras z porwaniem, przerobili na niezwykłe oświadczyny. Brawo. Sam bym tego, lepiej nie wymyślił.
-Czym się teraz zajmiesz? –Niespodziewanie zapytał się komisarz wstając od stołu i poprawiając czapkę.
-A, bo ja wiem? Na początek naprawię samochód. A potem… nie wiem. A co?
-Mam pewnego znajomego z wysokich kręgów politycznych, któremu spodobał się sposób w jakim rozwiązałeś tą sprawę. Ma podobny problem. Może mu pomożesz? Na pewno dobrze zapłaci. Detektywie. –Wiktor roześmiał się pijańsko. Piwo pomału zaczęło działać.
-Może się nad tym zastanowię. Na razie zrobię sobie przerwę, a potem zajmę się czymś innym.
-Czym?
-Jeszcze nie wiem. –Pożegnali się i Wiktor został sam. Przewrócił gazetę na drugą stronę i dojrzał ciekawy artykuł. Rzeźnik z Warszawy. Kolejna ofiara mordu.
-Ciekawe. –Spojrzał na robotników stawiających strop i na pana Josifa jedzącego obiad.
-Detektyw. Bardzo ładnie brzmi. –A wszystko to się wydarzyło latem roku 1930. W Warszawie. Przed Wiktorem tego dnia było jeszcze wiele wyzwań. Zaczął od dwóch piw, a przed nim jeszcze pół litra wódki i powrót do domu.

Podpis: 

Betlikon von Baranowsky W czerwcu 2010
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Jutro też będą przegrzebki - (1) Sprawca (fragment IV) Sprawca (fragment III)
Pierwszy fragment (początek) opowiadania nad którym właśnie pracuję. Zapraszam do lektury :) Ciąg dalszy śledztwa prowadzonego przez detektywa Massa. Fragment III.
Sponsorowane: 90Sponsorowane: 85Sponsorowane: 80
Auto płaci: 100

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2022 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.