https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
100

Strażniczka Kalinowego Mostu

Autor płaci:
200

  Czterdziestoletnia szeptucha Dobromiła od dwóch dekad żyje w głuchej puszczy. Wybrała surową samotność i celibat jako jedyną tarczę chroniącą jej niezależność przed samczą potrzebą dominacji. Jej bezpieczny, poukładany świat rozpada się jednak w posa  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W sierpniu nagrodą jest książka
Wielki Gatsby
Francis Scott Fitzgerard
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Strażniczka Kalinowego Mostu

Czterdziestoletnia szeptucha Dobromiła od dwóch dekad żyje w głuchej puszczy. Wybrała surową samotność i celibat jako jedyną tarczę chroniącą jej niezależność przed samczą potrzebą dominacji. Jej bezpieczny, poukładany świat rozpada się jednak w posa

Sen o Ważnym Dniu

Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).

Nigdy nie stanie się nigdy

Taki krótki wierszyk

1 IX

kolejny dzień z Pamiętnika wiedźmy

Mefisto i Carmen

"Nie moja w tym wina, że jak to bywa w świecie Los z przekory nici gobelin życia plecie."

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Zapach deszczu.

Takie moje wspomnienia.

Ró-ża

Na skrawku zapisane

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

Nigdy

Proszę o komentarze :)

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
4401
użytkowników.

REKLAMA

POZYCJA: 6429

6429

Śmierć Jest Tylko Początkiem I

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
04-04-29

Typ
P
-powieść
Kategoria
Akcja/Przygoda/Thriller
Rozmiar
198 kb
Czytane
6742
Głosy
5
Ocena
4.70

Zmiany
04-04-29

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
R12-powyżej 12 lat pod nadzorem i za zgodą rodziców lub dorosłych

Autor: rkumor Podpis: rafał kumor
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Agape - Miłość Doskonała. Pierwsza część wampirzej sagi.

Opublikowany w:

nigdzie

Śmierć Jest Tylko Początkiem I

Śmierć Jest Tylko Początkiem

CZĘŚĆ I
AGAPE – MIŁOŚĆ DOSKONAŁA

PROLOG

Było gorąco. Cholernie gorąco. Ale co z tego? To było normalne o tej porze roku, ponieważ tak było, co roku. Ale za każdym razem mnie to wkurza.
Stoimy(razem z Qu i Johnym Pingiem –dwójką braci; Johny ma na imię jakoś inaczej, ale chce być jak jego idol –John Travolta, dlatego każe tak do siebie mówić; obu znam od pięciu lat i nawet nie znam prawdziwego imienia jednego z nich) pod klubem i czekamy na frajerów. Jest grubo po północy, ale ulica pełna jest takich jak ja i bracia Ping, oraz takich bogatych frajerów pokroju tych, na których czekamy. Przyjechali do Hong –Kongu by się zabawić, pójść na dziewczynki, lub do kasyna. Przy sobie noszą niewiele gotówki, większość forsy jest w kartach bankomatowych. Ale znowu, ja tam nie jestem jakimś super –złodziejem, nie liczę na wiele. Zresztą pan Hong, zleca też inne prace, więc nie śmiem narzekać. Na przykład tydzień temu poszliśmy do małego nielegalnego(oczywiście) burdelu. Właściciel jakoś zapomniał oddać pożyczone pieniądze, a pan Hong tego nie lubi. Miałem jednak szczęście –wystarczył zwykły zestaw, czyli „jedynie” odpiłowanie małego palca u ręki, by poznać szyfr sejfu. Na szczęście. Nie lubię męczyć człowieka odcinaniem mu wszystkich palców; tacy też się zdarzają –kochają pieniądze nad życie. Głupi idioci. A tak uległy pan Fu podał szyfr prawie od razu i miał dzięki temu spokój, pan Hong także był zadowolony i oszczędził biedaka, ale i szubrawcę w jednym.
Dzisiejsza robota polegała tylko na zwykłej kradzieży. „Frajerzy” mieli jakąś cenną figurkę, czy coś takiego. Pan Hong był pewien, że dziś będą mieć figurkę w kieszeni, więc łatwo pójdzie.
Cholera! Już druga, a ich nie ma! O, idą!
-Qu, Johny ruszajcie się! Idą! –podniecony zbudziłem kolegów.
Było ich dwóch, właściwie dwoje. Facet, w czarnym przewiewnym płaszczu, miał średni wzrost, kobieta miała krótką kurtkę z jeansu i była prawie tak wysoka jak jej towarzysz. W sumie oboje byli w czerni. Wyszli z klubu, rozejrzeli się czujnie i odeszli w stronę portu. Ruszyliśmy za nimi, w odległości około dwudziestu kroków, w tłumie ledwie ich widzieliśmy.
-Cholera, a jeżeli oni idą do hotelu? Wtedy koniec –odezwał się Johny.
-Nie pieprz! –skarciłem go.
Jednak Johny nie pieprzył, co jeśli idą do hotelu? Postanowiłem, że w najgorszym wypadku skroimy ich w holu hotelu. Hotele w tej części miasta były skromne i małe. Zrobimy, co do nas należy i cześć. Powiedziałem o tym reszcie, zgodzili się ze mną. Jak zawsze.
Szliśmy za nimi jeszcze przez około 10 minut, kiedy tamci nagle skręcili w jakąś ciemną uliczkę. Nie wierzę, wymarzona sytuacja! Także skręciliśmy i zobaczyliśmy ich i zarys jakiegoś czarnego samochodu, jakiejś limuzyny. Oni stoją naprzeciw siebie, nie wiadomo, po co, chyba rozmawiają. Ale czy to ważne? Doszliśmy do nich i okrążyli skromnym murem. Ci się rozejrzeli po nas, ale nic nie zrobili. Nagle zobaczyłem, że oboje wyglądają jakoś obco. Nie byli biali, ale nie byli też czarni, tym bardziej nie żółci. To chyba hindusi.
-Dawaj posążek! –warknął Johny, nie biorąc pod uwagę, że być może oni nie znają chińskiego.
Milczenie, jakby potwierdzające moją teorię.
-Dawaj! –tym razem Qu.
Mężczyzna bez słowa kopnął Johnego w krocze, ten zgiął się w pół.
Qu i ja natychmiast odskoczyliśmy do tyłu, kobietę pociągając ze sobą. Szybko wyjąłem z kieszeni nóż sprężynowy i przyłożyłem jej do gardła. Mężczyzna zdążył w tym czasie zmiażdżyć ciężkim butem twarz Johnemu, który leżał teraz na plecach, na wpół w mroku. Nie widzę twarzy, ale mniejsza z tym.
Ryknąłem do faceta:
-Stój kurwa, bo potnę ją!
-Nic mnie to nie obchodzi – wymówił te słowa doskonałym chińskim.
Zrobił krok w naszym kierunku, potem następny. My zaczęliśmy się cofać, groźby nie zrobiły wrażenia na hindusie. W końcu natrafiliśmy na zderzak auta, zatrzymaliśmy się, on nie.
Przycisnąłem nóż mocniej do jej skóry. Prawie ją przeciąłem.
-Stój! Bo ona zginie!
Przecież to niemożliwe! Co się dzieje?
Facet był już o dwa kroki od nas i nie zamierzał przystopować.
-Jak chcesz!
Pociągnąłem rękę, natychmiast poczułem na palcach ciepły płyn –krew.
Przeciąłem jej gardło od ucha do ucha, puściłem zwłoki, które opadły bezwładnie na ziemię. To był błąd!
Hindus skoczył, chwycił mój nóż i wyrwał mi go z ręki, w tej samej sekundzie przejechał mi po gardle. Poczułem potworny ból, zimno i ciepło jednocześnie, zmrużyłem oczy, mój oprawca rzucił mnie na bok, upadłem bokiem. Chwyciłem się za szyję, po ręce ponownie spłynęła krew, tym razem moja. Była ciepła, prawie gorąca.
Zobaczyłem jak Qu ze swoim nożem rzuca się na frajera, ten jednak robi unik i wbija biednemu Qu nóż gdzieś koło łopatki, nie widzę dokładnie. Chłopak pada na twarz, nagle z ziemi wyrosła ta kobieta, gardło zalane krwią, w ręku jakiś sztylet, Qu podnosi się na rękach, kobieta kopie go jednak w plecy i ten znów pada. Jak to możliwe? Ona była martwa! Nagle przelatuje mi przez myśl: Qu zaraz zginie. I rzeczywiście, baba wbiła mu ten swój sztylet prosto w kark. Chyba słyszałem chrupot kości. Ja też zginę! Muszę jakoś uciec! Teraz!
Podniosłem się, jednak znów upadłem. Zdążyłem tylko ujrzeć pełno krwi dookoła mnie. Chyba cała jest moja.
Nie ucieknę, za dużo krwi straciłem! Nagle jakoś uspokoiła mnie myśl, że umrę, pogodziłem się z tym. Nie wiedzieć czemu, nadal myślałem trzeźwo.
Zobaczyłem jak hindus nachyla się nad Johnym. Znowu ten dźwięk, jak przy Qu, jakby gruchot kości. Podniósł się. Zobaczyłem zarys noża wystający z czoła Johnego. Zostałem sam.
Dwa potwory zwróciły głowy do mnie. Podeszli. Kobieta znowu miała swoją broń.
-Nie bój się, już koniec –powiedziała do mnie aksamitnym głosem, niemal anielskim.
Zamachnęła się w moim kierunku, poczułem uderzenie w głowę.

* 1 *

-Co powinniśmy zrobić? Opróżnić klub z ludzi?
-Nie, to nic nie da… W dodatku możemy wypuścić potencjalnego zabójcę…
-Przecież zabójca pewno już wyszedł.
-Wiem, ale ten klub jest znany, nawet za bardzo…
-Więc?
-Wszędzie są kamery. Poza tym pokojem. Taśmy z nagraniami, mają być na moim biurku jeszcze tej nocy.
-Oczywiście.
-Idź. Zanim podmienią kasety…
-Tak.
Hugh Thornton skinął głową i opuścił pomieszczenie. Akira Miyazaki westchnął i odwrócił wzrok od zwłok siedzących w skórzanym fotelu. Ofiara, czyli Huan –Oemi –Sano, znany na cały Hong Kong przemysłowiec i handlarz, na stare lata zajął się prowadzeniem ekskluzywnego klubu. Zginął od dwóch cięć szyi –ktoś poderżnął mu gardło dwoma nożami.
Milioner zginął we własnym biurze, dźwiękoszczelnym luksusowym gabinecie.
Miyazaki jako doświadczony śledczy policji Hong Kongu widział wiele, toteż widok rozpłatanej ludzkiej szyi nie zrobił na nim wrażenia. Podobnie jak na jego partnerze lub tylko pomocniku –Angliku Hugh Thorntonie. Chłopak ledwie skończył dwadzieścia pięć lat, a był już odczulony jak stary wyjadacz. Miyazaki spojrzał na rozłożystą palmę stojącą obok biurka denata: piękna, zdrowa roślina z jednym czerwonym liściem. Co?!
Detektyw podszedł do masywnej donicy i przyjrzał się anomalii. Na liściu była krew! Ale to nie wszystko; można było też zauważyć jakieś tajemnicze odgniecenia –jakieś tajemnicze kółka i linie!
-Posterunkowy Puo! Pan pozwoli tutaj.
Zaciekawiony policjant podszedł do przełożonego.
-Tak panie podkomendancie Miyazaki?
-Widzicie ten liść? Jest na nim krew i jakieś ślady. Zrobić dokładne zdjęcia, od liścia zrobić odlew gipsowy, a potem całą roślinę do mojego oddziału. Tylko mi nie spierdolcie tego odlewu! Delikatnie i sumiennie!
-Tak panie podkomendancie! Niczego nie spierdolimy!
Miyazaki zawiesił na chwilę wzrok na posterunkowym i lekko się uśmiechnął.
Do pokoju wrócił sierżant Thornton i natychmiast zwrócił swe bystre, błękitne oczy na szefa.
-Masz te kasety? -spytał Miyazaki.
-Tak. Zaufany człowiek pojechał z nimi na komendę.
-Dobrze.
Anglik spojrzał na liście palmy.
-Czy to jest krew? –zapytał zatrzymując wzrok na dwukolorowym liściu.
-A cóż by innego? –ryknął podkomisarz. –Sądzę, że morderca wytarł broń w te liście.
Wskazał nieszczęsną palmę.
-Trzeba zrobić listę pracowników, dowiedzieć się czy ktoś spisuje gości pana Sano, bo nie sądzę żeby można było tu tak po prostu wejść.
-Już o to pytałem… Ma ją sekretarka denata.
-Dobrze. Przepytamy ją… Trzeba będzie jednak zamknąć klub, a pracowników zebrać w kupę.
-Ale nie podejrzewa pan nikogo z pracowników?
-Nie. Zdecydowanie nie. To był ktoś z zewnątrz. Może nawet płatny zabójca.
Hugh spojrzał na zwłoki. Oczy były wciąż otwarte, patrzyły beznamiętnie w sufit.
-Czas na konwersacje! –rzekł Miyazaki.
Opuścili pokój. Drzwi z gabinetu pana Sano prowadziły na wyłożony czerwoną wykładziną korytarz, z którego można było poobserwować salę. Salę, która była wypełniona po brzegi młodymi Chińczykami.
Na korytarzu stało czterech policjantów. Podkomisarz wydał rozporządzenia, po czym dwaj policjanci zbiegli na dół.
Po około kwadransie ogłupiająca muzyka ucichła, a po kolejnych pięciu minutach sala opustoszała.
-No. Teraz pracownicy. Ilu ich jest?
-Dwadzieścia osiem osób, ale dwóch ochroniarzy gdzieś zniknęło.
Miyazaki skinął głową.
-Sprowadź ich do głównej sali, zaginionych znajdź.
Po chwili na parkiecie znajdowało się trzydzieści osób, dwadzieścia osiem z nich siedziało. Starszy policjant mówił, młody tylko czasem coś wtrącał.
-…więc, wiemy już, że nie wszystkie obecne tu osoby mają wstęp na tamten korytarz –policjant wskazał głową ww. obiekt. –Więc proszę o opuszczenie sali przez osoby niemające związku… Nasi ludzie przeprowadzają z państwem rozmowy w innym terminie.
Gdy po chwili salę opuściło jedenaście osób, Miyazaki kontynuował: Podstawowe pytanie: czy ktoś z państwa widziało lub słyszało coś dziwnego tego wieczora?
-Słyszało? To żart? Mam słyszeć coś poza łomotem rzędu 100dB?
-No tak –detektyw uśmiechnął się. –Proszę wybaczyć głupotę. A co z obserwacjami?
Po zebranych przeszedł szmer. W końcu po chwili jeden z zebranych zabrał głos:
-Mógłby Pan sprecyzować; o co chodzi? To jest w końcu klub nocny, ludzie dziwni to standard…
-Chodzi o kogoś z jakimiś dziwnymi przedmiotami –np. dwoma kordzikami?
Ponownie szmer. Thornton szepnął coś detektywowi do ucha.
-Nie, raczej nie… -przebiegło po zebranych.
-A czy ktoś widział dwóch ochroniarzy stojących bezpośrednio przy drzwiach gabinetu pana Sano, po północy do teraz? Po kolei proszę.
Pięć pierwszych osób odpowiedziało przecząco, ale:
-Było przed drugą, jak przechodziłem obok to stali przed drzwiami, ale jak wracałem(byłem w toalecie na końcu korytarza) to już nie…
-Rozumiem.
Reszta albo nic nie widziała, albo widzieli zaginionych, ale potem nie, lub ostatecznie nie widzieli ich przed drzwiami w ogóle tego wieczora. Pozwoliło to ustalić dokładny czas zgonu.
-Dziękuję państwu. Pozostaniemy w kontakcie. Posterunkowi podadzą wszystkie informacje. Pani Aono dziękuję za listę gości denata –stary Japończyk uśmiechnął się do sekretarki. –Panią proszę o pozostanie na terenie klubu.
Miyazaki i Thornton bezzwłocznie ruszyli na „czerwony” korytarz. Jeden z funkcjonariuszy poprowadził śledczych do przedostatnich w korytarzu drzwi.
-Co tam jest?
-Schowek na miotły; mały magazyn –odpowiedział jakiś młody policjant.
Otworzono drzwi. W środku leżały dwa ciała; oba w granatowych garniturach i białych koszulach z krawatem. Ochroniarze. Obaj mieli niewielkie rany na skroniach.
Miyazaki przełknął ślinę. Thornton uniósł brwi. Podkomisarz rzekł spokojnie:
-Potrójne morderstwo z premedytacją… Ładnie.

* 2 *

Wyciągnął swój ciemno czerwony język i delikatnie, ale łapczywie położył na jej szyi. Zrobił zdecydowany ruch i zlizał płat niemożliwie gorącej krwi.
-Uważaj, bo się sparzysz.
-Nie ma obawy.
Znowu liznął. Mięśnie całego ciała drgały, podniecone. Akmitsara sięgnęła ręką w kierunku krocza Mohandasa i wyczuła potężną erekcję. Uśmiechnęła się lekko i pogładziła ręką genitalia swego towarzysza życia.
-Mmm…
Mężczyzna wyczuł wysublimowaną pieszczotę nawet przez skórzane spodnie, nie przestawał zlizywać krwi z szyi ukochanej.
-Co z nim? –wskazała zwłoki z małym nożem w czole.
-Nie żyje. Nie męczyłem go.
-Słusznie… Nie lubię bez potrzeby katować niewinnych ludzi.
-Masz słuszność.
Skończył lizać. Szyja wyglądała jak po solidnym prysznicu.
-Chodźmy –rzekła spokojnie.
-Otwórz bagażnik.
Akmitsara posłusznie uniosła wieko bagażnika majestatycznego, czarnego Rolls –Royce Silver Searph, środek był jak skrzynia; wszystkie ścianki obłożone metalowymi płytkami. Odsunęła się robiąc miejsce Mohamandasowi, ten wrzucił zwłoki Johnego Pinga do środka i zamknął bagażnik. Akmitsara uklękła przy ciele Takeshiego i wytarła swój kord o jego lekką kurtkę z materiału. Mohandas wsiadł do auta, zaraz po nim zrobiła to Akmitsara. Silnik potężnie warknął i samochód wycofał się z uliczki, znikając w ciemności.
Hotel „Beautiful West” stylizowany był na XIX wieczną Europę i prezentował najwyższy komfort. Obsługa gotowa na każde życzenie, przygotowana była również na wielkie napiwki. I to w różnych walutach, nieważne czy były to funty angielskie, dolary amerykańskie. Wszechobecne kantory wymieniały bezużyteczne bogactwa z zagranicy na bezcenne dolary hongkongskie.
Do podziemnego parkingu powoli wsunął się czarny Rolls –Royce i zaparkował na zarezerwowanym miejscu. Ze środka wysiadły dwie osoby: kobieta średniego wzrostu o uderzającej urodzie hinduskiej. Czarne długie włosy zdawały się opadać do samej ziemi, choć tak naprawdę sięgały „tylko” do pasa. Oczy o nieskończonej głębi w kolorze zimnego błękitu z domieszką, co dziwne, czerwieni tylko spojrzały na portiera Xi’ana przelotnie, ale to wystarczyłoby dwudziesto dwuletni chłopak nieomal zmarł na zawał. Mężczyzna także mógł się wyróżniać z tłumu: wysoki, szczupły z inteligentną twarzą. Czujny wzrok tylko się po Xi’anie prześlizgnął. Czarne, modnie obcięte włosy zaczesane do tyłu i w bok. Długi skórzany płaszcz sięgał prawie do samej ziemi. Bogaci hindusi na wakacjach. Hindus wyjął z tylnego siedzenia jakąś czarną walizkę, zamknęli auto i poszli do windy.
Była 6:10. Hong Kong witał nowy dzień.
Mohandas Ali Jinnah delikatnie położył walizkę na komodzie i otworzył; w środku spoczywały dwa plastikowe pojemniki o pojemności 2,5 litra każdy. W pojemnikach znajdowała się oczywiście krew i ten widok stworzył na poważnej twarzy Mohandasa lekki uśmiech. Nagle zaskrzypiały drzwi łazienki, to Akmitsara opuściła okafelkowane wnętrze. Była naga, jej skóra jaśniała w świetle dnia. Powoli podchodząc do Mohandasa wodziła palcem po lewej piersi. Uśmiechała się figlarnie. Hindus zamknął walizkę jednym ruchem, drugim zrzucił z siebie płaszcz. Noże schowane w kieszeniach lekko zastukały o podłogę. Wyciągnął rękę i przejechał po jej szyi, ona wydała nęcący pomruk.
-Jeszcze parę godzin i będzie jak nowa –rzucił.
-Wiem.
Przycisnęła swoje wargi do jego. Pocałunek -długi, namiętny przekazywał sobą całe uczucie jakie Akmitsara obdarowała Mohandasa dokładnie siedemset czterdzieści sześć lat temu. Objęła go swymi długimi rękami, włożyła paznokcie pośród jego włosy i zmierzwiła je z przyjemnością. Przycisnęła swoje znakomicie wyrzeźbione ciało do niego i pocałowała jeszcze dwa razy. Ręce przeniosła na jego spodnie, rozpinając zamek. Ściągnęła mu te spodnie i zaczęła pieścić go tak jak tylko kobieta może. Mężczyzna westchnął z rozkoszy, kobieta patrzyła mu prosto w oczy przez cały czas. Spokojnie, bez jakiegokolwiek pośpiechu gładziła palcem jego fallusa pozostającego w niesamowitej erekcji od 10 minut. Mohandas tymczasem kreślił palcem linię jej obfitego, naturalnego biustu. Po chwili Mohandas został ograbiony ze wszelkich partii garderoby; czarna koszula poleciała na podłogę.
Wziął Akmitsarę na ręce i rzucili się oboje na łóżko. Wreszcie wszedł w nią; oboje wykonywali miarowe ruchy, w przód i w tył. Byli w transie, dźwięki ciała charakteryzujące ich ekstazę łączyły się w jeden jęk upojenia. Na skórę wystąpiły maleńkie krople potu, odbijały światło słońca, które jakby też chciało się przyłączyć do orgii tych którzy śmierć mają za nic, którzy razem z planetą i kosmosem mają prawo obserwować przemijanie, narodziny materii, a potem jej śmierć. Magiczne refleksy światła strzelały po luksusowym pokoju. Gdy skończyli, słońce jakby nieco zawiedzione zaszło za chmurę, ich samych rzucając w wygodne objęcia Morfeusza.
Godzinę później Xi’an obrócił się i zobaczył czerwone ferrari 456 które z impetem wjechało na parking. „No tak. Pan Mifune wraca z zabawy. Pewnie znów pijany.” –pomyślał Xi’an na widok młodego japończyka. Spokojnie odprowadził wzrokiem pędzące coupe. Nagle jednak stało się coś nieoczekiwanego: ferrari wypadło z zakrętu i wjechało w tył czarnego Rollsa.
-O kurwa! –ryknął Xi’an na ten widok.
Pobiegł na miejsce, spojrzał na wgięty do wewnątrz zderzak czarnej limuzyny, lekko się otworzyła, wypłynęła spod niej coś, co wyglądało jak ludzka ręka…


* 3 *

Hugh Thornton kroczył dziarskim krokiem jasnym korytarzem. Zmierzał do szerokich drzwi wahadłowych, za którymi mieściła się kraina śmierci. Kostnica.
Policjant przybył po raport od patologa dotyczący trzech ofiar wczorajszej nocy.
Dr. Hakata stał przy jednym z katafalków i badał wraz z asystentem ciało jakiegoś mężczyzny. Lekarz spostrzegł przybycie młodszego sierżanta i gestem pokazał, że zaraz przyjdzie. Hugh nasunął gumową maseczkę na twarz i spojrzał w sufit. Lekarz podszedł po około dziesięciu minutach.
-Witam doktorze Hakata!
-Witam, witam.
Patolog głośno westchnął.
-Wszystko w porządku? –spytał zaniepokojony Anglik.
-Prawie. Pół nocy siedzę w tej trupiarni i kroję dla pana ludzi…
Podeszli do metalowej, lśniącej szafy, z której za naciśnięciem na magiczny przycisk wyjechała platforma ze zwłokami na pokładzie.
Hakata nie tracił czasu na ogródki; jednym ruchem ściągnął płachtę ze zwłok.
-Oto pan Sano. Ciekawy przypadek…
Thornton już chciał zapytać, czemu, ale lekarz ubiegł pytanie odpowiedzią:
-Gardło podcięte dwoma ostrzami jednocześnie. Profesjonalne cięcie. Śmierć niemal natychmiastowa. Pewnie zawodowiec. Najciekawsza jest jednak jego broń: dwa(sądząc po ranach) małe miecze, pewnie kordziki. Kształt ostrza mnie dziwi… Był taki:
Hakata zafalował palcem nad raną.
-Pofalowane ostrze? –nie mógł uwierzyć sierżant.
-A, czemu nie? Jeżeli to był zawodowiec, to macie punkt zaczepienia: broń na zamówienie.
-A pozostali dwaj?
-Mały nożyk. Około pięciu centymetrów. Ale ostry jak diabli!
Wysunęły się dwie inne platformy.
-Pewne pchniecie w skroń. Natychmiastowa śmierć. Mało krwi…
-Korytarz był pełny ludzi… Nie mogli zrobić takiej jatki jak w środku…
Doktor tylko skinął wesoło głową.
-Mam jednak coś jeszcze…
-To znaczy? –spytał zaintrygowany.
Kolejne dwie platformy ukazały przykryte płachtą zwłoki. I tym razem Hakata ściągnął białe prześcieradło.
Oczom Thorntona ukazał się widok raczej okropny:
Pierwsze zwłoki wyglądały normalnie, jakby denat dostał zawału, ale Hakata zwołał dwóch sanitariuszy by ci przewrócili ciało na twarz. Wtedy policjant zobaczył –szeroka rana idealnie na karku i mała rana na prawej łopatce.
-Niezłe ostrze zrobiło tę ranę… Możliwe, że ostrze to samo, co przy Sano.
-A to? –Hugh wskazał małą ranę. –To może być ten nożyk od ochroniarzy?
-Nie. Nacięcie jest tutaj większe. Typowy nóż sprężynowy. Nawet znaleźli go na miejscu zbrodni. Pewnie był jego…
-Kto mieczem wojuje… -szepnął do siebie Hugh.
-A teraz pan Yuoy… Gardło podcięte małym nożem, przypuszczalnie tym sprężynowym… Krew poszła do analizy. Wyniki za parę godzin. Jeżeli będą dwa rodzaje krwi to mamy dwie ofiary jednej broni.
-A głowa? –słuszne pytanie; rozpłatana na pół ludzka głowa wzbudza zainteresowanie.
-Znowu pofalowana rana… Mocny cios, rozłupał mu czaszkę w sekundę…
-Dobrze, ale kto to jest?
-Dwóch rzezimieszków. Miejscowi złodzieje. Przynajmniej według aspirant sztabowego Huu –Si…
-On prowadzi sprawę?
-Tak. I on ma wszystkie papiery.
-Mówił pan komuś o swoich podejrzeniach?
-Poza panem nie no, bo i komu?
Hugh Thornton uśmiechnął się pod nosem; nie od dzisiaj wiedział, że cieszy się zaufaniem doświadczonego patologa.
-Mam coś nowego! –krzyknął od progu Anglik wchodząc do gabinetu zajmowanego przez niego i podkomisarza Miyzazakiego.
-Czyli?
Miyazaki od parędziesięciu minut oglądał nagranie z klubu.
-Najprawdopodobniej poprzedniej nocy z ręki naszego mistrza miecza zginęły jeszcze dwie inne osoby…
-Kto? Kiedy? Gdzie?
-Kto? Dwóch złodziei, Qu Ping i Takeshi Yuoy. Kiedy? Wczoraj pomiędzy 2 a 3 w nocy.
Gdzie? W małej uliczce koło hurtowni rybnej Harrisona. Mniej więcej dziesięć minut drogi od klubu Sano…
-Kto prowadzi śledztwo?
-Aspirant sztabowy Huu –Si.
-Skąd podejrzenie że to był jeden i ten sam sprawca?
-Hakata to zasugerował. Broń się zgadza…
-A więc do Huu Si. Potem powiem ci co ja mam.
Aspirant sztabowy Huu –Si był typowym Chińczykiem; niewysoki, krępy, z bystrymi oczami strzelającymi zawsze wszędzie tylko nie na rozmówcę.
Miyazaki szybko wytłuścił sprawę i współpraca została nawiązana.
W pokoju siedziały cztery osoby na pierwszej naradzie w sprawie seryjnego zabójcy. Brali w niej udział: podkomisarz Akira Miyazaki, sierżant Hugh Thornton, aspirant sztabowy Lee –Huu –Si oraz jego partner sierżant Chow –Kan.
-Oto co mamy: w przeciągu półtorej godziny –od 01:30 do 3:00 dwie osoby zamordowały w bestialski sposób pięć osób –zaczął Miyazaki.
-Przepraszam, ale potencjalnie ofiar jest sześć… -wtrącił nieśmiało sierżant Kan.
-Sześć?
-Na miejscu znaleźliśmy dwie osoby w kałużach własnej krwi, oraz dwa metry obok ślady krwi kogoś trzeciego.
Na potwierdzenie swojej teorii Kan rzucił na biurko zdjęcia. Widok jak z jakiegoś horroru albo z rodzinnego albumu Kuby Rozpruwacza.
-Więc zabili tych dwóch, trzeciego porwali? Po co?
-Tego nie wiemy. Za to chyba już wiemy(ale nie na pewno) kim była potencjalna trzecia ofiara…
-No?
-Jeden z denatów Qu Ping, miał brata Lo Johnego Pinga. Ponoć zawsze pracowali razem.
-Skąd wiecie?
Si zrobił urażoną minę.
-Jest po 7. My pracujemy od 6. Popytaliśmy w obyczajówce, i mamy to co mamy.
-Aha. Rozumiem.
-Poza tym wiemy, że zabójca…
-…zabójcy… –poprawił aspiranta sztabowego podkomisarz.
-Dlaczego zabójcy?
-O tym za chwilę. Tymczasem proszę kontynuować.
-A więc, zabójcy odjechali z miejsca zbrodni samochodem.
-Są na to świadkowie?
-Nie. Mamy krew. Po prostu z martwego pana Qu Pinga krew wylewała się w każdym kierunku… Za jego plecami natrafiła na przeszkodę –oponę. Dosyć szybko krew choć trochę przyschła, i w ten sposób mamy ślad opony.
-A tak w ogóle są jacyś świadkowie?
Aspirant sztabowy pokręcił głową.
-Na razie nie stwierdzono. O co chodzi z zabójcami?
-Cóż, dysponuję kasetami z nagranymi wydarzeniami tej nocy w klubie. Kamera jednak nie zarejestrowała żadnego z zabójstw, ale pozwoliła ustalić wygląd morderców. A było ich dwóch –kobieta i mężczyzna. Możliwe że hindusi. Zapraszam do naszego biura.
Obejrzeli kluczową kasetę. Si i Kan mieli jednak wątpliwości:
-A skąd ma pan pewność że to oni zabili?
-Mam zeznanie sekretarki pana Sano. Notowała ona wszystkich gości denata. Robi to przy schodach na korytarz obsługi, tam właśnie zginęli dwaj ochroniarze. Każdy, kto tam wchodzi musi się wpisać. Wpuszczeni zostają dopiero po słownym pozwoleniu pana Sano. Sekretarka po prostu dzwoniła do szefa.
-No dobrze, ale jak tak, to po co zabijali ochroniarzy? To było chyba najbardziej ryzykowne?
-No właśnie, sam tego nie rozumiem… Może na początku ich wpuścił, ale potem z jakichś przyczyn przekazał ochroniarzom informację by ich nie przepuścili?
-Ale… -po raz pierwszy w rozmowie głos zabrał Anglik. –Czy denat będąc w takiej sytuacji siedziałby spokojnie w fotelu?
-To jest do odkrycia.
-Albo i nie –dodał posępnie Kan.
-Teraz broń; według doktora Hakaty klinga była lekko pofalowana, długość nie do określenia. Zabójca wytarł ponadto swoją broń w liście palmy stojącej w gabinecie ofiary. Dzięki temu wiemy też że, miecz jest jakoś ozdobiony, ma jakieś znaczki. Roślina stoi tutaj –Miyazaki wskazał ręką na palmę zdobiącą wnętrze tego biura od ubiegłej nocy.
-Dobra, podsumujmy. Dnia 25 maja br. Dwóch podejrzanych wchodzi do klubu „Ambrosia” należącego do Huana –Oemi –Sana. Do „księgi gości” wpisują się jako Kangra i Bahpur Mandalayan i jest to ostatni wpis tej nocy. Wchodzą bez problemów, widzi ich sekretarka, ale później z niewyjaśnionych(na razie) przyczyn mordują swe dwie pierwsze ofiary tej nocy. Profesjonalne skrytobójstwo, ciała zostają ukryte w niezamkniętym na klucz, schowku na miotły. Następnie wchodzą do gabinetu pana Sano i zabijają go. Nie wiadomo czy rozmawiali czy nie. Może była to zwykła egzekucja. Jednak pozycja denata sugerowałaby raczej pierwszą wersję. Morderca wyciera krew z broni za pomocą liści palmy. Następnie opuszczają lokal i zmierzają do prawdopodobnie swojego samochodu , w okolice hurtowni Harrisona. Tam ścierają się z dwójką(lub trójką) miejscowych złodziei. Bezlitośnie ich mordują po czym znowu wycierają klingę miecza w, tym razem, kurtkę Takeshiego Yuoy, wsiadają do samochodu i znikają. Zapomniałem o czymś? –Hugh skończył swój wywód.
-Mamy na szczęście parę punktów zaczepienia: broń, opona no i oczywiście wygląd.
-My bierzemy oponę i spróbujemy coś ruszyć z samymi hindusami. Może zrobić listę hindusów przybyłych z Indii w ostatnim, powiedzmy kwartale?
-A jeżeli przyjechali np. z Rosji? Lista musiałaby obejmować hindusów z całego świata. To będą tysiące osób… My tak czy inaczej poszukamy broni, wydaje się być unikalna. Aha, i jeszcze jedna rzecz: jako że wy chyba lepiej orientujecie się w miejscowym półświatku może popytajcie o brata Pinga… Thornton i ja pokręcimy się wokół interesów Sano.
-Na pewno coś znajdziecie. To był podejrzany typ, miał konszachty z mafią…
-Wiem. A więc rozpoczynamy operację „Nożownicy z Hong Kongu”!

* 4 *

Wszędzie martwe ciała. W powietrzu unosi się jeszcze odór śmierci. Nie widać gruntu –za dużo ciał. Leżą dosłownie w każdym miejscu. Zwłoki odważnych żołnierzy, poszarpane, pokłute, podziurawione. I krew która z tych wszystkich ran wypływa. Nawadnia glebę, wnika w nią. Staje się jej integralną częścią. Grymasy na niemożliwie wygiętych twarzach wojowników, sztandary ociekające z wszechobecnej krwi, chcą powiewać na wietrze, ale nie mogą –są zbyt mokre. Rozgląda się. Zauważa go. Jego okrutnie zmasakrowane zwłoki, przebite wieloma strzałami. Większość jeszcze płonie. Przystaje i patrzy na to jak ciało jej ukochanego spala się. Dookoła jest cicho. Już nikt nie jęczy z bólu, nikt nie wzywa towarzyszy. Już nie. Akmitsara spojrzała na oblicze ukochanego; w pierwszej chwili odwróciła wzrok, ale spojrzała znów. Dolna szczękę coś urwało; język był dziwnie poszarpany. Oczy, te oczy w których zatracała się zawsze gdy tylko w nie spojrzała, choć na krótką chwilę, były teraz bez życia, martwe jak wszystko inne na tej łące. Jej miłość spalała się z tak szybko, jak szybko spalał się trup syna władcy, jej ukochanego. „Niech Durga przyjmie go do swojej świty”. Dobrze wiedziała że gdzieś tu spoczywa także ciało jej ojca –nadwornego kata, tudzież kowala. On też zginął. Zginął na darmo. Bitwa przegrana. Królestwo zdobyte. Ziemia splądrowana. Nie ma już nic.
Po co więc żyć? Skoro odpowiedź najwyraźniej nie istnieje, to można zrobić tylko jedno. Podniosła jakiś sztylet, wyjęła go z zaciśniętej dłoni jakiegoś żołnierza. Chwyciła pewną ręką.
Odwróciła klingę do siebie, westchnęła i pociągnęła ostrze ku sobie. Pisnęła cicho gdy zimne, oblepione oślizłą krwią przeszyło najpierw jej błękitną suknię z jedwabiu, a potem delikatną skórę. Broń bezlitośnie przebijała ścięgna, żyły… W końcu weszła w serce i zadała śmierć. Przynajmniej powinna…
-I co? Już? –spytała demona śmierci.
-Nie. To nie jest tak proste… -usłyszała głos dobiegający gdzieś z oddali.
-Dlaczego? Odebrałeś mi wszystko. Pragnę śmierci!
-Ale jej teraz nie dostaniesz.
Głos rozchodził się po jej głowie. Brzmiał niezwykle. Metalicznie. Pozbawiony wszelkich uczuć.
-Jak mogę umrzeć? –spytała zrezygnowana.
-Zapomnij o śmierci… Żyj. Jesteś wybrana.
Wyjęła sztylet z własnego ciała. Ale nie sama. Z pomocą kogoś innego… Głosu? Usłyszała tętent konia. Ale zaraz. To nie jest jeden koń. Więcej. Dużo więcej. Tysiące.
„Może to armia przeciwnika? Wrócili i znajdą sposób by mnie zabić!” Ale to nie jest nieprzyjaciel. To wojska króla Jinnah. Spieszyły z pomocą wojskom Jawarlaha, ale spóźnili się. Pozostaje im tylko pochować przyjaciół i modlić się o ich duszę u Wisznu. Z konia zszedł książę prowincji Jinnaharl -Mohandas, podchodzi do biednej dziewczyny i przytula ją. Odciąga od zmasakrowanych rodaków. Spojrzenie jego dziwnie błękitnych oczu spoczywa na ranie na piersi. Ona jednak kręci głową mówiąc że chce umrzeć. Książę wraca z nią do swego pałacu. Piękna, symetryczna budowla z białego marmuru. Pałac Jawarlaha był podobny, teraz jest pewnie plądrowany przez pozbawionych honoru Afgańczyków, plemię bezlitosne, mordercze. W chwili obecnej Akmitsara nienawidziła swego życia, które jednego dnia straciło wszelki blask, ale równie, lub nawet bardziej nienawidziła złodziei kolorów jej życia –Afgańczyków.
-Wiem, że to dla Ciebie cios, ale wykorzystaj dar czasu… Chociaż spróbuj zapomnieć. Tylko o tyle cię proszę.
-Jak możesz? Nie zapomnę tego dnia. Nie chcę tego. Książę Jawarlah, miłość mego życia zginął!
-Jawarlah? Miłością twego życia? Nie sądzę…
Po tych słowach książę opuścił nową komnatę Akmitsary i nie wrócił przez cały następny rok. Pozostawił ją samą ze swoimi demonami. Miał jednak rację.
Po roku niedoszła królowa prowincji Jhawar zrozumiała: pokochała księcia Jinnaha. Chociaż go nie spotykała. Ten także ją kochał. Od zawsze.
Ślub był huczny i wystawny. Kości księcia Jawarlaha bielały pod ziemią, podczas gdy Akmitsara cieszyła się z własnego szczęścia. Po roku pożycia małżeńskiego zaczęła się dziwnie zachowywać. Krzyczała bez widocznego powodu, uciekała przed czymś czasem potrafiła godzinami patrzeć na ścianę. Oczywiście nie uszło to uwadze jej męża, który od razu wiedział o co chodzi i w czym tkwi problem. Jednak nikomu sekretu nie zdradził, za to w mieście pojawiło się tajemnicze zwierzę porywające ludzi. Od czasu pojawienia się potwora samopoczucie księżniczki wyraźnie się poprawiło. Nikt nie mógł zrozumieć o co chodzi. Pewnego wieczora gdy księżniczka odpoczywała w łóżku przyszedł do niej książę:
-Chciałbym, abyś o czymś wiedziała…
-O czym mężu?
-Pragnę zestarzeć się z tobą…
-Tak się stanie! –odparła wesoło. W jej duszy ponownie zagościło szczęście.
-Nie stanie się.
-Czemuż to?! Zamierzasz odejść? Mnie o to posądzasz?
-Sprawa jest innej natury… My nie umrzemy. Podobnie ze starością…
-Ale dlaczego? Co ty mówisz?
-Nie jestem w stanie ci tego wyjaśnić, bo sam tego nie rozumiem… Wiem tylko że lekarstwem na twoją niedawną chorobę jest ludzka krew…
-Co? Nie wierzę!
-To prawda. Ja jestem tym potworem z wioski… Zabijałem by uzyskać krew dla Ciebie.
-Nie… Nie!
W sąsiednim pokoju rozległ się płacz dziecka.
-Och, to Mohandas II –rzekł książę i poszedł do drugiej komnaty.
-Co z nim? –spytała Akmitsara.
-Nic. Zmoczył się tylko.
Mohandas wezwał sługi do pomocy. Sam wrócił do żony.
-Skończymy tę rozmowę kiedy indziej… A póki co prosiłbym, aby nikt się o niej nie dowiedział.
-Dobrze –odparła zaszokowana.
Następnego dnia Akmitsara przechadzała się po ogrodach pałacowych i zastanawiała się. Rozmyślała. „Mój mąż jest bestią, kocham potwora”, ale były też i inne myśli; przypomniała sobie głos jaki słyszała na pobojowisku. Nie pojmowała tego. To ją przerastało. Postanowiła pojechać domu jej ojca. Do pałacu króla Jawarlaha. Może tam odnajdzie głos, lub odwrotnie? Tak czy inaczej musi się tam znaleźć. Chciała jak najszybciej powiedzieć o tym Mohandasowi. Choć pojedzie sama, to jednak król powinien wiedzieć. W tym momencie zza zakrętu wyszedł Mohandas.
-Co tu robisz? –spytała. –Przecież miałeś być na zebraniu rady Jinnaharl!
-Odwołano zebranie.
-To nawet lepiej. Muszę o czymś ci powiedzieć.
Król zmarszczył brwi.
-Mów prędko.
-Muszę pojechać do Jhawar.
-Po co?
-Poszukać siebie.
Król zmierzył królową czujnym badawczym spojrzeniem, jakby chciał zajrzeć do jej duszy.
-Dobrze, ale ja jadę z tobą.
Powiedział to takim głosem, że Akmitsara zrozumiała, że jego obecność jest jej niezbędna.
-Kocham cię. Nad życie –rzekł z przekonaniem król i wpatrzył się w te tajemnicze błękitne oczy.

Te same oczy wpatrywały się w lazurowy sufit apartamentu numer 68, gdy nagle wpadł do niego Mohandas w szarym garniturze i rzucił tylko:
-Policja! Zbieraj się! Są w budynku!
-Jak? –spytała księżniczka zakładając jeansy i skórzaną kurtkę.
-Znaleźli tego trupa w bagażniku!
Mohandas biegał po pokoju i zbierał rzeczy, wrzucając niektóre z nich do obszernej torby. W tym momencie ktoś zapukał do drzwi.
-Okno! –szepnął hindus i porwał walizkę z krwią.
Otworzyli drzwi na balkon i po chwili znaleźli się na zewnątrz. Rozejrzeli się.
-Tamten balkon! –osądziła Akmitsara.
Rzeczy przerzucili przez poręcze. Teraz jeszcze oni powinni się tam znaleźć. Od wolności dzieliło ich trzy metry. No i sześć pięter w dół.
-No dobra.
Skoczyli. Najpierw on. Potem ona. Pochwycił ją i już byli u celu. Stamtąd na następny balkon. Na szczęście budynek był okrągły. Na czwartym balkonie zatrzymali się i weszli do środka. Niestety przez szybę. Mohandas wybił ją torbą i już byli wewnątrz. Pokój był zajęty, a teraz pusty. Właściciele pewnie poszli do restauracji na śniadanie. Indyjskiemu małżeństwu też zaburczało w brzuchu. Schodami na pierwsze piętro i skok przez okno. Wylądowali na krzewach rosnących przy wejściu do hotelu. Usłyszeli syreny policyjne, zobaczyli czarne porsche carreree stojącego przy drzwiach. Portier akurat wziął od właściciela kluczyki i zamierzał zawieźć auto na parking, ale państwo Jinnah mieli inne plany…

* 5 *

Pani Ping była przysadzistą kobietą, o poważnej, niewzruszonej twarzy i włosami spiętymi w niewielki kok. Gdy tylko dowiedziała się, że goście są z policji zażądała pokazania odznak. Po prezentacji łaskawie wpuściła ich do środka. Mieszkanie było skromnie urządzone, ale niczego w nim nie brakowało –przynajmniej na pierwszy rzut oka. Ale to było bez znaczenia. Zapytali o obu braci, doskonale wiedząc, że jeden z nich leży w chłodni z dziurą zamiast karku, a drugi najprawdopodobniej trafił w ręce bestii, które zamordowały cztery inne osoby tego samego wieczora. Oczywiście matka nie miała pojęcia gdzie są jej pociechy i policjanci zrezygnowani zbierali się już do wyjścia, gdy do pokoju weszła drobna dziewczyna o ładnej twarzy i ciekawym spojrzeniu.
-Mogę z panami porozmawiać?
-Oczywiście, ale…
-Odprowadzę panów.
Gdy doszli do drzwi, a stara kobieta została w salonie dziewczynka wypaliła:
-Obaj pracują dla pana Honga. Wczoraj poszli na zlecenie, ale jeszcze nie wrócili. Mama nic o tym nie wie, ale bez ich pomocy chyba umarlibyśmy wszyscy z głodu…
Dwaj detektywi zdziwili się taką wylewnością dziewczyny, ale w końcu była ich siostrą. Jednak obaj zdecydowali, że do chwili znalezienia Lo, żywego czy martwego, nikt nie zasługuje na prawdę. „Nawet wcielenie piękności z czarnymi lśniącymi włosami i nienaganną figurę” –pomyślał Kan.
-Gdzie go znajdziemy?
-Ma biuro w lombardzie Danxian… Wiecie jak iść?
-Trafimy. Dziękujemy. Jak tylko się czegoś dowiemy to… -sierżant Kan stracił wątek, bo przypadkowo napotkał jej spojrzenie. –To zadzwonimy, albo…
-Skontaktujemy się –uciął ostro Si.
-Do widzenia. Niech was Bóg niebieski prowadzi.
Policjanci zmarszczyli czoła. Chrześcijanka w wersji chińskiej? Ciekawe.
Po tej krótkiej rozmowie detektywi zwrócili swoje kroki oczywiście do lombardu pana Honga.
Jak się okazało pan Hong miał biuro na tyłach lombardu; było małe, duszne i nieprzyjazne. Natomiast sam Hong nieco policjantów zdziwił: niski, lat około czterdziestu, ale garnitur, mający udawać drogą kreację od Armaniego, był rozsadzony w ramionach. Mały mafioso miał wysoki, piskliwy głos.
-O co chodzi? –zapytał z pogardą w głosie.
-Jesteśmy z policji Hong Kongu –tu pokazali odznaki. –Szukamy Lo Johnego Pinga. Wiemy że pracował dla pana i wczoraj poszedł na zlecenie, dotąd nie wrócił.
-I czego chcecie ode mnie? –jego głos brzmiał spokojnie, ale sama jego intonacja była niczym panikującej amerykańskiej blondynki.
-Proszę opowiedzieć nam o tym zleceniu i odpowiedzieć na parę pytań. Prosiłbym o szczerość, nie zależy nam teraz na wykrywaniu pańskich występków. Mamy inny cel…
-Ciekawe jaki…
-Nie istotne.
-A jak nie opowiem?
-To pański falset będzie miał jeszcze jedną przyczynę!
Hong uniósł brew.
-A jakiś nakaz sądowy?
-Mam nawet dwa: jeden –porywczy, żywiołowy Kan pokazał swoją pięść. –I drugi –odsunął połę marynarki by pokazać swą przydziałowy rewolwer.
-Rozumiem… -Gangster położył ręce na kolanach. –Ale panowie, co powiedziecie na to?! –Podniósł ręce; miał w nich dwie czterdziestki czwórki, które błyskawicznie wycelował w policjantów.
-Szybki jest… -mruknął zbity z tropu Kan.
-Nie da się zaprzeczyć –rzekł milczący dotąd Si.
Lufy trzymał około trzydziestu centymetrów od piersi partnerów. Kamizelki jakie na sobie mieli nie zdadzą egzaminu …
-Zrobimy tak. Wy wyjdziecie i zapomnicie o Johnym Pingu i o moich przyjaciółkach… -lekko kiwnął rewolwerami.
Kan lekko przekrzywił głowę w lewo.
-A może pan odłoży broń i porozmawiamy jak ludzie i nikt nie ucierpi?
Agresor pokręcił głową.
-Szkoda. Był pan kiedyś w areszcie w centrum?
-Owszem.
-Podobało się?
-Ani trochę.
-Słusznie, jest paskudnie…
-Wiem –Hong lekko się uśmiechnął. –Ale po co mi to mówisz?
Policjant zamilkł.
-Jak się ruszymy to nas zabijesz?
-Jeżeli ten ruch to będzie wycofanie się pod drzwi, to nie.
-A więc nas zabijesz. O ile zdążysz…
-Jesteś cholernie popieprzony.
-Wiem. Dobra, dość tej jałowej gadki. To jak Lee? Kończymy?
-Raczej tak, po co tracić czas…
-OK.
Kan kopnął Honga w nogę którą bezczelnie rozciągnął pod biurkiem, Si rozsunął mu ręce, tak że kule wpadły w dwie przeciwległe ściany. Sierżant natychmiast wyjął z kabury swój pistolet i wycelował w drzwi, w których po sekundzie pojawił się ochroniarz, którego policjanci mijali we właściwym lombardzie. W ręku miał półautomatyczne uzi.
-Wypieprzaj –rzucił Kan do nowo przybyłego.
-Tak, lepiej idź. Tylko rozmawiamy… -rozległ się pisk przyjaciela dwóch rewolwerów.
Ochroniarz skinął głową i wyszedł.
-Możesz to wziąć? –spytał Hong myśląc o lufie włożonej mu do ucha przez aspiranta sztabowego.
-Zaciągnij kurki i połóż broń na biurku. Potem ręce na kark –zagrzmiał metaliczny głos doświadczonego policjanta.
Po wykonaniu rozkazów Hong został skuty przez sierżanta.
-Co teraz? –spytał nieco roztrzęsiony.
-Jak to, co? Na komendę, do aresztu. Utrudnianie prowadzenia śledztwa, napaść na oficerów policji i najlepsze –próba zabójstwa. Potem coś wymyślimy, i to tak, żebyś posiedział z dziesięć lat… Na oko dziesięć, może uda się wyciągnąć więcej…
-Dobra, dobra. Zapłacę wam, powiem wszystko, a wy mnie puścicie?
-Ile dajesz?
-Po dwa tysiące na głowę.
-Tylko? Słabo cenisz wolność.
-Po pięć tysięcy?
-Daj dziesięć na głowę i opowieść, to osiągniesz spokój.
-Dziesięć?!
-To jest twój wybór…
-Kurwa mać… Dwadzieścia kawałków… Kurwa.
-Jak będzie? –zapytał Chow.
-Dobra, ale niech was szlag…
-Uważaj. Wciąż w Ciebie celuję…
Nie schodząc z celownika Si, Hong podszedł do sejfu, wklepał szyfr i po chwili położył dwadzieścia tysięcy dolarów hongkongskich na biurku.
-Nie masz jakiejś torby?
-Zan! –zawołał bogacz. –Przynieś mi jakąś reklamówkę, walizkę czy coś takiego –powiedział, gdy do pokoju ponownie wtoczył się ochroniarz.
Po upływie mniej więcej dwóch minut, pliki banknotów spoczywały już w plastikowej reklamówce. Wtedy Si usiadł na fotelu Honga, podczas gdy on sam spoczął na uprzednim miejscu Kana. Siedział naprzeciw aspiranta sztabowego. Kan zaś oparł się o ścianę obok drzwi i przymknął oczy.
-Zaczynaj –rzekł spokojnie Si.


Hugh Thornton trzymał słuchawkę pomiędzy uchem swoim, a uchem przełożonego –Akiry Miyzazakiego. W napięciu wbili spojrzenia w jeden punkt –radioodbiornik policyjny.
-Cholera. Minęli SOGO przy Hennessy Road. Tam jest pełno ludzi… Wolę nawet nie myśleć –Anglik pokręcił głową.
-Zapewne ich nie złapią.
-Cholera, ona ma broń! –dobiegł histeryczny wrzask ze słuchawki.
Następnie w asyście grzmotów i trzasków rozległo się coś jakby eksplozja, po czym sygnał urwał się.
-Kto tam jeszcze jest? –spytał Miyazaki oficera dyżurnego.
-Zaraz… -policjant zajrzał do grubego zeszytu. –Wezwanie do zwłok w bagażniku… Hotel Beautiful West… Sierżant Luohe z trzema posterunkowymi i ekipą patologa. Dwa radiowozy, numery 25A030 i 66A721, ale ktoś doszedł.
-Który odpadł?
-Chyba 66A721… Sierżant Luohe jest w tym drugim.
-Cholera, nie można by wysłać śmigłowca?
-Ja nie decyduję panie podkomendancie…
Miyazaki powiedział coś po japońsku, niewątpliwie przeklął.
Thornton wcisnął przycisk i powiedział:
-25A030, odbiór! Tu centrala. Odbiór.
-Tu 25A030. Zgłaszam się. Odbiór!
-Co się stało? Odbiór.
-Ten sukinsyn ma broń! Rzucił granat! Prosto w ten drugi radiowóz!
-Przyjąłem. Kto jeszcze uczestniczy w pościgu?
-Nikt. Były jeszcze dwie inne jednostki, ale wpadły w tych płonących! Jesteśmy tylko my.
-Dobra, gdzie dokładnie jesteście? Zrobimy blokadę.
-Cały czas po Hennessy Road, zmierzamy do Yee Woo Street. Odbiór.
-Przyjąłem. Spróbujemy wam pomóc!
-Przyjąłem. Mam nadzieję! Bez odbioru.
Sierżant odłożył słuchawkę na stół.
-Do komisarza? –zapytał oficer dyżurny.
-Nie. Za mało czasu. Zorganizuj blokadę na początku Yee Woo Street, z mojego pełnomocnictwa.
-Ale pan nie ma upoważnienia!
-Nie pierdol Huaian! Biorę to na siebie!
-Ale…
-Blokada! Cała szerokość drogi! Przejście z Hennessy Road do Yee Woo Street. Kolczatka i gotowość na przystąpienie do pościgu w razie ominięcia przez podejrzanych blokady! My też tam jedziemy. Chodź Thornton.
Anglik porwał z krzesła marynarkę i detektywi opuścili komendę.
Dwu i pół litrowy silnik nowego modelu forda mondeo ryczał pod maską, gdy Miyazaki przecinał kolejne skrzyżowania. Syrena umieszczona na dachu niewiele pomagała, ale zawsze coś. Thornton, choć znał już styl jazdy szefa na wylot, trzymał się kurczowo uchwytu na drzwiach.
-Nareszcie Hennessy! –krzyknął uradowany podkomisarz.
Miyazaki ostro zahamował i rozejrzał się dookoła.
-Co jest? Gdzie pościg? Gdzie syreny? Strzały?
-Może dotarli już do Yee?
-Może.
Mondeo ruszył w stronę wielkiej ulicy handlowej. Jednak po chwili musiał się zatrzymać z powodu korka.
-Co do…?
Detektywi nie tracili czasu. Wysiedli z auta i poszli pomiędzy samochodami do przodu. Po paru minutach takiego chodu zobaczyli radiowóz o numerze 25A030 którego przód był boleśnie wbity w taksówkę.
-Jasna cholera! –rzucił Thornton i podbiegł do wozu.
Przebił się przez tłum gapiów i dopadł do drzwi. Pod butami zazgrzytało mu szkło z szyb. Zobaczył dwóch policjantów: jednego mundurowego, i jednego w cywili, na siedzeniu pasażera. Obaj wisieli bezwładnie na pasach. Mundurowy spoczywał na kierownicy.
Hugh rozszerzył ze zdziwienia oczy; nie mógł uwierzyć, sam nie wiedział dlaczego.
-Zobacz co z taksówką! –dobiegł go głos szefa.
-W porządku! Pusta! –odkrzyknął.
Miyazaki już wzywał przez komórkę karetkę.
Po dwudziestu minutach ranni leżeli już na lekarskich noszach, gdy nagle zadzwonił telefon Miyzazakiego.
-Podkomisarz Miyazaki, słucham. Tak… Co? Dobrze. Tak szybko jak się tylko da panie komendancie Zaoizuihang. Tak. Do widzenia.
W odpowiedzi na pytające spojrzenie partnera Akira wyjaśnił:
-Mamy się natychmiast stawić u komendanta Zaoizunhanga.
-Mam złe przeczucia…
-Ja też –Miyazaki otarł pot z czoła. –Cholernie gorący dzień na zebranie od góry…

* 6 *

Ciemne fale złożone z tylko i wyłącznie z brudnej zatoki Star Ferry, uderzały miarowo o brzeg. Mohandas wrzucił folię z hamburgera do wody.
-Opowiedz mi wszystko jeszcze raz.
Mohandas rzucił żonie zdenerwowane spojrzenie.
-Dobra, ale nadal nie wiem, po co… Obudziłem się i przypomniałem sobie o torbie ze sprzętem. Ubrałem się i zszedłem na dół. Schodami, na rozbudzenie… Otwieram drzwi na parking, widzę pełno policji, zobaczyłem też otwarty bagażnik… Resztę sobie dopowiedziałem, słusznie z resztą –Akmitsara kiwnęła z aprobatą głową. –Znasz resztę… Mam nadzieję, że tamci policjanci przeżyją… Bo jak nie to policja całego Hong Kongu będzie się mścić…
-…a to utrudni nam życie…
-Dotychczas to były tylko morderstwa, jeżeli jednak zginął policjant to będzie morderstwo policjanta.
Lekki wiatr poruszył ich włosy.
-Chyba powinniśmy zadzwonić do Kaifenga… -nieśmiało zaproponowała Akmitsara.
-Co to da? Tylko się wkurzy… Nie, sami sobie poradzimy.
-Chodź, przejdźmy się…
Wzięła męża pod rękę, ten skinął głową.
Cargo Handling Basin na szczęście nie było zapełnione ludźmi, i tylko czasem mijali biegaczy, lub po prostu zwykłych spacerowiczów. W ten piątkowy poranek jak w każdy inny Central District, po drugiej stronie kanału, tętniło życiem, podobnie jak i inne dzielnice miasta, tylko Aberdeen miało jeszcze względny spokój. Wyjące syreny policyjne ginęły w gwarze metropolii. Woda szumiała delikatnie.
-Co powinniśmy zrobić? –Mohandas zadał pytanie otwierające rozważania o planach na najbliższy czas.
-Mamy jeszcze dwa cele, zanim wyjedziemy z miasta.
-Nie zapominaj o „automatycznym krwioobiegu” –przypomniał Mohandas.
-No tak… Gdzie on jest?
-Był w rollsie…
-…tak jak zwłoki tego złodzieja…
-…więc pewnie policja zgarnęła go na posterunek…
-Mówisz o zwłokach, czy o automacie?
-O obu.
Akmitsara skinęła głową.
-Tylko teraz…
Nadszedł czas cierpliwości dla Akmitsary –jej mąż wpadł w zadumę, a to oznacza że wymyśla jakiś plan. Potrzebował spokoju i względnej ciszy.
Przystanęli na kamienistym brzegu, nieopodal cumowały, luksusowe jachty bajecznie bogatych obcokrajowców, do których państwo Jinnah mimo wszystko się zaliczali. Spokojne fale rytmicznie podnosiły i opuszczały przeważnie pokryte białym lakierem łodzie. Jacht państwa Jinnah także był biały i wielki, nazwę „Jawarlah” wybrała oczywiście Akmitsara, i to wraz z ogromnymi sprzeciwami Mohandasa. Tak czy inaczej „Jawarlah” czekał teraz w porcie w Cittagong na powrót swych właścicieli. Oczywiście nie był zaniedbywany; specjalnie wynajęta i przeszkolona służba codziennie „obchodziła” statek w poszukiwaniu jakiś usterek. Tymczasem Akmitsara wzięła do ręki kilka drobnych kamyków i po kolei rzucała w wodę. Uspokoiła się. Chociaż czy można użyć określenia „uspokojenie” kiedy dana osoba nawet się nie zdenerwowała? Po prostu Akmitsara była na tyle długo na tym świecie, że nie potrafiła się zdenerwować czymś tak banalnym jak ucieczka przed policją. Mimo to dziewczyna potrzebowała równowagi i podobnie jak jej mąż w tej akurat chwili –czystości umysłu. „Oby ta czystość nie była ograniczona tylko dla Mohandasa” –pomyślała i puściła poczwórną kaczkę trzema kamieniami naraz. Hinduska spojrzała na męża, choć doskonale wiedziała co ujrzy: twarz zastygła w skupieniu, ale niezdradzająca żadnych myśli, czy w ogóle jakiś uczuć, prawa dłoń zaciśnięta na brodzie, podtrzymywana przez druga rękę i błękitne oczy ukryte pod powiekami jasno brązowego koloru. Mohandas stał przy tym nieruchomo, czasem Akmitsarze wydawało się że jej mąż zaraz zacznie lewitować, choć wiedziała że to nie jest możliwe. Sama Akmitsara zawsze w takich chwilach kierowała swoje myśli do spraw przyziemnych, o których jej dalekowzroczny mąż często zapominał w swoich złożonych planach.
Minęło jeszcze pięć minut. Mohandas otworzył nagle oczy i rzekł zdecydowanie:
-Automat jest nam nieodzownie potrzebny, więc pójdziemy do mojego znajomego –Adama. Jeżeli on zawiedzie, to po prostu pójdziemy na komendę i odbierzemy co nasze… Co do zleceń, to raczej pozbawioną sensu będzie decyzja o zawieszeniu działań. Zwłaszcza w naszej sytuacji…
-Adam to ten Amerykanin? Jak niby chcesz wejść na komendę policji i wyjść? W końcu ścigają nas za zabicie sześciu osób i poranienie(albo też zabicie) czterech policjantów. Dalsze zabijanie też będzie zasadniczo utrudnione…
Mohandas uśmiechnął się. Pesymizm żony śmieszył go dosłownie od wieków.
-A co? Ryzyko się znudziło? Co do zabójstwa Sano mogliśmy zastosować jakieś środki ostrożności, ale ty nie chciałaś… A co do komendy to mam pomysł. Ale to jest wyjście awaryjne na wypadek jakby Adam zawiódł.
-Dobrze. Zrobimy jak chcesz –uśmiechnęła się. –Może zaryzykujemy śniadanie w jakiejś knajpie w SoHo?
-Zgłodniałaś i chcesz iść do najmodniejszej części miasta jeśli chodzi o jedzenie?
-Dokładnie. Boisz się? –uniosła zawadiacko brwi.

* 7 *


- Panie komendancie Zaoizuihang, podkomisarz Miyazaki i sierżant Thornton do pana –zagrzmiał oficjalny głos dochodzący z interkomu.
-Niech wejdą.
Solidne, mahoniowe drzwi otworzyły się i stanęli w nich dwaj mężczyźni: najpierw wszedł Miyazaki; typowy japończyk: wzrost przeciętny, raczej niski, niegdyś kruczoczarne włosy, teraz z racji wieku przyprószone już siwizną. Bystre brązowe oczy były głęboko osadzone i zawsze spokojnie lustrowały sytuację. Ręce nieodzownie w kieszeniach, szarego prochowca. Tak właściwie to podkomisarz Miyazaki wyglądał jak skośnooki Columbo. Brakowało tylko cygara. Co się zaś tyczy Thorntona, to patrząc na niego nasuwały się skojarzenia z jego rodzinną Anglią –z zielonymi polami, tajemnicami i niesamowitą indywidualnością; tak jakby Thornton samym spojrzeniem uruchamiał odtwarzacz z filmem o Wyspach Brytyjskich. Także wygląd przypominał o niedawnej, angielskiej władności w Hong Kongu. Brązowe, lekko pokręcone włosy, opadające na czoło, ale niezasłaniające zimnych błękitnych oczu, które zawsze bez cienia strachu tkwiły w oczach rozmówcy szanownego pana Thorntona. Był on wysokim młodzieńcem, ponoć mierzył ponad 180cm. Na twarzy, inteligencja toczyła niekończący się bój z typowo brytyjską tępotą. Mimo to, według informacji Zaoizuihanga sierżant nie miał problemów z dziewczynami. Była to jedna z najniezwyklejszej par policjantów w całym Hong Kongu.
Komendant odruchowo oblizał wargi i zaczął:
-Co mają mi panowie do powiedzenia?
-W, jakiej sprawie? –odpowiedział pytaniem Miyazaki i wyciągnął ręce z kieszeni.
-Morderstwa w sumie chyba sześciu osób… Nie pomyliłem się?
-Nie, w istocie chodzi o sześć ofiar.
-Tak… Ale, wy dostaliście zabójstwo Sano? Ci złodzieje to inna sprawa.
-Muszę niestety zaprzeczyć… Podejrzewamy jednego i tego samego sprawcę.
-Dlatego nawiązaliście współpracę z aspirantem sztabowym Si i sierżantem Kanem?
-Tak.
Starszy mężczyzna kiwnął głową i najwyraźniej się zamyślił. Policjanci czekali w milczeniu.
-Więc? –nie wytrzymał Miyazaki.
Thornton uśmiechnął się w myślach; jego szef słynął z bezczelności.
Zaoizuihang nic nie odpowiedział, ale spojrzał w akta.
-Dobra. Teraz macie OFICJALNE zezwolenie na współpracę z Si i Kanem. Macie priorytet. Teraz jedźcie do „Beautiful West” i zobaczcie jak jest… Miyazaki. Jeszcze coś… Staniesz przed komisją karną. Oficer dyżurny Huaian wniósł oskarżenie przeciwko tobie.
-O, co? –spytał z niedowierzaniem i ironią podkomisarz.
-Podobno groziłeś mu… Chodzi o przekroczenie kompetencji…
Miyazaki otworzył usta by zaoponować, lecz zwierzchnik uciszył go gestem ręki.
-Jeszcze nie wiem, czy zebranie komisji nastąpi przed czy po zamknięciu sprawy. Możecie odejść.
Partnerzy skinęli głowami i wyszli z gabinetu.
Gdy jechali windą Miyazaki był spokojny, jeżeli wykluczyć podniecenie sprawą. Oskarżenie oficera i wiążące się z tym konsekwencje najwyraźniej nie wzruszyły doświadczonym policjantem. Do hotelu „Beautiful West” jechali na sygnale, obaj milczeli. Ciszę postanowił przerwać Anglik:
-Oni uciekli przez Huaiana… -rzekł ostrożnym tonem.
-Nie musisz mi o tym przypominać! –warknął Miyazaki znad kierownicy.
-Ale komisja oddali zarzuty… Na pewno…
-Słuchaj Hugh. Zrozum. Szukamy seryjnych zabójców, więc chyba oczywiste jest, że gówno mnie obchodzi to oskarżenie?!
Sierżant nie znalazł riposty na słowa podkomisarza, i zamilkł.
-Dobra. Sorry za to –powiedział japończyk jak tylko jego oddech wrócił do normy. –Po prostu czasem przerasta mnie to wszystko. Sprawa nie jest prosta, a jeszcze ten dupek…
-Oczywiście. Rozumiem.
Miyazaki spojrzał na partnera badawczo, jakby chciał zajrzeć do jego duszy.
Nie wypowiedzieli ani słowa aż do samego hotelu.
Wjechali do parkingu podziemnego. Cały sektor francuski został zamknięty i otoczony policyjną taśmą. Na miejscu stały teraz dwa radiowozy i wciąż samochód patologa.
Miyazaki zatrzymał samochód i wysiadł w towarzystwie Thorntona.
Podkomisarz skinął głową funkcjonariuszowi, który podniósł taśmę dla śledczych. Po całym parkingu kręciło się pełno gapiów, policję wspomagała ochrona hotelu.
-OK. Jak to wygląda?
-Sucho –odparł Hakata słynący z czarnego humoru.
-Co?
Lekarz bez słowa podniósł czarną płachtę przykrywającą zwłoki w bagażniku.
Oczom zebranych ukazał się człowiek, a właściwie jego strzęp. Spod małej ciemnej plamki na czole na policjantów zerkały martwe oczy. Skóra na całym ciele była niewiarygodnie pomarszczona. Nawet Miyazaki się skrzywił. Hugh tylko przymknął oczy.
-Ciekawy przypadek… -rzekł Hakata, gdy uznał, że policjanci zachwycili się już zwłokami. –Prawie całkowita utrata krwi…
-Ale pewnie nie to było przyczyną śmierci? –spytał Thornton.
-Ma pan rację, panie młodszy sierżancie. Zginął wskutek ciosu w czoło. Mały nóż, silny cios. Przebił czaszkę i zatrzymał się w mózgu.
-A te uszkodzenia twarzy? –teraz Miyazaki włączył się do rozmowy.
-Nie wiem, ale podejrzewam pobicie. Spójrzcie na szyję.
Miyazaki i Thornton posłusznie wlepili wzrok w szyję denata.
-Widzicie? Ta rana to chyba jakieś szerokie nakłucie… Takie same są na tętnicach ramieniowych, udowych i sercu. Odciągnięto około 90% krwi. Ale to jest tak na oko –dodał wesoły patolog.
-I… I tej krwi nie było nigdzie tutaj? –Miyazaki omiótł ręką limuzynę.
-Nie. Tylko trochę w bagażniku, ale to raczej z tych ran twarzy…
-Boże. Po co robić coś takiego?
-Ha ha! –zaśmiał się doktor; najwyraźniej miał niezłą zabawą ze zniesmaczonym podkomisarzem. -Nie to jest najlepsze! Proszę za mną…
-Podeszli do bocznych drzwi, Hakata otworzył je pewnym ruchem i pokazał czarną torbę sportową z niedopiętym zamkiem.
-No i?
-Proszę zajrzeć do środka… -zachęcił patolog.
Hugh zajrzał do środka i odetchnął z ulgą. Spodziewał się ludzkich flaków, a zobaczył urządzenie wielkości ekspresu do kawy, całe pokryte jakąś kleistą mazią.
-Co to jest? –zapytał wszechwiedzącego lekarza.
-Nie wiem, ale jest całe umazane krwią.
-Wiedziałem –mruknął Anglik.
-Więc, skoro panowie już obejrzeli wszystko, to może wyjmiemy urządzenie i zbadamy je bliżej?
-Dobrze. Hugh… -Miyazaki pokazał głową samochód.
-Już, panie podkomisarzu.
Po chwili ich oczom ukazał się tajemniczy sprzęt, bez żadnych oznaczeń, cały w krwi.
-Hmm… Wygląda na jakiś tłok pneumatyczny…
-A tyłu gwint jakby do słoika…
-To jest chyba ta igła! –wykrzyknął Hakata i przyłożył urządzenie do szyi Johnego Pinga. –Pasuje!
-A więc jest to taki odciągacz płynów? –zasugerował Miyazaki z niedowierzaniem.
-Konkretnie krwi –uzupełnił Thornton.
-Co jest kurwa, jakieś pierdolone wampiry?
Thornton i Hakata wzruszyli ramionami. Nagle oślepił ich jakiś błysk. Odwrócili się i zobaczyli jakiegoś dziennikarzo –podobnego Chińczyka za aparatem w rękach.
-Zabrać mu ten film! –ryknął Miyazaki do najbliżej stojącego funkcjonariusza.
-A wolność słowa? –spytał opryskliwie reporter gdy wyszarpywano mu drogocenny film.
-Wyemigrował do Ameryki!
-Jeszcze się policzymy! –krzyknął dziennikarz na odchodnym.
-Podaj mnie do sądu, albo lepiej do komisji policyjnej! Za przekroczenie kompetencji!
Jednak się poruszył tym oskarżeniem… -pomyślał Anglik.
-Dobra… Urządzenie do mnie do biura, poszukać słoika i zabezpieczyć ślady.
Po wydaniu rozporządzenia Miyazaki ruszył do apartamentu numer 68.
Nie znaleźli tam jednak niczego godnego uwagi, poza wyjątkowo długim włosie damskim(teoretycznie). Wszędzie leżały porozrzucane ubrania, na toaletce w łazience Thornton znalazł skąpą damską bieliznę koloru czarnego. Miyazaki wszystko objął blokadą brzmiącą: dowód w sprawie. Thornton oczywiście musiał zostawić znalezisko.
Miyazaki wyszedł na taras i rozejrzał się w obie strony. Podszedł do barierki po lewej stronie i spojrzał przed siebie. Zmarszczył brwi. Silny podmuch wiatru zawiał mu prosto w twarz, ale nie zmąciło to rozmyślań podkomisarza Miyazakiego.
-Wampiry kurwa…

* 8 *

Mohandas wpatrywał się w menu restauracji „Little Venice”. Ostatecznie wziął minestrone z opiekanymi plastrami sera.. Do popicia zamówił butelkę(włoskiego oczywiście) wina pod nazwą „Cabernet Sauvignon” –rocznik 1978. Spojrzał na Akmitsarę, która odpłaciła mu tym samym. Ona sama jadła zawsze to samo, co mąż, albo Mohandas jadł to samo, co żona. Tym razem wybór należał do mężczyzny.
-Miło tu… -zagaiła Akmitsara.
Istotnie, „miło” było najodpowiedniejszym określeniem tego miejsca. „Mała Wenecja” była niewielką, ale bardzo przez to nastrojową knajpą w SoHo. Oczywiście była urządzona w stylu włoskim, ze wszystkimi sugestywnymi fragmentami średniowiecznego miasta wiernie odwzorowanymi włącznie. Ściana naprzeciw wejścia przedstawiała imponujący obraz nasuwający skojarzenia z „Canale Grande” pędzla Giovanniego Antonia Canal, znanego barokowego malarza znanego bardziej jako „Canaletto”. Pod tą ścianą stała scena, przeznaczona najwyraźniej dla romantycznej orkiestry przygrywającą zakochanym, która była oczywiście pusta w chwili obecnej. Na każdym z drewnianych, skromnych stolików stała świeca, większość była wypalona do połowy, jednak podobnie jak orkiestra, świece miały wolne; przynajmniej do wieczora. Pomimo tego, najciekawszy element wnętrza stanowiła wenecka gondola spoczywająca obok sceny, jeszcze z „Grand Canale” w tle. Nic nie wskazywało na oryginalność wodnej taksówki, ale też nic jej nie zaprzeczało. Ciemne kandelabry musiały ustąpić miejsca światłu słonecznemu, ale bez wątpienia wracały do łask po zachodzie rywala. W skrócie państwo Jinnah odniosło wrażenie, że restauracja pokazuje się w całej okazałości tylko w porze kolacji. Obsługa składała się z samych Chińczyków, ale nieszczęśnicy nadrabiali strojem: nienagannym, włoskim mundurem kelnerskim z XIXw.
-Tak, masz rację. Jest miło –rzekł Mohandas.
-Szkoda, że nie jemy tu kolacji… -westchnęła Akmitsara.
Mohandas rzucił jej tylko znaczące spojrzenie. Po chwili uśmiechnięty kelner podał przystawki.
-Za chwilę podam zamówienie –powiedział łamanym angielskim.
-Dobrze, dziękujemy –odparła Akmitsara posyłając chłopakowi zniewalający uśmiech, pod którym niewątpliwie ugięły się pod nim kolana.
Kelner skinął głową i odszedł.
-Musisz to robić? –zapytał z przekąsem Mohandas.
-Co? –niewinne, łagodzące pytanie.
-Te uśmiechy… Wiesz, że masz jakiś dar, pozwalający ci uwieść każdego faceta w pięć sekund.
-To nie jest dar –rzuciła Akmitsara urażona –nienawidziła jak ktoś mieszał boga do jej wrodzonego wdzięku.
-Tak czy inaczej… Wiele twoich uśmiechów nie jest potrzebnych…
-Tak? W takim razie, mogę się do Ciebie nie uśmiechać… Może to poprawi sytuację?
-Nie do końca o to mi chodziło…
-Wiem –ucięła z uśmiechem zarezerwowanym tylko dla Mohandasa.
Po paru minutach pojawił się kelner z bukową tacą posiłków.
-Dziękujemy –Mohandas obszedł się bez uśmiechu.
Zupa składająca się z różnorodnych warzyw wyglądała, co najmniej dziwnie, ale zapach był bez zarzutu.
-Bono Apetito –rzucił kelner z miażdżącym akcentem i wrócił do kuchni.
Posiłek był niejako połączeniem śniadania i lunchu, ale cóż innego można jeść parę minut przed południem?
Jedli niespiesznie, delektując się każdą łyżką. Restauracja była prawie pusta, tylko paru biznesmenów siedziało przy dwóch stolikach i żywo rozmawiali na temat giełdy. Nagle cichą, włoską melodię brutalnie zagłuszył nachalny dzwonek telefonu komórkowego. Mohandas spokojnie położył łyżkę obok talerza i sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjął zgrabną, małą komórkę –najnowszy model samsunga.
-O, co chodzi Wilson? –rzucił do słuchawki.
Akmitsara zmarszczyła brwi, również odłożyła łyżkę i utkwiła wzrok w małym, srebrnym urządzeniu.
-Co? Jakaś wiadomość? List? Jaki nadawca? Nie wiesz? Jakieś dziwne litery? Poczekaj chwilę –zasłonił słuchawkę ręką i powiedział do żony: -To pewnie zaproszenie od Kaifenga. Tak, już jestem –zwrócił się z powrotem do swego sługi. –Wyślij to pocztą ekspresową, tutaj do Hong Kongu. Gdzie dokładnie? –spojrzał pytająco na żonę. –Do hotelu „Wao –Lien”. Tak, na nazwisko Chaudhuri.
-Mamy mało czasu… -powiedziała Akmitsara, gdy mąż zakończył rozmowę.
-Owszem, ale czy to tylko nie podkręca zabawy? –zapytał z udawaną jowialnością.
-Tak, jasne.
Wrócili do jedzenia. Gdy skończyli, Mohandas spłukał zupę winem i powiedział:
-Mamy mało czasu, ale jeszcze mniej paszportów…
-Ile dokładnie?
-Dwa komplety. Państwo Chaudhuri i państwo Hanumannt.
-Cholera.
Akmitsara wypiła kieliszek wina jednym haustem, przymknęła oczy i rozciągnęła się wygodnie na oparciu drewnianego krzesła. Wsłuchała się w cichą muzykę z głośników.
-Chodźmy –rzekł Mohandas do małżonki. –Mamy jeszcze sporo rzeczy do zrobienia.
-Dobrze.
Hindus kiwnął głową.
-Rachunek poproszę! –krzyknął do kelnera.
Ten przybył szybko i podał cenę, nieco przekraczającą 200HK$. Mohandas wyjął z portfela 300HK$ i podał kelnerowi.
-Reszty nie trzeba.
-Dziękuję panu!
Wyszli na zatłoczoną ulicę i natychmiast skonstatowali, że „Little Venice” była wyposażona w klimatyzację. Para hindusów zgrabnie prześlizgiwała się pomiędzy ludźmi z całego świata, złożonymi z turystów, biznesmenów, rodowitych mieszkańców, czy po prostu poszukiwaczy lepszego życia. Wszystkie zgromadzone tu języki składały się na wyjątkowo ciekawy zgiełk uliczny.
Po chwili doszli do targu na Gage Street. Jak najszybciej mogli opuścili to potworne ruchliwe miejsce i skierowali swe kroki do „Wao –Lien”. Spokojny, niewielki hotel położony był na uboczu, w bocznej odnodze Gage Street. Mieścił się w ponad stuletniej czteropiętrowej „kamienicy”. Dyrektor hotelu nie próbował importować ze świata atrakcji i styli, ponieważ wywodził się z przekonania, że jak ktoś przyjeżdża do Hong Kongu, to po to by poznać orient, a nie poruszać się po imitacji świata, od którego próbują uciec poprzez wakacje. Na pozór skromny hotelik, tak naprawdę niemalże ociekał luksusem i przepychem. Ceny na miarę komfortu poważnie zawężała krąg potencjalnych klientów. Przyczyn łatwo się domyślić.
-Apartament królewski jest obecnie wolny? –zapytała Akmitsara posuwając złotą kartę kredytową w stronę recepcjonisty –podstarzałego, ale bez wątpienia doświadczonego człowieka.
-Owszem szanowni państwo.
Słaby ruch pomyślał Mohandas, gdy recepcjonista nawet nie spojrzał na listę gości i zajmowanych pokoi przy odpowiedzi na pytanie.
-W takim razie my go zajmiemy.
-Ależ oczywiście… -na twarz recepcjonisty wpełzł najwyraźniej dawno niewidziany uśmiech. –Czy mogę prosić o jakiś dowód tożsamości? Chaudhuri Nirad? Dziękuję.
Po paru minutach boy hotelowy zaprowadził „państwo Chaudhuri” do pokoju; niewiarygodnie ozdobionemu apartamentowi, który w pełni zasługiwał na swoją nazwę. Był to chyba jedyny w całym hotelu pokój stylizowany na coś zza granicy. Wystrój udawał chyba jakąś komnatę francuskiego Wersalu, ściany aż uginały się pod ciężarem ozdób wszelkiego rodzaju.
-Dziękujemy ci –rzekła Akmitsara wręczając chłopcu banknot dziesięciodolarowy.
Ledwie drzwi się zamknęły, Mohandas otworzył wszystkie okna i po kolei z nich wyglądał. Akmitsara pokręciła głową.
-Myślisz, że w ciągu roku zdemontowali gargulce? –spytała ironicznie.
-Lepiej sprawdzić –odparł spokojnie Mohandas i wychylił głowę za ostatnie okno. –Są.
Akmitsara przemilczała to.
-W porządku. Teraz do Adama? –spytał.
-Może za godzinę? –odpowiedziała rozpinając guziki swej czarnej, skórzanej kurtki, która stanowiła jedyne okrycie górnej części jej ciała.
Mohandasowi zapłonęły w oczach ogniki pożądania, gdy ujrzał piersi małżonki powoli wypełzające spod kurtki.
-Tak. Zdecydowanie później… -rzekł, po czym podszedł do Akmitsary i ściągnął jej kurtkę z ramion.

* 9 *

Kroki głucho odbijały się po korytarzu. Szybkie, zdecydowane kroki dwóch osób. Męska ręka szarpnęła klamkę jednych z drzwi w tym korytarzu. Drzwi szybko uległy, i postacie błyskawicznie wsunęły się do środka.
-O! Aspirant sztabowy Si i sierżant Kan! –rzucił Miyazaki podnosząc wzrok znad jakiś dokumentów.
-Tak. Mamy nowe informacje!
-Ciekawe… My też.
Nowo przybyli zajęli miejsca zgodnie z gestem ręki Miyazakiego. Thornton przysunął się ze swojego biurka do stołu szefa.
-W porządku. Może sam zacznę naradę –powiedział podkomisarz oficjalnym, niemal kpiącym tonem.
Reszta na znak aprobaty skinęła głową.
-Mamy pozwolenie z góry na współpracę. Niech panowie pamiętają, że dotychczas była to nie bardzo legalna kooperacja… Ale dość o tych urzędowych pierdołach! Proszę mówić.
-No dobrze… -zaczął Si. –Wiemy, że trzecią ofiarą był na pewno Li Ping –tu aspirant sztabowy zrobił pauzę oczekując reakcji przełożonego, ten jednak nawet nie drgnął, jeśli nie liczyć dziwnego, niewytłumaczalnego grymasu, który wypełzł niespodziewanie na twarz Miyazakiego. –Wiemy również, jaki związek z mordercami mieli ci złodzieje… Wszyscy trzej pracowali dla niejakiego Honga –mamy go w naszej kartotece. Zlecał im drobne kradzieże, napady, wymuszenia… Wczoraj w klubie „Dragon” Hong dostał cynk od pewnego człowieka, że w nocy w klubie „Ambrosia” będą dwie osoby, wysocy obcokrajowcy. Według cynku osoby te miały mieć w posiadaniu jakąś skradzioną figurkę Buddy… Nasi bohaterowie mieli po prostu okraść złodziei, zostali przez nich zaskoczeni i… Johny Ping się nie odzywał do szefa od wczorajszego wieczora. Hong dał nam numer kontaktowy do tego faceta od figurki. To się nie trzyma kupy, ale powinniśmy go sprawdzić. Co do opony, to zamierzamy przeszukać katalogi w sieci. Skończyłem.
-Dobrze –rzekł Miyazaki. –Oto nasze informacje: znaleźliśmy zwłoki Johnego Pinga, a raczej to, co z nich zostało. Pańska opona należy do Rolls –Royce Silver Searph który stoi na naszym parkingu w Causeway Bay. Podczas pościgu rany odniosło czterech policjantów, zabójcy jednak uciekli. Dokładniej jest tutaj –Miyazaki podał Si szarą teczkę z raportem z zajścia. –Nie wiemy jeszcze co z nimi. Zaraz jedziemy do szpitala. Poza tym, z ciała pana Pinga odpuszczono zdecydowaną większość krwi i wyniesiono w nieznanym kierunku…
-Przepraszam –wtrącił Kan. –Gdzie to wszystko było?
-Zabójcy zatrzymali się w hotelu „Beautiful West”, pościg zakończył się na Yee Woo Street. Mamy zeznanie świadka który potwierdził, że osoby z klubu i hotelowego parkingu są tymi samymi. Nazwisko pod jakim się wpisali do księgi gości to „Kabir”, ale stawiam mój interes, że jest fałszywe. Szczerze mówiąc pojawiła się teoria, że mamy do czynienia z jakąś sektą wampirystyczną. Wnioski: szukamy niebezpiecznych morderców, którzy najwyraźniej szukają krwi. Samochód sprowadzony był z Anglii, ale zarejestrowany jest na Indyjski Instytut Oceanologiczny. Sprawdzimy nazwiska pod którymi się ujawniali, ale to raczej gówno da. Gość od figurki jest istotny, ale mam paskudne przeczucie, że to też jest ślepa uliczka.
-Więc? –spytał niepewnie aspirant sztabowy Si.
-Powinniście jeszcze coś zobaczyć… -rzekł Miyazaki, zręcznie unikając odpowiedzi.
Podkomisarz podniósł się i podszedł do ciężkiej metalowej szafy. Otworzył drzwi i wyciągnął ze środka owe dziwne urządzenie znalezione w torbie na tylnym siedzeniu limuzyny.
-A, co to jest? –zapytał szczerze zdziwiony Kan otwierając szerzej oczy.
-Powód naszych podejrzeń o wampiry –odrzekł spokojnie Hugh.
-Ale?
-Nie wiemy, co to jest, ale służy do wypompowywania płynów, pewnie zbudowano to specjalnie do poboru krwi.
-O cholera –rzucił Si podnosząc delikatnie sprzęt. –Ale skąd wiecie, że służyło do krwi?
-Bo było całe umazane tymże płynem –odpowiedział Miyazaki z lekką irytacją w głosie.
-To jest coraz bardziej chore –powiedział Kan.
Thornton posłał mu dziwny, angielski uśmiech. Aspirant sztabowy Si odłożył urządzenie i ponownie zapytał:
-Co teraz podkomendancie Miyazaki?
Japończyk ściągnął wargi.
-Proszę dalej drążyć koło tych złodziei. Odnaleźć tego zleceniodawcę, tego od figurki.
-A pan i pan Thornton?
Miyazaki rzucił mu karcące spojrzenie przypominające o tym, że podkomisarz nie musi tłumaczyć się zwykłemu aspirantowi sztabowemu ze swoich planów. Mimo to odpowiedział:
-Pojedziemy do szpitala. Obejrzymy chłopców i… -nie dokończył.
-Oczywiście.
-W porządku. Ruszajmy.
Wszyscy opuścili pokój numer 39.

-Stan policjantów? Beznadziejny. Chyba nie chcecie zadawać im żadnych pytań?
Miyazaki po raz drugi tego dnia ściągnął wargi i otaksował lekarza krytycznym spojrzeniem. Doktor habilitowany He Panshou był wysokim, chudym ordynatorem na oddziale urazowym szpitala centralnego na wyspie Hong Kong i zdecydowanie był świadom swej władzy w szpitalu. Miał zimne oczy zdające się zawsze pokazywać tylko jedno: wyższość nad każdym człowiekiem na ziemi. Biedny(ale tylko w przenośni) lekarz powoli tracił swe i tak już siwiejące włosy, a twarz pokrywały już dermatologiczne symbole czasu. Panshou nigdy nie był przystojnym mężczyzną, ale na palcu lśniła złota obrączka.
Wyciągnął z dyżurki karty pacjentów i zaczął recytować:
-Sierżant Luohe –wstrząs mózgu, uraz śledziony, funkcjonariusz Gazhou –uszkodzenie kręgosłupa i parę powierzchownych ran; paraliż od pasa w dół, funkcjonariusz Grant –poparzenia drugiego i trzeciego stopnia na górnej części ciała, urazy oczu, funkcjonariusz Kangh –przebite prawe płuco, pogruchotana prawa ręka.
Lekarz uniósł brwi wymownie.
-Gazhou i Grant są teraz na oddziale intensywnej terapii, Luohe na ojomie. Kangh jeszcze u nas, ale w najbliższym czasie przeniesiemy go na chirurgię. Musi przejść operację.
-Ja pierdolę -powiedział wstrząśnięty Miyazaki.
-Słusznie –odrzekł Panshou.
Godzinę później do dwóch policjantów dotarła wiadomość o zgonie funkcjonariusza Granta.

* 10 *

Mohandas szarpnął klamkę. Drzwi okazały się być zamkniętymi. Hindus zajrzał przez małe okratowane okienko do środka. Pomieszczenie było puste, jeśli nie liczyć dziwnych przedmiotów gospodarstwa domowego porozstawianych po kątach. Nie widział jednak żadnych osób, najchętniej Adama.
-Cholera! Chyba go nie ma…
-Nie będziemy czekać –zadecydowała Akmitsara.
-Wiem –zgodził się Mohandas i wyjął z kieszeni mały nożyk.
-Ciekawe gdzie jest…
-Nie wiem, mniejsza z tym.
Wsadził ostrze noża w zamek solidnej kłódki i przez chwilę kręcił w skupieniu. Gdy kłódka ustąpiła Mohandas włożył wytrych w zamek na górze drzwi, ale po momencie grzebania zmarszczył brwi.
-Co się stało? –zapytała Akmitsara.
-Dziwne… -westchnął Mohandas i znowu nacisnął na klamkę. Drzwi ustąpiły.
Weszli do środka. Natychmiast uderzył ich nieopisany odór, unoszący się w całym pomieszczeniu.
-O nie –powiedziała Akmitsara zamykając drzwi za sobą.
-Chodźmy na zaplecze…
Gdy weszli zobaczyli niemal dokładnie to, czego się spodziewali: Adam Jones na krześle, a raczej był do niego przywiązany, głowa bezwładnie wisiała, jakby stary paser spuścił zawstydzony wzrok. W pomieszczeniu panował półmrok, ale nawet pomimo tego, Jinnahowie zobaczyli ciemną plamę na piersi handlarza. Mohandas podszedł bliżej, klęknął przy i spojrzał z bliska na starego przyjaciela.
-Ciało już pęcznieje –oznajmił żonie.
Chwycił za rozpinaną, niegdyś granatową koszulę z flaneli i rozciągnął zrywając większość guzików. Westchnął głośno.
Na środku klatki piersiowej, w miejscu serca był tylko zaschnięta, czerwona papka. Trzy środkowe żebra były wycięte. Wzrok Mohandasa padł na niewielką wyrzynarkę do drewna, która leżała obok krzesła, była czerwona od ciemnej cieczy, oczywiście krwi. Skóra klatki piersiowej, jak się okazało odeszła razem z koszulą, do której była przylepiona. Hindus spojrzał niżej, na żołądek, który był poprzebijany trzema ciemnymi patykami. Chwycił jeden z nich i wyciągnął. Szybko odkrył, że jest to jedno z żeber ofiary. Położył kość na kolanach pasera i wstał. Akmitsara stała za nim i w milczeniu przyglądała się zmasakrowanym zwłokom.
-Jak myślisz, w którym momencie zmarł? –spytał spokojnym, choć nieco załamującym się głosem.
-Obawiam się, że dopiero, gdy ostrze rozpruło mu serce…
Mohandas kiwnął głową.
-Pewnie mafia, albo jakieś gangi… -rzekł cicho.
-Możliwe –odparła Akmitsara i spojrzała na opryski krwi na podłodze. –Poszukajmy automatu…
-Tak, szybko –zerwał jakieś prześcieradło ze starego telewizora marki Wilson i przykrył ciało.
Blade światło wdzierało się do pokoju z trudnością, musiało pokonać brud na małych okienkach. Z prześcieradła zleciało pełno kurzu, który dołączył na krótką chwilę do smrodu wydzielanego przez ciało pana Jonesa. Państwo Jinnah rozejrzeli się dookoła. Zagracone regały tonęły w mroku.
Przez kolejne dwie godziny bezskutecznie przetrząsali wnętrze. Zaglądali do wszystkich pudeł, kartonów i skrzynek. Były tam tylko telewizory, radia, mikrofalówki i inny sprzęt domowy. Zawiodło także szukanie wejścia do jakiejś piwnicy, gdzie Adam mógłby trzymać „tajny sprzęt”.
-Niech to szlag! –rzuciła Akmitsara patrząc na męża. –Może ma takie rzeczy w mieszkaniu?
-Jak tu byłem ostatnim razem, to wszystko było na sklepie… Ale sprawdzić nie zaszkodzi…
Podszedł do zwłok i odsunął nieco zakurzony całun. Sięgnął do tylnej kieszeni, i wydobył niewielki portfel.
-To niedaleko … Dobrze, bo mamy mało czasu…
-Chodźmy.
Piechotą przeszli te trzy przecznice dzielące sklep Adama od mieszkania właściciela. Skromne mieszkanie w jednym ze starych budynków w tej biednej dzielnicy miasta. Drzwi pokonane kopniakiem, i już Akmitsara i Mohandas byli wewnątrz. Ze względu na małą powierzchnię mieszkania, przeszukanie jej zajęło znacznie mniej czasu niż sklepu. Ale skutek był taki sam.
-Świetnie. To co? Teraz na komendę? –spytała cynicznie Akmitsara.
-Tak, ale jutro.
-Dzisiaj się dowiemy, gdzie w ogóle jechać?
-Otóż to, moja mądra żono.

Gdy wrócili do hotelu, Mohandas chwycił za komórkę i wykręcił numer policji.
-Dzień dobry. Chciałem zgłosić zabójstwo.
-Co? Jest pan świadkiem?
-Nie. Ja tylko znalazłem ciało.
-Kto to jest? Gdzie?
-Adam Jones. Był paserem. Ciało leży w jego własnym sklepie.
Podał adres i odłożył słuchawkę, zanim oficer zdążył zapytać o jego dane.
Akmitsara włączyła telewizor i przeleciała po kanałach. Zatrzymała się na programie informacyjnym.
-Mówią coś? –spytał Mohandas siadając obok żony na kanapie.
„…Przed godziną zmarł funkcjonariusz James Grant, po odniesieniu ciężkich poparzeń w wyniku wykonywania swych obowiązków. W szpitalu leży w stanie ciężkim jeszcze trzech kolegów Granta, ich stan lekarze oceniają jako stabilny. Przypomnijmy: dzisiejszej nocy w dzielnicy portowej zginęło pięć osób, a szósta została uznana za zaginioną. Policja odnalazła morderców w hotelu „Beautiful West”, jednak przestępcy uciekli powodując niebezpieczny pościg samochodowy w którym ranni zostali czterej funkcjonariusze policji Hong Kongu. Jeden z nich zmarł. W hotelu policja znalazła zwłoki zaginionego –Li Pinga. –kamera pokazała wraki czterech radiowozów, radiowozów potem parking hotelu „Beautiful West”. –Rzecznik policji pan Lanxiou zapowiedział szybkie ujęcie sprawców i wymierzenie im najwyższego wymiaru kary. Spekulacje i wypowiedzi policjantów w sprawie „Rzeźników” dziś zaraz po wieczornym filmie o 22:30. Teraz przechodzimy do wiadomości ze świata…”
-„Rzeźnicy”? –mruknął Mohandas wyciągając dwie, piętnasto strzałowe półautomatyczne pistolety marki desert eagle i kładąc je na stół. –Jeszcze zasłużymy na ten przydomek…

* 11 *

-Tak panie Miyazaki. Opis zgadza się z naszymi materiałami. Muzeum Historii Naturalnej ma w swoich zbiorach takie okazy. Pochodzą głównie z XIII wieku.
-W porządku. Ciężko je dostać?
-Oryginały –tak. Ale przecież można je wytopić u prawie każdego kowala… Wystarczy matryca.
-Matryca? A gdzie można je znaleźć?
-W muzeach, u prywatnych kolekcjonerów… -angielski hindusa przepełniony był ciężkim indyjskim akcentem.
-Aha. Rozumiem –dodał zrezygnowanym głosem podkomisarz. Czuł, że trop mieczy nic nie da. –Dużo jest takich możliwości?
-Nie jestem w stanie tego określić… Około parędziesięciu… Mówię o tych oficjalnych…
-Rozumiem… Dziękuję za pomoc. W razie, czego będziemy w kontakcie…
-Dobrze. Do widzenia.
Rozłączyli się.
-No i kolejny trop szlag trafił! –powiedział ze złością do młodszego sierżanta.
-Zostały chyba tylko twarze…
-No chyba tak. Samochód odpadł. Broń odpadła. To cholerne urządzenie nie jest w żaden sposób oznakowane. Nie ma numeru seryjnego, nazwy producenta, czy choćby miejsca produkcji… Nic. Mam jednak przeczucie, że oni są prywatnymi zabójcami.
-Więc może Interpol…
-To nam zostaje…
Hugh szybko napisał wiadomość dla Interpolu i wysłał.
-Za godzinę będziemy mieli odpowiedź –rzekł Anglik.
-Dobrze. Mam nadzieję, że nie będziemy musieli czekać na kolejny ruch tej pary. Kolejne morderstwo…
Przez następną godzinę policjanci czekali na odpowiedź agencji.
Miyazaki przysnął, Thornton wyszedł do toalety.
Nagle Miyazaki otworzył leniwie jedno oko, słysząc energiczne tarcie i szelest.
-Jest! –ryknął rozbudzając się, gdy tylko zobaczył białą kartkę wysuwającą się z faksu.
Poczekał, aż maszyna wydrukuje całość i łapczywie pożarł wzrokiem kartkę.

POUFNE
Do rąk własnych podkomisarza policji Hong Kongu w wydziale zabójstw Akiry Miyazakiego:
Po dogłębnym przeszukaniu naszej bazy danych niestety nie odnaleźliśmy obiektów nazwiskiem Mandżaro. Również rysopis nie dał rezultatów. Wysłaliśmy notatkę do różnych komórek agencji, odpowiedzi nadejdą za parę godzin. Bardzo mi przykro z powodu nie znalezienia przez moich ludzi interesujących pana osób.
Z wyrazami szacunku
Naczelnik Sekcji Przestępstw IV Stopnia w Międzynarodowej Agencji Interpol
Jacques Vidaè

Krótka notatka oczywiście nie poprawiła ani humoru Miyazakiego, ani jego sytuacji. Gdy parę minut później Thornton wszedł do gabinetu z samej miny szefa domyślił się treści wiadomości.
-Chodźmy coś zjeść –rzucił.
Podkomisarz nie zareagował.
-No. Dalej, trzeba coś jeść! –naciskał Thornton.
-Niech będzie –odrzekł po chwili Miyazaki. –Mam tylko nadzieję, że tamtym lepiej poszło.
-Niestety wątpię.
Japończyk westchnął ciężko.

Prawie pięć godzin później telefon zadzwonił głośno wyrywając policjantów z rozmyślań o rozwiązaniach sprawy.
-Tu Miyazaki. O co chodzi?
-Panie podkomendancie, dostaliśmy anonimowy telefon. Według dzwoniącego dokonano nowego morderstwa w sprawie „Rzeźnicy”.
-Niech to szlag –przeklął Miyazaki, ale wyraźnie ożywił się. –Gdzie? Kiedy dzwonił?
-99 Queen Road Centre. To jest „The Centre”. A telefon był przed chwilą. Od razu do pana zadzwoniłem.
-Słusznie. Ekipa gotowa?
-Nie… Nikt jeszcze nie wydał poleceń…
-No tak… Patolog –doktor Hakata. Poza tym jeszcze z dwie jednostki i zespół dowodowy. Niech już jadą na miejsce.
-Oczywiście panie podkomendancie!
Miyazaki odłożył słuchawkę.
-Mamy nowe zabójstwo. W „The Centre”.
-Świetnie –odparł sarkastycznie Hugh.
-Co by nie było, jakiś postęp. Przynajmniej taką mam nadzieję…
Zbliżała się 22, więc miasto zostało otulone kołdrą mroku. „The Centre” był wysokim na 73 piętra nowoczesnym wieżowcem w stylu New age. Prawie dziewięć tysięcy neonowych rurek zamontowanych na budynku rzeczywiście dawało wrażenie, że wieżowiec zmienia kolory. Niezależnie od pogody, lampki włączane są zawsze o 21:30 tak, więc w chwili przybycia na miejsce detektywów budowla już jaśniała.
-Które to piętro? –zapytał Thornton zatrzymując rękę przy przyciskach windy.
-64 –odparł podkomisarz.
-Dobrze, że to nie był żart…
-Obsługa sprawdziła. Oby nie zatarli ewentualnych śladów.
Ultra nowoczesna winda szybko wyniosła policjantów na 64 piętro. Sprzątaczka zaprowadziła ich do biura numer 1213.
W środku, na fotelu siedział(leżał?) nieco podstarzały mężczyzna w szarym garniturze. W ręku trzymał mały rewolwer.
Wystarczył jedno spojrzenie na zwłoki by stwierdzić, że ofiara jest na liście morderstw zabójcy; szeroko rozpłatane gardło.
-No tak –powiedział Miyazaki odsuwając się na bok, robiąc miejsce ekipie.
Gdy już błysk policyjnego flesza zabłysnął po raz ostatni, Hakata podszedł do zwłok.
-O! Pani Miyazaki, panie Thornton, coś nowego.
Wskazywał na czerwoną plamkę na piersi delikwenta.
-Postrzał? –zapytali jednocześnie Thornton i Miyazaki.
-Tak. Na oko średni kaliber.
Miyazaki zrobił jakby zawiedzioną minę –A jak to nie ten zabójca? –lecz po chwili się ponownie „rozpromienił”, gdy omiótł wzrokiem biurko.
-To na pewno ten sam -rzekł i wskazał na stos dokumentów leżących na biurku. Pierwsza teczka była jakby zalana ciemnym płynem.
-Tak. Znowu pofalowane ostrze, jedno pewne cięcie… -odezwał się patolog.
Anglik spojrzał za okno, gdzie rozciągał się widok na malowniczy, cierpiący na bezsenność Hong Kong.
Miyazaki przywołał do siebie jednego z funkcjonariuszy i wydał polecenia:
-Dowiedzieć się, co to za firma. Lista pracowników, nawiązać kontakt z ochroną budynku i sprawdzić taśmy z kamer. W tym pokoju oczywiście żadnej nie ma… -mruknął do siebie Miyazaki patrząc na sufit i przyległości. –Spiszcie zeznania obsługi, dowiedzcie się czy trudno się dostać do jakiegokolwiek biura o tej porze. I szybko!
Funkcjonariusz szybko wyszedł.
-Z tej broni strzelano całkiem niedawno… -Hugh wskazał małą dziurę w ścianie przy drzwiach.
-Czyżby próba obrony?
-Może.
Lekarz przypadkiem ruszył zwłoki, broń wypadła z ręki denata i głucho uderzyła w podłogę.
-Cholera! Proszę uważać! –ryknął Miyazaki.
-Przepraszam –odrzekł zmieszany wielbiciel martwych ludzi
Thornton uklęknął; schylił się i chwycił srebrny rewolwer, zmarszczył brwi i sięgnął pod biurko skąd wyjął czarny, duży telefon komórkowy, który okazał się być włączonym na nadawanie aparatem walkie –talkie.
-Ki diabeł?
-Nie mam pojęcia… Pokaż –Miyazaki wyjął partnerowi nadajnik z ręki i obejrzał.
-Dziwne…
-Kto jest po drugiej stronie? Tu podkomisarz Miyazaki z policji Hong Kongu! Natychmiast zgłosić się! –przestawił aparat na odbiór, ale usłyszał tylko szum wiatru.

* 12 *

Czerwony jaguar XKR w wersji kabriolet żwawo mknął ulicami miasta. Mohandas pędził, zgrabnie wyprzedzając kolejne samochody –przeszkody na drodze; Akmitsara nie patrzyła na drogę, nie. Patrzyła w ciemniejące niebo. Następny ciepły dzień dobiegał końca, co jednak wcale nie oznaczało końca upałów. Oboje wiedzieli, co zrobią za parę chwil, ale rzecz jasna nie martwili się tym.
-Jesteśmy na miejscu! –rzekł Mohandas uśmiechając się szczerze.
-Tak… Nareszcie.
Mohandas zgrabnie zakręcił kierownicą i stanął po drugiej stronie ulicy.
-Jesteśmy blisko… -szepnął do żony.
-Wiem. Coraz bliżej celu –odparła.
Przeszli przez ulicę, fotokomórka otworzyła im drzwi, tak, że nawet nie musieli zwalniać kroku. Hal był przestronnym, nowoczesnym aż do bólu pomieszczeniem, z portiernią ustawioną naprzeciw wejścia, około 10 metrów przed nimi. Siedział tam jeden strażnik, poza nim i państwem Jinnah hol był pusty.
-Dobry wieczór. Mamy się spotkać z panem Aiko Takeshimą. Może nam pan wskazać drogę? –Akmitsara na wszelki wypadek posłała strażnikowi połowicznie zniewalający uśmiech, który z resztą stosowała najczęściej w takich sytuacjach.
-Umówieni?
-Tak…
Mohandas lekko ścisnął w kieszeni mały dyskretny nożyk –Szybka śmierć puka do drzwi… Otworzysz jej?
-Proszę pojechać na 64 piętro. Pokój 1213.
-Dziękujemy bardzo.
Weszli do windy. Po paru sekundach z niej wyszli i skierowali swe kroki do biura numer 1213. Do pokoju wkroczyli bez pukania.
-Witam pana, panie Takeshima…
-Witam.
W ręku trzymał niewielki rewolwer, który błyszczał w świetle lamp. Kiwnął nim lekko, jakby chciał go przedstawić. –Zabiliście Sano. Oczekiwałem was.
-Świetnie –skwitował zupełnie nie zbity z tropu Mohandas.
-To ułatwia sprawę. Wyjątkowo –dodała Akmitsara.
-Mimo wszystko, nie mogę zrozumieć: dlaczego ktoś taki jak wy pracujecie jako pomagierzy dla takiego ścierwa jakim jest Kaifeng?
Akmitsara spuściła wzrok. Mohandas uciął krótko:
-Nie twoja rzecz. Martw się o siebie.
-Martwię się. Dlatego teraz trzymam to –wskazał głową na rewolwer. –Ponoć jesteś szybki… Ale nie aż tak, prawda Mohandasie?
-To jest bez znaczenia. Uwierz mi.
-Bez znaczenia jest czy ci uwierzę czy nie… W porządku. Lubię was. Wyjdźcie stąd teraz i nigdy nie wracajcie w tym celu to zostaniemy przyjaciółmi. Ale jak nie… -głos japończyka przepełniony był pewnością siebie, wynikającą zapewne z faktu posiadania przez niego lśniącej broni.
-Musisz zginąć Aiko. To nie jest decyzja którą możesz zakwestionować.
Mohandas przytaknął na słowa żony.
-Nie teraz.
Takeshima nacisnął spust. Kula przeszyła ramię Mohandasa, przeszła na wylot i wbiła się w ścianę za nimi.
Jednak ku przerażeniu i mimo wszystko zdziwieniu strzelca jego cel stał na nogach, jakby nigdy nic i nawet uśmiechał się lekko. Drugą różnicą było to, że teraz w ręku hindusa spoczywała srebrny, ciężki desert eagle z tłumikiem nakręconym na lufę. Takeshima nigdy nie należał do naiwnych i natychmiast pojął że kończy się jego egzystencja na ziemi.
Mohandas spokojnie nacisnął na spust. Głuchy odgłos wystrzału rozszedł się po tłumiku degradując się do krótkiego pisku. Kula przebiła wątrobę z lewej strony, Takeshima tylko jęknął i mimowolnie naprężył mięśnie całego ciała. Wtedy Akmitsara wyjęła spod swej kurtki dwa kordy i zrobiła dwa kroki naprzód. Zamachnęła się i zdawało się z siłą dziecka wykonała w powietrzu znak x wbijając sztylety głęboko w szyję. Następnie pociągnęła i odebrała życie kolejnej osobie.
Spojrzała na dokumenty zagracające biurko i bezceremonialnie otarła ociekające krwią sztylety w papierowe chusteczki formatu A-4 z wykresami giełdowymi.
-Gotowe –rzekła do męża.
-Wiem. Jeszcze jedna rzecz i idziemy…
Wyjął z kieszeni czarny, plastikowy nadajnik walkie –talkie, włączył, ustawił na nadawanie i spokojnie wrzucił pod biurko.
-Więc to kupowałeś w elektrycznym… -szepnęła Akmitsara.
-To jest ten mój plan… Dobra, chodźmy.
Wyszli zamykając za sobą drzwi. Zjechali na dół windą i przeszli obok strażnika, który wyglądał jakby chciał zapytać jak spotkanie, ale zabrakło mu odwagi. Oczywiście pytanie zostałoby skierowane do Akmitsary.
Tak więc budynek opuścili bez przeszkód. Weszli do znajdującego się naprzeciw „The Centre” i wkroczyli do windy. Akmitsara nacisnęła na najwyższe piętro, stwierdzając przy okazji, że ta winda jest o stokroć mniej nowoczesna od tej z „The Centre”. Gdy dojechali na miejsce, odnaleźli wejście na dach. Było naturalnie zamknięte, ale Mohandas miał naturalnie swój uniwersalny, dwu funkcyjny wytrych. Można nim otworzyć szybko drzwi i jeszcze szybciej zabić człowieka.
Gdy już znaleźli się na dachu, poczuli przyjemny wiatr, chłodzący lepiej niż każdy klimatyzator. Mohandas wyciągnął telefon komórkowy i po raz drugi tego dnia wykręcił numer policji.
-Policja w Hong Kongu. Słucham –odezwał się po chwili zmęczony głos operatora.
-Witam. Chciałbym zgłosić zabójstwo. Kolejna ofiara „Rzeźników”.
Hindus mówił spokojnym, beznamiętnym głosem, zupełnie jakby mówił o nudnym filmie, na którym był w kinie, a nie o postrzelonych i pociętych zwłokach starego znajomego.
-Co?! Proszę podać miejsce zbrodni.
-99 Queen Road Centre. Budynek „The Centre” piętro 64.
-Może pan podać nazwisko?
-Niestety nie, ale dziękuję za wysłuchanie. Dobranoc.
Hinduski książę wyłączył telefon.
Po około dziesięciu minutach pod budynek zajechały dwa radiowozy, jedna karetka i jeden samochód cywilny z kogutem po stronie kierowcy.
-To oni… -rzekł Mohandas stając na krawędzi.
-Świetnie.
Po kolejnych trzech minutach z głośnika walkie –talkie popłynął gwar paru głosów, ale wreszcie zostały już tylko trzy głosy.
Państwo Jinnah wielokrotnie uśmiechali się słysząc teorie policjantów, czasem prawdziwe, czasem nie. Wreszcie z głośniczka popłynęło:
-Kto jest po drugiej stronie? Tu podkomisarz Miyazaki z policji Hong Kongu! Natychmiast zgłosić się!
-Możemy już iść –rzucił do żony.
Szybko zeszli z dachu, wsiedli do wypożyczonego jaguara i odjechali. Na komendzie głównej byli po niecałych dziesięciu minutach.
-Zaczekaj tu, proszę –hindus pocałował żonę i wysiadł.
Jaguar stał prawie pod samym wejściem do budynku, więc Mohandas nie miał wiele do przejścia. Jego plan był prosty: poczekać na Miyazakiego w jego biurze, jak przyjdzie siłą zmusić do oddania automatu. Potem zabić i wyjść.
Gdy wszedł na komendę, od razu skierował się do katedry oficera dyżurnego. Mimochodem spojrzał na zegarek: 22:06.
-O, co chodzi? –spytał młody, zielony jeszcze bez wątpienia policjant.
W budynku było dziwnie pusto.
-Muszę pomówić z podkomisarzem Miyazaki… To sprawa życia lub śmierci.
-To znaczy?
-Ee… To jest zarazem sprawa poufna. Dotyczy tych „Rzeźników”
Oficer podniósł brwi ze zdziwienia.
-Ale… Podkomisarz Miyazaki jest teraz w terenie…
-Poczekam w biurze… To już nie pierwszy raz tu jestem w tej sprawie…
-Pokój 36. tym korytarzem –policjant wskazał ręką.
-Dziękuję –odrzekł Mohandas.
W korytarzu minął zaledwie jednego policjanta, ubranego po cywilnemu, tylko legitymacja przypięta do klapy marynarki świadczyła o przynależności osobnika do grona stróżów prawa.
Podszedł do drzwi i pociągnął za klamkę, wiedząc, że drzwi są na pewno zamknięte. Te jednak ustąpiły.
-O –zdziwił się hindus i wszedł do środka.
-A pan, do kogo? –spytał sierżant Kan.

* 13 *

-Niech to szlag! Miyazaki nie będzie zadowolony! –rzucił aspirant sztabowy Si.
-Nie nasza wina… -zaoponował Kan.
-Jasne.
Wjechali do parkingu podziemnego i zatrzymali się na swoim zarezerwowanym miejscu.
Wyszli z podziemi na korytarz główny komendy. Elektroniczne casio należące do sierżanta piknęło cicho.
-Już dziesiąta –rzekł automatycznie właściciel.
Swoje kroki skierowali od razu do biura. Zdziwiły ich zamknięte drzwi, ale szybko otworzyli je własnym kluczem i już byli w środku.
-Gdzie oni są? –spytał retorycznie Si.
-Nie mam pojęcia…
-Pójdę do dyżurki i sprawdzę -powiedział aspirant sztabowy, po czym wyszedł.
W korytarzu minął tajemniczego faceta w drogim, ciemnym garniturze. Si spojrzał odruchowo na twarz mężczyzny i z rozbawieniem pomyślał: -Rysopis jak naszego podejrzanego… Phi! Przecież by tu nie przyszedł…
Si zniknął za rogiem, nie widział, więc, że mężczyzna wchodzi do pokoju numer 36.
-Pan, do kogo? –spytał Kan na widok przybysza.
-Przysyła mnie podkomisarz Miyazaki. Jest na miejscu zbrodni, prosił o przywiezienie tego urządzenia. Chyba znalazł podobne i chce je porównać…
-Aha… A jakieś pisemne pełnomocnictwo? –Kan uniósł podejrzliwie brew.
-O! Właśnie, pan Miyazaki nic takiego nie dał, był bardzo zdenerwowany…
-W porządku, ręce na ścianę, nogi szeroko!
-Co?
-Słyszał pan!
Posłusznie stanął przy ścianie. Sierżant położył swą młodą rękę na jego ramieniu, drugą zaś zaczął obszukiwać kieszenie hindusa.
-Niech będzie… Ale nie mam niestety czasu na takie pierdoły –rzekł spokojnie.
-No to masz pecha –Kan wyczuł w prawej kieszeni ciężki pistolet.
W tym momencie mężczyzna szybko włożył rękę do kieszeni, chwycił nóż i odskoczył od ściany wbijając niedoświadczonego policjanta w biurko przy którym przed chwilą siedział. Zablokował go prawą ręką, lewą przyłożył nóż do gardła chłopaka.
-Gdzie jest automat?
-Pierdol się!
Wbił mu krótkie ostrze pod skórę.
-Aach! –jęknął Kan.
-Mów, bo przerobię cię na zwycięzcę w konkursie na najszerszy uśmiech roku.
-To przerabiaj zasrańcu! Pośmieję się trochę!
Mohandas przeciągnął nożyk po centymetrze szyi policjanta.
-I jak? Już śmiesznie, czy jeszcze nie?
-Jeszcze nie.
Nożownik spojrzał na spojrzał na zdjęcie stojące na biurku; na czas śledztwa Si i Kan przynieśli swoje rzeczy do biura podkomisarza; zdjęcie przedstawiało uśmiechniętą parę -kobietę, starszą od Kana i jego samego. W tle coś jakby palmy. Może Hawaje? –pomyślał Mohandas.
-To może jak skończę z tobą, pójdę do twojego domu i pośmieję się z twoją żoną, dziewczyną, siostrą?
-Tylko spróbuj skurwysynu!
-Bo co? Nawiedzisz mnie zza grobu? Gadaj gdzie jest automat, to zostawię was w spokoju.
Widać było, że sierżant Kan waha się przez chwilę.
-Dobra! Dobra! Jest w tej pancernej szafie, tam –wskazał na sejf Miyazakiego stojący w rogu pokoju.
-Jaki jest kod?
-Nie wiem! To nie moja szafa! Słowo daję!
-Chyba wiesz co się stanie, gdy szafa będzie pusta?
Ale szef mógł przecież wyciągnąć maszynę –pomyślał w panice Kan.
-Wiem –odrzekł.
Napastnik podniósł go i rzucił na szafę. Okazało się jednak, że zamek w szafie to przeszłość. Teraz była to zwykła stalowa szafa, która stanęła teraz otworem przed Mohandasem.
Gdzie jest Si? –rozmyślał gorączkowo Kan.
Tymczasem hindus pociągnął za drzwi i uśmiechnął się. Wyjął urządzenie i wsadził je do czarnego worka, który miał chyba w kieszeni.
-No jeszcze tylko jedna rzecz… -mruknął do siebie Mohandas i wbił policjantowi nóż w serce.
Ten tylko westchnął cicho i osunął się na ziemię. Morderca wytarł nóż o rękaw taniej marynarki.
-Tę dziewczynę ze zdjęcia zostawię w spokoju –rzekł Mohandas, zastanawiając się, czy mózg chłopaka odbiera jeszcze informacje z zewnątrz.
Patrzył przez chwilę na ciało młodego policjanta.
-Wybacz –rzucił na odchodnym.
Wyszedł na korytarz i spokojnym, pewnym krokiem zmierzał do wyjścia.
Na zakręcie korytarza spotkał tego samego gliniarza co poprzednio, minęli się.
-Nie czeka pan dłużej? –spytał oficer. –O cholera zapomniałem o panu powiedzieć aspirantowi sztabowemu! Może jemu pan powie to co wie? On też pracuje nad tą sprawą…
-Nie, jeszcze spotkam Miyazakiego. Dobranoc.
-Dobranoc.

-Co!? –Miyazaki nie mógł uwierzyć własnym oczom i uszom.
-Gdzie jest Si? –spytał Thornton.
-W sanitarce. Bierze jakieś tabletki uspokajające –odrzekł funkcjonariusz.
-Dobra. Chodźmy do biura –Anglik spojrzał pytająco na swojego szefa jakby czekając na pozwolenie.
-Tak, trzeba pójść.
Przekroczyli próg pokoju numer 36. Na podłodze przy szafie leżały kredowe zwłoki, drzwi szafy były lekko uchylone.
-O nie! –rzucił Thornton i podszedł do drzwiczek.
-Nie ma automatu –rzekł spokojnie podkomisarz patrząc na miejsce zgonu kolegi.
-Tak… Skąd pan wiedział?
-No, bo to jest jedyny powód, dla którego by tu przyszli… Kurwa mać! –krzyknął Miyazaki.
Sierżant obrzucił spojrzeniem pomieszczenie.
-Trzeba zawiadomić żonę… -powiedział spokojniej japończyk.
-Spisać zeznania…
-Ja pojadę do żony, ty zajmij się Si i spisz możliwie szybko zeznania.
Polecenie było konkretne, ale Thornton wiedział, że w ciele szefa narodziła się już szaleńcza, rozrywająca chęć zemsty. Anglik widział już to u Miyazakiego. Był świadomy, że ta chęć jest niepowstrzymywalna. Jednak dopiero teraz, Hugh Thornton wiedział dokładnie co czuje szef. Wiedział, bo chęć zemsty oplotła także jego mózg.

* 14 *

Zakręciła kran z ciepłą wodą, spojrzała na zaparowane powierzchnie luster. Lekko osunęła się głębiej do wody. Poczekała, aż zmącona woda się uspokoi. Wtedy wytężyła słuch; nie usłyszała niczego, hotel Wao –Lien już zasnął. Mohandas zapewne stoi w oknie i rozmyśla… Przymknęła swoje oczy i spojrzała w przeszłość. Daleką przeszłość.
Wiadomość o nagłym, przymusowym, ale tajemniczym mimo wszystko wyjeździe króla Mohandasa, ludność prowincji Jinnaharl przyjęła ze spokojem i pokorą. Wyprawa rodziny królewskiej nie wzburzyła przynajmniej zamieszek. Na czas nieobecności, Mohandas na swego zastępcę wyznaczył, oczywiście, swojego brata Siharttha, małżonkowie postanowili podróżować incognito, w strojach zwykłego mieszczaństwa. Do pomocy wzięli jedynie trzy osoby: służkę Tyoie, sługę Panjhabtiego i doświadczonego wojownika i świetnego przewodnika w jednym, czyli Sharmę. Ze stolicy wyruszyli o świcie, podawali się za niegroźnych podróżników z zachodu, gdy tylko zaczepiał ich jakiś patrol.
-Nadal uważam, iż powinniśmy zataić te wyprawę przed ludem… -szepnął zaniepokojony Mohandas do żony, już pierwszej nocy.
-Zasługują na szczerość –odrzekła mu.
-Jeżeli to się rozniesie, to możliwe jest, że wróg zaatakuje Jawarlah!
-Przecież masz z nimi idealne układy…
-Ze zdradzieckimi afganami nikt nie ma idealnych stosunków! –zaoponował król.
-Nie najechali nas –argumentowała Akmitsara.
-Kosztem opuszczenia naszych przyjaciół w potrzebie i utraty pewnych terenów!
Akmitsara doskonale rozumiała słowa męża. Po tym jak mieszkańcy prowincji Jhawar przegrali wojnę o swoje królestwo, okazało się, że ekspansja Afganistanu jest zbyt potężna. Wiele prowincji poszło na ugodę z najeźdźcami; w zamian za zachowanie autonomii, księstwa nie będą buntować się przeciwko agresorowi, ani pomagać walczącym. Mohandas zgodził się, ponieważ jego armia mogłaby ponieść taką samą klęskę jak Jhawar. Prowincje, które odrzuciły porozumienie prosiły Jinnaharl o pomoc w walce, próbując przekonać jednocześnie króla Mohandasa, że „niepodległość” oferowana przez afganów jest fałszywa i Jinnaharl jest pod stałą obserwacją. Mohandas mimo wszystko odmawiał, ale przygotowywał rewolucję. Wiedział, bowiem, że jego wojna i tak nadejdzie.
-Dlaczego, więc, idziesz ze mną? –spytała Akmitsara.
-Bo sama byś sobie nie poradziła.
Nie odpowiedziała na to. Nie potrafiła.
-Mohandas II został w Jinnaharl… -rzekła po godzinie Akmitsara.
-I dobrze… Tam będzie mu lepiej, uwierz mi…
Noc spędzili w jednej z mniejszych wiosek północ od stolicy.
Rano wyruszyli w dalszą drogę, a cała uwaga Akmitsary, w dziwny sposób, skupiła się wokół pałacu Jhawar. Mohandas tego nie wiedział, ale było to spowodowane snem królowej.
Dookoła było kompletnie ciemno, pustka, próżnia. Akmitsara stała w tej pustce i nijako wypełniała ją sobą. Wystarczyło wyciągnąć przed siebie rękę, by ta natychmiast zniknęła w czerni; zupełnie jakby to była gęsta mgła, tyle, że czarna… -pomyślała Akmitsara. Z sobie nawet nieznanych przyczyn zaczęła nagle biec, prosto przed siebie jakby chcąc udowodnić, że nic nie jest nieskończenie nieprzenikalne. Grunt, choć niewidoczny, był trochę zimny, podobnie jak powietrze wokół kobiety. Po chwili zatrzymała się, zatrzymała się, ponieważ usłyszała znów ten upiorny głos mówiący: Nie myśl o śmierci, żyj! Jesteś wybrana… -zawodził bez końca. Wiem, wiem o tym! Daj mi już spokój! –krzyczała zrozpaczona. I nagle, wtedy czerń znikała. Ustępowała miejsca widokami, które składały się na bajeczny pałac Jhawar, piękne, obszerne komnaty, dziedzińce ukazujące świat, tajemnicze podziemia z mnóstwem zagadek… Nagle obraz zamazywał się, nagle wokół Akmitsary poczęły latać dziwne, czerwone strzały, leciały w różnych, nieokreślonych kierunkach, chaotycznie otaczały dziewczynę, potem zobaczyła ogień zaprószony chyba z tych strzał. Szybko się rozprzestrzeniający wróg zaatakował Akmitsarę, która nie znalazła drogi ucieczki, ba, nawet jej nie szukała; zastanawiała się natomiast, co woli: walczyć z potęgą ognia, czy z potęgą własnego, nie do końca zrównoważonego umysłu. Dylemat czysto teoretyczny; nie ona decydowała o swym położeniu w tej fantastycznej krainie, mimo to wybrała ogień. Ogień, który zaczął już trawić jej suknię, potem nogi i tak dalej… Ból był wystarczająco odległy, by Akmitsara porzuciła też strach. Gdy płomienie(zapewne piekielne –pomyślała) dotarły do jej oczu, niespodziewanie zamknęła i otworzyła oczy. Po otwarciu ich zobaczyła tylko czerń. Nie! Lepiej spłonąć! –krzyknęła do siebie, a może do tego tajemniczego głosu, który nawiedzał ją tak często ostatnimi czasy.
Dopiero po chwili zrozumiała, że leży spokojnie na kocu, na ziemi, przy wygaszonym ognisku. Ale najważniejszy dla niej był dźwięk; a właściwie jego brak, głos najwyraźniej odszedł. Oby już nie wrócił –pomyślała. Wiedział jednak, że jest to marzenie niemożliwe do spełnienia, głos był tak samo nieśmiertelny jak ona sama. Odwróciła głowę i zobaczyła obok siebie męża. Leżał spokojnie, prawie nieruchomo, jeśli nie liczyć podnoszącej się i opadającej klatki piersiowej. Otwarte oczy utkwił gdzieś w Orionie. Rozmyślał nad przyszłością. Rozgrywał z losem psychiczną grę. Stawką jest wiedza, poznanie przyszłości. Akmitsara ufała, iż Mohandas jest wytrawnym graczem. Wierzyła w niego w każdej sekundzie życia u jego boku, wierzyła także teraz. Było jednak coś, co nie pozwalało jej na obdarzenie Mohandasa takim uczuciem, na jakie bez wątpienia zasługiwał, czyli prawdziwą miłością. Była świadoma, że Mohandas obdarował ją takim uczuciem już dawno temu, wierząc jednocześnie w odwzajemnienie go, ale ona nie potrafiła tego zrobić. Jeszcze nie teraz. Wyjątkowo często zastanawiała się, czy ta podróż jej w tym pomoże. Pragnęła, by los zesłał jej pozytywną odpowiedź.
Akmitsara niespodziewanie poczuła na skórze chłód, maleńkie włoski na powierzchni jej ciała stanęły dęba. Otworzyła oczy, zobaczyła stojącego nad wanną Mohandasa. Przyglądał jej się z uśmiechem. Szybko zorientowała się, że to woda w wannie ostygła. Przełknęła ślinę.
-Długo tu stoisz? –spytała spokojnie.
-Nie więcej niż kwadrans.
-Hmm… Chyba zasnęłam…
Pokiwał parę razy głową.
-Zaskakujące, co człowiek pamięta… -rzekła z rozmysłem i zadumą.
-To znaczy? –zapytał zaintrygowany mężczyzna.
-Teraz przyśnił mi się mój własny sen sprzed paruset lat.
-Jaki sen?
-Nieważne.
Zmarszczył brwi. Nienawidził takich odpowiedzi.
-Śnił ci się sen?
-Nie. Śniło mi się jak leżę na ziemi i śnię.
-Byłem tam? –zapytał z znienacka sam nie do końca wiedząc, czemu.
-Tak, leżałeś obok mnie i patrzyłeś na Oriona.
Mohandas spuścił wzrok. Przed chwilą patrzył na tę gwiazdę.
-Dziwne… -rzekł błądząc wzrokiem po roznegliżowanym ciele żony. Ta poruszyła się, co spowodowało nęcący ruch wody; której strużka spłynęła pomiędzy jej piersi.
-No dobra. Dosyć tego leżenia –powiedziała i podniosła się. Parę małych wodospadów spłynęło po jej ciele. –Zimna ta woda…
-Po godzinie? Niezwykłe!
-Lepiej mnie ogrzej, a nie ironizuj.
Wtuliła się w jego muskularne ramiona spowite jedwabnym szlafrokiem w kolorze chmury burzowej.
Mohandas uśmiechnął się, gdy poczuł jej nagie ciało wtulone idealnie w niego, jak dwa elementy układanki, które pasują tylko i wyłącznie do siebie.
Przez chwilę stali w milczeniu.
-Jestem strasznie zmęczona… Pójdę się położyć…
-Dobrze, zaraz przyjdę, aha, przyszło zaproszenie…
Akmitsara wyszła z łazienki i podeszła do małego stolika z wiśniowego drewna, na którym leżała ekskluzywna, safianowa koperta. Akmitsara zajrzała do środka. Na kartce z papeterii z jakimś japońskim wzorem, napisane było:

Drodzy Akmitsaro i Mohandasie Jinnah!
Z bezkresnym sybarytyzmem zapraszam was na spotkanie Stowarzyszenia Upadłych Aniołów. Znacie reguły gry?! Egzystujcie 25 lipca tego roku w mojej rezydencji na wyspie Nasyuo. Czeka na was moja zaufana obsługa. W tej teraz chwili zapowiadam niespotykane supriaze!
Kaifeng

Na twarz Akmitsary wpełzł niepewnie blady uśmiech.
-A, więc nadejdzie czas…

* 15 *

Łzy płynęły po jej młodej twarzy wąskim, ale szerokim jak na rzekę łez, potokiem. Na pogrzebie, który odbywał się w jeden z tych deszczowych, ale mimo to ciepłych dni, Yuu Kan roniła dokładnie, albo nawet więcej łez niż tej nocy, gdy do drzwi ich wspólnego domu zadzwonił przełożony Chowa –podkomisarz Miyazaki. Siedziała na ich kanapie, na tej samej, którą kupili jako pierwszy mebel do tego domu; resztę sprzętów dobierali właśnie do niej. Kanapa była obita lekkim, czerwonym materiałem w jakiś angielski wzór. Smutnego gościa posadziła na fotelu, ostatniej pozostałości po starym komplecie wypoczynkowym. Jego doświadczona, podstarzała twarz wyrażała mieszaninę gniewu i żalu. Yuu wiedziała, że coś jest nie tak. Czuła to.
-Niech pan szybko mówi, panie Miyazaki.
Po chwili milczenia Miyazaki rzekł:
-Z pewnością wie pani, nad czym pracował pani mąż…
Skinęła głową. Doskonale wiedziała, o co chodzi; Chow pracował nad złapaniem tego seryjnego zabójcy.
-To dobrze. Więc, dziś miało miejsce kolejne zabójstwo… Ale nie to jest najważniejsze. Poprzednio znaleźliśmy na miejscu zbrodni pewne urządzenie… Było ono w moim biurze.
-W porządku. Ale jaki to ma związek z Chowem? –czuła, że im mniej słów pozostało do końca opowieści, tym bardziej się boi.
-Tragiczny niestety. Gdy ja byłem na miejscu zbrodni, sierżant Chow siedział w moim biurze i pisał raport… Był sam.
Jęknęła cicho, Miyazaki kontynuował ponuro:
-Morderca bezczelnie przyszedł po swoje urządzenie… Chow najwyraźniej postawił opór, morderca…
Otworzyła oczy, tak szeroko, że poczuła ból powiek. Wiedziała co zaraz usłyszy.
-Co z nim? –zapytała słabym, załamującym się głosem.
-Nie żyje –wyjaśnił krótko podkomisarz nie owijając w bawełnę.
Pobladła w przeciągu sekundy. Spojrzała na swego rozmówcę z przerażeniem. Ten milczał, ale po jej głowie wciąż krążyła ta wiadomość, bez przerwy. Nieświadomie zaczęła się kiwać w przód i w tył.
-Pani Kan… Yuu… Spokojnie. Uspokój się, proszę…
Gdy usłyszała w głowie „Nie żyje” chyba po raz setny, dopiero to do niej dotarło.
Wtedy po jej twarzy zaczęły płynąć łzy. Miyazaki patrzył na te szkliste krople, symbol ludzkiego cierpienia i smutku i nie wiedział co powiedzieć. Zamilkł więc, położył jej rękę na ramieniu, potem przesiadł się na miejsce obok niej i objął czule, jak ojciec pocieszający córkę opuszczoną przez pierwszego chłopaka. Nie wiedział co jeszcze może zrobić, więc siedział w milczeniu wsłuchując się w rozdzierające łkanie dwudziesto trzyletniej dziewczyny, potem słuchał jej wycia i patrzył na łzy przedzierające się przez wysuszoną skórę.
Trzy dni później patrzył na te same łzy, tyle, że teraz, skóra nie była już wysuszona, przeciwnie –była wilgotna, właśnie od bezustannego łkania.
Katedra św. Jana, choć wielka, nie zdołała pomieścić wszystkich żałobników. Na pogrzeb przybyli wszyscy wysocy urzędnicy policji, gdyby zabójca chciał się pozbyć policji wystarczyłoby wywołać eksplozję w katedrze.
Niewiele osób płakało; większość stała w milczeniu obserwując ponurą ceremonię.
Trumnę okrytą chińską flagą nieśli podkomisarz Miyazaki, sierżant Thornton, aspirant sztabowy śledczy Si, komendant Villeau i dwóch braci zamordowanego. Milcząco –szlochający tłum złożony z około tysiąca osób kroczył za zwłokami i księdzem –kardynałem. Gdy trumnę opuszczano do grobu, Yuu nie wytrzymała:
-Dlaczego seryjny zabójca był w stanie wejść na teren komendy?! –rzuciła gniewnie w stronę licznych policjantów.
Odpowiedziało jej pełne szacunku milczenie. Wdowa spuściła wzrok i głośno zaszlochała.
-Tak… To moja wina… -powiedział wolno Si. Stał po drugiej stronie grobu.
-Co? Lee, co ty mówisz?
-Mówię, że minąłem tego skurwysyna, jak wchodził i wychodził z budynku!
-Ale…
-Nie ma dla mnie żadnego usprawiedliwienia!
Nagle przez głowę Miyazakiego przeleciała ponura myśl, ściśle związana z bronią i samobójstwem. Jednak Si nic nie zrobił. Na szczęście.
Po pogrzebie Miyazaki i Thornton jechali wspólnie na komendę. Po śmierci Kana sprawa nabrała już wielkiego rozgłosu i komendant Zaoizuihang nakazał zamknięcie sprawy w przeciągu tygodnia. Do pomocy partnerom zostały zobowiązane wszystkie wydziały. Niektóre punkty miasta były przeczesywane przez funkcjonariuszy, wielu niewinnych hindusów zostało okresowo zatrzymanych do wyjaśnienia.
Jednak w drodze do biura, obaj policjanci zastanawiali się nad tym samym –odsunięciem aspiranta sztabowego Si od śledztwa.
Thornton przywołał przed oczy obraz, jaki zobaczył trzy dni temu na oddziale sanitarnym na komendzie; wszedł i zobaczył aspiranta sztabowego leżącego na łóżku pogrążonego we śnie, w który zapadł po przyjęciu od lekarza podwójnej dawki valium. Anglik wiedział, że śmierć Kana zmieniła wszystko, w tym doświadczonego aspiranta sztabowego. Hugh nie wiedział jak długo Si i Kan pracowali razem, ale przypuszczał, że około trzech lat. Teraz obaj wiedzieli, że Si może tylko śledztwie zaszkodzić, ale wiedzieli, a raczej nie wiedzieli, co Si może ze sobą zrobić, gdy straci szansę na pomszczenie przyjaciela. Według informacji, Thorntona, aspirant sztabowy Si był samotnym pracoholikiem, zapatrzonym w swoją pracę jak w obraz. Teraz, będąc w tym szoku, mógłby zrobić wszystko, z samobójstwem na czele.
-Akira… -zagadnął nieśmiało Anglik. –Mam pewne wątpliwości, co do dalszej współpracy z aspirantem sztabowym Si…
Podkomisarz spojrzał na partnera z szacunkiem i zdziwieniem jednocześnie.
-Mam wrażenie, że Si jest w zbyt wielkim szoku i chyba nam już nie pomoże… -ciągnął.
-Ale…
-Ale…
-Boisz się, że gdy go odsuniemy, to zrobi coś złego? –uzupełnił japończyk.
-Otóż to! –rzucił z ulgą Thornton. –Rozumie mnie pan?
-Aż za dobrze…
-A więc?
-Nie wiem… Jeszcze się zastanowimy…
Thornton uśmiechnął się wewnętrznie, ale czy fakt, że wielbiony szef stawia go na jednej półce z samym sobą, chyba musi cieszyć.
-Kurwa mać! Co za bezczelny gnój! Najgorsze, że tropy się kończą!
Sierżant milczał, nie wiedząc, co ma na to odpowiedzieć. Nie miał żadnych argumentów, więc wpatrywał się w krople deszczu rozbijające się o przednią szybę.
Dojechali do komendy. Po zaparkowaniu, poszli do góry. Hugh przypomniał sobie zeznanie aspiranta sztabowego dotyczące tego parszywego wieczoru. Było identycznie. Anglik, choć próbował, nie zdołał powstrzymać zimnego dreszczu, który bezczelnie przebiegł mu po plecach.
Biuro, wraz ze wszystkimi dowodami i dokumentami w sprawie zostało przeniesione do innego, lepszego pomieszczenia. Był to rozkaz z góry, który był dla Miyazakiego nie do końca zrozumiały, ale podkomisarz nie miał powodów pomysł odrzucić; więcej, nawet się z zamiany ucieszył –od prawie roku walczył z komendantem o przydzielenie większego, bezpieczniejszego, lepszego jednym słowem biura. Nowy pokój mieścił się na drugim piętrze zabytkowego budynku, od blisko trzydziestu lat będącego główną siedzibą Hong Koskiej policji. Na ścianie wisiała mapa miasta, z zaznaczonymi miejscami zbrodni. Ten plan nie przedstawiał sobą ani grama sensu. Na biurku leżały teczki z zeznaniami świadków, obok kasety z twarzami zabójców –ze względu na wielką ilość hindusów w Hong Kongu, także bezsens. Tylko i wyłącznie ofiary nie były brutalnie odarte ze znaczenia i wartości dla rozwiązania zagadki. Takie przynajmniej stanowisko przyjmował podkomisarz Miyazaki. Po wejściu do pomieszczenia i zajęciu przez detektywów miejsc przy swoich własnych biurkach, przez około dziesięć minut panowało niepodzielnie milczenie wynikające z zadumy i rozmyślań, tudzież szukania drogi do zamknięcia sprawy poprzez znalezienie sprawców. Nagle drzwi otworzyły się i do pokoju wtargnął młody posterunkowy.
-Pan komendant Zaoizuihang prosi o przybycie! –zameldował podniecony.
-No proszę! O cóż może staremu chodzić? –spytał Miyazaki podnosząc się z krzesła.
Po przekroczeniu progu luksusowego gabinetu, policjanci rzucili okiem na dziwnego faceta o rozczochranych, prawie żółtych włosach i twarzy niewątpliwie amerykańskiej. Na nosie spoczywały mu grube szkła w czarnych adekwatnych do szkieł oprawkach.
-Witam panów! –rzekł komendant. –Oto Michael Rainstone. A oto Akira Miyazaki i Hugh Thornton.
Podali sobie ręce. W pokoju stał Chińczyk, Amerykanin, Anglik i Japończyk. Gdy Thornton zauważył ten fakt uśmiechnął się pod nosem, sam nie wiedząc, dlaczego.
-Pan Rainstone pracuje w Wydziale do Walki ze Zorganizowaną Przestępczością.
-A my w wydziale zabójstw –dopełnił prezentacji Miyazaki.
-Chyba mogę wam pomóc… -odezwał się cicho Amerykanin.
-Jak?
Rainstone spojrzał na miasto za oknem i westchnął poczym otworzył usta i zaczął mówić.

* 16 *

Mohandas pociągnął spokojnie niewielki łyk z bogato zdobionej filiżanki w stylu francuskiego baroku. Kawa była ciepła i czarna, bez żadnych dodatków w stylu cukier czy śmietanka. Hindus siedział wygodnie przed stolikiem, ale patrzył w okno, na budynek po drugiej stronie zatłoczonej ulicy. Na stoliku przed nim stała srebrna taca ze śniadaniem(cztery croissanty, dwa jabłka i litrowy, porcelanowy dzbanek z kawą), poranna gazeta, pilot do telewizora i dwie lśniące czernią armaty z czterema magazynkami. Akmitsara leżała w łóżku; Mohandas nie wiedział czy jeszcze śpi czy tylko leży. Jakoś się też nie wyrywał żeby zweryfikować swoje dane.
W głowie Mohandasa krążyło, bowiem wspomnienie nocnej kłótni, jaka wybuchła pomiędzy małżonkami. Akmitsara zarzucała mu niepotrzebne zabójstwo policjanta, co Mohandas kwitował mówieniem o swojej konsekwentnym jak zawsze działaniu i obowiązku zacierania za sobą śladów. Gdy Akmitsara oceniła to jako „pieprzenie”, dodał jeszcze, że takie morderstwo będzie też dla policji niejakim ostrzeżeniem w stylu „szukajcie nas dalej, a zabijemy następnych gliniarzy”. Akmitsara argumentowała utrudnieniem pracy, oraz niepotrzebnym, a przecież tak przez nią znienawidzonym, zabijaniem bez wyraźnego powodu. Skończyło się infantylnie: deklaracją o nie odzywaniu się do siebie, aż do odwołania.
Mohandas dopił kawę, wstał, zabrał marynarkę i wyszedł. Na ulicy złapał taksówkę i rzucił krótko i zwięźle:
-Przystań do Jumbo. Bez pośpiechu –dodał.
-Już się robi –odrzekł chiński kierowca.
Mohandas oparł się na siedzeniu starej toyoty crown i wzdrygnął się, czując na plecach twardą sprężynę. W paru miejscach kanapa była poprzepalana papierosami, większość powierzchni była oblana czymś, co mogło być kawą i coca-colą, ale równie dobrze mogło to być paliwo rakietowe i wymioty jakiegoś pijanego turysty.
Przyzwyczaiłeś się do luksusów, co? –zapytał sam siebie Mohandas po francusku.
Ulica był oczywiście zakorkowana, więc podróż znacznie się wydłużyła, ale Mohandas nie narzekał. Na jego czoło nie wystąpiła choćby jedna kropelka potu, gdy w radiu HKRadio 93.6FM spiker mówił o najnowszej zbrodni „Rzeźników”. Kierowca spojrzał odważnie na swego pasażera, ale zobaczywszy jego delikatny, aksamitny garnitur, kosztujący w mniemaniu taksiarza grube pieniądze, pokręcił w zamyśleniu głową i pomyślał: To nie on. Taki porządny człowiek? Niemożliwe.
Mohandas wsłuchał się w wiadomości o sobie samym, szczególnie nadstawił uszu, gdy spiker mówił o rodzinie zmarłego.
„Sierżant Kan pozostawił żonę i nienarodzone jeszcze dziecko. Pogrzeb z udziałem najważniejszych dostojników policji odbył się dzisiaj w południe na cmentarzu św. Jana” –płynęło z taniego radia. Mohandasowi mimo woli ścisnęło się serce. Nie przyznał tego przy żonie, ale on sam też miał wyrzuty sumienia z powodu tej śmierci. Nie chciał go zabijać, ale z jakichś bliżej nieokreślonych przyczyn jednak to zrobił. Mógł sobie jedynie pogratulować szybkiego zakończenia sprawy; sprawny cios w serce, ani jednego impulsu bólu więcej w życiu, które się właśnie skończyło. Chociaż tyle… Chwalebna śmierć. Na służbie. Mohandas znał wielu policjantów, którzy chcieliby zginąć właśnie na służbie, jak bohaterowie, a nie w domu po długiej chorobie. Policjant i zabójca to zawody i w ich wykonywanie wpisana jest niespodziewana, czasem wczesna śmierć. Mohandas i Akmitsara byli tylko wyjątkami potwierdzającymi regułę.
-Biedny policjant… Ale cóż, taki zawód… -nieświadomie taksówkarz podsumował rozważania indyjskiego króla.
Korek ciągnął się jeszcze przez paręset metrów, ale potem, gdy rozklekotana taksówka wyskoczyła na autostradę poszło szybko. Mohandas nie odzywał się podczas jazdy, prowadził już ożywioną konwersację z własnym sumieniem, trochę podobną do tej, odbytej z Akmitsarą w nocy.
Na zatłoczonej przystani Mohandas szybko odprawił taksiarza dodając do 238HK$ za jazdę, 62HK$ za celne uwagi dotyczące radiowych wiadomości. Chińczyk nieco zdziwił się wysokością napiwku, ale gdy Mohandas skończył rozmowę, taksówkarz skończył swoje rozważania na temat wysokości napiwków.
Jumbo to największa na świecie pływająca restauracja. Masywny, czteropiętrowy budynek z przeszklonym frontem, umieszczony na wielkiej barce, stylizowany był na styl typowo chiński, co bez wątpienia było jednym z czynników, które zadecydowały o umieszczeniu Jumbo na liście symboli miasta. Wnętrze knajpy nie odbiegało od stylu zastosowanego na zewnątrz ani na milimetr. Dziesiątki stolików porozstawianych na sali, zajęte były przez ludzi z całego świata. Mohandas olał jednak podziwianie kolorytu rasowego i ruszył schodami na ostatni, czwarty poziom restauracji. Gdy znalazł się tam, spojrzał na lożę VIP-owską i uśmiechnął się pod nosem. Potem poszedł do baru i zamówił podwójną whiskey z lodem.
Gdy wrócił do hotelu zastał tam tylko kartkę z naprędce napisanym krótkim tekstem:

Pierdol się. Poszłam na zakupy. Nie wiem o której przyjdę, ale na pewno na czas.
Akmitsara

Na twarz Mohandasa wypłynął uśmiech; doskonale wiedział, że kiedy żona klęła na niego, to był znak, że wszystko jest już w porządku, a ona sama tylko się z nim droczy. Poszedł do łazienki i podłożył usta pod kran; spłukał alkohol kranówą, choć pod ręką miał najlepszy „gatunek” wody mineralnej –oczywiście importowanej z Francji. Spojrzał na zegarek -14:25. Jeszcze jest sporo czasu –pomyślał. Pomimo wszystko, nie zamierzał powiedzieć żonie o swoim poczuciu winy, sam nie wiedział czemu, ale tak właśnie zrobił, gdy w prawie dwie godziny później drzwi otworzyły się i stanęła w nich obładowana torbami Akmitsara. Marki na torbach zdradzały, że pani Jinnah sporo wydaje na swoją terapię uspokajającą. Ale jakoś, ani Mohandas, ani tym bardziej Akmitsara się tym nie przejmowali. Po prostu robili to czego pragnęli. Bo mogli. Bo chcieli.


* 17 *

-Co?! –podkomisarz Miyazaki klasnął w dłoni ze zdumienia.
-Dlaczego dopiero teraz nam pan o tym mówi? –spytał trzeźwo Thornton.
Rainstone spuścił wzrok. Miyazaki podszedł do okna i skupił wzrok na ruchu ulicznym, by opanować wściekłość.
W biurze komendanta zapanowała niezręczna cisza.
-Musicie panowie to zrozumieć… Praca mojego oddziału jest ściśle tajna…
-A słyszał pan kiedyś o współpracy między -oddziałowej?
-Musiałem dostać upoważnienie z góry…
Rainstone zerknął niepewnie na komendanta Zaoizuihanga.
-Upoważnienie z góry?! Kurwa mać, może gdybyś wykazał się jakąkolwiek inwencją, to Kan jeszcze by żył, i ja nie musiałbym mówić jego żonie o jego śmierci!
Miyazaki już nie patrzył w okno, teraz stał naprzeciw tajniaka i piorunował go wzrokiem.
-No dobrze… -rzekł po chwili Anglik. –Co się stało, to się nie odstanie. Lepiej podsumujmy to, co mamy i zapobiegnijmy następnym zabójstwom…
-Tak. Tak będzie chyba najlepiej… -mruczący głos Zaoizuihanga delikatnie rozpłynął się w powietrzu.
-A więc: zarówno pierwsza ofiara, czyli Huan –Oemi –Sano, jak i druga ofiara, czyli Aiko Takeshima, należą do japońskiej mafii, która rozpoczyna działanie w Hong –Kongu. Co dwaj i jeszcze ktoś trzeci stanowią „trójkę chrzestną”. Jako, że zabójcy najwyraźniej działają na zlecenie, to zapewne trzecią ofiarą będzie…
-…Sakimte Nassien –uzupełnił Rainstone.
-Dobrze. Co jeszcze pan wie?
-Jestem w posiadaniu nagrań z biur Sano i Takeshimy. Są na niej nazwiska zabójców, ofiary musiały ich znać… Wiem też, że dzisiaj Nassien będzie jadł kolację w Jumbo.
-Musimy go ostrzec, może kieruje mafią, ale jednak to nasz obowiązek –Thornton spojrzał na podkomisarza, wiedząc, że Miyazaki zrobiłby zupełnie na odwrót; pozwoliłby najpierw zabić bossa, a dopiero potem złapałby morderców.
-Nie możemy! –zaoponował Rainstone.
Thornton i Zaoizuihang spojrzeli na niego pytająco. Tylko Miyazaki znowu wlepił wzrok w szybę.
-Nie możemy go ostrzec, bo wtedy jego operacja spali na panewce –rzekł spokojnym głosem.
Rainstone skinął głową w aprobacie.
-Ale jest jeszcze coś… Może Nassien sam likwiduje partnerów, by przejąć władzę?
-Nie sądzę sierżancie Thornton… Moje źródła o niczym takim nie donoszą…
-Przecież to chyba oczywiste?! Wątpię, by Nassien rozpowiadał swój plan na prawo i lewo… Nie możemy wykluczyć tej wersji.
Rainstone, najwyraźniej urażony prychnął pogardliwie.
-Dobra. A więc jest tylko jedna droga… Musimy być dzisiaj w Jumbo z obstawą, i czekać na „Rzeźników” –zaproponował Miyazaki.
-Tak… To jest jedyne wyjście. Nawet jeśli koliduje z pańską operacją panie Rainstone…
-Tak panie komendancie. Ale…
-Nie ma żadnego „ale” człowieku! Giną ludzie i trzeba to powstrzymać! I gówno mnie obchodzi pańskie zdanie w tym temacie! –ton komendanta nie znosił sprzeciwu.
-Tak…
-Ponadto; wydaję panu rozkaz udzielenia pełnej pomocy panom Miyazakiemu i Thorntonowi, udostępnienia im wszystkich danych tej sprawy, kiedy tylko o nie poproszą itp.
-Tak. Oczywiście.

Thornton nie wiedzieć czemu spodziewał się, że biuro Rainstone’a znajdować się będzie w piwnicach komisariatu, ale okazało się, iż jest na przedostatnim piętrze budynku. Obszerne pomieszczenie było zawalone sprzętem elektronicznym, często o bardzo dziwnych kształtach. W sumie stały tu trzy biurka i jeden stół, a także parę monitorów, czasem bez komputerów. Były wyłączone, ale Anglik domyślił się ich przeznaczenia „Pewnie obserwują tym ludzi i nagrywają efekty”. Generalnie, biuro było ciemne, nawet pomimo panoramicznych okien, zajmujących prawie całą ścianę.
-OK. Coś panom puszczę…
Pogmerał chwilę przy jakimś rozbudowanym magnetofonie i wreszcie się uśmiechnął. Był to pierwszy uśmiech, jaki ujrzeli na jego twarzy dwaj policjanci i zapewne jeden z ostatnich.
-Gotowe –rzekł, po czym nacisnął przycisk z napisem „play”.
Z głośnika popłynęła rozmowa w języku japońskim, który był obcy dla każdego w tym pokoju, poza podkomisarza.
-I co? –zapytał Thornton gdy nagranie skończyło się.
-W razie czego, mam tu cały protokół… -wtrącił Rainstone.
-Spokojnie –teraz Miyazaki zwrócił się do sierżanta. –Mamy nazwisko zabójców. Prawie na pewno prawdziwe. Brzmi „Jinnah”. Poza tym, ta teoria o przejmowaniu władzy przez Nassiena upadła. On jest celem. Na pewno.
-Więc tak. Dobrze. Rainstone, musi nam pan załatwić wejściówki do Jumbo, na dzisiejszy wieczór. Szanujemy pańską pracę, dlatego, zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by pozostała w sferze tajnej.
Rainstone skinął głową.

-Cholera. Będziemy musieli znacznie ograniczyć liczbę ludzi…
-Wiem. Najwyżej dziesięć osób, nie więcej. Nie możemy ryzykować zdemaskowania.
-Gnój. Miał te kasety od samego początku! Być może jest jeszcze coś, ale ten skurwysyn nam tego nie da! „Przecież to jest tajne!”
Miyazaki uniósł brwi. Rzadko słyszał przekleństwa od swojego partnera, więc domyślił się, że jest w stanie najwyższego wzburzenia.
-Fakt –skwitował spokojnie.
Siedzieli już w swoim biurze, na biurku rozwinięte były plany restauracji Jumbo.
Następna godzina przeminęła na planowaniu obławy na „Rzeźników”.
O 17 plan był gotowy, Miyazaki dokonał wyboru najlepszych, dostępnych funkcjonariuszy i czekali tylko na odpowiedni czas.
A czas nadszedł trzydzieści minut po 18. Wyruszyli z komisariatu, wszystkie samochody były cywilne i nie nosiły ani jednego znaku policji. Dyskretnie obstawili największą pływającą restaurację na świecie i zajęli miejsca.
Rainstone zajął biuro ochrony i obserwował lokal z ukrytych kamer. Wypatrywał hindusów. Było ich wielu, zbyt wielu.
Miyazaki i Thornton usiedli przy stoliku w takim miejscu, że widzieli dokładnie prywatny „taras”.
Funkcjonariusze zostali porozstawiani przez Miyazakiego w strategicznych punktach restauracji,(tz. przy wejściach, oknach)
-No dobra. Zaczynamy zabawę –rzucił do słuchawki podkomisarz.
Kości zostały rzucone.

* 18 *

Wątły płomień rozświetlił ciemny korytarz, papieros zaskwierczał, Mohandas otworzył szerzej oczy. Popchnął stojące przed nim drzwi i zrobił trzy kroki wprzód. Znalazł się w imponującej Sali pełnej ludzi najróżniejszych ras. Pewne obszary tej Sali były zadymione, ale i tak w powietrzu dominował aromat niezwykłych potrawa podawanych na każdym stoliku, co chwila. Rozejrzał się spokojnie, jakby kogoś szukał. Jednak po chwili bezowocnych(?) poszukiwań wrócił do zaciągania się swoim davidoffem. Po około dwóch minutach relaksu, hindus ruszył na salę, zwinnie mijał kolejne stoliki, kroczył ku drzwiom, takim, przez które sam przed chwilą przeszedł. Lecz gdy zobaczył jakiegoś gościa w garniturze, zrezygnował i udał, że idzie do toalety. Tak, knajpa była obstawiona –pomyślał.
Kruczoczarne paznokcie błyszczały w świetle restauracyjnych lamp, Akmitsara spokojnie siedziała na schodach prowadzących na taras dla VIP-ów i czekała. Nagle stanął przed nią szczupły mężczyzna w białej liberii z dużą, srebrną tacą na rękach.
-Kim Pani jest? –spytał po chińsku. Wiedział, bowiem, że wstęp na tę część restauracji był dzisiejszego wieczora zabroniony.
-Pracownikiem…
-Co?
Akmitsara podniosła się i zdecydowanym ruchem wyrwała chłopakowi tacę.
-Co pani…?
Spokojnie zaprowadziła go do pobliskiej toalety.
-Żegnaj –powiedziała wpychając go do środka.
Następnie wróciła do tacy i delikatnie podniosła ją. Wkroczyła na piętro i znalazła się w wśród wielu mężczyzn, którzy gniewnie patrzyli na jej przybycie. Jednak, gdy spostrzegli jej urodę, spojrzenia im nieco zelżały. Akmitsara obrzuciła ich władczym spojrzeniem i podeszła do głównego, siedzącego na szczycie stołu, gościa. Postawiła tacę na stole, a jej wzrok przypadkowo zaczepił się na jakiejś kobiecie, która siedziała zaraz obok mężczyzny i żywo o czymś z nim dyskutowała. Spostrzegawcze oko Akmitsary, natychmiast zarejestrowało te same obrączki na palcach tej pary.
Małżeństwo? Dziwne… -pomyślała i wyciągnęła zza pasa swój imponujący kord.
W tym momencie rozległ się strzał. A właściwie kilka strzałów. Księżniczka poczuła parę ukłuć w żołądku i na ręku. Dobrze wiedziała, że to kule dziurawiły jej piękne ciało. Mimo woli cofnęła się o krok. Nassien z żoną szybko wskoczyli pod stół. Akmitsara zobaczyła około dziesięciu luf wycelowanych prosto w nią. Nagle, kabel z oświetleniem się dziwnie naciągnął i na taras wskoczył Mohandas, po czym błyskawicznie wyciągnął dwie desert eagle, które skierował w bliżej nieokreślonym kierunku. Po prostu trzymał je w rozstawionych rękach i powiedział spokojnym głosem:
-Nie ruszać się! Saro, spadamy! –zwrócił się do swojej żony.
-Ale, on… -wskazała pod stół, i nieco skuliła się.
Hindus spojrzał na miejsce gdzie siedział Nassien i oddał trzy strzały w stół. Wtedy usłyszał ostrzegawczy krzyk z dołu:
-Tu policja Hong Kongu! Podnieś ręce do góry i rzuć broń!
Mohandas spojrzał za siebie. Stał na drewnianej balustradzie, więc był w zasięgu strzału policji. Nawet się nie zastanawiał skąd policja miała te namiary, zamierzał potem nad tym pomyśleć. Teraz tylko skierował jedną z luf na dół, na policję, i tak w ogóle spojrzał na swych prześladowców. Było to dwóch mężczyzn, jeden o japońskich rysach, drugi, wyglądał na młodego Anglika lub Amerykanina. Obaj stali obok jednego ze stolików i pewną ręką trzymali swoje rewolwery, gotowi do strzału w każdej sekundzie.
-Nie mogę, i nie zrobię tego! –rzucił Mohandas do tych na dole.
-Czyżby?! To może to cię skłoni do zmiany decyzji!
Mohandas trochę się zdziwił, gdy usłyszał takie słowa z ust wzburzonego policjanta.
Zastawiająca elokwencja… -pomyślał.
Usłyszał dwa strzały, po jednym od każdego z policjantów, jeden przeszedł mu obok lewego ramienia, drugi natomiast wszedł prosto w jego nieśmiertelne serce. W odpowiedzi on sam strzelił w butelkę wina, która stała na stoliku pomiędzy policjantami. Rozprysła się w setki kawałków, a samo wino zalało krwistoczerwoną falą ich smokingi. Gdy zaskoczeni partnerzy spojrzeli po sobie, Mohandas przeskoczył z balustrady na stół Nassiena i wciąż celując we wszystkich zebranych, ruchem głowy pokazał Akmitsarze, by ta weszła z nim na stół.
-Gotowa? –spytał, gdy dotarła do niego i czule dotknęła jego rany.
-Zawsze.
-Zmieniamy lokal…
Wskoczyli z powrotem na balustradę, przebiegli po niej parę metrów i wskoczyli na belki, które znajdowały się pod sufitem, Akmitsara biegła pierwsza, za nią Mohandas z berettami w rękach. Dwaj policjanci zaczęli strzelać, na co hindus odpowiedział tym samym. Policjanci mieli utrudnione zadanie, ponieważ zabójcy biegli, i dość szybko, jak na śmiertelnie postrzelonych. Gdy zaczęli już dobiegać do wielkiego okna, Akmitsara wyciągnęła swój kord i rzuciła nim w policjanta, który wcelowywał w nich swoją broń. Ostrze przebiło mu czaszkę wylot i wbiło się jeszcze w drewniany filar. Zwłoki nie upadły jeszcze na podłogę, gdy Akmitsara wyciągnęła swoją własność z głowy delikwenta i odsunęła się, by jej mąż mógł kulami rozłupać wzmacnianą szybę. Gdy już kawałki szkła opadły na ziemie z trzaskiem[tj. po dwóch sekundach], para wyskoczyła przez powstałą dziurę jakby skakali do basenu. Tyle, że na dole nie było basenu, tylko drewniany brzeg. Z hukiem opadli na ziemię, a Mohandas zauważył, że pokonali dwa piętra. Znaleźli się na przystani, na której dzisiaj Mohandas opuścił swoją wodną taksówkę i oglądał budynek.
Akmitsara już wskoczyła do najbliższej motorówki i tylko to wystarczyło, by jej właściciel samowolnie zażył kąpieli w zatoce. Mohandas stanął jednak bokiem i wycelował w wejście do lokalu, w którym po chwili pojawiło się dwóch nadgorliwych policjantów. Od celu dzieliło ich najwyżej dziesięć metrów. Mohandas wycelował w tego starszego i szepnął sam do siebie:
-Już raz dzisiaj spudłowałem, teraz to się nie powtórzy…
Hindus z kamienną twarzą nacisnął spust.

* 19 *

Miyazaki poczuł na ramieniu czyjąś rękę. Zanim zdążył mrugnąć okiem, ręka pociągnęła go do tyłu i cisnęła w ziemię. Poczuł się dziwnie; wszystko nagle jakby zwolniło swój bieg, zobaczył ciemne, ale rozświetlone neonami miasta, niebo i jakiś czarny mały punkt, który szybko przemknął zaraz nad jego głową. Ciężko gruchnął w drewniane nabrzeże i usłyszał strzały. Spojrzał nieco w lewo. Zobaczył Thorntona, który stał nad nim i strzelał przed siebie. Metalowy, zimny wzrok miał utkwiony zapewne w swoim celu, a palec jak automat naciskał spust.
-Cholera! Panie podkomisarzu! Nic panu nie jest?
-Nie… Co się stało?
-Nic, ale ten gnój nam właśnie ucieka…
-Co?!
-Wsiedli do motorówki i odpłynęli…
-Szybko! –Miyazaki zerwał się na równe nogi. –Płyniemy za nimi!
Wskoczyli do najbliższej łodzi i ruszyli w mroczne wody zatoki Causeway Bay.
Miyazaki sięgnął po telefon komórkowy i po chwili wydał rozporządzenia. Wezwał do pomocy straż przybrzeżną i policję morską. Zatoka Causeway Bay nigdy nie była pogrążona w ciszy, nawet w środku nocy, miasto na brzegu wydawało za dużo odgłosów. To był minus, ale był też plus: miasto rzucało także pełno światła na wodę, i czym dalej płynęli, tym jaśniej było. Po chwili intensywnego męczenia silnika i wyciągania go na najwyższe obroty, stróże prawa ujrzeli parędziesiąt metrów przed sobą prującą do przodu łódź.
-To oni! –krzyknął Miyazaki do Thorntona usiłując przekrzyczeć ryczący silnik motorówki.
Anglik w odpowiedzi pokazał mu uniesiony kciuk.
Gdzie jest to wsparcie… -zastanawiali się partnerzy, gdy nagle, zobaczyli jasne błyski na łodzi przed nimi.
-Strzelają do nas! –ryknął Hugh.
-Wiem! –Miyazaki wyciągnął swoją broń i przeładował komory, po czym zaczął strzelać do przeciwników.
Łódź zabójców gwałtownie skręciła w lewo i zniknęła w czeluściach barek tam zacumowanych.
-Niech to szlag! To Typhoon Shelter!
-No to mamy problem!
Policjanci skręcili łódź w miejsce, gdzie przed paroma sekundami zniknęła motorówka „rzeźników”. Wpłynęli pomiędzy setki barek i łódek, słowem do slumsów Hong Kongu.
-To jest labirynt! Nigdy ich nie znajdziemy!
Miyazaki nie zripostował, tylko zaczął się dokładnie rozglądać. Thornton wyłączył silnik łodzi i zaczęli dryfować. Obaj mieli niemal namacalne przeczucie, że za chwilę coś się stanie. Nie wiadomo skąd, ale ogarnęła ich niezwykła cisza i półmrok, tak jakby nagle miasto wymarło i straciło prąd. Nagle usłyszeli zbliżający się ryk silnika… Im bliżej był, tym głośniejszy dźwięk wydawał. W końcu Miyazaki i Thornton spojrzeli na prawo, gdzie stała masywna barka, zupełnie od ich strony zabudowana. Oczekiwali na sami nie wiedzieli co, ośmielając się tylko na wymianę spojrzeń i odbezpieczenie broni.
Nagle ściana barki rozleciała się i ze środka wyleciał jakiś czarny kształt, opadł z głośnym pluskiem na wodę zaraz przed łodzią detektywów, Thornton mimowolnie odskoczył krok do tyłu i wpadł na swego szefa. Ten jednak zimnej krwi nie stracił i od razu otworzył ogień do łodzi, która zaczęła zawracać i po chwili stanęła tyłem do nich, stojąc zaledwie trzy metry od nich. Kule Miyazakiego trafiły w szybę łodzi, która czym prędzej przyspieszyła i odpłynęła.
Teraz dopiero zaczął się prawdziwy pościg: obie motorówki płynęły najwyżej pięć metrów od siebie, a czasem nawet do siebie dobijały. Kule prawie bez przerwy świszczały w powietrzu i dziurawiły barki zacumowane obok. W pewnym momencie, Miyazaki zobaczył, że zabójca wyjmuje zza swego czarnego płaszcza coś czarnego wielkości puszki na coca –colę i rzuca prosto w nich! Puszka leciała dokładnie w Miyazakiego, lecz ten zrobił ręką zamach, jakby właśnie odbijał piłkę kijem bejsbolowym i poczuł uderzenie w dłoń. Jednak osiągnął co chciał… A chciał wyrzucić tę puszkę jak najdalej od ich łódki. Puszka gruchnęła głucho o drewnianą ścianę jakiejś barki. Kolejne dwie sekundy później, gdy akurat barka ta została w tyle, nastąpiła eksplozja(którą zresztą Miyazaki przewidywał). Wielki jęzor ognia wydobył się z barki, rozrywając ją na strzępy. Płonące kawałki łodzi opadały dookoła zostawiając za sobą wąską strużkę dymu.
-Kurwa mać! To był granat?! –spytał Thornton wrzeszcząc do szefa.
-Nie! To był sprite! Jasne że granat! A co innego by tak walnęło?!
-Gnoje! –podsumował Anglik.
Łodzie płynęły niemal obok siebie, gdy hindus zdecydował się na kolejny granat. Wrzucił go na pokład łodzi policjantów, lecz w tej samej niemal chwili, Hugh złapał granat i pewną ręką odrzucił. Pocisk upadł na dziób drugiej łodzi i eksplodował. Czerwono –żółta kula pojawiła się w miejsce motorówki, sam podmuch ognia, obrócił łódkę policjantów o 90°, ta, pozbawiona kontroli, wpadła na małą tratwę i wyskoczyła w powietrze obracając się parę razy wokół własnej osi, w powietrzu wyrzucając z siebie pasażerów. Wpadając do wody, spadła na rozpędzony, płonący wrak drugiej łodzi. Już w tej pozycji, łodzie zaczęły powoli schodzić na dno, tylko pojedyncze, drewniane elementy pływały jeszcze po powierzchni Causeway Bay, dopalając się…
Nagle spod wody wypłynął Miyazaki i wziął głęboki oddech, wypluwając brudną lepką wodę, tak jednak kojącą po zbyt bliskim spotkaniu z ogniem. Przetarł sobie ręką oczy i rozejrzał się wokół w poszukiwaniu swego partnera. Ten wypłynął na powierzchnię po kolejnych paru sekundach i zrobił to samo, co Miyazaki. Wokół wciąż dryfowały kawałki motorówek.
-Ha! –wrzasnął Miyazaki, choć ponownie ogarnęła ich cisza. –Sprawa zamknięta! Może nie tak to sobie wyobrażałem, ale cóż… Skoro zginęli…
Thornton podpłynął do szefa.
-Ale proszę pana… Być może oni żyją…
-Co?! Jak niby? Przecież ich łódź eksplodowała!
-Nasza też, prawie… a żyjemy…
-Nie wkurwiaj mnie!
Po spędzeniu około kwadransa w wodzie, policjanci zobaczyli jakieś światła wyłaniające się z mroku. Po upływie chwili siedzieli już na pokładzie HK Coastguard#11 i wcierali sobie w skórę wełniane ręczniki.
-Zarządzam przeszukanie tego obszaru. Trzeba ich znaleźć! Żywych lub martwych!
-Oczywiście, panie podkomisarzu!
Partnerzy zrzucili mokre ubrania i przyodziali zapasowe mundury ratowników. Uśmiech Miyazakiego, stopniowo zmniejszał się, gdy nurkowie wypływali, co chwilę i informowali o zerowym postępie. W końcu spojrzał wściekły na Thorntona. Ten milczał wpatrując się w małe drewienko pływające na granicy światła i mroku.

* 20 *

Zimny, mokry szlam w niewyjaśniony sposób zamienił się w ciepłe, nagrzane słońcem liście jakiejś rośliny. Smagała ona swymi odnóżami twarz Akmitsary, gdy biegła przez dżunglę. Gdy uciekała przez dżunglę, w poszukiwaniu pomocy. Tyle, że ona, jej mąż, oraz dwoje służących mogli liczyć tylko na siebie, a w tym wypadku było to trochę za mało. Sharma prowadził, biegł na czele z wysuniętym mieczem i ciął zawadzające pnącza. Na ramieniu miał łuk, na plecach kołczan ze strzałami. Mohandas biegł na końcu, oglądał się co chwila i mówił jak blisko jest wróg. A wrogiem był afgański patrol, który wysłany został przez tego samego, który zniszczył życie Akmitsary podczas jednej bitwy. Patrole te przeczesywały dżunglę w poszukiwaniu zbiegów, lub szpiegów z innych prowincji; zawsze liczyły piętnastu wojowników, i tym razem nie było inaczej.
-STOP! –wrzasnął nagle Sharma.
Wszyscy się zatrzymali, i szybko skonstatowali, co się dzieje. Stali na wysokiej skarpie, w dole szumiała rzeka.
-Co robić? –zajęczał Panjhabti.
Mohandas rozejrzał się. Nagle wskazał na niewielki ustęp parę metrów od nich.
-Tam! Szybko!
Gdy Sharma zeskoczył na ustęp,[który był po prostu skałą przyczepioną do całej ściany], na górze pojawili się żołnierze Al –Oasiesa. Rozglądali się czujnie, lecz nie dostrzegali niczego; skarpa była przykryta wielkimi liśćmi palmowymi. Akmitsara poczuła się dziwnie, nagle jej ciało osunęło się razem z kawałkiem ustępu i opadła niżej, jakieś pięć metrów. Gruchnęła głucho o kolejny ustęp. Żołnierze zareagowali szybko; szumiąca w dole rzeka nie zagłuszyła ani upadku księżniczki, ani jej męża, który próbował jej pomóc.
-Nie! Ta skarpa zaraz się zawali!
-I co? Na górze są oni! Zabiją nas! Wolę utonąć! –przerażona Tyoie wskazała ręką na wodę.
-Sharma, przyjacielu… ratuj mą żonę! Ja zajmę się nimi…
-Ależ panie! Przecież pan zginie!
Mohandas uciekł wzrokiem w bok.
-Idź! Opiekuj się moją żoną!]
Wstrząśnięty Sharma skinął głową i skoczył w miejsce gdzie leżała Akmitsara.
-Odwróćcie wzrok słudzy! –rzucił Mohandas do swych poddanych. –Czekajcie tutaj na mnie! I chwyćcie się czegoś na wypadek gdyby te zdradliwe skały miały spaść!
Tyoie i Panjhabti skinęli głowami, podeszli do skały i chwycili się za wystające korzenie jakiejś rośliny. Mohandas zręcznie wyskoczył do góry.
-Oto jestem! –rzekł, gdy ci spojrzeli na niego zdziwieni.
-Widzę, że poznałeś naszą mowę… Skąd jesteś? Odpowiadaj albo zgiń!
-Żadna możliwość mnie nie interesuje! –odparł Mohandas i chwycił za swój miecz.
-Czyżby? Więc zginiesz w męczarniach!
Ruszyli na niego całą grupą. Mohandas zrobił serię uników i zamienił się z nimi miejscami, wycinając w pień pięciu z nich. Poczuł jednak rwący ból w plecach.
-Ha! Głupcze, może zabiłeś pięciu moich towarzyszy, ale to i tak za mało! Zaraz skonasz!
Mohandas sięgnął do pleców i wyciągnął miecz jednym, płynnym ruchem, po czym rzucił go na ziemię. Afganie nie mogli uwierzyć własnym oczom.
-Kim ty jesteś? Z kim zadarliśmy? Czy to Śiwa zstąpił do nas?
-Nie jestem Śiwą! –Mohandas splunął na ziemię. –Ale jestem z pewnością dalitem!
-Nie! Wybacz nam!
Przerażeni żołnierze padli przed nim na kolana.
Nagle Mohandas usłyszał znajomy mu dźwięk; osuwanie się skały i chwilę później plusk. Natychmiast zrozumiał: Akmitsara i Sharma wpadli do rzeki, jednej z odnóg świętego Gangesu. Spuścił wzrok.
-Rozdzieliliście mnie z żoną i przyjacielem… Zapłacicie za to w imię Śiwy!
Po tych słowach podniósł swój miecz i ściął głowy dziewięciu z nich. Tylko jednego pozostawił przy życiu.
-Podnieś się tchórzu! –ryknął do kulącego się u jego stóp żołnierza, który trząsł się ze strachu. –Masz misję! Dziękuj Durdze za moją łaskę! Idź teraz do swego pana i powiedz mu, że miejsce plugawych afganów jest tam, gdzie ich Wisznu stworzył i nigdzie indziej! Twój pan zapłaci za swe zbrodnie głową! Jam jest Isvara i sam mu to udowodnię!
Gdy Mohandas zamilkł, sługa cicho odrzekł:
-Tak panie… Przekażę memu władcy, to coś mi panie nakazał! Isvara! Dalit!
-Idź teraz! –zagrzmiał władca.
Gdy żołnierz zniknął w zaroślach, Mohandas podał rękę sługom. Zobaczył jednak tylko Tyoie.
-Gdzie jest, Panjhabti? –zapytał książę, choć znał już odpowiedź.
-On… Spadł panie… Nie wytrzymał i puścił się… Usłyszałam jeszcze tylko krzyk księżnej Akmitsary!
Mohandas wyprostował się i spojrzał w wody rzeki. Nie poruszył się również wtedy, gdy Tyoie zobaczyła zwłoki żołnierzy i wydała z siebie głośny wrzask.

Akmitsara wpadła do wody; czuła rękę Sharmy, chwyciła go za nią na sekundę przed upadkiem do lodowatej toni. Prawie od razu dotknęli dna, prąd porwał ich dalej.
Nagle zimna, czysta woda zmieniła się w ciepłą i brudną, jednak Akmitsara wciąż czuła rękę Sharmy. Otworzyła oczy i natychmiast pożałowała tego czynu –w oczy nawpadało jej pełno zarazków i śmieci. Zanim je jednak zamknęła, zdążyła ujrzeć jeszcze twarz Mohandasa –niewyraźną, ale na pewno jego. Chciała wypłynąć, lecz mąż ją przytrzymał. Zmusiła się do ponownego otworzenia oczu i zobaczyła, jak Mohandas wskazuje na powierzchnię, więc spojrzała tam. Zobaczyła blade świetlne okręgi i zarys łodzi. Spojrzała znów na męża i dopiero teraz spostrzegła, że trzyma coś w ręku. Widziała tylko zarys, lecz pomyślała, że to człowiek, sama nie wiedząc, czemu. Odpłynęli w bok, w mroczną toń zatoki Causeway Bay.

* 21 *

Spadająca gwiazda przeleciała po masce wiśniowego sedna, w którym Miyazaki i Thornton wracali na komisariat. Prawie wyschli, ale to i tak nie miało dla nich żadnego znaczenia. Liczyły się inne sprawy. Podsumowania, plusy i minusy dzisiejszej akcji. Plusem był fakt, że do śmierci Nassiena nie dopuścili, ale resztę szlag trafił. Zginął bogu ducha winny kelner, jeden z nurków poszukujących ciał zabójców zaginął(ciał oczywiście nie odnaleziono), zdemolowali jedną z najbardziej znanych restauracji w mieście, zrujnowali połowę Typhoon Shelter i zniszczyli motorówkę. Miyazaki spojrzał za okno, by zebrać myśli. Zamierzał od razu pojechać do szpitala, gdzie leżała pani Nassien, która została postrzelona w ramię przez zabójcę, wcześniej jednak musieli odwiedzić komendanta Zaoizuihanga, gdyż ten chciał się czegoś dowiedzieć o wydarzeniach wieczora.
Gdy pięć minut później przekroczyli próg jego gabinetu, spodziewali się gniewu i rozsierdzenia, ale zobaczyli spokojnego, starszego faceta siedzącego w swoim obszernym fotelu. Skinęli mu głowami, no, co on odpowiedział tym samym. Miyazaki zmrużył nieco oczy.
-Panie komendancie… -zaczął nieśmiałe Miyazaki.
Komendant Zaoizuihang uciszył go ręką.
-Zachowaj ciszę ze swej strony Akira… Docierały do mnie tylko strzępy informacji, ale to nie jest istotne, w tej chwili. Wiem jednak tyle, że za zawalenie tej misji, powinniście obaj wylecieć, ale nie wy jedni zjebaliście –mówił głosem spokojnym i cichym. –Parę innych oddziałów także zawaliło, więc musiałbym zwolnić połowę policjantów tego miasta… Oczywiście nie mogę tego zrobić, sami się domyślcie dlaczego…
Miyazaki i Thornton stali w milczeniu, słuchając z uwagą słów przełożonego.
-Teraz TO macie. Oficjalnie mianuję sprawę „Rzeźników” sprawą priorytetową. Mam tutaj specjalny dokument, który podpisałem już. Moi ludzie rozsyłają tę informację po całym mieście, co oznacza, że w wypadku nieudzielania wam natychmiastowej pomocy w potrzebie, wszczęte zostanie dochodzenie, a sprawca zostanie postawiony przed komisją dyscyplinarną…
Miyazaki chrząknął, bo przypomniał sobie o własnej komisji, z powodu nadużycia.
-Ta dzisiejsza akcja, to prawdziwy blamaż dla policji, ale wiem, że jesteście blisko, prawda? Dlatego mogę nadstawiać za was głowę, bo wiem że wam się uda… mylę się?
Partnerzy niemal równocześnie przeanalizowali w umysłach swoje informacje. Wynikało z nich, że nie mają nic.
-Oczywiście panie komendancie… -odrzekł Miyazaki.
-To dobrze…
Komendant rozciągnął się na swoim fotelu; najwyraźniej skończył swój wywód. Jednak wyraz jego twarzy oznaczał, że nie uwierzył w zapewnienia podkomisarza z Japonii. Ale kogo to obchodziło w tej chwili? Na pewno nie obecnych w tym pokoju…
Ściskał jej rękę, podpiętą do kroplówki dostarczającą do żył wyczekiwaną krew. Wielki boss mafijny siedział skulony przy łóżku żony i wpatrywał się w jej nieprzytomną, bladą twarz. Nie licząc miarowego pikania respiratora, w pomieszczeniu panowała zupełna cisza.
Dwaj policjanci weszli bezszelestnie i patrzyli w milczeniu na tę scenę. Nassien najwyraźniej ich nie zauważył, ale lekko drgnął gdy drzwi zamknęły się za nimi.
-Panie Nassien… jesteśmy z policji Hong Kongu…
-Wiem o tym –odrzekł nie odrywając wzroku od kobiety na łóżku.
-Musimy porozmawiać…
-Nie teraz.
-Właśnie teraz –głos Miyazakiego błyskawicznie stracił delikatną barwę i przeszedł do oficjalnego grzmienia.
Nassien podniósł głowę i zmierzył detektywów zimnym spojrzeniem.
-Chodzi wam o mnie?
-Nie. Nam nie… -dodał po krótkiej chwili.
Mafioso uniósł brwi w pytającym geście.
-Proszę nie udawać! Wiemy o wszystkim, a teraz próbujemy między innymi uratować pańskie życie!
-Jak? –wycedził Nassien.
-Możemy porozmawiać na zewnątrz?
Nassien po chwili zadumy podniósł się i wyszli na korytarz. Gdy się wyprostował, policjanci zobaczyli, ze jest wysokim lecz otyłym człowiekiem, z siwymi włosami, taki typowy prawnik z klasą –tyle, że Nassien był bezlitosnym szefem mafii.
-Kto chciał mnie zabić?
-Nieważne, nie chcemy nagonki na zabójcę, bo to tylko pogorszy sprawę…
-No to czego chcecie?
-Pan nam powie, dlaczego jest pan celem i kto chciałby zabić „trójkę chrzestną”?
-Nie mam pojęcia! Może ktoś chce przejąć moje interesy? –zasugerował tonem, wskazującym, że każdy by się tego domyślił. –I co to jest „trójka chrzestna”?
-Czy pan wie, że mamy na tyle dowodów, że możemy pana zamknąć jeszcze dzisiaj?
-O! a czy pan wie, że mam immunitet dyplomatyczny i może mi pan co najwyżej pokazać odznakę?
Miyazaki nie spuszczał jednak z tonu:
-No to inaczej: jeżeli nam pan nie pomoże, to w przeciągu paru dni ci których dzisiaj powstrzymaliśmy zrobią to co zrobić mają, czyli zabiją pana! Ale w sumie to dobrze! Na świecie będzie jedną szumowinę mniej!
Nassien zaniemówił, ale tylko na chwilę, jego pokryta licznymi zmarszczkami twarz pozostała niewzruszona.
-Oni mnie nie dopadną! Mam ochronę!
-A w Jumbo też pan miał ochronę?! –rzucił Thornton.
-To nie jest istotne. Musi nam pan pomóc, bo inaczej ci zabójcy będę grasować dalej i całkowicie bezkarnie! Tylko my możemy ich zatrzymać! Nie chce pan pomścić żony?!
-Ja chcę, ale to nie jest wasza rzecz.
-Możemy sobie pomóc! Dlaczego jest pan tak ślepy?
-Jestem człowiekiem który ma władzę…
-…tak jak pozostali?
-…i potrafię tę władzę wykorzystać. Zabójcy zostaną ujęci, ale nie przez policję!
-Dobrze. Nie będziemy tracić czasu. Pytam o to tylko z obowiązku: czy chce pan ochronę policyjną?
Nassien pokręcił głową.
-Tak też sądziłem. Żegnam pana. Już się raczej nie spotkamy… pozdrowienia dla żony.
-Dziękuję. Również nie przewiduję ponownego spotkania.
-Cieszę się, że chociaż w jednym się zgadzamy –Miyazaki wyciągnął rękę.
-Tak –Nassien uścisnął jego dłoń.

* 22 *

Na twarzy Akmitsary współgrały ze sobą obrzydzenie i upojenie, tworząc niezwykły kontrast.
-Zachowujemy się jak istoty pierwotne… -narzekała pomiędzy kolejnymi łykami krwi.
-To nie nasza wina kochanie. Sytuacja jest wyjątkowa.
-Wiem, ale to nie znaczy, że musi mi się to podobać…
Mohandas skinął aprobująco głową.
-A nie sądzisz, że siedzenie tu jest ryzykowne?
-A gdzie mieliśmy pójść? Poza tym podobno lubimy ryzyko…
-No dobrze, ale bez przesady… jesteśmy w matni. Szuka nas policja całego Hong Kongu, pracujemy dla jakiegoś gościa imieniem Kaifeng… To jest żenujące. Dla nas, założyliśmy tak znamienity ród…
Mohandas milczał. Wiedział, że jego żona jest po prostu rozdrażniona, bo nigdy nie przepadała za spijaniem krwi prosto z żył, a teraz to właśnie musiała robić. Akmitsara również mimo woli ugodziła w słabą stronę Mohandasa, w ranę, która powstała wiele lat temu, której stan się tylko pogorszył przez pracę dla Kaifenga. Była to duma.
Nagle Akmitsara zamilkła napotykając wymowny wzrok Mohandasa. Przyzwyczaiła się już do spojrzenia swego męża; zawsze wyniosłe i srogie, przenikliwe i pewne, badało ją już od prawie ośmiu wieków.
Niewielka barka kołysała się na falach. Łódź była opuszczona i zaniedbana, ale cumowała w bezpiecznej odległości od miejsca w którym policja i straż przybrzeżna poszukiwały ich ciał i zaginionego kolegi –nurka. Noc była względnie spokojna i cicha.
Ciało nurka leżało bez ducha na ziemi obok państwa Jinnah, miało porozszarpywane tętnice na szyi i rękach. Dookoła czerniała obfita plama krwi wciekająca powoli pomiędzy deski łodzi.
-Musimy wrócić do hotelu…
-Wiem –odrzekł Mohandas, a jego oczy momentalnie rozświetliły małe płomyki podniecenia i chłopięcego zapału. –Mam plan jak to zrobić!
Nie mogli tak po prostu wejść do hotelu; ich poszarpane, ponadpalane ubrania i uszkodzenia ciała(liczne postrzały i poparzenia), raczej wyglądały jak charakteryzacja z jakiegoś horroru, lub balu przebierańców, więc…
Minęła kolejna godzina, i zwłoki nurka skręcone pustką w żyłach zostały porzucone na barce. Akmitsara i Mohandas przy użyciu jednej z małych, starych łódek, dotarli do brzegu. Tam, na obszernym parkingu jednego z hoteli, znaleźli srebrnego mercedesa i obsłużyli się sami(Mohandas już za pierwszych samochodów z elektronicznym zapłonem opanował sztukę odpalania na „kabel”) i pojechali do Wao –Lien. Mohandas spokojnie wjechał w boczną uliczkę, zaraz obok hotelu.
-Dobrze. Jesteśmy na miejscu…
Akmitsara rozejrzała się pytająco.
-Widzisz te gargulce na naszym piętrze?
W odpowiedzi skinęła głową.
-Idziemy.
-Ale kochanie, te gargulce są na drugim piętrze!
Hinduski król skarcił żonę spojrzeniem, po czym wyciągnął z tylnej kieszeni coś, co wyglądało jak masywny rewolwer, a okazało się być małą wyrzutnią harpunów. Wycelował w kamienne rzeźby przedstawiające popiersia francuskich króli, milcząco wpatrujące się w rzeczywistość. Ponure oblicza figur nie zdawały się dziękować swemu twórcy za wieczne życie, jakim ich obdarował, wykuwając ich wizerunki na potrzeby hotelu Wao –Lien. Przeciwnie, stawiając krok dalej w wyobraźni, można się doszukać smutku i głębokiego żalu na twarzach posągów, można rozpocząć rozważania, czy rzeźbiarz tak a nie inaczej kreując, modulując kawały marmuru, jakim dysponował, pragnął pokazać potencjalnym widzom projektu smutną rzeczywistość, czy jeszcze gorszą, konkluzję[spóźnioną niestety] francuskich króli, którzy nierzadko po ogłoszeniu swych decyzji żałowali ich z całego serca, pragnąc ucieczki, która była blisko. Awaryjne wyjście, które zawsze było blisko, bliżej niż przypuszczali. Oni mieli możliwość wyboru. Jednak nie wszyscy na ziemi otrzymali od stwórcy taki dar,[który wielu błędnie uważa za przekleństwo]. Niektórzy byli po prostu skazani na życie. Właśnie o tym myślała Akmitsara podczas wielu, wielu bezsennych nocy.
-Wziąłeś to ze sobą?
-Owszem. Zawsze to biorę…słusznie jak widać…
-Nie przeczę.
-Tylko samochodu się trzeba pozbyć…
-Później.
-W porządku –rzekł Mohandas i nacisnął spust czarnego przedmiotu. Cicho wystrzelił hak na metalowej lince, który zaraz potem poszybował w kierunku jednego z goblinów. Ostrze zaczepiło się o kamienny pysk potwora i nie puściło, gdy Mohandas lekko szarpnął. –Do góry!
-Czy to ma automatyczną wciągarkę?
-Nie, ale większy model –owszem.
Po minucie intensywnej wspinaczki, para znalazła się we własnym pokoju.
-Chyba mam instynkt; zostawiła przed wyjściem otwarte okno.
Mohandas pocałował ją w szyję, jakby nagradzając jej niezaplanowane działanie.
Zegary w całym mieście wybijały właśnie, 4:30 gdy Mohandas wkroczył do pokoju.
-Dobra. Samochód jest daleko stąd –rzekł.
-To dobrze. Chociaż jedna rzecz się dzisiaj udała… -dodała po chwili nieśmiałym tonem.
-No właśnie… tylko to…
Akmitsara, która leżała już w łóżku, wstała i podeszła do męża. Była jak zawsze naga. Akmitsara nienawidziła bielizny i wszelkich koszul nocnych, toteż każdą noc spędzała odziana tylko w elektryzujące powietrze wokół niej.
-Zawiedliśmy. Zawiedliśmy na całej linii… -powiedział cicho Mohandas, każde słowo wypowiadając spokojnie i powoli.
-Komu pisana jest śmierć, ten umrze niechybnie…
-To prawda, lecz mimo to splamiliśmy się…
-Każdemu się zdarza. Najważniejsze to naprawić błąd, porażkę obrócić w sukces…
-Tak. Jak się czujesz?
Mohandas zmienił temat celowo, o czym Akmitsara wiedziała, najlepszym na to dowodem był idiotyzm pytania, jakie Mohandas jej zadał; „jak się czujesz”! Tak jakby była delikatną dziewczyną, która może zginąć od ugryzienia komara lub przestrzelenia serca.
-Dobrze. Do jutra nie będzie śladu.
Mohandas uniósł brwi wodząc po jej ranach na piersiach. Zawsze to robił. Za każdym razem, gdy tylko jego żona została zraniona; wieczorem oglądał i dotykał jej ran, niczym uleczający dotykiem kaznodzieja. Ona to lubiła, uwielbiała nawet. Istotą przedziwnej, niepowtarzalnej perwersji było to, że zawsze traktowali ten gest jako grę wstępną. To, co następowało później, można było porównać tylko do namiętnej miłości bogów greckiej mitologii. Ponownie powietrze w ich pokoju zdawało się być naładowane tajemniczą energią, rozrywającą wszystko w koło na atomy, aby po chwili przywrócić temu pierwotny kształt.
Człowiekowi, który do przeżycia ma „standardową” dawkę życia, może się wydawać, że dla kogoś, kto bawi na tym świecie niezmiennie od ośmiu setek lat, każda godzina jest tylko nanosekundą, ale dla Akmitsary i Mohandasa wszystkie razem spędzone minuty są na wagę złota lub diamentów. Wszystkie bez wyjątku.

* 23 *

Aspirant sztabowy Lee Huu –Si omiótł zdenerwowanym spojrzeniem pokój i popchnąwszy drzwi wyszedł na korytarz. W ręku niósł małą, czarną skórzaną teczkę z mosiężną rączką. Wkroczył do windy i pojechał na górę. Tam skierował się do drzwi z ciemnego drewna i zdecydowanie pociągnął klamkę.
-Dzień dobry –rzekła szybkim wytrenowanym głosem sekretarka. Jak się pan nazywa?
-Lee Huu –Si. Jestem aspirantem sztabowym.
-Ah. Tak. Pan komendant pana oczekuje.
-Wiem –mruknął mężczyzna.
Sekretarka wstała.
-Proszę za mną.
Weszli do gabinetu.
-Dzień dobry komendancie Zaoizuihang.
-Witam. O co chodzi?
Komendant wydawał się podenerwowany, ale głos miał spokojny.
-Mam do pana bardzo konkretną sprawę…
Zwierzchnik aspiranta sztabowego uniósł brwi. Huu –Si bez pośpiechu wyciągnął z wewnętrznej kieszeni swoją legitymację policyjną i położył bez słowa na stole.
-Dlaczego pan mi to daje? –zapytał Zaoizuihang nawet nie spoglądając na dokumenty.
-To jest moja rezygnacja.
-Co?! Ależ Lee… rozumiem, że ta sprawa jest dla ciebie bolesna, jeszcze ta śmierć Kana… ale to jeszcze nie powód do takich drastycznych kroków.
-Już postanowiłem.
Aspirant sztabowy postawił walizkę na podłodze i wyjął zza pasa przydziałowego sig sauera serii 220 i położył go na drewnianym biurku.
Komendant pokręcił głową.
-Dam panu urlop. Nie wiem, miesiąc?
-Fakt. Pan mi daje urlop panie komendancie. Dożywotni.
Mężczyźni spojrzeli na siebie. Komendant zrozumiał, że aspirant sztabowy odejdzie dzisiaj i on go nie powstrzyma.
-Skoro tak… -komendant wstał. –Życzę powodzenia.
Podali sobie ręce.
-Dziękuję panie komendancie.
Lee Huu –Si wyszedł.
Na dole spotkał Miyazakiego i Thorntona.
-Cześć Lee. Jak u ciebie? Mam nadzieję, że nie chowasz urazy. Sam wiesz, że musiałem cię odsunąć od tej sprawy. Emocje nigdy nie pomagają.
-Panie sierżancie Thornton! Telefon do pana! –rzucił przez zatłoczony hol oficer dyżurny. Anglik poszedł odebrać.
-Wiem Akira, rozumiem cię w pełni. Mam tylko nadzieję, że złapiecie tych skurczybyków i wyjdziecie z tego żywi.
-Nie ma obawy. Jesteśmy blisko. Nad następną sprawą tego rodzaju, na pewno będziemy pracować w jednym zespole.
-To się nie stanie przyjacielu…
-Czemu? Coś się stało? –Miyazaki nie wiadomo po co rozejrzał się dookoła marszcząc brwi.
-Przed chwilą zdałem odznakę i broń do Zaoizuihanga. Już nie jestem gliną.
Podkomisarz zaniemówił na chwilę. Gdy odzyskał mowę, rzekł tylko:
-Dlaczego?
-Na wszystko przychodzi pora. Tak samo jak wszystko ma swój początek i koniec. Właśnie stoimy na końcu mojej pracy w policji –usłyszał w odpowiedzi.
-Fakt Lee… istotnie tak właśnie jest. Wszystko ma swoje miejsce i czas…
-Ja tego nie wymyśliłem, ale ja to praktykuję, wierzę w to. Ty też zacznij, bo to jest jedna z niewielu niezniszczalnych prawd życiowych.
-Zamierzasz opuścić miasto?
To dziwne pytanie zbiło z tropu byłego aspiranta sztabowego, tym bardziej, że naprawdę zamierzał wyjechać.
-Jeszcze nie wiem. Żegnaj Akira. Powodzenia.
-Dzięki.
-Nie dziękuj –Huu –Si uśmiechnął się i odszedł.
Miyazaki włożył ręce w kieszenie i stał tak patrząc przed siebie i nie widząc niczego poza wspomnieniami. Po chwili doszedł do niego Thornton i zapytał co się stało. Szef odparł mu tylko, że ta sprawa wchłonęła kolejnego policjanta. I to bezpowrotnie.
Tymczasem Lee Huu –Si krocząc ulicą zdał sobie sprawę, że wszedł jako policjant, wyszedł jako bezrobotny cywil. Ale to go nie martwiło, ponieważ właśnie zmierzał do skrzynki depozytowej na dworcu centralnym, w której ukryty był skarb. Skarb czyli prawie dwieście tysięcy dolarów hongkoskich. Taka suma po prostu nie może martwić –pomyślał były policjant i zniknął w tłumie.

* 24 *

Wioska składała się tylko z niskich, skromnych chatek i okazałej,[ale do granic] świątyni ku czci Wisznu. Niewielkie paleniska tworzyły cienkie strużki dymu, który ulatywał do nieco zachmurzonego, szarego nieba. Podniecone szepty mieszały się ze sobą tworząc teatralny gwar. Wścibskie, ciekawskie spojrzenia przecinały powietrze pomiędzy gliniano –kamiennymi domami. Plac przed świątynią był zapełniony znacznie bardziej niż zwykle. Wieśniacy mieli jednak powód. Przy głównym ognisku siedziało dwóch mężczyzn łapczywie pochłaniających przygotowany posiłek. Widoczny przywódca siedział naprzeciw nich, po drugiej stronie ognia; siedział w milczeniu zadowalając się jedynie obserwowaniem na przemian ognia i mężczyzn. Minęło trochę czasu, gdy wreszcie jeden z przybyszów odezwał się. Głos załamywał się od zdenerwowania, ręce drżały lekko, rozbiegany wzrok skakał po zebranych, po całej okolicy by w końcu zatrzymać się na kawałku palącego się drewna. Otworzył usta, zebrany tłum ucichł w przeciągu chwili, przywódca podniósł lekko głowę i zmrużył nieco oczy.
-Bhutto! Bhutto! –zawył żałośnie brudny mężczyzna.
-Mów spokojnie. My nie spieszymy się nigdzie teraz.
-Widziałem; widzieliśmy dzieło zniszczenia! Ofiary gniewu bogini Kali!
Mężczyzna krzyczał z sobie tylko znanego powodu. Przywódca wioski, Bhutto, bo tak najwyraźniej nazywał się ten stary mędrzec słuchał nie okazując emocji.
-Wiele ciał… Okaleczonych we wszelaki sposób –ciągnął mężczyzna, który trochę ściszył głos, zapewne nawet o tym nie wiedząc. –Najwięcej jednak straciło głowy.
Jakby na dowód swych słów, opowiadający położył sobie na kolanach niewielki worek, który dotychczas spoczywał obok niego. Wiele osób z tłumu zdawało się go wcześniej nie dostrzegać. Mężczyzna włożył rękę do środka i spojrzał prosto na starca.
-Wielki Bhutto! Czy na pewno chcesz poznać zawartość mej torby?
Mędrzec skinął krótko głową, więc młodzieniec wyciągnął z worka rękę, którą trzymał coś lekko jajowatego, kudłatego. Po tłumie przeszedł przerażony szmer. Bhutto jednak nie poruszył się ani trochę na widok ludzkiej głowy, którą dzierżył w ręku jego poddany.
-Rzuć mi ją Miangula –rzekł mędrzec odzywając się po raz pierwszy. Miangula posłusznie przerzucił głowę przez ognisko. Upadła cicho na ziemię obok starca. Ten, spojrzał na nią zaciekawiony, a na jego twarz wystąpił znak uczucia, świadczący o tym, że prawie bezzębny starzec ma jeszcze coś poza lewym płucem w piersi. Był to bez wątpienia grymas nienawiści, który przepłynął po twarzy mędrca jak statek po wzburzonym morzu.
-To afgan… Plugawe ścierwo.
Chwycił znalezisko za włosy i wrzucił w ogień. Rozległo się ciche syczenie, kiedy ogień począł trawić włosy i skórę. W odpowiedzi na pytające spojrzenie młodzieńca Bhutto rzekł:
-To jest nasz święty wróg. Istota słusznie znienawidzona. Jednak nie możemy ryzykować, że jego ziomkowie widząc tę głowę zemszczą się na nas. Ile było tych ciał? Wskaż też miejsce gdzie to znaleźliście.
Miangula skinął głową. Widać było, iż zdenerwowanie odeszło.
-Piętnaście ciał. Jeden z nich był jednym z nas…
-A, więc niegodziwcy dopadli jakiegoś podróżnika i zabili! Jakie rany nosiło jego ciało?
-Roztrzaskana głowa. Wszystkich znaleźliśmy nad Khattakiem, na skałach. Nieszczęśnik leżał na dużym kamieniu prawie w rzece. Jeden z afganów miał poszarpany żołądek…
-Tajemnicze… Czemu Kali chciała, aby ludzie z naszej wioski znaleźli ślad jej objawienia? Cieszyć się czy płakać mam…?
Mędrzec jakby skulił się w sobie.
Minęło parę godzin, na wioskę Bhutto spadły pierwsze krople oczekiwanego deszczu.
Sam Bhutto siedział w swoim domu i próbował przejrzeć zamiary boże. Nagle usłyszał czyjeś kroki; po chwili w drzwiach pojawił się mały Khuszal. Na twarzy malowało się podniecenie i strach. Starzec westchnął; „Za dużo takich emocji nadeszło. Cóż to za próba?”.
-O co chodzi chłopcze?
-Przybysze! Mężczyzna i kobieta! Proszą o schronienie! Strażnicy nie wiedzą co zrobić! Wołają ciebie o wielki byś ich radą wspomógł. Wysłali mnie, ponieważ szybko biegam, bym prędko cię zawiadomił!
Bhutto uśmiechnął się w duchu. Ostatnie zdanie wypowiedziane przez chłopca było zbędne, lecz młodzik chciał się popisać przed swym doczesnym władcą.
-Dziękuję ci Khuszalu! Godny jesteś błogosławieństwa Kryszny –lekko dotknął jego czoła, zatrzymał palec pomiędzy jego oczami, zaraz ponad nosem, gdzie wbił swój stary, pomarszczony palec w skórę chłopaka. –Prowadź mnie do przybyszów! Nie lękajmy się nowego.
Wyszli z chaty na nasilający się deszcz. Po paru minutach chodu przez opustoszałą wioskę, dotarli do niewielkiej grupy ludzi, którzy powoli wyłaniali się z mroku. Goście mieli na sobie długie peleryny z jakiegoś szmacianego materiału[i tak o klasę lepszego niż to czym dysponowali ludzie w wiosce]. Twarze zasłonięte przez obszerne kaptury dopełniały tajemniczości tych postaci. Choć oczy Bhutto były już stare i powoli poddawały się katarakcie, to jednak spostrzegawczy mędrzec zauważył kształt masywnego miecza odbity na mokrym stroju mężczyzny.
-Witam przybysze! Kimże jesteście i co wam nakazuje podróżowanie po tych niebezpiecznych puszczach? Posłannictwo boskie…
Mężczyzna zdjął kaptur, oczom zebranych ukazała się twarz młodego, przystojnego hindusa. Bystre, niesamowicie niebieskie oczy leniwie przesunęły się po strażnikach i zatrzymały na twarzy starca.
-…czy może niegodziwi najeźdźcy nakazali wam ucieczkę? –dokończył z uśmiechem na widok rodaków Bhutto.
-Pozdrawiam was mieszkańcy tej wioski! Podążamy za znakami Wisznu.
Bhutto uniósł brwi. Nie spodziewał się aż tak bezpośredniej odpowiedzi.
-Rozumiem…
-Widzę, że zanosi się na potężną burzę. Chciałbym prosić o pozwolenie pozostania tutaj chociaż do jutra.
-Nie widzę w was wrogich afganów, ani ich szpiegów… Pójdźmy więc do mojego domu, porozmawiamy w spokoju.
Mohandas skinął głową, wiedział, że stary człowiek pragnie się czegoś o nim dowiedzieć. Nie pozna prawdy. Nie może.
Gdy parę naście minut później siedzieli w trójkę przy stole w domu Bhutta, po dostaniu posiłku, przybysz rozpoczął swą opowieść.
-Ja i moja żona jesteśmy kupcami z Jinnaharl. Podążamy na północ, do Mathury…
Mędrzec skinął głową. Mohandas mógłby przysiąc, że nigdy nie słyszał o mieście Mathur, choć na dworze w Jinnaharl jak i we wszystkich innych miastach różnych prowincji, było to miasto szeroko znane. To jednak jest tylko zwykła, mała wioska.
-Podróżowaliśmy w większym gronie, lecz zostaliśmy napadnięci i rozdzieleni.
Bhutto poczuł niemiłe ukłucie w żołądku. Podejrzewał, że martwy hindus znad rzeki Khattak należał do tej wyprawy.
-To zła wiadomość. Te lasy są bardzo niebezpieczne, zwłaszcza teraz pod panowaniem tych parszywych afganów. Czy podróżowałeś z przyjaciółmi?
-Tak –odpowiedział krótko niebieskooki.
Bhutto po raz kolejny skinął głową. Nie wiedział czy powinien powiedzieć tej parze o dzisiejszym odkryciu zwiadowców. Ostatecznie uznał, że bogowie dadzą mu jakiś znak, jeżeli przybyszom będzie dane poznać tę historię. Na razie postanowił zachować milczenie.
Nagle, nad ich głowami rozległ się silny grzmot. Pojedyncze krople zdążyły się już przemienić w potężną ulewę, która teraz ukazywała swą nieprzebraną potęgę wszystkim pretendentom do boskości w promieniu stu pięćdziesięciu kilometrów.

* 25 *

-Tak, proszę. Tu sierżant Thornton.
-Dzień dobry! Nazywam się Kenneth Peasley i jestem notariuszem…
Głos w słuchawce był zniekształcony, ale Thornton i tak od razu rozpoznał angielski akcent.
-I, o co chodzi? –zapytał spokojnie policjant.
-Jednym z moich klientów jest, a raczej była Abigail Thornton –Hugh zmarszczył brwi. Jego ciotka, co z nią? –Czy jest pan bratankiem pani Abigail Thornton?
-Owszem, ale co z nią? Coś się stało?
Właściwie notariusz powiedział wszystko, ale do młodego sierżanta to jakby nie docierało.
-Niestety, pani Thornton zmarła w dniu wczorajszym… Składam panu najszczersze kondolencje.
Głos Peasley’a był spokojny, wyzuty z jakikolwiek uczuć. Tekst wyrecytowany już wielokrotnie.
-Ale, co się stało?!
-Pani Thornton miał raka okrężnicy… nie wiedział pan?
-Raka? Jak to? Od kiedy?
-Wykryto go u niej niecały rok temu. Nie poinformowała pana?
-A jak pan myśli?
Hugh poczuł łzę na policzku.
-Kiedy pogrzeb? –zapytał, starając się, aby głos mu się nie załamał.
-Jutro. Czy ma pan zamiar przyjechać?
-Tak… oczywiście!
-Znakomicie. Wtedy porozmawiamy… Pogrzeb odbędzie się w Londynie.
-Jeszcze dziś tam będę. Spotkamy się na Heathrow.
-Oczywiście. Jeszcze zadzwonię…
Thornton odłożył słuchawkę i wrócił do szefa.
-Co się stało z Huu –Si?
-Ta sprawa właśnie wchłonęła kolejnego policjanta… -odparł zamyślony japończyk.
Thornton zmarszczył brwi, chociaż tak naprawdę informacja przeleciała mu przez głowę nie zatrzymując się ani chwili. Zebrał się w sobie, lecz chyba trochę za późno, bo Miyazaki już patrzył na niego podejrzliwie.
-Co się stało? Czego się dowiedziałeś tym telefonem?
-Niczego do sprawy… to sprawy osobiste…
Teraz Miyazaki zmarszczył brwi, ale z pełnym zainteresowaniem.
-Możesz mi powiedzieć co się stało, czy wolisz to zachować dla siebie?
Thornton spojrzał na niego pustym wzrokiem.
-Wczoraj zmarła moja jedyna rodzina… -wybełkotał.
-Jak to?
-To była siostra mojego ojca… mieszkała w Anglii. Zmarła na raka okrężnicy… to była moja ostatnia krewniaczka… nikogo już nie ma… muszę mieć bilet do Anglii…
Miyazaki słuchał tych porozrywanych strzępów zdań z uwagą, składając je w logiczną całość.
-Kiedy pogrzeb? –spytał najdelikatniejszym głosem na jaki było go stać.
-Jutro. Jeszcze dziś wylatuję.
Ostatnie zdanie wypowiedział już sucho, bez emocji. Wyciągnął telefon z kieszeni i zobaczył czysty ekranik.
-Kurwa –krótko podsumował wyładowany aparat.
Miyazaki już trzymał w dłoni swoją komórkę.
-Które linie?
-British Airways oczywiście –odparł Anglik i uśmiechnął się nerwowo.

Dwie godziny później w niewielkim mieszkaniu sierżanta urządzonym w brytyjskim, nieco bałaganiarskim, ale za to bardzo przytulnym stylu, Thornton zapinał właśnie błyskawiczny zamek w swojej zapakowanej torbie podróżnej.
-Ale co ze sprawą? –zapytał przyglądającemu mu się podkomisarza.
-Hugh… rozumiem, że wysoko się cenisz, ale sądzę, że twoja dwudniowa absencja nie zawali całkowicie tej sprawy…
Thornton spłonął nieoczekiwanym rumieńcem.
-Rzeczywiście. Przepraszam pana… Rzeczywiście chyba pan sobie poradzi beze mnie…
-Raczej –odrzekł japończyk i uśmiechnął się.
Prawda była jednak taka, że podkomisarz istotnie obawiał się nieobecności swego partnera, bo przez ten wspólnie przepracowany czas[nie tylko nad tą sprawą], przekonał się, że pomoc młodego Anglika jest mu bardzo potrzebna, jeżeli nawet nie niezbędna. Ale duma podkomisarza nie pozwalała mu tego przyznać.
-Pojutrze na pewno będę z powrotem. Uporządkuję jej sprawy i wracam.
-Wiem. Mówiłeś mi to już ze dwa razy przez ostatnią godzinę.
-Przepraszam… ta cała sytuacja wybiła mnie z równowagi.
-Wiem o tym. Spokojnie, ja to rozumiem.
Thornton uśmiechnął się dziękując za zrozumienie.

Kolejną godzinę później Miyazaki stał samotnie w głównym portalu Międzynarodowego Lotniska w Hong Kongu patrząc na odlatujące samoloty. Nie wiedział w którym siedzi jego partner, ale mimo to patrzył i dochodził właśnie do pesymistycznego wniosku, że z każdą chwilą jest coraz bardziej osamotniony w prowadzeniu tej sprawy, zupełnie tak, jakby wszystkie moce świata sprzysiężyły się przeciwko niemu.
Nagle poczuł wibrowanie swojego telefonu. Odebrał i usłyszał coś co jednocześnie ucieszyło i zasmuciło.
-Panie podkomisarzu! Właśnie się dowiedziałem, że żona Nassiena dostała przed chwilą wypiskę ze szpitala, oboje zbierają się do powrotu do domu!
-Świetnie –skomentował Miyazaki, sam nie wiedząc dokładnie o co mu chodzi i ruszył do własnego samochodu wydając jednocześnie polecenia podwładnemu.

* 26 *

Tylna szyba ciemno niebieskiego radiowozu marki ford rozpadła się w tysiące kawałków. Pociski wypluwane z karabinu FN FAL z prędkością błyskawicy podziurawiły także przednią szybę forda. Tymczasem kierowca już wyciągając przed siebie dwa desert eagle w drugą stronę i miarowo, szybko naciskał na przemian spusty. O ile pociski kierowane w radiowóz miały tylko dać zasłonę ogniową, to te niszczące właśnie przód czarnego lexusa służyły do zadania śmierci. Jako, że biała mazda, w której siedzieli zamachowcy wjechała w konwój złożony z dwóch radiowozów i helikoptera osłaniających właśnie tego czarnego lexusa, trafiła dokładnie tam gdzie chciała: pomiędzy pierwszy radiowóz i cel, to teraz zderzak limuzyny był boleśnie wbity w lewy przedni błotnik mazdy, co spowodowało otwarcie się wszechobecnych poduszek powietrznych w lexusie. Jednak w tej sytuacji, zawsze niezawodne airbagi nie pomogły właścicielom ani trochę. No, bo cóż zdziała cienka poszewka z lateksu przeciwko najcięższemu z możliwych naboi magnum? Więc pociski przebijały bezlitośnie ciała Sakimte i Himonoki Nassienów. Wyznaczały aż nadto wyraźne granice pomiędzy kolejnymi organami, czasem te organy rozrywając na kawałki. Gdy ostatni magnum w magazynku zmienił adres i przeniósł się wprost w twarz konającego Nassiena, także mazdę przeszyły kule. To policjanci wreszcie doszli do siebie i teraz próbowali nadrobić straty. Ponadto okazało się, że snajperzy ze śmigłowca wypróżniają swe magazynki na dachu białej mazdy. Mohandas niecierpliwym ruchem wrzucił pistolety z powrotem do samochodu, chwycił małą kulkę wielkości piłki tenisowej i cisnął do podziurawionego lexusa. Wtedy wrzucił wsteczny i mocno już zdezelowany pojazd wysunął się ze strefy śmierci. Teraz pędził tyłem w Lockhart Road, policjanci zostali przy wrakach i ostrzeliwywali ich. Nagle z wnętrza lexusa wyskoczył wielki jęzor ognia zalewając policjantów, a całego lexusa podrzucając lekko do góry i rozsadzając na kawałki.
-Dobrze, że jest dość późno… przynajmniej nie ma ruchu –rzekł Mohandas wymijając tyłem kolejne pojazdy na ulicy.
Śmigłowiec zaprzestał też ostrzału, ponieważ na drodze było za dużo potencjalnych ofiar. Leciał tylko nad nimi, bez wątpienia ściągając naziemnie posiłki.
Akmitsara spojrzała przed siebie. Zobaczyła radiowóz, który przedarł się bez większych kłopotów przez płomienie buchające z resztek lexusa.
-Jadą… -poinformowała.
Nacisnęła przycisk i z jej karabinu wyleciał prawie pusty magazynek. Jednym ruchem ręki włożyła nowy.
-Wiesz co? Przesiadka! –rzucił Mohandas wesoło, po czym wjechał na przeciwległy pas ruchu i zatrzymał rozsypującą się mazdę zaraz przed szpanerskim mercedesem klasy s. Szybko przesiedli się. Dotychczasowy właściciel mercedesa nie potrzebował wiele żeby odstąpić im auto. Wystarczył widok broni i policji. Mohandas znowu usiadł za kółkiem i sprawnie nawrócił i teraz jechał już zgodnie z ruchem. Szybko jednak skręcił w jedną z przecznic, helikopter za nimi.
-Cholera! Przy nim to się nigdy nie urwiemy!
-Wiem… -skomentowała krótko Akmitsara, po czym wychyliła się przez okno, chwyciła mocniej karabin, szybko wycelowała i nacisnęła spust. Jednak zaledwie parę kul trafiło do celu. Karabin FN FAL miał wiele zalet, ale miał również wady; jedną z nich był duży odrzut przy strzale. Sytuacja też nie pomagała. Następnym razem Akmitsara zaparła się w obszernych drzwiach luksusowego sedana i naciskała spust tak długo, aż nie osiągnęła celu. A celem był widok śmigłowca z podziurawioną kabiną i krwią załogi wylewającą się ze środka wprost na rozgrzany asfalt. Osiągnęła to. Helikopter nagle jakby zmienił kurs i skręcił w lewo, prosto na siedzibę jednego z towarzystw ubezpieczeniowych. Maszyna wbiła się bokiem, skrzydła cięły hartowane szkło, jak nóż ciasto. Śmigłowiec zaczął spadać obracając się w powietrzu, by w końcu wbić do ziemi kabinę i stanąć na ułamek sekundy bokiem i przemienić na ten czas rozłamujący się wirnik w maszynę zniszczenia. Ogon złamał się w konfrontacji z betonową oprawą parteru budynku. Wszystko w promieniu dwudziestu metrów zostało zalane przez benzynę. Tymczasem śmigła, wycinając na ulicy nieregularny, niezmywalny tatuaż, tnąc zaparkowane samochody na plasterki wywołały przy okazji wielki pokaz ogni sztucznych tworzących się z iskier, które wszędzie migotały materializując się w każdym calu sześciennym tego fragmentu ulicy. To było aż za wiele. Ledwie maszyna opadła na dach przygniatając i łamiąc swoje płaty nastąpiła jedyna w swoim rodzaju reakcja: ognia z benzyną. Rozległ się wielki huk, jakby wrzask tysiąca potępionych dusz. Akmitsara obróciła się za siebie chcąc zobaczyć swoje dzieło, lecz zobaczyła tylko orgię godną samego szatana. Za nimi, na wysokość około trzech pięter stała ściana ognia; ledwie można było dostrzec jakiś kształt, który uniósł się na wysokość pierwszego piętra. Kształt ten dzielił się na mniejsze kształty. Akmitsara wiedziała, że to helikopter, ale równie dobrze mógłby być to zarys króla piekieł, co byłoby bardzo na miejscu; Akmitsara dokonała niełatwej sztuki: stworzyła prawdziwe piekło na ziemi. Dokładnie takie jak w „Boskiej komedii” Dantego. Ogień starał się ich doścignąć wygasając jednocześnie. Dopadł jednak tyłu samochodu, który szybko zmienił się w bezkształtną masę. Mohandas dodał gazu, jego żona obejrzała się jeszcze raz. Tym razem doznała prawdziwego szoku, chociaż sądziła, że przez swoje długie życie widziała już wszystko. Ale tym razem zobaczyła demona, który nie zamierzał im darować wizyty w przywołanym piekle. Dopiero po paru sekundach zorientowała się, że to tylko jakiś samochód, który jakimś cudem przejechał przez ogień z zaledwie płonącą maską i lekko dachem.
-Jakieś niedobitki… -rzekła lekko zdenerwowana. A więc ponownie wysunęła się przez okno i skierowała broń do ścigających.
Nacisnęła spust, nie wiadomo po raz, który tego dnia, ale okazała się za wolna. Albo raczej strzelec zbyt dobry. Był w dokładnie takiej samej pozycji, co Akmitsara i przed chwilą wystrzelił ze swojego przydziałowego sig sauera nabój, który wbił się dziewczynie dokładnie w czoło, brnąc dalej dokładnie pomiędzy dwoma półkulami mózgu i zatrzymując się dopiero u nasady karku. Ale Akmitsara już tego nie czuła. W niespełna sekundę od otrzymania ciosu, świadomość hinduski jakby się wyłączyła. Opadła bez ducha na dół; zawisła na drzwiach mercedesa, broń wypadła jej z rąk i odbiła się z łoskotem po drodze. Mohandas spojrzał na nią zaskoczony i zaniepokojony, lecz w tym momencie nastąpiło coś, czego nie oczekiwała żadna ze stron: kolejna eksplozja. Mercedesa wyrwało do góry i poniosło w bok, wprost na stronę gdzie wisiała Akmitsara. Dopiero po sekundzie, gdy samochód już sunął z rozpędu na boku, Mohandas pojął co się stało: w powietrze wyleciał bak z paliwem do którego dobrały się ognie piekielne. Mohandas tracił przytomność. Za dużo krwi stracił, za dużo ran mu zadano. Jego ostatnią myślą przed zgaśnięciem było: Skoro piekło jest przeciwko nam, to czy służymy potencjalnie miłosiernemu bogu?

* 27 *

Opróżnił jednym łykiem szklankę podwójnej szkockiej siedząc w samolocie i rozmyślając o wydarzeniach ostatnich kilkunastu godzin. Pogrzeb był w miarę kameralny, przyszło tylko jakieś dwadzieścia osób. Gdyby nie to, że wszystkie kanały informacyjne na całym świecie bębniły tylko o tej wczorajszej jatce w Hong Kongu, zapewne zacząłby się zastanawiać, czy jego ciotka miała tylko tyle znajomych. Może się kompletnie odizolowała od ludzi? Ale to traciło znaczenie. Tak samo jak spadek, który przypadł policjantowi, czyli niewielka posiadłość w pobliżu Brentwood, ledwie pół godziny drogi od Londynu oraz pięćset tysięcy funtów szterlingów. Hugh Thornton o tym nie myślał. Myślał o swojej pracy. Pracy, którą opuścił zaledwie na jedną dobę, ale to wystarczyło jego szefowi do zdemolowania połowy Hong Kongu, trafienia do szpitala i co ważniejsze uśmiercenia poszukiwanych morderców i tym samym zamknięcia prowadzonej sprawy. Opinia publiczna szybko podzieliła się na dwie grupy: zwolenników takiej strategii policji rodem z amerykańskich filmów i tę konserwatywną, uważającą takie zniszczenia i ofiary za niepotrzebne. Hugh nie wiedział, co myśleć. Widział w BBC reportaż z miejsca zdarzenia, widział krajobraz jak po wojnie, jakimś zamachu terrorystycznym autorstwa Al. –Quaidy albo innego ugrupowania. Ulice w ogniu, wszędzie płonące wraki samochodów, ze śmigłowca nie zostało prawie nic, prawie cała elewacja budynku WIoHK została obrócona w puch. Wiadomości także bezlitośnie podawały potencjalną liczbę ofiar, która wahała się od dwunastu osób do dwudziestu. Oczywiście media całą odpowiedzialność za ten Sajgon zrzuciły na policję, może słusznie? Młody sierżant starał się powstrzymać od komentarzy do czasu rozmowy z Miyazakim.
Samolot wylądował lekko na pasie. Po paru minutach Thornton siedział już w taksówce, którą skierował wprost do głównego szpitala w mieście. Tam na jednym z oddziałów leżał podkomisarz Miyazaki. Miał osobną salę, otoczoną przez zgraję dziennikarzy i chronioną jednocześnie przez dwóch funkcjonariuszy. Anglik przecisnął się przez tłum, machnął blachą i wszedł do środka. Japończyk leżał na łóżku z potężnym opatrunkiem na prawym ramieniu. Do rąk miał pociągnięte przezroczyste rurki, bez wątpienia kroplówki. Z pociętej paroma liniami twarzy biło takie niewiarygodne zmęczenie, że Hugh sam zapragnął usiąść. Przysunął sobie krzesło i spoczął, wlepiając wzrok w przełożonego. Ujrzał mieszaninę smutku i radości. Kontrast. Jak zawsze.
-Witaj Thornton…
-Dzień dobry. Nieźle pan namieszał.
Miyazaki uśmiechnął się.
-Mamy ich. Już się nie wymkną.
-Ale, co się w ogóle stało? W wiadomościach jest tylko o tej rzezi na ulicach.
Miyazaki westchnął głęboko i przeciągle.
-Wiedziałem, że o to zapytasz…
Thornton przemilczał tę uwagę.
-Wiec tak…
Miyazaki wyłożył mu całą historię, mówił długo, głos coraz bardziej mu się zdzierał, ale próbował to zmienić łykami wody. Gdy skończył Thornton zadał tylko jedno pytanie:
-Gdzie są teraz ciała?
-Chyba w kostnicy, ale nie radzę tam iść… są diabelnie zmasakrowane…
-Muszę. Panie podkomisarzu, czy pan w ogóle wie co się dzieje na zewnątrz?
Głos Miyazakiego stał się nagle ostry.
-A nie widzisz tego tłumu za drzwiami? Nie wiem ile jest ofiar. Nikt nie chce mi nic powiedzieć. Cały czas tylko dostaję jakieś uspokajające tabletki. O! Ale ty wiesz na pewno wszystko! Mów! –głos i twarz mu się rozjaśniły na tę myśl.
Jednak Anglik nie zamierzał mu nic mówić. Wiedział, że ta izolacja ma służyć zdrowiu szefa, więc on nie będzie przeszkadzał. Dokładnie to powiedział japończykowi.
-Co?! Kurwa mać!! Nie wkurwiaj mnie! Chociaż ty!
Poparł swoje słowa błagalnym spojrzeniem w które wtopił dodatkowo jeszcze swoją wyższość w policji dając do zrozumienia, że jest jego przełożonym. Jednak Thornton oparł się.
-To jest dla pańskiego dobra. Wiem, że to denerwuje, ale tak musi być. Przynajmniej na razie. Teraz pojadę na komendę i do kostnicy.
Miyazaki nic nie odpowiedział. Piorunował jedynie podwładnego wzrokiem, co jednak nie odniosło spodziewanego efektu.
-Do widzenia podkomisarzu. Jeszcze zajrzę tutaj…
-Do widzenia.
Thornton wyszedł, a Miyazaki został sam ze swoimi demonami. Domysłami. Strachami. Zdał sobie sprawę jak wiele oczekiwał po spotkaniu z partnerem. Zrozumiał, że Hugh Thornton jest jego jedynym przyjacielem w tej szarej rzeczywistości. Pytanie czy Anglik odwzajemniał tą przyjaźń, bo jeżeli nie, to japoński podkomisarz jest już całkiem samotny. A to potrafi dołować. I dołuje.

-Nie mam pojęcia co się teraz stanie z Miyazakim –głos kapitana Zaoizuihanga brzmiał sucho, bezosobowo. Oczy miał podkrążone, ale to nie mogło dziwić w obecnej sytuacji.
-Ale ujął zabójców…
-Kosztem postronnych ludzi, miasta… poza tym nie wiem, czy „ujął” jest tu odpowiednim słowem. Był pan już w kostnicy?
-Nie. Dopiero się wybieram.
-Ha! Więc ich pan nie widział. Ciała nie przypominają już ludzi! Raczej poszarpane kukły!
-Przecież to nie była jego wina!
-Sierżancie, podkomisarz Miyazaki dowodził tą akcją! Wiesz chociaż co to za straty? Góra szuka kozła ofiarnego! A Miyazaki ma wysokie stanowisko! Obarczą go! Mnie też, pewnie poleci cały oddział. Cały świat o tym dudni!
-Ale przecież oni zrobili to, co do nich należało! Nie udowodnią mu tego!
-Już udowodnili. A jak nie, to jest to tylko kwestia czasu!
Thornton milczał. Nie mógł znaleźć żadnego argumentu.
-Jest jednak jeszcze jedna szansa…
Hugh Thornton nadstawił uszu by dobrze usłyszeć słowa kapitana…
Wszelkie opisy stanu zwłok pary „Rzeźników z Hong Kongu”, które dotychczas usłyszał Thornton nie były wystarczające. Ciało mężczyzny było podziurawione od pasa w górę. Poza tym pocięte kawałkami szkła. Tam gdzie akurat nie było porozrywane, były sine blizny, po kulach, uderzeniach… wyglądało, jakby ktoś się na nim pastwił przez tydzień, a nie doprowadził do takiego stanu w pięć minut. Prawa ręka była nieomal oderwana od reszty ciała. Wisiała po prostu na jednym ścięgnie i pogruchotanej kości, skóra na przedramieniu nie istniała ukazując zakrwawioną kość przedramienia.
Jednak kobieta[o ile to w ogóle możliwe] była w jeszcze gorszym stanie. Niemal dokładnie pomiędzy oczami była mała dziurka, z krwawą obwódką. Twarzy prawie nie było. W ogóle ¾ ciała zostało jakby starte papierem ściernym. Skóry nie było, albo wisiała na długich płatach gdzieś na bokach. Kości wystające na zewnątrz miały końce wtarte w zmiażdżone mięśnie i stawy. W sumie, to połowa ciała wyglądała jak bezkształtna masa mięsa. Thornton zajął się oglądaniem zachowanej części twarzy. „Ta morderczyni była piękna” –pomyślał sierżant.
-I tak wygląda lepiej niż na miejscu…
Hakata stał za Anglikiem dotychczas zachowując ciszę, lecz teraz, gdy wzrok sierżanta padł na tajemniczą dziurę w środku klatki piersiowej, uznał za stosowne udzielić informacji.
-Była wygięta i wgnieciona pod samochód… kręgosłup wyłamał się pod kątem około 90°…musieliśmy go prostować…
Thornton skrzywił się na myśl o tym.
-Przeprowadził pan już sekcję?
Hakata pokręcił głową.
-Nie dostałem takiego polecenia. Wręcz mi zabroniono to robić.
-Co?! Kto wydał to polecenie?
-Nieważne. Miałem tylko napisać raport z oględzin zwłok, co też zrobiłem. Teraz do piachu…
-A ustaliliście ich tożsamość?
-Skontaktowaliśmy się z rządem indyjskim. Odpowiedź powinna nadejść jeszcze dzisiaj.
-Oby zdążyli…
-Proszę?
-Nic nic. Zamyśliłem się –odrzekł Thornton wymijająco.
Chwilę później opuścił „trupiarnię” zbierając fakty do kupy.

* 28 *

Promienie słońca wysuszyły jej skórę, dając zarazem ciepło, tak potrzebne jej zmarzniętemu organizmowi. Cóż począć, rzeka Khattak nie należy do ciepłych. I tak mieli szczęście, że uniknęli roztrzaskania sobie głów o skały na dnie tej rwącej rzeki. Siedziała teraz na niewielkiej polanie w samym środku lasu; z dala od jakikolwiek ścieżek ludzkich. Starała się odprężyć, ale nie było to łatwe, wręcz niemożliwe. Lodowata woda Khattak w niewyjaśniony sposób objawiła Akmitsarze jej głupotę.
-Durga jest przeciwna tej wyprawie… postąpiłam wbrew jej woli i dlatego teraz za to pokutuję. Co robić?
Nagle krzaki na lewo od niej poruszyły się wywołując niepokojący szelest. Dziewczyna szybko odwróciła się i zobaczyła jakiś kształt, najwyraźniej ludzki.
-Sharma? –zawołała niepewnie.
-Tak księżniczko…udało mi się upolować zwierzę.
Wtedy dopiero Akmitsara zobaczyła, że jej sługa wyciąga z krzaków jeszcze coś.
-Co to jest?
-Tygrys o pani. Szlachetne stworzenie. Walczyło dzielnie aż do ostatniej kropli krwi…
Wojownik podszedł z ciałem tygrysa do Akmitsary i rzucił je na ziemię. Na trawę wylała się krew stwora. Akmitsara odprowadziła wzrokiem mały strumyczek czerwonego płynu i spojrzała na Sharmę.
-Jesteś ranny?!
-Jak mówiłem… walczył dzielnie.
Niemrawo zasłonił ranę na ramieniu ręką, lecz nie powstrzymało to królowej Jinnaharl przed delikatnym, kobiecym dotykiem. Akmitsara położyła swoją rękę na skórze mężczyzny. Ciepłe osocze szybko obmyło opuszki jej palców.
-To nie może zostać w takim stanie…
Schyliła się, sięgnęła do dołu swej podniszczonej, wilgotnej wciąż szaty i urwała obfity jej kawałek. Poczuła na sobie ciężkie spojrzenie mężczyzny. Na jej twarz wystąpił nieśmiały rumieniec, chociaż spojrzenie Sharmy nie dziwiło jej. Nie była ślepa, zawsze świadoma była swojej urody. A była to uroda wyjątkowa. Wielkie, niebieskie oczy niczym niebo skute surowym lodem, urzekały każdym spojrzeniem. Podobnie zjawiskowe było całe ciało; szczupłe, bez grama zbędnego tłuszczu, pełne krągłości, okrywane długimi, czarniejszymi od najciemniejszej nocy włosy; wydawało się, że to bogini w ciele śmiertelniczki, lub, chociaż cud, dzieło, w którym każdy z bogów coś zachował, zawarł.
Teraz stała w zwiewnej, skromnej szacie przed nim budząc niewyobrażalne, ale zarazem całkowicie naturalne żądze. Akmitsara podniosła się, a Sharma szybko odwrócił wzrok, sądząc, że ona nic nie poczuła. Nie wiedział jeszcze, że takiego wzroku nie da się nie wyczuć. Ona natomiast przyłożyła mu delikatnie prowizoryczny opatrunek do jego ramienia i obwiązała. Poczuł rwący ból, jednak z poczucia dumy nie okazał tego w żaden sposób. Gdy skończyła, rzekł:
-Jeżeli chcemy pożywić się ciałem tego biednego stworzenia, śpieszmy się, bo Wisznu chyba gotuje dla nas potężną burzę.
Skinęła głową na znak aprobaty i zabrali się do rozpalania ognia. Po niespełna połowie godziny siedzieli nad buchającym ogniem i „piekli” mięso tygrysa. Gdy Sharma nie patrzył, Akmitsara chwyciła jeden z kawałków i szybko wyssała z niego krew. Mohandas nie powiedział jej dokładnie, czy krew zwierząt wystarczy, choć na krótki czas, ale nie miała wyboru; Sharma nie może poznać jej tajemnicy. A tak ją korciło, żeby oczyścić ranę wojownika własnym językiem. Cóż. Odczuwała głód. Niepokoiło ją to, lecz nie miała wyboru.

Burza nadeszła i odeszła. Gdy księżyc rozpoczął już przygotowania do ustąpienia słońcu, Akmitsara leżała na wysychającej już ziemi i patrzyła w niebo. Obok leżał Sharma. Powiał lekki wiatr. Akmitsara lekko się wzdrygnęła, nic dziwnego; leżała naga. Zdjęcie ubrań zalecił Sharma, zaraz przed deszczem. Powiedział, że dzięki temu szaty pozostaną suche, lecz Akmitsara w to nie bardzo uwierzyła. Na początku pomyślała, że mężczyzna pragnie zobaczyć ją w negliżu uciekając się do podstępu, ale teraz, w nocy doszła do wniosku, że wojownik nie kłamał. Leżała, wpatrując się w gwiazdy i zastanawiając się nad losem męża. Postanowiła, że mimo rozdzielenia, nie przerwie podróży do Jhawar. Jutro powie o tym Sharmie i wreszcie tam dotrze. Jednak teraz, w samotności i ciszy nocy, mogła też się zastanowić nad sensem tej podróży. Sytuacja polityczna jest niespokojna, a ona pozbawiła władcy miejsca, który stał się jej domem. Być może właśnie teraz afganie plądrują jej komnaty, w ogóle całe królestwo? Cóż. Przynajmniej o zdrowie męża martwić się nie musiała… chociaż tyle. Spojrzała w bok, w stronę Sharmy. Trzeba przyznać, że temu nie brakowało urody. Tyoie to szczęściara… -pomyślała i zamknęła oczy.

Następny dzień był znów ciepły, nawet gorący. Decyzja Akmitsary co do dalszej podróży nie zdziwiła Sharmy ani trochę.
-Nie dziwi cię moja decyzja?
-Nie o pani. Skoro tyle przeszliśmy, to teraz głupotą byłoby zawracać. Mam jednak pytanie…
-Jakie? Pytaj śmiało!
-Dobrze, ale uprzedzam…
-Sharma!
-Czy nie czuje pani żadnego żalu po śmierci męża? –wyrzucił z siebie jednym tchem doświadczony wojownik.
Akmitsara uśmiechnęła się lekko.
-Ależ jakże mogę się smucić śmiercią żyjącego?
-Czy wierzy pani w to, że król Mohandas żyje? Niech pani ma na względzie, że król stanął do walki sam przeciwko piętnastu afganom!
-Ilość wrogów jest bez znaczenia. Śiwa czuwa nad nim. Wiem o tym.
Sharma skinął z szacunkiem głową.
-Teraz wyruszmy lepiej. Pomimo iż rzeka szczęśliwie poniosła nas w kierunku Jhawar to nadal jest jeszcze wiele drogi przed nami.
-Tak. Ale nie wiedziałam, że rzeka ta przepływa przez Jhawar…
Sharma uśmiechnął się.
-Bez urazy królowo, ale król nie bez powodu mnie powołał do tej misji.
-Rozumiem –na twarz Akmitsary także wystąpił niewielki uśmiech.
-Musimy iść z biegiem rzeki…
Więc poszli.

Mohandas otworzył oczy. Jednak nadal nie widział nic poza ciemnością. Czuł także zimno. Poruszył ręką i natrafił na ścianę. Metalową. Przy ruchu drugiej ręki i nóg to samo. Co się dzieje? Czy jest w jakiejś metalowej klatce? Wtedy zobaczył coś wreszcie. Były to obrazy z dnia zabójstwa Nassiena. Ogień, krew i zniszczenie. I jeszcze coś… twarz Akmitsary, nagle tracąca wszelką barwę i uczucia. Huk. Potem znów ciemność.
Przez kolejną godzinę Mohandas siedział w zamknięciu zastanawiając się nad swoją pozycją. Rozważając szanse. Nagle usłyszał stukanie. Gdzieś blisko. Bardzo blisko. Wtem, poczuł, że całe ciało przesuwa się w dół. Spojrzał w kierunek swojego opadania. Zobaczył swoje stopy i jakieś przytłumione światło.
Po kolejnej sekundzie zatrzymał się z lekkim trzaskiem. Spojrzał przed siebie i zobaczył lekko przygaszone, podłużne lampy jarzeniowe. A po chwili twarze jakiś ludzi. Były poważne i bez wyrazu. Podniósł głowę i dopiero wtedy skonstatował, że jest na katafalku, zapewne w kostnicy. „To pewnie kostnica…” -pomyślał widząc dookoła wiele nieruchomych ciał przykrytych białą płachtą.
-Dobra panie Jinnah. Czas na zmianę lokalu! -rzekł ktoś po japońsku.



* 29 *

Winda numer 3 zjechała na parter i otworzyła swe solidne drzwi. Wtedy opuściło ją trzech mężczyzn. Dwóch z nich ubranych było w jednakowe, granatowe garnitury, trzeci miał grafitowy trzy częściowy garnitur i prawą rękę na temblaku. Szybkim krokiem przemierzyli hol Głównego Szpitala Miejskiego w Hong Kongu. Opuścili klimatyzowane pomieszczenie na rzecz zatłoczonej, gorącej ulicy. Trzy postacie podeszły do stojącego pod wejściem lincolna town car. Osobnik z ręką na temblaku wsiadł, natomiast dwaj pozostali udali się do granatowej hondy parkującej za limuzyną.
-Thornton?! –Miyazaki nie krył zdziwienia.
-Tak. Ściągnęli mnie z komendy…
-Ale, co się dzieje?
-Nie mam pojęcia. Te wozy są na rządowych tablicach. No i sam Zaoizuihang kazał mi pojechać.
Wozy ruszyły. Podkomisarz milczał patrząc przed siebie.
-To może mieć związek z postępowaniem przeciw pa… w sprawie tych „Rzeźników”…
-Spokojnie Hugh. Znam postawione mi zarzuty. Był u mnie ktoś z wewnętrznego… Masz coś nowego?
-Dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że nasza zabójczyni była za życia niewiarygodnie piękna. Druga, to, to, że chyba oboje należą do starego indyjskiego rodu…
Miyazaki spojrzał na podwładnego zdziwiony. Co to wnosi do sprawy? I czy sprawa w ogóle jeszcze jest? Jakakolwiek?
Dalej już milczeli. Obaj zastanawiali się nad najbliższą przyszłością. Wreszcie po upływie prawie trzydziestu minut, przedzieraniu się przez dżunglę miasta, mały konwój dotarł do głównej siedziby banku HBSC.
-Co jest?
Kierowca zatrzymał się przy zaraz przy drzwiach, więc policjanci nie mieli za dużo do przejścia. W holu budynku stał kapitan Zaoizuihang będąc owiewany przez przyjemny, chłodny nawiew klimatyzacyjny. Chińczyk miał poważną twarz. Podali sobie ręce.
-A, więc? Dlaczego tu jesteśmy? –zapytał Miyazaki bez ogródek.
-Zwołane zostało nadzwyczajne zebranie. Wasza obecność jest niezbędna. Chodźmy…
Weszli do windy. Wrota zamknęły się uruchamiając bezgłośny mechanizm. Dojechali na ósme piętro. Wyszli na korytarz i ruszyli ku szerokim, mahoniowym drzwiom.
-To jest sala konferencyjna. Tu odbywają się te spotkania –rzekł kapitan bez wyraźnego powodu.
Przestąpili próg. W środku stał potężny, również mahoniowy stół na dwadzieścia dwie osoby; każde miejsce miało wmontowany niewielki monitorek. Dodatkowo przed jedną ze ścian, na stoliku stał masywny rzutnik.
Przy stole siedziało w sumie jedenaście osób. W większości byli to Chińczycy lub japończycy, lecz był też jeden Anglik. Jeden ze skośnookich siedzący na szczycie stołu powstał na widok przybyszy.
-Witam! –nieomal krzyknął głębokim basem.
Zaoizuihang skinął mu głową. Najwyraźniej był to koniec prezentacji.
-Proszę siadać. Kawa, herbata?
-Nie. Dziękujemy. Przejdźmy od razu do rzeczy.
-Dobrze. Tym lepiej –odrzekł przewodniczący.
-Kim panowie są? –rzucił Miyazaki.
Po Sali przebiegł pomruk zbulwersowania.
-Jakby to prosto ująć… jesteśmy samą górą. Mają panowie przed sobą dyrektorów wszystkich oddziałów policji w tym mieście. Wnikanie w szczegóły nie ma sensu.
-A, dlaczego spotykamy się tutaj?
-Ponieważ burdel, który pan wygenerował podkomisarzu Miyazaki, objął już całe miasto! Wszystkie komendy oblegane są przez dziennikarzy! –zagrzmiał przewodniczący.
-Rozumiem. W jakim więc celu jest to spotkanie?
Przewodniczący rady, mężczyzna chińskiego pochodzenia, Tamayusa Suil prawie się uśmiechnął się na widok tej nieokiełznanej bezczelności.
-Jesteśmy tutaj z dwóch powodów. Pierwszy to naprawienie zaistniałej sytuacji. Drugi to doprowadzenie sprawy „Rzeźników” do końca.
Miyazaki i Thornton potwierdzili to skinieniami głową.
-Cóż. Nie będę ukrywał, że wszystko jest teraz oparte na biurokracji… zależne od pieniędzy. Opinia publiczna domaga się krwi, a poszkodowani rekompensaty strat. Co ciekawe, oba te problemy można załatwić za pomocą funduszy… funduszy, których my nie mamy…
Pomimo tego, że nikt się nie odzywał przez chwilę, to jednak w Sali konferencyjnej wyczuwało się hałas. To konsternacja zebranych tłukła się o kraty swojego więzienia. Dumy.
-Dzięki pracy sierżanta Thorntona –kontynuował Suil. –Mamy podstawy, by sądzić, że zabójcami są członkowie starego rodu indyjskiego. Bardzo bogatego i bardzo wpływowego. Waszym zadaniem jest weryfikacja tych danych. Pojedziecie do imperium duszy i tam rozeznacie się w sytuacji. Indyjskie Służby Wewnętrzne zobowiązały się oddelegować do pomocy wam jednego ze swoich najlepszych ludzi. Aha. Chce być z panami całkowicie szczery. Chodzi mi o to, że w waszym interesie jest także rozeznanie się w majątku państwa Jinnah. Nie ukrywam, że zamierzamy skonfiskować pewną część tej tajemniczej kwoty jako odszkodowanie dla miasta.
-Przecież to zwykła defraudacja i przywłaszczenie! –krzyknął podkomisarz.
Suil poczerwieniał na twarzy.
-To jest jedyna droga do oczyszczenia się! Miyazaki! Niech pan to wreszcie zrozumie! Dajemy panu szansę!
Miyazaki nie zripostował, lecz wyraz jego twarzy świadczył o tym, że głęboko by tego chciał. Nagle zadzwonił telefon, komórka leżąca przy ręce przewodniczącego. Ten odwrócił wzrok od japończyka i odebrał.
-Co? Kiedy?
Po chwili uważnego słuchania rzucił telefon na stół, kończąc najwyraźniej rozmowę.
-Co się stało? –spytał Anglik
-Nic…
Nagle rozległ się kolejny dzwonek. Tym razem to Zaoizuihang chwycił za swoją motorolę. Krótką rozmowę podsumował jedynie słowami:
-Niech to szlag!
Thornton i Miyazaki rzucili mu pytające spojrzenia, lecz Suil gestem ręki nakazał kapitanowi wydziału zabójstw milczenie.
-A, więc! –powiedział jakby żaden z telefonów nie odezwał się, od co najmniej godziny. –Jutro wylatujecie do Bombaju! Szczegóły są tutaj –posunął szarą teczkę ku parze detektywów. –Informacje na bieżąco! Dziękuję! To koniec zebrania.

-Co za pazerne świnie! Cała ta sprawa śmierdzi gównem, a my i tak nie znamy całości! Jinnahowie to jedna z najbogatszych rodzin na półwyspie indyjskim! Na pewno szukają działki dla siebie!
Hugh Thornton głośno wyrażał swoje opinie, gdy wracał z dwoma przełożonymi na komendę. Ku jego zdziwieniu jednak, Miyazaki nie podzielał jego zapału.
-Ale oni mają rację. W dzisiejszych czasach to rzeczywiście ostania deska ratunku. Nie mamy wyboru. Nawet, jeżeli cała ta operacja jest ponad prawem, to i tak musimy ją wykonać!
Niespodziewanie odezwał się Zaoizuihang:
-Mam dla was wyjątkowo złą wiadomość… zwłoki zabójców zostały skradzione z kostnicy. Zniknął też patolog, doktor Hikaru Hakata.
-Proszę zatrzymać samochód! Teraz! –wrzasnął japończyk.
Lincoln posłusznie się zatrzymał. Na samym środku Gage Street. Miyazaki wysiadł. Za nim Thornton.
-Co się dzieje Hugh? Dlaczego wciąż przegrywamy? Wszystko?
-Akira… sztuką jest nie wygrywać, lecz obracać porażkę w zwycięstwo. Jeszcze wyjdziemy z tej potyczki jako tryumfatorzy.
Miyazaki spojrzał w błękitne niebo. Myślał nad tworzącą się właśnie historią. A miał, nad czym myśleć. Po chwili wsiedli do wozu i pojechali dalej.

CDN(Druga część nadchodzi…)
Wszelkie pytania albo w komentarzach, albo na kumor-sjtp@tlen.pl


Podpis: 

rafał kumor 11.03 - 02.04
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Sen o Ważnym Dniu Nigdy nie stanie się nigdy 1 IX
Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny). Taki krótki wierszyk kolejny dzień z Pamiętnika wiedźmy
Sponsorowane: 15
Auto płaci: 100
Sponsorowane: 10
Auto płaci: 250
Sponsorowane: 10
Auto płaci: 10

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2026 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.