https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
30

Pięć Domen: Tom 1 - Światło Północy: cz. 53

  Życie w ciemnościach, zielenią tętni.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W styczniu nagrodą jest książka
Piąta kobieta
Henning Mankell
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Pięć Domen: Tom 1 - Światło Północy: cz. 53

Życie w ciemnościach, zielenią tętni.

Kraina Niekończącej się Bajki -cz.II. rozdział VII

Pajacyk zagryzł wargi, starając się nie dać po sobie poznać, jak bardzo Las Umarłych go zaskoczył. Gęsiej skórki na drewnianym grzbiecie nie brakowało.

Hagan - Wyjście w mrok

Pierwsze fanowskie opowiadanie w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda.

Hagan - Ciało bez kości

Drugie fanowskie opowiadanie w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda. Kolejne pojawi się niebawem. (Prolog w opowiadaniu Wyjście w mrok)

Kraina Niekończącej się Bajki - cz.II. roz. VIII

— Pajacu! Duchy! Krążą wokół nas, szukają dziury, by się tu dostać. Popatrz, jestem biały jak prześcieradło — wyszeptał bez tchu.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Bliskie spotkania

Chodźmy...

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Liście lecą z drzew

Krótki wiersz

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1031
użytkowników.

Gości:
1030
Zalogowanych:
1
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 46805

46805

Wrota Starożytnych - Rozdział XXIII

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
08-07-27

Typ
P
-powieść
Kategoria
Fantasy/Przyjaźń/Przygoda
Rozmiar
55 kb
Czytane
5993
Głosy
15
Ocena
4.83

Zmiany
08-08-21

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
P12-powyżej 12 lat

Autor: Czapla Podpis: Czapla
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Dokończona opowieść Astrei i dotarcie do celu. O tym, który łączy i o trudzie podjęcia decyzji ostatecznej. Nie wiem, czy znajdą się tu odpowiedzi na wszystkie pytania. Jednak niektórych rzeczy czasami nie da się wyjaśnić. A to pech :)

Opublikowany w:

Wrota Starożytnych - Rozdział XXIII

ROZDZIAŁ XXIII


Obudziła się nagle. Czuła, że śnił jej się koszmar, nie mogła jednak sobie przypomnieć żadnych szczegółów. Otworzyła oczy. Po niebie sunęły wystrzępione skrawki obłoków. Słońce przypominało zasnute bielmem oko, roztaczające wokół siebie blade światło. Wstawał siny, cichy świt.
Poczuła, że zdrętwiało jej ramię. Spróbowała się poruszyć, starając się nikogo nie budzić. Alan, Astrea spali – a może udawali – na drugim krańcu łodzi, skuleni obok siebie.
- Uważaj – usłyszała ochrypły szept. Spojrzała niepewnie na Raya. Odwrócił głowę, jakby nagle zobaczył coś wyjątkowo interesującego na brzegu. Mirle zdała sobie sprawę, że nic im nie grozi, więc nie zrozumiała na co ma uważać. Objęła nogi rękoma, wciąż tkwiąc w niewygodnej pozycji. Bardzo chciała, aby ją objął. Skrzywiła się na tę myśl.
- Nadal boli cię ramię? – zapytała.
Mężczyzna z niechęcią przerwał obserwację brzegu. Zmusił się do uśmiechu.
- Wyliżę się. Najwyżej stracę sympatię do schodów.
Obłoki pojaśniały. Łódka kołysała się łagodnie, płynąc środkiem rzeki. Ucieczka z Tor Saven wydawała się być odległym wspomnieniem z innego życia. Pamiętała bezduszne korytarze, pamiętała huk i bezsensowną bieganinę. Ray milczał, nie próbując przerwać niezręcznej ciszy. Półelfka zaczęła się zastanawiać, czy nie wolałaby koszmaru.
- Więc… co dalej?
- To zależy od Alana – Ray westchnął cicho, spojrzał na nią z ukosa. – Mirle… połóż głowę. Będzie ci wygodniej.
Gdy przysunęła się bliżej, poczuła bijące od niego ciepło. Uspokajało. Zanim ponownie pogrążyła się w śnie, zdążyła się zastanowić, dlaczego im obojgu tak beznadziejnie idzie rozmowa.


Wpatrywał się w las, szumiącą ścianę odmalowaną we wszystkich odcieniach zieleni. Co dzień, gdy wychodził na taras, zastawał ten sam widok. Nie zamieniłby go na nic innego.
Uśmiechnął się. Poranne słońce pasami kładło się na deskach tarasu. Musnął ręką wypolerowaną barierkę. Była ciepła.
Nie odrywał oczu od lasu. Pomiędzy liśćmi przemykały jakieś sylwetki. Postacie tych, których tak bardzo kochał. Nawet, jeśli nie zdawali sobie z tego sprawy.
- Królu Jabłek, chyba powoli się zbliżają – zwrócił głowę w stronę siedzącego na żerdzi ptaka. Masywny gawron potrząsnął łbem, przekrzywił dziób. Puste dziury, gdzie kiedyś musiały znajdować się oczy, nie mogły dać żadnej odpowiedzi. Mimo to, mężczyzna nie przejął się tym. Wystawił twarz do słońca.
- Xylocopus mówił, że niedługo się zjawią – zawołał beztrosko. – A on się nie myli. Już niedługo.
Gawron załopotał skrzydłami.



Już niedługo.
Alan leżał na ziemi z rękami założonymi za głowę. Powinien pomóc Rayowi w wyciągnięciu łódki na brzeg, ale wciąż nie miał siły się ruszyć. Po przebudzeniu po głowie błąkały mu się te dwa słowa. Już niedługo. Skrzywił się. Tak, może jeszcze w tym życiu, pomyślał kąśliwie.
- Alan, może byś się ruszył? – syknął Ray, stojąc po kolana w wodzie. Chłopak niechętnie wstał.
- Właściwie dlaczego to robimy? Przecież łódź i tak nie będzie nam potrzebna.
- To w ramach przyzwoitości, jeśli naprawdę musisz mieć jakieś wyjaśnienie. I przestań zadawać głupie pytania.
- Czemu jesteś taki nerwowy? – Alan uniósł brwi.
- Nie zadawaj głupich pytań. Którego słowa nie rozumiesz? – Ray naparł na łódź, przez co omal nie runął do wody. Alan potrząsnął głową i z powrotem wyszedł na brzeg. Z lasu wyłoniły się Mirle i Astrea, obie wyraźnie zniechęcone. Ray także podszedł. Cała czwórka stanęła naprzeciw siebie, jakby nie wiedząc, co teraz ze sobą zrobić. Wydarzyło się tak wiele, a żadne z nich nie wiedziało, czy warto poruszyć wszystkie tematy, czy może po prostu ruszyć dalej.
- Rozpalmy ognisko – zasugerowała nieśmiało Astrea. Mirle bez słowa ułożyła stos gałęzi, które znalazła, a dziewczyna za pomocą zaklęcia podpaliła szczapy.
- Na jedzenie nie ma co liczyć… - wymamrotał Ray.
- Jeśli masz ochotę na jagody, są na polanie.
Alan przysunął się bliżej ognia i wyciągnął odrętwiałe ręce. Ciepło przynosiło ulgę. Miał wrażenie, że pobyt w Tor Saven, wszystko, co się wydarzyło, było tylko jakimś przywidzeniem, że do niczego nie doszło. Przed oczyma stanęła mu twarz Gotharda. Alan poczuł, jakby coś ciężkiego przysiadło na jego barkach. Zasługiwał na to. Przez niego znaleźli się w Tor Saven. Gothardowi się należało, pomyślał z desperacją. Zginął, ponieważ go sprowokował. Powtarzał to z uporem maniaka, bo nie mógł znaleźć lepszego usprawiedliwienia.
Wsunął palce we włosy. Miał dość. Nie chciał iść dalej. Nie potrafił sobie znaleźć miejsca, nie mógł ani zawrócić, ani nie dał rady iść do przodu. Gardło ścisnęła mu złość i dusząca bezsilność. Czuł, że reszta patrzy na niego z niepokojem, ale nie zamierzał im z niczego się zwierzać. Wypowiadanie swoich lęków na głos tylko pogorszyłoby sprawę.
- Tego jest zbyt dużo, musimy od czegoś zacząć – Ray przerwał wreszcie milczenie. – Alan przypomina trupa na urlopie, tylko czekać, aż się rozsypie. A Astrea ma nam chyba coś do powiedzenia.
- Mnie możecie sobie odpuścić – mruknął głucho Alan. Ray chciał coś odpowiedzieć, ale Mirle spojrzała na niego znacząco. Astrea zaś rozejrzała się i nagle wstała.
- Ma ktoś sztylet? Dzięki, Mirle.
Ignorując zdziwienie reszty, znalazła szwy na sukni i wprawnymi ruchami zaczęła zdzierać koronki.
- Materiał jest wilgotny, a przez to strasznie ciężki – wyjaśniła. W milczeniu patrzyli jak kolejne strzępy opadają na ziemię. – Im więcej ozdób się pozbędę, tym lepiej. Ray, pomożesz mi oderwać obcasy?
- Co? Ach, tak.
Po chwili czarodziejka usiadła z powrotem. W obdartej, brudno - niebieskiej sukni przypominała dziewczynę, którą Alan kiedyś wyciągał z wozu Handlarzy. To działo się chyba z milion lat temu, pomyślał.
- Jak dostałaś się do Tor Saven?
Milczała. Wpatrywali się w nią w napięciu. Astrea spojrzała na bransoletkę, uśmiechnęła się blado. Dotknęła opuchniętego policzka.
- Przepraszam was. Tyle na początek. Nie mogę powiedzieć, że żałuję tego, co zrobiłam, ale – westchnęła – mogłam to rozegrać inaczej.
Skinęli tylko głowami, nie chcąc przerywać.
- W Tor Saven znalazłam się z własnej woli. Udałam się tam wraz z Crackiem, tuż po balu hrabiny de Vav.
- A więc nie uciekłaś z pożaru?
- Pożaru? – zmarszczyła brwi. Pokrótce opowiedzieli jej, co działo się po przyjęciu. Astrea słuchała w milczeniu.
- Opuściłam zamek tej samej nocy. Pamiętam, że gdy oddalałam się powozem od pałacu, oglądałam rozbłyskające na niebie sztuczne ognie.
- Nawet się nie pożegnałaś – powiedziała oschle Mirle.
- Zostawiłam wam list, ale widać nie dotarł – odparła potulnie czarodziejka, próbując się uśmiechnąć. – Wiem, że powinnam was wtedy uprzedzić. Powinnam zrobić wiele innych rzeczy.
- Szybko to spostrzegłaś.
Astrea nie dała się wyprowadzić z równowagi. Owijała kosmyk włosów wokół palca, wpatrując się w ognisko. Na chwilę jej spojrzenie jakby się zamgliło. Było gdzieś daleko, nie na polanie, nie z nimi. Alan nie miał siły nawet być na nią wściekły
- Wiem, że macie pretensje…
- Nie mamy – powiedziała cicho, ale wyraźnie Mirle. – Wydarzyło się już tyle, że fakt, czy zwiałaś z kochankiem czy po prostu się upiłaś nie ma znaczenia.
Astrea zacisnęła usta.. Przez chwilę dało się słyszeć tylko szum wody.
- Byłam tchórzem.
- Czasami każdy nim jest.
- Teraz to widzę. Ale na początku… na początku nie żałowałam niczego.


Był już środek lata. Słońce hojnie słało promienie, złocąc ściany kamienic i drzewa. Wiatr lekko poruszał gałęziami klonów, figlarnie zahaczał o spódnice kobiet, zrywał kapelusze z głów. Na rogu tłoczyła się kolejka po lody, jakieś dzieciaki rozpychały przechodniów. Grupka młodych dziewczyn śmiała się wesoło, odpoczywając pod cieniem kasztanowca. Barwny tłum zafalował, zakołysał się, zapachniało ciastkami. Był już środek lata, świat zdecydował się zwolnić.
Astrea osłoniła oczy dłonią, z uśmiechem przyglądając się spacerującym ludziom. Poczuła, jak czyjaś ręka obejmuje jej talię.
- Idziemy?
- Oczywiście. Kawiarnia jest na rogu, prawda?
- Tak, to niedaleko.
Pozwoliła się poprowadzić, zagłębili się w kolorowy, radosny tłum. Dziewczyna nie mogła przestać się uśmiechać. Miała wrażenie, że ogląda wszystko przez różowe szkiełko.
Tymczasem przeszli przez rynek i skryli się w cieniu kamienic. Astrea nie zdążyła nacieszyć się chłodem, bo po chwili już wchodzili do przytulnej kawiarni. Owiał ją słodki, przyjemny zapach ciasta, karmelu i kawy.
- Jesteśmy – usłyszała. – Nasz stolik.
Ręka nadal mocno i pewnie obejmowała jej talię. Lawirując między ludźmi, zbliżali się do stolika.
- Crhack! Ty tutaj? Co za spotkanie?
Druidka poczuła, jak nacisk męskiej dłoni słabnie, jak ktoś delikatnie puszcza jej talię i zostaje sama. Rozczarowana obejrzała się, szukając właściciela głosu. Znalazła właścicielkę. W ich kierunku przeciskała się młoda ciemnowłosa dziewczyna. Nieco smuklejsza i wyższa od Astrei, ubrana była w zwiewną sukienkę, idealną na gorące popołudnie. Srebrne kolczyki słały świetlne refleksy.
- Vesper, witaj – Crhack uśmiechnął się lekko, całując znajomą w policzek. Astrea uniosła kąciki ust, licząc, że ten grymas wystarczy za powitanie. Pojawienie się czarnuli było ostatnią rzeczą, na jaką miała ochotę. Dziewczyna zerknęła z ciekawością na Astreę, jednak wciąż zwracała się tylko do mężczyzny.
- Kiedy wróciłeś do Tor Saven? A jak udał się bal u hrabiny? Tak dawno cię nie było, musisz mi wszystko opowiedzieć.
- Obowiązkowo – skinął głową Crhack. – Przedstawię ci moją… znajomą, Astreę. Astrea, to Vesper.
Vesper dygnęła wdzięcznie i wyciągnęła dłoń. Astrea ścisnęła ją mocno, wciąż zmuszając się do uśmiechu.
- Vesper, przysiądź się do nas. Nie masz nic przeciwko? – Crhack zwrócił się do Astrei.
- Skąd, z przyjemnością – skłamała. Miała wiele przeciwko, ale robienie awantury było jednak bez sensu. Mężczyzna wyglądał na zadowolonego.
- To świetnie. Usiądźcie, ja za ten czas poszukam właściciela. Poznajcie się lepiej.
Astrea zacisnęła palce na fałdach sukienki. Dzieciństwo spędziła wśród arystokracji, wychowała się wśród kobiet pokroju Vesper. Znała ich zwyczaje, zachowanie, nauczyła się z nimi rozmawiać. Konwersacja jej nie przerażała, jednak nie miała najmniejszej ochoty bliżej poznawać Vesper. Tymczasem nowa znajoma pociągnęła ją do stolika tuż przy oknie, skąd miały dobry widok na rynek i spacerowiczów.
- Pozwolisz, że zapalę? – Vesper przysunęła popielniczkę.
- Proszę. Crhack pali na okrągło, przywykłam – odparła Astrea, maskując cierpkość w głosie. Niezmieszana Vesper, wyciągnęła długi papieros, nieco smuklejszy od tych, które palił Crhack. Po chwili Astreę owiał dym papierosowy i ledwo wyczuwalny rześki aromat.
- Mentolowe – usprawiedliwiła się Vesper. Potarła palcem powiekę i spojrzała z uwagą na Astreę. Kąciki jej ust zadrgały lekko.
- Więc jesteś znajomą Crhacka… Gdzie się poznaliście?
- Na balu hrabiny de Vav. Długa historia.
- Na pewno – odparła bez przekonania Vesper. Z czerwonych ust wypuściła smugę dymu. – W końcu Crhack otacza się samymi dobrymi znajomymi.
Astrea drgnęła, lekko unosząc brwi. Dopiero teraz zauważyła zmianę w postawie Vesper. Ciemne oczy dziewczyny taksowały uważnie czarodziejkę, już bez słodkiej wesołości, ale z bystrością i cieniem ironii. Druidka odrzuciła w tył włosy, wydęła usta.
- Umie sobie dobierać przyjaciół – rzuciła, ciekawa reakcji Vesper. Ta wzruszyła lekko ramionami. Tłum w kawiarni gęstniał, po raz pierwszy zapach lukru i owoców zaczął przeszkadzać. Pojawienie się Vesper rzuciło cień na zadowolenie Astrei. Czy to zazdrość, zastanawiała się Astrea. Nie potrafiła tego wyjaśnić. Bez powodu wygładziła serwetkę. Vesper paliła w zamyśleniu papierosa.
- Swoją drogą, ciekawe, że przerzucił się na blondynki. Wolał ciemnowłose – westchnęła, a nim Astrea zdążyła zareagować, rzuciła:
– Zaprosił cię już na podwieczorek u namiestnika? Albo u któregoś z członków Rady?
- Jesteśmy umówieni na pojutrze – odparła głucho Astrea. Traciła kontrolę nad rozmową. Poczuła złość.
- A więc jednak się przerzucił – dodała cicho Vesper, gasząc papierosa w popielniczce. – Pozwolisz, że zapalę jeszcze jednego?
- Spróbuj, a pożałujesz – Astrea uśmiechnęła się chłodno. – Co mają znaczyć te pytania?
- Wiesz, że Crhack ma żonę i córkę? – zignorowała ją Vesper, niechętnie chowając papierosy. Astrea poczuła silne ukłucie, spuściła głowę, udając, że musi poprawić fryzurę. Vesper wpatrywała się w nią uparcie, więc robiła wszystko, by powstrzymać drżenie rąk.
- Wspominał mi o niej, o rozstaniu– wykrztusiła w końcu.
- Spróbowałby, wtedy straci połowę majątku – Vesper uśmiechnęła się, ukazując rząd równych, białych zębów. Wyglądało, że ta myśl sprawia jej przyjemność. – Nigdy nie namawiaj go, aby zabrał cię do jego posiadłości, to bezcelowe. Mieszka tam jego żona i córeczka.
- Więc czemu nie jest z nimi?
- Bo jest z tobą, bo kiedyś był ze mną – Vesper zmrużyła oczy.
- A dlaczego powinnam ci wierzyć?
- Też kiedyś zadałam takie pytanie. Naprawdę nie mogę zapalić?
- Powiedziała ci już, że…
- Spałaś z nim?
- Nie twoja sprawa – warknęła Astrea, coraz bardziej zirytowana. Vesper patrzyła na nią bezczelnie, jakby właśnie zapytała o pogodę. – Wyjaśnij mi…
Urwała, bo do stolika zmierzał Crhack. Napotkawszy wzrok Astrei, uśmiechnął się figlarnie. Dziewczyna spuściła oczy, czując, że zaraz całkowicie straci cierpliwość.
- Nie martw się, wszystko w swoim czasie – szepnęła Vesper, wsuwając między wargi smukłego mentolowego papierosa. Spojrzała na Crhacka, a w jej oczach odżył wesoły, bezmyślny ognik. – Dlaczego tak długo?
- Nie mogłem go znaleźć – odparł mężczyzna. – Zamówiłem deser lodowy, zadowolone? Astrea, coś się stało?
- Duszno tutaj – czarodziejka zerwała się na nogi. – Kręci mi się w głowie, zaraz przyjdę. Potrzebuję świeżego powietrza.
Nie czekała, aż Crhack zareaguje, natychmiast wyślizgnęła się w kierunku drzwi. Kątem oka dostrzegła jeszcze ładną, zadumaną twarz Vesper i zaskoczonego Crhacka. Wesoły gwar i ciepło zaczęło ją przygniatać. Wypadła na zewnątrz.
Przez chwilę kurczowo trzymała się drzwi, łapczywie wdychając powietrze. Wiatr szarpał jej sukienkę, muskał twarz, szyję. Głowę w całości wypełniał głos Vesper, miała wrażenie, że przesiąkła zapachem miętowych papierosów. Przed oczyma stanęła jej twarz Crhacka, poczuła gorzki smak w ustach. Miał żonę, ale się rozstali. Tak jej opowiadał. Ale przecież… Przymknęła powieki. Czy to ważne? I tak nie kontroluję już wydarzeń, pomyślała. Teraźniejszość zbyt kusiła, aby z niej rezygnować. Westchnęła. Na myśl, że zaraz będzie musiała wrócić do środka, zrobiło jej się niedobrze. Słońce piekło nieznośnie, hałas męczył. Świat stracił swój różowy odcień, a środek lata nagle przestał być tym najszczęśliwszym okresem.


- Wtedy właśnie powinnam wyjechać z Tor Saven – podsumowała lakonicznie Astrea. Mirle, Ray i Alan wpatrywali się w nią w milczeniu, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Dziewczyna odgarnęła kosmyki, westchnęła. – Ale zostałam. Właśnie, zostałam. Z Vesper spotykałam się jeszcze na przyjęciach, w teatrze, na spacerach. Ale to przestało być ważne. Zostałam i było dobrze. Czy raczej prawie dobrze.


- I jaki on jest?
- Zionie ogniem i je ludzkie mięso. Lanela, przecież żartowałam.
Astrea z rozbawieniem patrzyła na zarumienioną z podekscytowania dziewczynę. Spacerowały po ogrodzie namiestnika, ciesząc się kolejnym pięknym popołudniem.
- Ostatnimi czasy niewielu może rozmawiać z Teraakarem – wyjaśniła cicho Lanela, skubiąc nerwowo rękaw bluzki. – Nie drwij ze mnie.
- Więc nie zadawaj niemądrych pytań – Astrea potrząsnęła głową i spojrzała na donice z orchideą. Teraakar nie był potworem. Był jak Crhack. Elegancki, jeśli chciał, nonszalancki, uprzejmy. Astrea czuła, że namiestnik traktuje ją z grzeczną obojętnością, nie spodziewała się, by nawet zapamiętał jej imię. Nie obchodziło ją to jednak, poznała w końcu tego, który doprowadził do zburzenia Amaroth i zamieszek w Rawengladzie. Chciała być na niego zła, ale ze zdziwieniem odkryła, że nie potrafi.
Lubi psy, pomyślała. Przez cały podwieczorek ten kundel nie odstępował go na krok.
- A czy spotkacie się z nim jeszcze?
Druidka niechętnie oderwała wzrok od orchidei.
- Nie sądzę. Jest zajęty. Jakieś sprawy wagi państwowej, Crhack nie lubi o tym mówić.
- Jak wszyscy z Rady – mruknęła cierpko Lanela. Astrea udała, że nie dosłyszała. Crhack miał wiele tajemnic, musiała się z tym pogodzić. Mimowolnie pomyślała o tym, co powiedziała jej Vesper. Coś zakłuło ją mocno pod sercem. Była niemal pewna, że nad uchem rozległ się złośliwy chichot. Masz swoje szczęście, mądralo.
Czego się w sumie spodziewała. Nigdy nie rozmawiali o tym, co ich łączy. Nigdy nie zadeklarowali się co do swoich uczuć. Nigdy nie przekraczali cienkiej granicy. Oboje byli niezależni. O ile Astrea mogła mówić o niezależności, nie mogąc ruszyć się z miasta. Znowu usłyszała cichutki rechot.
Musiała zrezygnować z magii. Zrobiła to o poranku, tuż po przyjeździe do Tor Saven. Rozliczyła się sama ze sobą, wpatrując się sufit sypialni. Albo będzie czarodziejką, czy – jak kto woli, wiedźmą – albo dziewczyną z arystokracji. No i wybrała. Bolało. Nawet bardzo. Wciąż boli, ale nie zamierzała zmieniać decyzji. Nie zrobiłam tego dla Crhacka, pomyślała z butą. Bała się przyznać, że cokolwiek mogłaby zrobić dla mężczyzny.
- Astrea, zobacz, kto idzie – z zamyślenia wyrwała ją uwaga towarzyszki i odgłos szybkich kroków. Uniosła głowę i zobaczyła Crhacka w towarzystwie starszego człowieka. Dziewczyna poznała druida Gotharda. Drgnęła mimowolnie, chociaż nic jej nie groziło. Crhack wyglądał na mocno zdenerwowanego. Gothard tłumaczył mu coś gorączkowo, także ledwo utrzymując spokój. Nagle Crhack przystanął gwałtownie, zbliżając swoją twarz do twarzy druida. Cedził coś cicho, a Gothard ponuro skinął głową. Crhack wyglądał, jakby chciał uderzyć starca. Po chwili się rozeszli.
Astrea chwyciła suknię i podeszła bliżej.
- Czy…
- Podsłuchiwałaś? – zapytał ostro.
- Co? Ja…
- To dlaczego nie czekasz, aż sam podejdę? – spojrzał na nią z wyraźną niechęcią. Astrea poczuła, jak zdziwienie zastępuje gniew.
- Jestem tresowanym psem? – burknęła, zaciskając palce na fałdach materiału. – Więcej szacunku.
- Więcej pokory. Jeśli cię nie wołam, nie podchodzisz, zrozumiano? – wysunął lekko brodę, patrząc uważnie na dziewczynę. Najwyraźniej nie spodziewał się innej odpowiedzi, niż potwierdzenie. Astrea zbladła, tłumiąc irytację. Crhack niedbałym ruchem przeczesał włosy. Wiedział, że uwielbiała, gdy to robił. Jednak tym razem jej błękitne spojrzenie było zimne.
- Widzimy się wieczorem? – zapytał jakby do niczego nie doszło. Niebieskie oczy, jak dwa zimowe nieba raziły chłodem.
- Nie sądzę – syknęła. – Będzie mnie boleć głowa.
Tym razem mężczyzna zbladł. Obrócił się i bez słowa odszedł korytarzem. Astrea wpatrywała się w niego, nie będąc pewną, czy czuje wściekłość czy mściwą satysfakcję. Podeszła do niej Lanela, ale wydawało jej się, że rozmawiają przez szybę.
- Oboje macie wredne charakterki. Często się sprzeczacie?
- Co? Nie… ostatnio tylko… ja… w sumie, nie wiem.
Potem chyba ją pożegnała, ale i tego nie była pewna. Dość, że została sama. Coraz mniej słońca, coraz więcej cienia wkradało się do zamkowego ogrodu. Płatki orchidei jakby pociemniały. Usiadła na stopniach krużganku, nawet nie starając się uporządkować myśli. Z ogniska uczuć kolejne powoli się wypalały, aż zostało kilka najmocniej żarzących się węgli. Rozgoryczenie. Złość. Smutek.
On śmiał jej rozkazywać. Śmiał podnieść na nią głos. Miała go słuchać dlatego, że się nią opiekował? Gdyby zawsze była posłuszna, do dziś nie ruszyłaby się spoza domu rodziców, wierna poleceniom ojca. Stłumiła przekleństwo. Siedziałaby w ogrodzie, a potem wyszła za mąż. Skończyłoby się znowu na ogrodzie, tyle, że jej męża. Nie odkryłaby magii, nie mogłaby decydować o sobie, nie poznałaby Mirle, Raya i Alana…
Ponownie zaklęła. Kolejne ukłucie i podły chichot. Mam nadzieję, że przynajmniej dobrze się bawią, pomyślała ponuro. Wiedziała, że dawni towarzysze nie zasługują na taki komentarz z jej strony. Przymknęła powieki, dotknęła skroni. Może przynajmniej faktycznie rozboli ją głowa.
Wstała i bez zapału skierowała się w stronę zamku. Słońce złociło już tylko dachówki, na bladobłękitnym skrawku nieba pojawiały się czerwone smugi.


Astrea urwała. Mirle uciekła wzrokiem w bok, tak jak i Alan. Tylko Ray bezczelnie wpatrywał się w młodą wiedźmę. Starała się wytrzymać jego wzrok, wmawiając sobie, że zasługuje na to spojrzenie.
- Chcecie słuchać dalej? Niedługo dojdę do sedna – zawołała i, choć nie wiedziała, dlaczego, sprawiło jej to przyjemną, bolesną satysfakcję.


- Dokąd mnie prowadzisz?
- Jeszcze chwila.
Astrea skrzywiła się, z trudem hamując irytację. Crhack prowadził ją coraz niżej, minęli wystawny hol, błądzili korytarzami. Astrea zdążyła dość dobrze poznać zamek, nie rozumiała więc, co Crhack chce jej jeszcze pokazać. Wiedziała nawet, jak dojść do lochów, jednak nie przyznawała się do tych wycieczek. Nie miała ochoty na kolejną dyskusję.
Mężczyzna mocniej chwycił jej rękę, gdy znaleźli się w podziemiach.
- Tutaj.
- Co tutaj? Piwnice zamku – wzruszyła ramionami. Crhack potrząsnął głową.
- Posłuchaj mnie. Za tymi drzwiami jest kanał. Płynie nim rzeka, płynie przez podziemia i uchodzi dopiero poza miastem, blisko lasu. Są tu też łodzie, którymi można sterować, tak, aby bezpiecznie wypłynąć z miasta.
- Dlaczego mi to mówisz? – spojrzała na niego z niepokojem. Crhack zaśmiał się cicho.
- To przejście może się niedługo przydać. Chcę, byś wiedziała o nim, gdybyśmy się rozdzielili.
- Ale… - wciąż nie rozumiała.
- To prezent na urodziny, nawet, jeśli ich dzisiaj nie masz – zamknął jej usta pocałunkiem. – Te łodzie mogą ci uratować życie. To chyba lepsze niż nowe bransoletki, prawda? – pocałował ją jeszcze raz. – Za wszystkie urodziny, które miałaś i które będziesz mieć.


- Więc już wtedy wiedział o oblężeniu – powiedział Alan. Astrea skinęła głową. – I zależało mu na tym, byś była bezpieczna.
- To chyba działa na jego korzyść – Mirle uniosła brwi.
- Nie wiem, kim dla mnie był Crhack – powiedziała bezbarwnym głosem Astrea. – Jestem mu wdzięczna, ale… - potrząsnęła głową. – Posłuchajcie dalej.


Jego zarost drapał policzki Astrei, ale nie przeszkadzało jej to. Poczuła, jak smukłe palce mężczyzny wsuwają się w jej włosy, niecierpliwie wyplątują spinki z kosmyków. I tak dobrze, że to spinki, a nie guziki bluzki, pomyślała z wyjątkową jasnością. Pachniał mieszaniną męskich perfum i koniaku.
Nie wracali do kłótni. Jak zawsze, gdy dochodziło do sprzeczek. Rozważnie zadeptywali ślady konfliktów. Astrea przestała się zastanawiać, na czym jej zależy. Mężczyzna odchylił się lekko, bawiąc się tasiemkami sukienki dziewczyny.
- Może wyjedziemy z miasta? – zaproponowała nagle Astrea. – Mam dość siedzenia w tych murach.
- Tort Saven tak szybko ci się znudziło? W tej chwili i tak muszę zostać.
- Dlaczego?
- Jestem potrzebny Teraakarowi. Słyszałaś plotki?
- Kto ich nie słyszał – odparła kwaśno. – A więc atak wojsk Wschodu jest pewny?
- Tak. Ale nie rozpowiadaj tego. Sianie paniki nie ma sensu.
- A nie lepiej rozegrać to za pomocą dyplomacji?
- Czego? – mężczyzna parsknął śmiechem. – Mamy rozmawiać z… z nimi?! Nie, słońce, to niemożliwe. Ani Teraakar, ani oni nie zechcą pójść na ugodę.
Nieco urażona dziewczyna wzruszyła ramionami. Powoli zapadał zmierzch, latarnik rozświetlał ogrodowe lampy. Powietrze przesycone było gorącem dnia i zapachem kwiatów. Nad kępami krzewów unosiły się świetliki.
Rozmawiali jeszcze przez chwilę, ale nastrój nieco się popsuł. W końcu postanowili wstać i skierować się w stronę pałacu. Park powoli pustoszał. Astrea obserwowała, jak część ludzi szczelnie zamyka okiennice, a reszta właśnie wychodzi na ulice. Tor Saven ożywało także w nocy. Powoli skierowali się w węższą uliczkę. Astrei nie śpieszyło się do komnaty. Czasami miała nieprzyjemne wrażenie, że gdy kładzie się spać, ktoś zamyka jej drzwi na klucz.
Nagle usłyszeli stukot końskich kopyt. Hałas nasilał się coraz mocniej, jeźdźcy musieli się zbliżać.
- Co za idioci – warknął Crhack. – Jechać gromadą przez tak wąską uliczkę… Pewnie przyjezdni i nie znają planu miasta.
Astrea nie zdążyła odpowiedzieć, bo po chwili obcy wypadli zza zakrętu. Crhack szarpnął ją gwałtownie w tył, wprost sprzed końskich kopyt. Zadudniło. Jeździec najwyraźniej dopiero teraz spostrzegł spacerujących. Zrobiło się zamieszanie, na ulicę wjechało jeszcze kilka koni.
- Gdzie jest pałac namiestnika? – zawołał ochryple jeden z jeźdźców. Astrea cofnęła się, mimowolnie obserwując resztę koni. Wydawały się być obładowane towarem.
- Uważaj, jak jedziesz, mogłeś mi stratować dziewczynę – wycedził Crhack. Postać wykonała nieokreślony ruch ręką.
- Którędy szybciej na zamek?
- A kogo szukasz?
Astrea usłyszała cichy jęk, podeszła bliżej i wyciągnęła rękę. Światło księżyca wysunęło się zza dachu. Towar okazał się być człowiekiem rzemieniami przymocowanym do siodła, aby nie spadł. Astrea spojrzała na twarz skrępowanego i zbladła.
- Szukam druida Gotharda. Znajdę go tam?
Głos Crhacka wydawał się być dziwnie odległy. Dziewczyna tępo wpatrywała się w pierwszą twarz, po chwili szybko podeszła do następnych koni.
- Nie rusz – syknął drugi jeździec, gdy chciała dotknąć ludzi.
- Dlaczego są nieprzytomni? – wykrztusiła. Nie otrzymała odpowiedzi. Nagle pierwszy mężczyzna krzyknął cicho, ścisnął boki konia i pognał przed siebie. Druidka miała wrażenie, że odgłos kopyt wypełnił cały świat, że zaraz skruszy mury kamienic i bruk chodnika.
- Dureń, jak on chce jechać przez miasto… - doszedł w końcu do niej zirytowany głos Crhacka. – Nie dość, że się spóźnił, to pcha się prawie główną drogą.
- Znasz tych ludzi? – spojrzała na niego w osłupieniu. – Dokąd wieźli jeńców?
- Zapytaj Gotharda. Zresztą, nieważne. Chodźmy już.
Nie pamiętała drogi do zamku. Nie odpowiadała na coraz bardziej natarczywe pytania Crhacka. Ignorowała jego złość. Chwyciła się za skronie, czując jak tępy ból uderza w jej czaszkę. Przed oczyma miała twarz uwięzionego. Przecież to niemożliwe, pomyślała z paniką.
- Chcę ich zobaczyć? – odezwała się nagle. Dopiero teraz zauważyła, że znaleźli się w jej komnacie. Crhack zdjął płaszcz i niedbale rzucił go na fotel.
- Kogo?
- Ludzi, których transportowali tamci dwaj.
- Po co? Jeśli chcesz, kupię ci niewolników.
- Nie chce żadnych niewolników – krzyknęła. – Mam wrażenie, że znam tych więźniów, chcę ich zobaczyć.
Crhack wodził wzrokiem po grzbietach książek, z udanym znudzeniem odpowiadając na pytania dziewczyny.
- To nie moi ludzie, nie mam nad nimi kontroli. W uliczce było ciemno, więc przestań się wygłupiać. A co do niewolników…
- Oni nie są niewolnikami!
- Już są – głos Crhacka podniósł się niebezpiecznie. – Koniec rozmowy.
- Do ciężkiej cholery, chociaż na mnie spójrz! Dlaczego nie patrzysz mi w oczy?
- Nie wystawiaj mojej cierpliwości na próbę, dziewczyno. Zaczynasz mnie drażnić – Crhack po raz pierwszy odwrócił głowę od książek. Astrea podeszła do niego bliżej, gwałtownie chwytając go za kołnierz koszuli.
- Zaprowadź mnie do nich. Wiedziałeś, że mają ich przywieźć.
- Zabieraj te ręce – wycedził cicho. Astrea bezwiednie zacisnęła mocniej palce, aż pobielały jej kostki. Widziała matowe spojrzenie Crhacka, ale przestała panować nad tym, co robi. – Natychmiast…
- Mam gdzieś twoje rozkazy, chcę zobaczyć Alana!
- Milcz!
- Przecież nie krzyczę! – wrzasnęła. Nagle Crhack chwycił ją za nadgarstki, krzyknęła z bólu. Miała wrażenie, że jego silne dłonie zaraz zgruchoczą jej kości.
- Jeszcze raz podniesiesz głos, a pożałujesz – syknął. – Tamci są niewolnikami, będą niewolnikami i oby zdechli niewolnikami. O to ostatnie na pewno się postaram.
- Wynoś się! – szarpnęła się gwałtownie. Nagle poczuła silne uderzenie, świat zawirował, zachybotał. Poczuła kolejne uderzenie i ostry ból rozrywający połowę twarzy. Runęła na podłogę.
Crhack stał nad nią, dygocząc od niemej wściekłości. Matowe oczy wpatrywały się dziko w dziewczynę.
- Koniec rozmowy – powiedział stłumionym głosem. Po chwili trzasnęły drzwi, rozległ się chrobot klucza. Została sama.
Drżącymi dłoni dotknęła bolącego policzka, skrzywiła się. Wstała, chwiejnie podeszła do lustra. Prawy policzek i część brody zaczęło przybierać siną barwę. Niewiele brakowało, a rozciąłby jej wargę.
- Masz za swoje, Astrea – szepnęła, trąc powieki. Dopiero teraz zrozumiała, jak beznadziejna była sytuacja. Doprowadziła Crhacka do ostateczności, a tym samym pogrzebała szansę na pomoc z jego strony. Nie ośmieliłaby się go błagać. Usiadła na łóżku. Uderzył mnie, pomyślała z niedowierzaniem. Poczuła upokorzenie i złość. Sama częściowo do tego doprowadziła.
Drzwi zamknięte były na klucz. Gdyby chciała, mogłaby go rozwalić, postanowiła jednak zaczekać. Położyła się na łóżko, szeroko otwartymi oczyma wpatrując się w ciemność. Znajdzie więźniów. Przypomniała sobie nieruchomą twarz Alana, bezwładną rękę Mirle. Jeśli to byli oni.
Zresztą, kimkolwiek byliby uwięzieni, zrobi wszystko aby ich uwolnić. Czuła, że była im to winna.


***


Przez następne dni nie wracali do opowieści Astrei. W ogóle starali się nie wracać do tego, co wydarzyło się w Tor Saven. Alan starannie unikał tematu Gotharda, udając, że nie widzi pytających spojrzeń Astrei. Mirle i Ray nie wracali do incydentu w lochach, jakby oboje za wszelką cenę chcieli go wymazać z pamięci. Niezręczne milczenie przedłużało się i kładło cieniem na ich wzajemnych relacjach.
Szli coraz głębiej w las. Alan nie od razu spostrzegł, że cel jest tak blisko. Elfickie miasto miało być metą, miejscem, gdzie znajdą Wrota Starożytnych. Alan szedł tam bez większego przekonania, jakby ostatnie dni wyssały z niego jakiekolwiek chęci do działania. Miał wrażenie, że zawiódł. Nie przyniósł meteorytu, przynajmniej w fizycznej postaci. Nie wiedział, czy Wrota się przed nim otworzą, ani jak powitają go elfowie. Nie wiedział nawet, gdzie tamci konkretnie się znajdują.
- Mieszkają daleko na północy – mówiła Mirle. – W ostępach leśnych. Ach, i nie nazywałabym tego miastem. To bardzo duże uproszczenie.
- Co masz na myśli? – zapytał Ray.
- Elfowie nie tworzą osad ani większych skupisk. Ich domy są rozsiane po całym lesie i stokach gór. Trudno stwierdzić, czy rządzi nimi jedna osoba, raczej członkowie klanów. O ile w ogóle pozwalają sobą rządzić. Mimo wszystko, są pokojowo nastawieni i idealnie obojętni na sprawy ludzi.
- To się okaże – mruknął cicho Ray.
A więc brnęli coraz głębiej. Las otaczał ich, otulał, był innym światem. Przebłyski nieba przedzierały się przez gałęzie, ale błękit zdawał się być wyjątkowo daleko. Mirle prowadziła ich na północ, a oni cierpliwie znosili kolejne dni wędrówki.
W nocy męczyły Alana sny. Czasami strzępy dawnych wspomnień, alternatywnych wydarzeń, jego lęków. Widział siebie na huśtawce, gdy jeszcze żyła jego matka. Widział Aldera leżącego przy grobie Rozy i Annę pływającą w morzu. Zamazane obrazy. Rozpryski kolorów. Czasami świat stawał się czarno - biały.
- Mówiłaś – zapytała Alan Astreę podczas kolejnego dnia marszu – że przez tak długie przebywanie między wymiarami, mogłem stracić część siebie.
Czarodziejka podwinęła suknię, spojrzała na niego uważnie.
- A straciłeś coś?
Alan nie odpowiedział. Sny były męczące. Teraz pozbawione sensu i chaotyczne, zdawały się na siebie nakładać. Noc nie przynosiła takiego odpoczynku, jakiego pragnął.
- Sam nie wiem – wymamrotał. – Chyba wariuję.
W końcu opowiedział jej o swoich odczuciach. Miał wrażenie, że perspektywa świata staje się zakrzywiona, korony drzew ciążą mu nad głową i lada chwila go przygniotą. Niekiedy na kilka chwil widział wszystko jak na negatywie zdjęcia lub w odcieniach szarości.
- To konsekwencje tego, co zrobiłeś – położyła mu rękę na ramieniu.
- Ale czy to ustąpi? – skrzywił się. – Mam dość tych skoków, w końcu dojdzie do tego, że zabiję się na kamieniu, bo nie będę mógł ocenić, gdzie on naprawdę jest.
- To z czasem osłabnie. Organizm musi się uspokoić. Nie mówię, że skoki opuszczą cię całkowicie, ale jest szansa, że wszystko wróci do względnej normy.
Skinął głową. Słowa Astrei nie przyniosła ulgi, ale dawały nadzieję na poprawę.
Stracili rachubę czasu. Drzewa szumiały monotonnie, promienie światła padały na poszycie. Wszystko zdawało się być osnute złotawą mgiełką, drżącą w powietrzu i ulotną. Jak dotąd nie spotkali żadnego żywego stworzenia. Alan zastanawiał się, dlaczego wciąż noszą przy sobie broń, skoro była bezużyteczna. Po kilku dniach poczuli, że zaczynają piąć się w górę. Mimo to, wędrówka ta bardziej przypominała błąkanie się wśród zieleni i złota niż konkretną podróż.
Do czasu spotkania ślepego ptaka.


Był pierwszą żywą istotą, jaką spotkali. Olbrzymi gawron przysiadł na zwalonym pniu, skrzecząc cicho. Wpatrywali się w niego w zdumieniu. Po chwili ptaszysko przekrzywiło masywny dziób, skierowało ku nim puste oczodoły, jakby naprawdę się im przyglądał. Rozwarł skrzydła, podleciał dalej, przystanął, znowu spojrzał.
- Jabłka! Jabłkaaaa! – wrzasnął skrzekliwie.
- Pójdziemy za nim?
- I tak mamy po drodze – mruknął ponuro Ray i ruszył za ptakiem.
Gawron był czarną plamą na tle leśnych, pastelowych kolorów. Cierpliwie czekał na wędrujących, by potem ociężale wzbić się i przelecieć następny kawałek. Każdy odcinek trasy kwitował triumfalnym skrzekiem.
- Paranoja – jęknęła Mirle, przedzierając się przez gąszcz jeżyn. Ray podał jej rękę, pomagając się wyplątać. Po raz pierwszy podczas podróży się uśmiechnął.
Za gawronem szli kilka dni. W nocy znikał, by pojawić się o świcie. Puste oczodoły wpatrywały się w nich uparcie. Mimo ułomności, ptak doskonale ich widział. Wiedzieli o tym, nawet jeśli nie zamierzali zagadki wyjaśniać. Mimowolny przewodnik zdawał się być potwierdzeniem, że cel jest blisko.
Alan nie zważał, że drzewa są czasami nienaturalnie wykrzywione, że proporcje się nie zgadzają. Udawał, że nie dostrzega zmiany kolorów świata i faktu, że na minutę staję się czarno – biały, ogniście pomarańczowy lub drży jak fantom. Z upragnieniem wpatrywał się w czarnego gawrona.
Pięli się w górę. Ptak sprawnie lawirował pomiędzy pniami drzew. Ogromne skrzydła młóciły powietrze.
- Który dzień już tak idziemy?
- Czy to ważne? Nie wiem i nie chcę wiedzieć – sapnął Alan. Mirle chciała coś dodać, ale zabrakło jej tchu. Wspinali się po zboczu, chwytając się kamieni. Gawron nagle zniknął im z oczu, wciąż tylko słyszeli jego wrzask.
- Nie ma ktoś jabłek? Udławiłbym nimi ptaszysko – mruknął Ray, czepiając się pnia drzewa. Alan nie słuchał. Resztkami sił zrobił kilka kroków i padł na ziemię. Po chwili uniósł głowę.
Najpierw zobaczył bose stopy i kawałek spodni. Gdy podniósł wzrok, ujrzał, że siedzi przed nim mężczyzna o twarzy spalonej słońcem. Szare dredy ledwo dotykały ramion. Gawron dreptał obok.
- Witam przyjaciół Króla Jabłek – uśmiechnął się nieznajomy.



- Zdejmijcie buty, jeśli łaska.
Zepsute szpilki Astrei, skórzane buty Raya, Alana i Mirle wylądowały w kącie. Znajdowali się na drewnianym tarasie obrośniętym dzikim winem. Mężczyzna skinął z zadowoleniem głową. Podszedł do gawrona siedzącego na żerdzi.
- Dobrze się spisałeś, Królu Jabłek – powiedział z wyraźnym zadowoleniem.
- Tak się nazywa? – zapytała Astrea.
- Tak mi się kiedyś przedstawił. Ale chyba nie miał powodów, by kłamać.
- A jak ty się przedstawisz?
Seledynowe oczy spojrzały na nich wesoło.
- Nazywam się Taniel. Miło mi was gościć.
Przyjrzeli się Tanielowi. Był wyższy od nich i z daleka mógłby się wydawać posągiem. Szare dredy kontrastowały się z brązową, opaloną skórą. Włosy osłaniała kolorowa opaska. Ubrany w popielate spodnie i jasną koszulę, wydawał się normalny i niesamowity jednocześnie. To jakby grecki heros przyjechał na wakacje, pomyślał zmieszany Alan. Z twarzy Taniela biła dziwna pogodność. Seledynowe oczy były stare i przepełnione spokojem.
- Proszę, chodźcie dalej. Głupia sprawa, by goście stali na progu, prawda? Jesteście zmęczeni? Zresztą, po co pytam. Nie musicie nic wyjaśniać, przynajmniej nie teraz. Królu Jabłek, przymknij się wreszcie. Zaraz pokażę wam pokoje.
Weszli do przestronnego, oświetlonego popołudniowym słońcem korytarza. Taniel z rękami w kieszeniach szedł na przedzie w dalsze części domu.
- Proszę – zatrzymał się przy rzędzie drzwi. – Rozgośćcie się. Muszę sprowadzić tu jeszcze kogoś. Z pytaniami wstrzymajcie się do jutra.
Wciąż zadowolony, zostawił ich i zniknął za rogiem.
- To jest elf? – zapytał Ray, wpatrując się w miejsce, gdzie przed chwilą stał gospodarz. – To ma być elf?
- A widziałeś kiedyś elfa? – warknęła Astrea, otwierając jedne z drzwi. Alan dopiero teraz poczuł, jak bardzo jest wyczerpany. Gdy wszedł do przydzielonej mu sypialni, od razu rzucił się na łóżko. Po raz pierwszy od dawna sny przestały go męczyć.


Obudziło go skrzeczenie gawrona i promienie słońca brutalnie wdzierające się do środka. Alan musiał wykorzystać całą siłę woli, by wstać. Obietnica porządnego posiłku bardzo mu w tym pomogła.
Na korytarzu zastał już resztę przyjaciół. Po chwili zjawił się i Taniel, przynosząc nowe ubrania.
- Czas coś zjeść. Xylocopus już czeka.
- Xylocopus? – Alan spojrzał ze zdziwieniem na elfa. Ten bez słowa zaprowadził ich na kolejny taras. Na środku znajdował się spory stół z przygotowanym posiłkiem. Na jednym z krzeseł siedział Xylocopus. Bose nogi wystawił do słońca.
- Jak się tu dostałeś?
Starzec zmrużył oczy, wyraźnie zadowolony pytaniem.
- Mała sztuczka – wzruszył ramionami. Zajęli swoje miejsca. Alan odchylił się w tył i zerknął na czarodzieja. Ze zdziwieniem odkrył, że cieszy go obecność Xylocopusa. Był zbyt zaskoczony, by go należycie przywitać, ale podświadomie czuł wdzięczność, że tu jest. Taniel zachęcił ich do jedzenia, zostawiając konkretne wyjaśnienia na potem. Chętnie na to przystali. Alan nie pamiętał, kiedy po raz ostatni jadł ciepły posiłek.
Wino pachniało wiśniami, miało podobny kolor. Zmęczenie opuściło ich całkowicie, wszystkie złe wspomnienia na moment odeszły w cień. Taniel wyjątkowo beztrosko opowiadał im o zbiorach porzeczek tego lata, jakby znał ich od dawna. Xylocopus z lekkim uśmiechem słuchał elfa, co pewien czas przystawiając kieliszek do ust. Śniadanie wprowadziło ich w doskonały nastrój.
- Pamiętasz ogród hrabiny de Vav? – Alan usłyszał ciche pytanie Raya. Przed oczyma chłopaka zaczęły pojawiać się obrazy.
- Tak. Każdą chwilę.
- A gdzie reszta domowników? Mieszkasz sam? – zapytała Astrea.
- Mają swoje zajęcia, nie wiem, czy ich spotkacie. Pokazałbym wam miasto, gdyby istniało – Taniel zmrużył oczy. – Na razie jestem tylko ja i mój dom. Żyjemy inaczej niż wy.
- Nie da się ukryć – odparł Xylocopus.
Mirle sięgnęła po talerz z owocami. Na widok czereśni drgnęła i zbladła. Opanowała się, chwyciła garść owoców. Powoli zaczęła się rozmowa. Opowiedzieli Tanielowi najważniejsze części ich historii, wraz z niewolą w Tor Saven i wyjaśnieniem, kim była Astrea. Każdy po trochu dokładał swój element układanki. Starali się wspólnie stworzyć spójną całość. Wątki dopełniały się i zahaczały. Przywoływali wspomnienia lub niektóre zatajali. Astrea dość oględnie wyjaśniła, co robiła w Tor Saven, podczas opowieści obserwując głównie własne paznokcie.
- A więc ktoś was porwał i zawiózł do Tor Saven? – przerwał im w pewnym momencie Xylocopus. – Nie pomyśleliście może, że tropili was już od dłuższego czasu?
- Twarze bandytów wydawały się być znajome, ale gdy ktoś przystawia ci nóż do gardła, przestaje to mieć znaczenie – odparł Ray.
- Pamiętacie zdemolowanie mojego mieszkania w Rawengladzie? Być może to byli ci sami sprawcy – powiedział Xylocopus, w zamyśleniu gładząc krótką brodę. – Być może śledzili was od dawna, z różnym skutkiem. W końcu w Tor Saven znaleźliście się z polecenia druida…
- Gotharda – dodał Alan. Mirle zagryzła wargi.
- Bogowie, przecież ja go znałam – jęknęła cicho. – Był dziekanem w Tamroth… kiedyś oferował mi zlecenie… kiedyś…
Urwała, jej oczy zaokrągliły się ze zdziwienia. Przypomniała sobie wyraźnie ten słoneczny dzień, gdy cały jeszcze świat kręcił się wokół handlu eliksirami. Wyjątkowo dokładnie przypomniała sobie gabinet druida i ich rozmowę. Naprawdę nigdy niczego nie zauważyła? Ignorowała, zapomniała? Tak wiele się potem wydarzyło… Jasne, w końcu meteoryty spadają na ziemię codziennie, pomyślała, zła na siebie. Xylocopus obserwował ją ze zrozumieniem.
- Jesteście w to zamieszani już od dawna – uśmiechnął się niewesoło.
- Tak. I najmniej poinformowani – wtrąciła milcząca do tej pory Astrea.
Kontynuowali rozmowę, powoli ustalając fakty. Elf chłonął ich opowieść, co jakiś czas nieznacznie unosząc brwi. Gdy skończyli, pokręcił głową.
- Czuję się diablo nudny w porównaniu z wami – uśmiechnął się. – Xylocopus sporo mi opowiadał, ale chciałem to usłyszeć od was. I nie zawiodłem się.
- Wiedziałeś, że przyjdziemy?
- Nie lubię niespodzianek. Już odkąd Atta wyruszyła na poszukiwanie meteorytu, czekałem na moich gości.
- Rozczarujesz się. Przecież zgubiłem meteoryt – stwierdził ponuro Alan.
- Po prostu schowałeś go zbyt dobrze. A to różnica – seledynowe oczy błysnęły.
- Mniejsza o to – Alan nie miał zamiaru kontynuować tematu. - Co dzieje się w Rawengladzie?
Czarodziej chwycił drugi dzban, z sokiem, nalał Mirle i sobie. Przez chwilę wpatrywał się w pomarańczowy płyn.
- Eviel zaostrzył rządy, ale coraz bardziej boi się o swoje stanowisko. Alder po śmierci Rozy zupełnie się zmienił – Xylocopus zmarszczył brwi. – Wbrew pozorom powstańcy nie zostali doszczętnie rozbici. Danae, żona Eviela przestała się pokazywać publicznie. Mówią, że nie ma jej w zamku. Dość, że nie wiadomo, co się z nią dzieje i w jakim jest stanie. A to tylko pretekst, zachęta do działania. Szykuje się kolejna rewolta
- Czy nie pozostaje obalić Eviela? – wtrącił Ray. – Wschodnie wojska najpewniej opanowały Tor Saven, więc wygrana jest po ich stronie.
- Nie potrafię ci na to odpowiedzieć. Nic się jeszcze nie skończyło. To dopiero początek.
- Jak to? – zapytał Alan. – To jest koniec, przynajmniej dla nas. Doszliśmy aż tutaj. Mówisz, że dla meteorytu nie wszystko stracone. Tutaj są Wrota – dodał z naciskiem. – Co jeszcze jest do zrobienia?
- Ukończyliście pewien etap, to wszystko. Coś się kończy, coś zaczyna.
- Ja rezygnuję z zabawy – odparł szorstko chłopak. Wszyscy spojrzeli na niego niepewnie. Król Jabłek wtulił masywny łeb pomiędzy skrzydła.
- Więc może się dowiemy czegoś konkretnego – przerwał ciszę Ray. – Tyle razy ryzykowaliśmy… chciałbym wiedzieć, po co.
- Nie słuchałeś mnie w Rawengladzie? Meteoryt jest zwiastunem, przedmiotem cennym na wielu płaszczyznach. Zależało na nim druidowi, bo dobrze wykorzystany kamień ma właściwości lecznicze. Zależało na nim Attcie, bo ma właściwości magiczne. Ma wystarczająco energii, by zrobić coś dobrego i złego, w zależności z jakiej strony na to patrzysz. Jest też symbolem. Nie spadł przypadkowo. Przypieczętował pewne wydarzenia i rozpoczął inne. Nie jest ostatecznym celem. Jest elementem. Spoiwem, które łączy. Dzieckiem gwiazdy. Bez niego nie byłoby was tutaj razem.
- To mi niewiele wyjaśnia.
- Ray, czy ja wyglądam na Starożytnego?
- Nie – uśmiechnęła się Astrea. – Ale mi to wystarcza.
- Taniel powiedział, że czekał na gości - dodała powoli Mirle, wydymając lekko usta. – Więc zdawał sobie sprawę, że coś takiego nastąpi. Wiedział?
- Przed każdą burzą są jakieś znaki – odparł elf. – To, że jestem odcięty od świata, nie oznacza, że nic o nim nie wiem. Meteoryt nie był niespodzianką. Wiedziałem, że kiedyś się pojawi, bo wskazywały na to wydarzenia, słowa Atty. Pamiętajcie, że długo zgłębiała ten temat. A potem miałem sporo czasu. Dojście tutaj wam trochę zajęło – kąciki jego ust zadrgały lekko.
- Ale ja go nie mam – wtrącił coraz bardziej zirytowany Alan.
- Powtarzasz to jak maniak, słyszeliśmy – warknął Ray, nerwowo trąc bliznę, pamiątkę po starciu z Sethem.
- Meteoryt nie przepadł, nic tak łatwo nie ginie – powiedział spokojnie Xylocopus. - Jest tam, gdzie go zostawiłeś. Poza tym…
- Nie odzyskam, go, zresztą, wam chyba nie zależy – przerwał Alan.
- Ludzie, Alan. I tak najważniejsi są ludzie, nie rzeczy. Oni wpływają na wydarzenia, nie przedmioty. Znajdziesz meteoryt. Pomogę ci.
- Jedynie, czego chcę, to zobaczyć Wrota – odparł szybko chłopak. Czuł na sobie nierozumiejące spojrzenia Astrei, Raya i Mirle. Musiałby im wyjaśniać, znowu powtarzać, tłumaczyć. Nie chciał. Odsuwał od siebie myśl, że nie umiałby.
- Wrota są tam, gdzie zawsze – usłyszał Taniela. Nagle dźwięczny głos elfa przestał pasować do lasu, słońca i owoców. Bliższy był gotyckim katedrom, które Alan widział dawno, dawno temu. – Gdy będziesz zdecydowany, poproś mnie, powiem ci, jak dojść do portalu.
- On sam nie wie, czego chce – usłyszał ciche stwierdzenie Raya. Alan uciekł wzrokiem w bok, zaciskając palce na poręczy krzesła. Najbardziej bolał fakt, że Ray miał rację.



Powoli mijał dzień. Taniel zostawił przyjaciół samym sobie, tak, aby odpoczęli i zregenerowali siły. Nie chciał ich do niczego zmuszać.
- Nic na siłę – mruknął, gładząc szyję Króla Jabłek. Spojrzał na szumiącą zieloną ścianę, przetykaną złotem i brązem. Widział zarysy sylwetek tych wszystkich, których kochał i którzy o tym nie wiedzieli. Był spokojny.
Nagle dostrzegł Alana idącego ścieżką. Ciemnowłosy, szczupły chłopak o chmurnym, zbuntowanym spojrzeniu. Z rękoma wbitymi w kieszenie spodni. Zapewne ręce były zaciśnięte w pięści.
Seledynowe oczy obserwowały chłopaka. Były jak dwa, spokojne nieba, tak samo odległe jak nieboskłon.
- Powinienem z nim porozmawiać? Jak myślisz? – wymamrotał elf, gładząc wciąż ptaka. I jak zacząć? Może nie będzie słuchał?
Potrząsnął głową, dredy zachybotały lekko. Po chwili zbiegł w stronę Alana.



W kulkach migotały promienie zachodzącego słońca. Pomarańczowe i rdzawe refleksy odbijały się w lśniącym, kolorowym szkle. Kulki, którymi bawiły się elfickie dzieci. Też kiedyś takie miała. Widziała podobne u Mirrory. Chwyciła czerwoną i zieloną, delikatnie pchnęła je przed siebie, obserwując ich chybotliwy ruch. Najbardziej ceniła je za ich cudowną bezużyteczność. Były piękne i całkowicie zbędne. Reguły zabawy były dowolne, wystarczyła wyobraźnia, której dzieci mają aż zanadto.
Po chwili pchnęła kolejną, granatową, odcieniem wpadającą w czerń.
- Ja nigdy takich nie miałem.
- A więc czym się bawiłeś?
Ray wzruszył lekko ramionami.
- Nie pamiętam, być może w ogóle się nie bawiłem. To dlatego jestem niezrównoważony – mrugnął porozumiewawczo. Mirle podkuliła kolana, naciągając na nie tunikę w barwie zgaszonej zieleni. Kolor przyjemnie kontrastował się z jej opaloną skórą, przemknęło Rayowi przez głowę.
Usiadł obok niej, na grubym kocu pomiędzy porozrzucanymi poduszkami. Taniel nie lubił mebli. Starał się jak najbardziej ograniczać ich ilość. Znajdowali się na kolejnym tarasie, tym razem nie otoczonym żadnymi barierkami. Dom Taniela zdawał się nie mieć końca. W milczeniu obserwowali łąkę pozłacaną ostatnimi promieniami słońca. Wiatr głaskał czupryny traw i polnych kwiatów.
- Utopia. Zapomniane miejsce – powiedziała nagle Mirle.
- Nigdy tu nie byłaś?
- Wychowałam się na Wschodzie. Matka była elfem, ale nigdy nie pokazała mi swojego domu, nie przedstawiła moim dziadkom. Jak na półelfkę, więcej we mnie człowieka.
W milczeniu przypatrywali się chowającemu się słońcu. Ray kątem oka spojrzał na dziewczynę. Na brązowe policzki, blade plamki piegów. I zielone oczy. Jak las.
Prześlizgnął się wzrokiem na szklane kulki. Ich kolory jakby przygasły.
Mirle obserwowała łąkę, ale dawno przestała ją widzieć. Siedziała sztywnie, nerwowo ściskając pozostałe jej w rękach szklane cacka.
Niech coś powie. Niech będzie złośliwy, tylko niech przerwie ciszę, przestanie gapić się na to cholerne słońce.
Któreś z nich w końcu wstanie i przegrają oboje.
Słońce było coraz niżej. Zaczynało muskać ognistym krańcem horyzont.
Zrywał się zimny wiatr. Wzdrygnęła się, udając, że nie czuje chłodu.
Muszą już tak milczeć wieczność. Dość. Wstała.
- Idziesz? – Ray wpatrywał się w nią z napięciem.
- Przyszedłeś tu tylko po to, by popatrzeć na drzewa?
Ray wstał, otrzepał ze spodni nieistniejący kurz.
- Nowe kultury najlepiej poznawać ze szczegółami.
-Och, świetnie. Nic nie masz mi do powiedzenia? – uśmiechnęła się kwaśno. Znowu wrócił upór i złość, której nie potrafiła uzasadnić.
-A powiedziałem za mało? Udowodniłem za mało? – mężczyzna zmrużył ciemne oczy. Coś zamigotało w ich źrenicach i zgasło. – Trzeba wypowiedzieć wszystkie słowa?
Zacisnęła pięści. Chciała wyjść, ale nie miała siły ruszyć się z miejsca. Wciąż na nią patrzył. Miała wrażenie, że zamiast radości w jego oczach więcej jest potępienia. To nie tak miało wyglądać, pomyślała. Nie miała wizji tej rozmowy, ale na pewno nie powinna być taka.
- Nie tak, to nie tak – wymamrotała w końcu cicho. – Nie umiemy nawet ze sobą porozmawiać… nie potrafię niczego wyjaśnić… za szybko… Nic nie wychodzi.
Zajęta własnym żalem, nie zauważyła, że Ray chwyta jej ręce i rozwiera palce. Jej plecy owiewał chłodny wiatr, a dłonie grzało ciepło drugiego człowieka.
- Sam przyznaj, nie umiemy ze sobą rozmawiać.
- Masz rację, nie umiemy.
- Nazwałeś mnie idiotką, ale nie o to chodzi. Jestem ignorantką.
- Tak, jesteś.
- To chyba strach.
- Nigdy w życiu bardziej się nie bałem.
Nie płakała, ale świat nagle stał się rozmazany. Wyraźne były tylko oczy Raya, dwa czarne węgle. Były coraz bliżej jej twarzy.
- To bez sensu, bez sensu – szepnęła. – Każde z nas dla drugiego jest jak słońce. Ciepłe, przyjemne z pewnej odległości…
Coś połaskotało ją po twarzy. Głos zaczął jej drżeć.
-… ale sparzy, gdy podejdzie się zbyt blisko.
Słońce daje życie, przemknęło mu przez głowę, gdy ją całował. Potem wszystko stało się nieistotne.



- Jeśli powiedziałbym, że trafiłem na ciebie przypadkiem… to bym skłamał.
- Przynajmniej jesteś szczery – Alan wzruszył ramionami.
Taniel spojrzał na niego z ukosa. Alan zwolnił kroku, jakby przyzwalając na przyłączenie się elfa. Nie zaprzestał jednak spaceru. Z wyjątkową uwagą obserwował kępy kwiatów rosnące wokoło i zygzakowatą ścieżkę, którą szli. Alan podejrzewał, dlaczego elf go dogonił. Powinien teraz coś powiedzieć, ale przekornie zaciskał usta, wciąż idąc przed siebie. Znalazł elfa. Jednego, nie całe miasto, ale to nie było ważne. Znowu zastał coś innego, niż się spodziewał. Nie rozwiązał swoich problemów.
- Myślę, że powinieneś porozmawiać z Xylocopusem i razem z nim odnaleźć meteoryt.
- Powiedzieliście, że nie jest ważny – Alan gwałtownie poderwał głowę. – Nagle znowu wam zależy?
- To nie tak – Taniel uśmiechnął się łagodnie.- Nie zauważyłeś jeszcze? Meteoryt, a raczej jego schowanie przy użyciu Emprorium jest twoim problemem. Twoją drzazgą, która nie daje ci spokoju. Reagujesz zbyt gwałtownie na samo wspomnienie o tym i nie wierzysz, że nie zawiodłeś innych. Jeśli chcesz przestać się martwić, spróbuj stawić czoła sprawie. Xylocopus ci pomoże. Wciąż masz przy sobie meteoryt, musisz go tylko zmaterializować.
- Nie mam dobrych doświadczeń z wymiarami – skrzywił się chłopak.
- Astrea mówiła mi o twoich zaburzeniach – elf skinął głową. – Jak na tak młody wiek miałeś sporo przygód z wymiarami, twój organizm sobie nie radzi. Każdy sen to nowy wymiar, nie dziw się więc, że gdy wracasz tutaj, świat wydaje się przerysowany czy zakrzywiony. Tylko, że chowając się w kącie, niczego nie załatwisz.
- A co z Wrotami?
Właściwie nie powinien zadawać tego pytania. Nie dotyczyło ono Taniela, ale jego samego. To było jego pytanie i jego odpowiedź. Mimo to słowa wypłynęły z ust same, bez kontroli. Elf zatrzymał się i spojrzał na niego z uwagą. Uniósł jedną brew do góry i przez chwilę wpatrywał się w chłopaka, jakby odpowiedź wyczytał na jego czole. Łagodne oczy elfa błysnęły.
- Portal wciąż istnieje i ma się dobrze.
- Wiesz, gdzie jest?
- Tak. Wiem, gdzie może się pojawić. Dawno temu przekazano mi tą wiedzę, zresztą, to nieważne. Jeśli zechcesz, zaprowadzę cię do niego. A może wolisz, bym tylko wskazał ci drogę?
- A jeśli się nie otworzy?
- Jeśli naprawdę będzie ci zależało, zobaczysz go. Tak, jak zależało ci wtedy, gdy zobaczyłeś go po raz pierwszy. Otworzył się, bo Starożytni cię wysłuchali.
- Nie prosiłem o portal – potrząsnął głową.
- A skąd możesz o tym wiedzieć? – elf wzruszył ramionami. Alan uśmiechnął się kwaśno. – Zdecydowałeś już?
- To trudne.
- Nikt nie mówił, że będzie łatwe. Porozmawiasz z Xylocopusem? Pytam z troski.
- Doprawdy?
- W końcu jestem szczery – Taniel uśmiechnął się chytrze.
Szli dalej, ich cienie się wydłużały. Kolorowe barwy i przebłyski zaczynały przygasać i zlewać się w szarość wieczoru. Spacerowali w milczeniu, wokół nich huczały cykady i świerszcze. Wiatr szemrał gdzieś w koronach drzew. W oknach domu Taniela zaczęły zapalać się światła. Nagle Alan uśmiechnął się, pokręcił z rozbawieniem głową.
- Wiesz, to w sumie zabawne. Telepałem się z kamieniem przez cały kraj, dostając za niego niezłe cięgi, by nagle okazało się, że meteoryt nie jest w tej zabawie najważniejszy.
- Jak wspominałem, ważniejsi są ludzie – powiedział cicho Taniel, obserwując las. Między drzewami pojawiały się pojedyncze, migotliwe ogniki. Jasne punkciki rozżarzały się stopniowo pomiędzy gałęziami. Dopiero po chwili Alan spostrzegł, że niewidoczne postacie rozwieszają na drzewach lampiony. Słońce jeszcze nie zaszło, ale powoli chyliło się ku zachodowi. Niedługo złote ogniki rozświetlą mroczne drzewa.
- Robią tak każdego wieczora – wskazał na lampiony. – Wszyscy, których kochamy, a którzy o tym nie wiedzą – dodał ciszej. – Tak, ludzie są ważniejsi. Meteoryt pomógł wam się spotkać. Wszystko jest ze sobą powiązane. Myślę, że wiele mu zawdzięczacie.
- Tak, bólu i problemów na pewno – mruknął kąśliwie Alan, gdy nagle poczuł, jak elf go zatrzymuje. Spojrzał na niego ze zdziwieniem, a potem obrócił głowę, w kierunku, w którym patrzył Taniel. Na tarasie stali Ray i Mirle. Sposób jaki na siebie patrzyli mówił wszystko.
- Sądzę, że meteoryt połączył wasze ścieżki z konkretnych powodów – jakby z oddali usłyszał melodyjny szept elfa. – Sądzę, że nie możecie żałować tego, co się stało.
Gdy Ray przytulił Mirle, gdy zaczął ją całować, Alan odwrócił głowę.
- Zostawmy ich – powiedział cicho, ale spokojnie. Ruszyli w przeciwnym kierunku. Lampiony świeciły coraz mocniej, słońce gasło. Alan nie odwrócił się, nie podjął rozmowy. Nie było sensu powtarzać tego samego w nieskończoność. Zdecydował. Jutro porozmawia z Xylocopusem. I wreszcie podejmie decyzję.



Zakończenie "Wrót Starożytnych" znajduje się w epilogu, który jest już na moim koncie. Zainteresowanych oczywiście zapraszam :)

Podpis: 

Czapla lipiec '08
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Kraina Niekończącej się Bajki -cz.II. rozdział VII Hagan - Wyjście w mrok Hagan - Ciało bez kości
Pajacyk zagryzł wargi, starając się nie dać po sobie poznać, jak bardzo Las Umarłych go zaskoczył. Gęsiej skórki na drewnianym grzbiecie nie brakowało. Pierwsze fanowskie opowiadanie w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda. Drugie fanowskie opowiadanie w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda. Kolejne pojawi się niebawem. (Prolog w opowiadaniu Wyjście w mrok)
Sponsorowane: 25Sponsorowane: 20
Auto płaci: 20
Sponsorowane: 20
Auto płaci: 20

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2022 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.