https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
80

Sprawca (fragment III)

Autor płaci:
100

  Fragment III.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

We wrześniu nagrodą jest książka
Piąta kobieta
Henning Mankell
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Sprawca (fragment III)

Fragment III.

Sprawca (fragment II)

Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Sprawca (fragment)

Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Taedium vitae

Bo czymże jest życie, jeśli nie przygodą na krawędzi?

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Bliskie spotkania

Chodźmy...

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Liście lecą z drzew

Krótki wiersz

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

Zapach deszczu.

Takie moje wspomnienia.

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
782
użytkowników.

Gości:
782
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 43015

43015

KLĘSKA CZARNEGO WŁADCY

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
08-01-26

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Fantasy/Polityka/Wojna
Rozmiar
39 kb
Czytane
4530
Głosy
21
Ocena
4.71

Zmiany
11-11-19

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
P12-powyżej 12 lat

Autor: PCScorpio Podpis: Mirek "PCScorpio" Henning
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Opowiadanie z drugiego miejsca (ex aequo) konkursu „Komunizm w świecie fantasy”. Ostrożnie, długie!

Opublikowany w:

Duże Ka wydanie specjalne, listopad 2005

KLĘSKA CZARNEGO WŁADCY

Zagubiona w lesie karczma wyglądała dokładnie tak jak powinna. Duża, solidnie murowana i kryta strzechą, gwar i światło dochodzące na zewnątrz dowodziły, że w środku było nie tylko sucho i wygodnie, ale nawet wesoło. Była też ostatnią karczmą, jaką podróżni z gór i pustkowia poza nimi mieli napotkać przed przekroczeniem granic królestwa Gilmouth. Ogólnie była dokładnie tym, czego taki podróżny – ot choćby taki jak Sargador, wojownik z gór, teraz właśnie potrzebował. Zwłaszcza, że zbliżał się wieczór.

Sargador wszedł do środka i zdjął zmoczony deszczem, futrzany płaszcz oraz odłożył cięższą broń. Karczmarz traktował go z szacunkiem może ciut mniejszym od tego, jaki w jego stronach okazywano sławnym barbarzyńcom – ziemie te szczyciły się wszak cywilizacją – ale jednak wystarczającym do tego, by już po chwili móc cieszyć się suchym miejscem, pieczonym mięsiwem w trzech rodzajach i niezłym piwem. Potrawy typowe, lecz smaczne. W karczmie panował też typowy łagodny półmrok i gwar. Typowi klienci, rycerze w zbrojach, zbóje w futrach i zabijacy wszelkiej maści przekrzykiwali się przy stołach lub typowo drzemali pod tymiż z pustymi dzbanami w garści. Przygrywała typowa muzyka fletów i bębenków.

Tym co nie było typowe była – co Sargador zauważył już przy wejściu – niezwykle duża liczba gnomów. Stanowiły ponad połowę obecnych, a przecież w tej okolicy zazwyczaj się ich nie widziało. Gnomy żyły w większych miastach ludzkich, lub we własnych osiedlach, kopalniach i podziemnych warsztatach. Ich kolorowe ubrania i głupawe czapeczki niezbyt pasowały do wnętrza, jednakże piły nie gorzej niż pozostali, a swoimi skrzekliwymi głosami czyniły rejwach słyszalny nawet z najdalszego kąta, w którym posadzono Sargadora.

- Czego to ich tu tyle, psubratów, nazbierało się? - zapytywał po raz kolejny jeden z kompanów siedzących tam wcześniej, brodaty wojak który przedstawił się jako Gwyld z Czarnego Stawu

- Ja tam nie wiem - odpowiadał drugi, krzepki krasnolud o imieniu Amarth - Ale zdaje się, że w tym samym celu co i my przychodzą.

- Ledaryk? Być nie może! Gnomy w kopalniach siedzą i buty robią przecie, a nie wśród zbrojnego ludu się pod nogami pałętać.

- Buty, broń, machiny, wszystko. Nie do wojaczki są one, fakt. A jednak spójrzcie na to.

Pokazał jeden z pergaminów z pieczęcią króla Ledaryka, władcy Gilmouth, identycznych jak te które każdego z nich skłoniły do wyruszenia z domu. Tyle że te nie wzywały ‘wielkich bohaterów, meżnych wojaków spragnionych bitwy i podboju’, ale właśnie gnomy – znaczniejsze i mniej znaczne, i mówiły o ‘wielkiej sprawie dla dobra wszystkich gnomów’.

- Dziwna to jakaś sprawa - Sargador popił piwa - Wiem, że Ledaryk próbuje zebrać wielką siłę, ale po co mu gnomy? Krążą plotki, że szykuje wyprawę na lorda Varlatha.

- Hłe hłe ! Lepsi od niego próbowali - Gwyld ze śmiechem bawił się swoim korbaczem - Ja tam zobaczę, co z tego wyniknie, nabiorę łupu ile się da i zwieję, zanim pierdyknie cała ta wyprawa.

- Wszyscy podobnie myślicie - rzucił czwarty z kompanii, jasnowłosy półelf Rixel - A przecież czas już najwyższy, żeby ktoś porządnie zabrał się za Czarnego Władcę. Zagraża on całemu krajowi, bezkarnie dręczy nas napadami. Wszyscy się boją jego magii. Ledarykowi może się udać, gdyby udało mu się zjednoczyć magów...

- Jest raczej odwrotnie - wtrącił znów Amarth, który jak to krasnolud znał najwięcej plotek - Ponoć w kraju Ledaryka ostatnio magowie źle są widziani.

- No to nic już nie rozumiem... Ledaryk jest idiotą albo ma jakiś plan...

- Tak chyba jest... - Sargador tez słyszał to i owo w trakcie podróży tutaj - W okolicznych księstwach niepokoje jakieś się szerzą. Bunty chłopskie, wielmożę jakiegoś zamordowali. Chodzą plotki, że to szpiedzy Ledaryka za tym stoją. Odezwy jakieś głoszą, podburzają...

- To zupełnie bez sensu - Gwyld potrząsnął głową i cisnął precz ogryzioną kość - Chce zrazić do siebie sąsiadów zamiast jednoczyć się? Przecie potrzeba mu wojska, złota, żywności! A chłopi? Chłop ma cicho być i ziemię dla pana uprawiać, tak bogi i tradycja nakazują!

- Cóż, przekonamy się o tym niebawem - krasnolud dopił piwo - Pogwarzymy jeszcze o tym, a teraz na spoczynek, panowie. Do stolicy Gilmouth jeszcze trzy dni drogi.



* * *

Minęły trzy dni, a potem jeszcze kilka dni spędzonych na przesłuchaniach, rozmowach z zausznikami króla, udowadnianiu swoich umiejętności, w końcu jednak Sargador, po dojściu jeszcze kolejnych kandydatów, otrzymał zaproszenie na wielką naradę sojuszników. Jego reputacja jako wodza i wojownika była tu dość dobrze znana, wsławił się w czasie krwawej wojny z trollami na pustkowiach, jego miecz był dobrze znany w całych Orlich Górach. Rixel i Amarth, z którymi razem przyjechali do stolicy, także się załapali. Z jakichś powodów nie zaproszono zaś Gwylda, mimo iż wyzwał królewskiego szambelana od psiajuch. Teraz wszyscy generałowie, rycerze i posłowie innych księstw siedzieli przy kamiennych stołach, sprzeczając się półgłosem. Król Ledaryk – postawny mężczyzna z wąsem i siwiejącymi włosami do ramion, siedział u szczytu największego stołu, bawiąc się swoim złotym berłem, i czekając na sygnał do rozpoczęcia. A sygnałem tym było przybycie niepozornego człowieczka w czarnym habicie – nadwornego maga, Lirukha.

- Drodzy panowie - zwrócił się do zgromadzonych po zakończeniu zwyczajowych pozdrowień - Jak wiecie, celem naszego sojuszu jest pokonanie Lorda Varlatha, władcy imperium zwanego Pustymi Ziemiami, i pozbawienie go okrutnej czarodziejskiej mocy, którą według plotki dają mu tajemnicze czarne klejnoty.

- Plan, który stworzyliśmy - ciągnął, stanowczo przerywając gwar niedowierzania i śmiechów - daje nam szansę uwolnienia się raz na zawsze od zarazy, zagrażającej wszystkim Księstwom. Jest od dawna wprowadzany w życie, więc zdążając tu, zapewne słyszeliście o nim jakieś plotki.

- Plotki krążą różne, wasza wysokość - rzekł, wstając i kłaniając się, jeden z posłów - Co jedna, śmiem twierdzić, to straszniejsza. Podobno planujecie buntować chłopów przeciw panom. Samo w sobie jest to niewytłumaczalne i smutne, a w kontekście planowanej jakoby wojny, raczej pomoże niż zaszkodzi naszemu wrogowi, który trzyma ludność pod żelaznym butem i dzięki temu dysponuje ogromnymi środkami oraz armią której nie sposób się przeciwstawić...

- Armii można przeciwstawić większą armię. Jeśli zwerbuje się do niej nie tylko rycerstwo i zaciężnych, lecz wszystkich. Całą, odpowiednio podburzoną ludność. Masy chłopów.

- Chłopi przeciw Czarnym Rycerzom Varlatha? - krasnal Amarth przekrzyknął wielki ryk śmiechu - Wychodzi z tego wielka dostawa kotletów!

- Idee naszego planu - przerwał gromko król - Jeśli zostaną odpowiednio wprowadzone w życiu, będą w stanie zamienić chłopów w siłę groźniejszą niż podejrzewacie. Stu chłopów nie zastąpi rycerza, ale obali go, ogłuszy. Dywersja, mięso armatnie. Wywiad sojuszu od dawna propaguje wśród nich ideologię, o której już na pewno słyszeliście.

Sargador i inni skrzywili się. Owszem, przez parę dni pobytu zdążyli już usłyszeć dziwności wykoncypowane przez pałacowego filozofa Densima. Negacja świata duchowego, Najwyższa wartość dla dóbr materialnych, pracy i jej owoców – filozoficzne brednie nie mające odniesienia do rzeczywistości. Najbardziej absurdalna była jednak kwestia...

- ...kwestia magów - wołał inny z posłów - Jak rozumiem, wasza ideologia zakłada nauczanie ludzi niewiary w moc magów.

- Niewiara, wrogość, bunt przeciw magom. Jest to istotny czynnik dla skierowania gniewu ludu przeciw Czarnemu Władcy. Magia jako taka jest największym wrogiem naszego ruchu.

- To dość ryzykowne - wtrącił szef wywiadu królestwa, doktor Badrel, chudeusz w czarnej szacie który opracowywał dużą część wzmiankowanego planu - Ludzie mogą w nią nie wierzyć, ale magia istnieje... I nie tylko Czarny Władca nią włada.

- W tym miejscu wkraczam ja - mag Lirukh, najwyraźniej niezrażony słowami o swej profesji, wystąpił zza pleców króla - Nad kwestią magów pracowaliśmy od dłuższego czasu. Pierwszym krokiem było zawezwanie gnomów...

- A cóż te pokraki mają do rzeczy?

- Te pokraki, jak niektórym wiadomo, to istoty o największej znanej odporności na magię. Poza tym znane sa z rzemiosła i kultu pracowitości. Liczba ich jest duża, Będą najlepszymi żołnierzami i propagatorami naszych idei wśród ludzi.

- Ależ Varlath włada straszną mocą! A pozostali magowie, przyjaźni czy neutralni, nie będą spokojnie patrzeć na tę farsę! Największa siła wojska, czy też, za przeproszeniem, ludu, może zostać rozsieczona w drobny mak zaklęciami kilku ludzi...

- Magów nie jest zbyt wielu - odparł król krzywiąc się pobłażliwie - Ich moc jest przereklamowana. My natomiast mamy plan... Po pierwsze, gnomy.

- Ale cóż gnomy uwojują! Mniej jeszcze niż ci wasi chłopi. Wojować będziem my, a przeciw czarom...

- Przeciw czarom mamy dalszy plan - Lirukh, za przyzwoleniem króla, przerwał mu. Odchrząknął niepewnie i rozwinął wielki pergamin: - Znacie chyba wszyscy ten znak...

Większość obecnych przytaknęła, rozpoznając pentagram z jednym ramieniem u góry i dwoma w dole - chyba najstarszy i najpotężniejszy ze znaków chroniących przed złymi czarami.

- Jak wiecie, znak ten przywołuje całą siłę wszechświata na ochronę noszącej go istoty. Przedstawia sylwetkę człowieka, a jego pięć wierzchołków symbolizuje połączenie świata duchowego, u góry, z czterema elementami tworzącymi świat materii w dole – żywiołami, inni widzą tu też cztery humory czyli pierwiastki tworzące ludzką istotę, lub cztery pory roku, lub...

- Znamy te pierdoły - uciął Amarth - I jak ten znak ma nam pomóc? Setki ludzi go noszą i nie wszystkim pomaga on! A znaków magicznych jest przecie na kopy! Gdzie tu pomysł?

- Mój pomysł... - zająknął się mag - nawiązuje do dość ryzykownej teorii Kratapthusa, mówiącej, że siła magiczna w dużej mierze zależy od wiary. Chodzi o skupienie umysłu, siłę która wspomaga lub równoważy to samo skupienie umysłowe jakie konieczne jest u maga, by zadziałał jakikolwiek czar. Ogromna wiara w moc jakiegoś elementu zwiększa ją, brak wiary w inny zmniejsza skutki jego oddziaływania. Gdybyśmy tylko nakłonili odpowiednio dużą ilość ludzi, to jest, wszystkich którzy pójdą za nami, do wiary w ten znak... w to że on ma największe znaczenie, że tylko on chroni i broni...

- ...i jeszcze do tego żeby przestali wierzyć w innych magów - dowódca podchwycił pomysł - Wtedy jest szansa, że czary im nie zaszkodzą?

- To właśnie zakładamy - mag otarł pot z czoła. Nie wyglądał na zbyt pewnego.

- Więc właśnie... A zatem przyjęte - ogłosił Ledaryk wstając z miejsca - Skoro zgadzamy się, oto sztandar naszej rewolucji. Aby ruszyć, lud potrzebuje sztandaru. Znaku i flagi.

Lirukh z dumą wyciągnął i rozpostarł wielką flagę – pentagram wyzłocony na zielonym suknie.

- Dlaczego zielony?

- Kolor ziemi żywicielki - wyjaśnił doktor Badrel - Ziemia karmi i poi lud pracujący. A moc magów nie z tego świata pochodzi, magowie wrodzy są ziemi i ludowi...

- Więc na pohybel magom! - zawołał gromko król - Na pohybel Czarnemu Władcy! Do dzieła, mości panowie !

* * *

- Na pohybel Czarnemu Władcy! - wykrzykiwał pachołek w czarnym kapturze - Na pohybel magom ! Do dzieła, ludzie, do walki !

- Hyr na magów, stworów nieziemskich! - wtórował mu drugi wywiadowca, ten wyglądał jeszcze biedniej, gdyż od wielu miesięcy żył wśród chłopów, zyskując status lokalnego przywódcy - Ziemia nasza żywicielka, a te psiekrwie żerują na niej! Na nas! Nieludzkich mocy używają! Plugawią powierzchnię ziemi, ona znieść ich na sobie nie może!

- Bo to tak jest, widzicie - stary wioskowy mędrzec, zwerbowany niedawno ale bardzo dobry, dowodził na boku grupie słuchaczy - że magi i ich moce nieprawe są. Nie ma tu miejsca dla duchów ni mocy, nic tu być nie powinno jeno świat ten tutaj, nasza ziemia, jeno człowiek jest na tej ziemi najważniejszy. Tak jak ten znak króla, co człowieczka przypomina - wskazał wykręconym paluchem na sztandary łopoczące nad głowami przemawiających - Widzicie? Ten znak mówi, co ważne! Temu znaku wierzyć trza, nie o magach bajędom!

- To dziwne - mruknął Sargador do Amartha, z którym razem stali, przebrani w niepozorne płaszcze, za drzewami - Mówili, że znak symbolizuje właśnie połączenie człowieka i natury ze światem duchowym. Jeden czubek u góry...

- Ja tam myślę - krasnolud ścisnął mocniej topór - że lepiej się w toto nie wgłębiać.

Atmosfera istotnie mogła wzbudzać strach. Tłum wzburzonych chłopów gęstniał dookoła, widły i kosy, łopaty i siekiery którymi potrząsali wyglądały nie mniej groźnie od dzid i toporów, pomimo niedorzeczności tej wizji. Sargador i Amarth z oddziałem krasnoludów byli tu jako ubezpieczenie, ale zdawało się że nie będą potrzebni. Spode łba i z ukrycia obserwowali więc rozwój wypadków.

- Czarny Władca to wróg najgorszy ! Przez niego pracujemy i głodujemy od świtu do nocy, do garnka co włożyć nie mamy! - ryczał agitator do spółki z rzeczywistym przywódcą wsi, zażywnym i siwym gospodarzem z czerwoną gębą - On i magi, co nas nimi straszą! On i ci co mu pomagają! Wielmoża, bogacze, tłuste świnie co im do koryta dobro nakładamy! Nasze to dobro, naszą pracą ziemi wydarte! Złodzieje, złodzieje! A kto złodziej największy, co ludkowie? - zaryczał najgłośniej jak umiał, wskazując w stronę małego, smętnego zamku wznoszącego się nad wsią - Kto was gnębi najbardziej?

- Balmir! Balmir!! - ryknęli chłopi. Pozostali podjęli chwytliwy okrzyk ‘złodzieje’.

- Więc hyr na Balmira, ludkowie! Odbierzmy co nasze! Hyr Czarnemu Władcy! Hyyyyyr!!

Sargador uczestniczył już w paru akcjach i wiedział, że jakkolwiek nieprawdopodobna, akcja ma duże szanse powodzenia. I rzeczywiście. Słońce nie zaszło jeszcze, gdy dym zaczął się dobywać ze smętnego zamku, siedziby właściciela okolicznych ziem, władyki Balmira. Zbrojna drużyna i hajdukowie dzielnie stawili odpór bandzie, ale nie mieli szans. Ubezpieczenie istotnie było zbędne, a rozwój wypadków można było zaraportować jako pomyślny.

Władcy wszystkich Księstw w sojuszu z Ledarykiem zostali dokładnie poinformowani o projekcie. Edukacja i mobilizacja chłopów szła bardzo sprawnie przy ich pomocy, bunty wobec lokalnych wielmożów były koniecznym skutkiem ubocznym. Niektórzy ustępowali przyłączając się do sprawy, inni – co bardziej bogaci i niewygodni – musieli ulec, nie mogąc nic wskórać swoim wojskiem i pieniędzmi (zawczasu uszczuplonymi przez daniny na rzecz wojny). Ich dobra przypadały ludowi – to znaczy, siłom sojuszu. Podobnie było z bogaczami w niektórych miastach – tam prym wiodły gnomy, rosnące w siłę i wciągające do buntu biedaków z innych ras. Rewolucja zaczynała już wrzeć we wszystkich księstwach okalających imperium Varlatha, wkrótce wielotysięczna armia wojska, chłopów i biedoty będzie jednolitym tworem gotowym do druzgocącego działania. Na razie jednak panował chaos.

- To rzeczywiście trudne do pomyślenia - rzekł krasnolud, gdy obaj obserwowali wysoko powieszoną, podpaloną sylwetkę Balmira machającą wszystkimi pozostałymi kończynami - Ale jakaś sprawiedliwość w tym jednak jest. Istotnie to oni uprawiają ziemię i to do nich powinno należeć to co zbiorą, nie do jakiegoś palanta co włada nimi nie wiadomo właściwie czemu. Tradycja i bogi. Bogi kraść i wyzyskiwać nie pozwalali, no chyba że ci od podziemia, co ich imion wymawiał nie będę. A ci panoszą się nad nimi, głodem morzą i magami straszą...

- Właśnie - Sargador westchnął. Był barbarzyńskim wojownikiem, ale nikomu nie życzył takiej śmierci, szczególnie w wyniku nie bitwy, a zbrojnej napaści wielką kupą.

- Właśnie. Ciekawe, co na to wszystko magowie?...



* * *

Magowie, cóż... trudno się było spodziewać po nich zadowolenia. Na szczęście faktycznie było ich niewielu, ale i tak pierwsze starcia były krwawe. Dhesmei z Alghabu, znany z trudnego charakteru, pozamieniał poselstwo rewolucyjnego sojuszu w kury i oddał służącym mu gnollom na obiad, zaś jego błękitne pioruny znaczne szkody poczyniły wśród rycerzy i trzech tysięcy chłopów szturmujących jego zamek. Budzący grozę Raghabat Czwororęki bardzo niewyrozumiale potraktował buntowników w księstwie, gdzie za zgodą władcy zamieszkiwał. Pokonano go jednak trucizną osłabiającą magię, podaną przy kolacji z posłami księcia. Okazało się, że dodatkowe ręce były sztuczne.

Właśnie. Ten plan, stokroć bardziej nieprawdopodobny niż rewolucja wobec panów, także zaczynał działać. Magowie ginęli, wbrew wszelkim wyobrażeniom i szansom. Kilku magów, pod wodzą Karnagha Wielkiego, dobrowolnie przystąpiło do sojuszu mając ewidentnie chrapkę na zgromadzone przezeń ziemie i bogactwa oraz głównie tajemnicze klejnoty Varlatha, który – stawało się to coraz bardziej widoczne – rzeczywiście mógł wreszcie zostać pokonany. Kilku późniejszych ze strachu. Sojuszniczy magowie nie odgrywali jednak wielkiej roli, trzymano ich zgromadzonych w zamku i – brońcie bogi! – nie pokazywano ludowi. Głównym magiem pozostawał Lirukh, awansował też na głównego ideologa ruchu po tym, jak stary Densim zmarł na jakieś zatrucie.

Tak, magowie ginęli, jeden po drugim. W skrytobójczych zamachach, w egzekucjach za zarzuty sfabrykowane przez dotąd przychylnych książąt, w bitwach. Masy wojska, rozjuszonych chłopów, biedoty, krasnoludów i gnomów ruszały na tych, których same imiona dotąd mroziły krew w żyłach. Zabójcze czary, ogniste kule, przywoływane zjawy, oswojone bestie i nieludzcy strażnicy – owszem, zabijały wielu, ale reszta parła niepowstrzymanie naprzód. I rzeczywiście, z biegiem czasu działały jakby coraz mniej. Im więcej zwycięstw, z tym większą nadzieją i ochotą wojska parły naprzód, śpiewając na cześć zielonych sztandarów. A błyskawice i magiczne pociski słabły i gasły, a magowie ginęli ścinani i krzyżowani na pentagramie – symbolu nadziei i zwycięstwa. A wojska buntujących się książąt i pierwsze siły Varlatha, który w końcu kazał im przekroczyć granicę, były ścierane w proch bez poważniejszych przerw w marszu. A więc plan rzeczywiście działał? Wiara potrafiła wszystko?...

- Kropla drąży skałę, bracia! - grzmiał Ledaryk - Kropla drąży! Już wkrótce złowrogie wieże Noldaron padną zmiecione słusznym gniewem ludu! Zwycięstwo będzie nasze! W górę serca, wojownicy sprawy, ludu pracujący! Zaśpiewajmy!...



* * *

- Stało się... - gnom-posłaniec piszcząc pędził kamiennym korytarzem. Wieść rozchodziła się szybko. Po chwili cała załoga przygranicznej twierdzy już wiedziała.

- Udało się! Bitwa pod Krithgan wygrana! Czarni Rycerze wycofują się znad rzeki!

Sargador i kilku innych dowódców szli w stronę komnaty Ledaryka, brzęcząc zbrojami i bronią. Amarth i Rixel szli po obu stronach (Gwyld poległ w jdnej z pierwszych bitew). Pierwsze poważne zwycięstwo z siłami Varlatha! Wymagało to nie tylko poważnego uczczenia, ale też, najpierw, poważnej narady. Musieli podjąć decyzje co do dalszych kroków i król...

- Król jest bardzo zajęty, nie wolno mu przeszkadzać - mag Lirukh zastąpił im drogę do rzeźbionych drzwi.

Wojownicy skrzywili się szpetnie. Wszyscy ostatnio przestali lubić Lirukha. Wiecznie pijany, za gruby na każdą kolejną z bogatych szat maga, prowadził fatalny tryb życia i całe szczęście że lud sojuszu nic o tym nie wiedział (nie wiedział że jakikolwiek żywy mag ostał się jeszcze na świecie). Niesmaczna była też cała ta afera z sojuszniczymi magami sprzed trzech tygodni. Lirukh wykrył ponoć wśród nich spisek, wszystkich powieszono lub zamęczono na rynku stolicy Gilmouth. Ich przywódca Karnagh na czas zorientował się w sprawie i próbował uciec na latającej miotle, przyzywając przedtem ognisty deszcz który prawie zrujnował miasto. Doścignęły go latające patrole na chimerach, naszpikowano go strzałami, spadł w tłum wściekłych gnomów. Obrzydliwa masakra... cały lud sojuszniczego związku wiedział, że magowie zdradzili, że naprawdę pracowali dla Czarnego i knuli zagładę, ale dowódcy wiedzieli że... no, że generalnie sprawa po prostu była niesmaczna.

- Poszedł won. Hyr na magów! - zarechotał Amarth odpychając grubasa na bok i wszyscy wtarabanili się do komnaty.

- Panie, pierwsze zwycięstwo za nami! Konieczna jest narada...

Władca rewolucji nie zareagował. Siedział jak zwykle na swoim tronie, ściskając w dłoniach jakiś przedmiot. Widzieli już tę okrągłą kamienną kulę, król chował ją w ciężkiej złoconej szkatule prawie zawsze, gdy ktoś przychodził. Był to jakiś niezwykle cenny magiczny przedmiot; ze względu na kształt i wyrzeźbiony wzór nazywano go magicznym Okiem.

- Panie... - Sargador zbliżył się do władcy, który siedział jak skamieniały. Ruszał tylko bezwiednie wargami, a Oko, które ściskał w rękach, w dziwny sposób odbijało światło świec.

Po chwili dopiero król zamrugał oczami i oprzytomniał. Natychmiast wstał i schował kamienną kulę z powrotem do szkatuły.

- Tak... tak - odezwał się, stopniowo odzyskując normalny, władczy głos - Zwycięstwo pod Krithgan. Bardzo dobrze. Gratuluję

- Skąd wie o tym?... - szepnął krasnolud. Król spojrzał na niego swoim zwykłym już, nie znoszącym sprzeciwu wzrokiem.

- Gratuluję zwycięstwa - powtórzył - Posuwamy się teraz dalej wzdłuż rzeki. Amarth i jego kompania obsadzi od południa rejon Trupich Skał, a pozostali...

- Najgorszy odcinek?...

- A pozostali ruszą dalej na północ. Kolejne cele to miasto Trak z kopalniami żelaza i przyczółki Skegge. Rzekłem! Wykonać.

- To jednak wspaniały wódz - szeptali z uznaniem generałowie, gdy grupa opuszczała komnatę jak niepyszna, żegnana wyzwiskami Lirukha - Wie dokładnie wszystko, strateg jakich mało...

- Jak dla kogo - mruczał krasnolud - Trupie Skały! Gorsze niż pustkowia za górami, skalne smoki, bestie i koncentracja Czarnych. Zmarnuję chłopaków, sam mogę dać głowę.

- Nie przejmuj się. Zbliżamy się do zwycięstwa, wyraźnie to czuję.

- A ja czułem tam coś dziwnego - rzekł cicho półelf, obracając się za siebie - Niedobrą magię...



* * *

Jesienny wieczór ostatniego roku wojny zbliżał się ku końcowi. A przynamniej wszystko wskazywało, że koniec wojny jest blisko. Siły sojuszu leżały ogromnym obozem wokół przełęczy Karamuun, jedynego wejścia do doliny otaczającej miasto Noldaron, stolicę Czarnego Władcy. Wszystkie jego siły skupiły się wewnątrz, zalegając dolinę. Kilkadziesiąt tysięcy wojsk sojuszniczych kontra najwierniejsi z Czarnych Rycerzy, walczący jak ranne tygrysy. Wszyscy wiedzieli, że nadchodząca bitwa będzie ostateczną. Lord Varlath upadnie, lub złamie oblężenie i będzie mógł odzyskać siły. Latające patrole ogłaszały, że słynne wieże Noldaron było już widać.

Sargador szedł w stronę sali tronowej twierdzy, dudniąc głucho butami. Należało omówić z królem taktykę planowanej bitwy. Przewaga była po ich stronie, ale rycerze Varlatha i jego legendarna moc... dawno już siły rewolucji nie mierzyły się z magami. Po tajemniczej śmierci Lirukha (oficjalnie, z powodu klątwy Czarnych) magowie zostali wymazani z powierzchni ziemi żywicielki, dokładnie jak w odezwach. Siły musiały być uważnie rozłożone, posunięcia dokładnie zaplanowane.

Generał był w złym humorze. Nikt z jego przyjaciół nie dożył tej chwili bliskiego tryumfu. Wzburzała go zwłaszcza śmierć Amartha i innych dowódców oskarżonych o zdradę, i związany z tym pogrom wśród krasnoludów. Byli to świetni i przydatni wojownicy, Amarth był jego druhem. Takie bezsensowne spory między rasami służyły tylko wrogowi. Najpierw przepędzono resztki elfów jako bratających się z magią, teraz to... Skoro tak się sprawy mają, może wkrótce rozpanoszone gnomy zaczną wojnę z ludźmi? Wszystko to napawało go wstrętem i złością.

Wchodząc do sali tronowej, jak zawsze przyjrzał się kolekcji magicznych przedmiotów skonfiskowanych pokonanym magom. Leżały tam na długich półkach, powieszone na ścianach. Było na co popatrzeć... Był tam wspaniały, złocisty hełm Karnagha Wielkiego, który dawał mu całkowitą nietykalność ciała i ducha, i lustro starego Amfibusa z Gór Szarych, pozwalające ponoć zaglądać w inne światy. Był sławny, niezrównany miecz Wandrath, jedyny którym można było walczyć z demonami – jego lśniące ostrze i bogato rzeźbiona rękojeść musiały poruszyć serce każdego wojownika. Gwildor Ogniobójca, który dzierżył to wspaniałe ostrze w wielu bitwach, powieszony został za zdradę pół roku temu.

Był też rzecz jasna pierścień Rham-Barruka pozwalający przemieniać się w każde stworzenie, a którego właściciel został w trakcie czystki zmuszony do zamiany w robaka i rozdeptany. Latające dywany i mówiące posągi, skonfiskowane zamorskim czarownikom już na początku wojny. Czerwony, lśniący płaszcz Dhesmeia z Alghabu, który miał mu umożliwiać zarówno latanie, jak i znikanie. Tańczące, żywe złote figurki z miasta Mothran, które zatopiono teraz w ołowiu, bo ich lamenty nie dawały spać nikomu w zamku.

Sargadorowi było żal pięknych przedmiotów. Miał niejasne przeświadczenie, że są one ostatnimi śladami obecnej epoki, która odchodzi już w niebyt. Był też jasno przekonany, że walnie przyczynił się do tego odejścia. To, do czego się przyczyniał, niezbyt mu się podobało.

Nie podobało mu się też, ze przyszedł na próżno. Ledaryka nie było w komnacie, a przed zbliżającą się bitwą niewskazane było marnowanie czasu. Ta perspektywa zresztą też mu się nie podobała. Podobały mu się artefakty mijającej epoki, chciał więc pooglądać je dokładnie korzystając z nieobecności władcy. Jeszcze raz rozejrzał się dla pewności, ale król z pewnością nie był obecny. Pozostawił płaszcz porzucony niedbale na fotelu-tronie, berło leżące tuż obok... no i rzecz jasna swoje bezcenne ‘oko’, ułożone teraz na kamiennym stole obok map, listów i innych pergaminów.

Miecz Wandrath oczywiście najbardziej przykuwał jego uwagę. Rękojeść była przepięknie rzeźbiona i inkrustowana, a na klindze z ciemnej stali wyryto runy tworzące imię pięknej broni oraz, mniejszym pismem : ‘Demona też można zranić’. To znaczy, Sargador nie znał wszystkich run ani tym bardziej starożytnego języka, ale tak w każdym razie mówiła legenda. Demona mozna zranić. Demona...

Obrócił się gwałtownie, tknięty znajomym uczuciem że ktoś go obserwuje, ale w komnacie nie było nikogo. Ta bitwa, cała ta wstrętna historia, zszargane nerwy... odłożył miecz i poświęcił się obserwacji kolekcji skonfiskowanych, magicznych pierścieni. Ich kolorowy blask uspokajał...

Znowu! Instynkt wojownika nie mylił się. Gwałtownie odszedł od półek, rozejrzał się dokładnie po komnacie. Coś było tu dziwnego, coś, coś...

Oko. Komnata była pełna magicznych przedmiotów, ale instynkt kazał mu spojrzeć właśnie na nie... Generał był już pewien, że niespokojny blask na szklistej powierzchni kamienia nie był tylko odbiciem świec. Ostrożnie wziął go do ręki.

Nic. Kula wciąż była zwykłą kulą połyskliwego kamienia, źrenica rzeźbionego oka była martwa jak zwykle. Coś jednak było tu nie w porządku, Sargador był o tym przekonany. Obejrzał kamień ze wszystkich stron, spojrzał uważnie w źrenicę...

Nieładnie ruszać cudze rzeczy.

Nagły blask zupełnie go oślepił. Źrenica jarzyła się ogniście i żółtoczerwono, delikatna mgiełka blasku opływała kulę dookoła. Ale najdziwniejszy był, rzecz oczywista, głos w jego głowie.

Jesteś wścibski, generale. Od początku mi się nie podobałeś. Natychmiast wracaj do swoich obowiązków, król nakazuje zgromadzić wojska u wejścia do doliny. Uderzycie jutro o świcie. Zrozumiałeś?

Czy król przemawiał przez magiczne cacko? Było to mało możliwe. Sargador zacisnął bolące oczy, a wolną ręką przykrył ucho.Nie, ten głos grzmiał z potworną siłą, jego brzmienie napawało paniką i desperacką myślą o tym, że nie ma żadnego sposobu by się przeciwstawić.

- Tak... - wycedził przez zaciśnięte z bólu zęby.

Dobrze. Odłóż kamień na swoje miejsce i wyjdź. Zrozumiałeś co robić?

Tak, każdy wojownik z gór dobrze wiedział co zrobić w takiej chwili. Sargador cisnął kamień precz i nagłym skokiem runął z powrotem, w stronę miecza pozostawionego przy półkach. Magiczny Wandrath... Ledwo zdołał upaść na posadzkę i sięgnąć go ręką, gdy...

Gdyby ktoś patrzył z boku, mógłby dojrzeć, jak turlające się obecnie w kącie Oko rozbłyskuje wspaniałą eksplozją ognistego blasku i piękne, pełzające strumienie ognia wystrzeliwują w stronę wojownika, obejmując go właśnie w chwili, gdy upadał. On sam nie mógł tego widzieć, a zresztą piękny efekt znikł w okropnym, oślepiającym wybuchu tak szybko jak się pojawił. Po sekundzie Sargadora nie było już w komnacie. A gdzie był?

Stali na powierzchni z czarnego kamienia podobnego do tego, z którego wykonano Oko. Właściwie był to wielki kawał skały, zawieszony w zupełnej pustce. Wokół nie było nic oprócz nieba, płomienistego i bez przerwy zmieniającego oszalałe barwy. Oszołomiony Sargador stał tak, jak tu przybył. Poturbowany lekko od upadku, z mieczem ciągle ściśniętym w garści. A odpowiedzialnym za tę niewytłumaczalną podróż w dziwaczne miejsce – oraz zapewne, jak już podejrzewał, wiele innych wypadków w Księstwach, musiał być osobnik stojący naprzeciw. Trudno go było jakoś jednoznacznie opisać, gdyż wydawał się być niewyraźnym widmem, kłębem dymu i ognia o z grubsza ludzkich kształtach, co chwila przyjmującym inny równie niewyraźny wygląd. Postacie znanych rycerzy, krasnoludzkich dowódców, zabitych magów jeden po drugim ukazywały się obolałym oczom Sargadora, wszystkie spowite płomieniami lub dymem. Zdecydowanie dziwny widok.

- Zdziwiony? - spytał stwór głosem podobnym do poprzedniego. Teraz był to po prostu nieprzyjemny, chrapliwy i świszczący bas - Owszem, potrafię, jak widać, wciągnąć cię do swojego świata. Kamień, przekaźnik mojej mocy, ma ograniczone możliwości ale można je dobrze wykorzystać w razie potrzeby. Na przykład, gdy wyczuję w kimś tak nieprzyjazne myśli jak w tobie... - uśmiechnął się, przyjmując na moment postać zabitego Amartha.

- Kim u diabła jesteś? To ty przemawiałeś do króla przez to Oko - mruknął Sargador, osłaniając lekko bolejące oczy - to ty podsunąłeś mu wszystkie te plany? Kim jesteś?...

- Mam na imię Rimlennax.

- Demon?...

- Można tak powiedzieć. Generalnie: jedna z istot, które kierują śmiertelnikami. Zgadłeś, ogólny plan podboju Księstw w zarysach jest mój. Szczegóły pozostawiamy waszym prymitywnym umysłom, które potrafią je uzupełniać. Plan ten nie chwaląc się jest moim autorskim i popisowym dziełem i wykorzystałem już go w wielu światach. Znakomicie nadaje się do skierowania milionów śmiertelników ku wyznaczonemu celowi.

- Jakiemu celowi? O co ci chodzi, po co ta dziwaczna wojna...

- To mówi wielki wojownik? Sam jesteś dziwaczny. I nic ci do moich celów. Przede wszystkim musiałem pozbyć się innych magów i Czarnego Władcy. To chyba dobrze dla was, co? Kraina musi się znaleźć pod jedną silną władzą – niech na razie będzie to biedny Ledaryk. Podbijecie i zjednoczycie wszystkie Księstwa, a potem... zobaczymy.

- Więc dlaczego mnie tu przeniosłeś?

- To chyba dość proste nawet jak dla ciebie - demon stał się płonącym szkieletem, i wyszczerzył w rozbrajającym uśmiechu - Umrzesz.

Sargador rzeczywiście domyślił się, więc już od chwili uzyskania jako-takiej równowagi cofnął się i zasłonił mieczem. Ostrze Wandratha lśniło w niezwykły sposób – nawet jak na to miejsce. Od dawna już nie wyczuwało prawdziwego demona.

- Przykro mi ale to przesądy. Śmiertelnik nie jest w stanie nas zranić, a już z pewnością nie tutaj - Rimlennax ustalił wreszcie swoją postać. Stał się podobny do rycerzy Varlatha, a ściślej: niektórych części zbroi unoszących się wokół sylwetki z dymu i płomieni. W otworach rogatego hełmu jarzyły się oczy, a czarny miecz również bez przerwy dymił.

- Cóż, od początku się nam nie podobałeś. Mówiłem temu durniowi żeby od razu wbić cię na pal pod jakimś pretekstem, ale byłeś przydatny... Musiałem niestety interweniować, bo gdybyś opowiedział co zobaczyłeś w oku...

Demon bez żadnej zapowiedzi, znienacka przeszedł do gwałtownego ataku. Zdradliwa świnia... Sargador odbił dwa ciosy dymiącego ostrza.

Przez chwilę obaj posuwali się po skalnej wysepce wymieniając wściekłe ciosy. Niezwykły miecz był lekki i wprost sam śmigał w dłoni... ale przeciwnik był równie niezwykły. Walczył szybciej, sprytniej i jednocześnie bardziej zaciekle niż nawet najwięksi mistrzowie miecza, z jakimi Sargador miał okazję się mierzyć. A przecież wyglądało na to, że demon bawi się z nim tylko. Był na swoim terenie, logika mówiła, że w tym dziwnym miejscu jest w stanie zrobić ze zwykłym człowiekiem niemal wszystko. Więc czemu wybrał walkę na miecze?

- Nie masz szans, śmiertelniku! - zaświszczał potwór - Jesteśmy poza czasem i przestrzenią, twoja materia nie przetrwa tu zbyt długo!

Ale może materia magicznego miecza?... Sargador był człowiekiem skomplikowanym może jak na barbarzyńcę, ale generalnie prostym wojownikiem z gór, który nie wierzył w nic oprócz miecza. I wierzył w siłę legendarnego ostrza w starciu ze stworem z legend, wierzył w to jak w nic na świecie. Ocierał pot, cofał się, zadawał i odbijał kolejne furiackie ciosy, i wierzył w cud.

I cud się zdarzył. A przynajmniej zaczął się zdarzać, gdy jarzące się ostrze weszło znienacka pod buchający dymem żelazny napierśnik. Dym buchnął stamtąd jeszcze intensywniej, coś jakby mała eksplozja jasnego ognia wykwitła w tym miejscu odrzucając obu walczących od siebie. Demon wydał upiorny krzyk. Sargador krzyknął zaś tryumfalnie i przyszykował się do dalszego, ostatecznego może natarcia. Więc to było możliwe! Demona można zranić!!

- Pluskwo! Dość już czasu zmitrężyłem z tobą - ryknął chrapliwie demon - Mam ważniejsze sprawy. Znam lepszy sposób pozbycia się ciebie.

- Demona można zranić. Nigdy nie wygrasz !

- Właściwie to już wygrałem. Czy nie wiesz że tylko śmiertelnicy sa ograniczeni czasem? Dla nas przyszłość nie różni sie od teraźniejszości. Sam sie o tym przekonasz. Znikaj! I zobaczymy jak to ci się spodoba. Ha ha...

Śmiejąc się typowo legendarnie i diabelsko, Rimlennax wyrzucił łapę przed siebie. Sargador wyleciał jak z procy poza brzeg skały, spadł w ogniście różnobarwną pustkę. Przez chwilę zdusiło go to samo dziwaczne uczucie co przed pojawieniem się tu. A potem...



* * *

Długą chwilę trwało, zanim Sargador podniósł się z ziemi. Wszystko go bolało. Długo masował obolałe kości. Długo przyglądął się miejscu, w którym się znalazł. Wejście do doliny wyglądało podobnie jak zawsze, ale ktoś zbudował tu solidne mury i chyba wyrównał rzekę. Na brzegu stały wysokie maszty z zielonymi sztandarami z pentagramem, a nieopododal wmurowana w skałę marmurowa tablica głosiła:

BOHATERÓW LUDU POLEGŁYCH W KARAMUUN - NIE ZAPOMNIMY.

Sargador mrugał oczami. Jeszcze przed chwilą toczył walkę w ognistej pustce, a teraz... Świat nieco się zmienił. I on sam się zmienił – włosy były siwe, a twarz znacznie bardziej pokryta zmarszczkami niż przedtem.

Miejsce poza czasem... Czy demon sprawił, że dziwny świat ‘wypluł’ go z siebie w... przyszłości? Dlaczego się zestarzał? W legendach o magach to nie działo się przy podróży w czasie. Czy był to pożegnalny prezent od Rimlennaxa? Nie zestarzał się jednak aż tak bardzo, czy coś go ochroniło? Podniósł Wandrath, wciąż leżący pod jego stopami.

Noldaron wznosiło się dookoła. Wieże nie wyglądały na zburzone słusznym gniewem ludu. Przeciwnie, były wyższe i trochę ich przybyło. Właściwie z tego miejsca już cały horyzont zarośnięty był czarnymi, strzelistymi sylwetkami Mrocznego Miasta. Jedyną istotną różnicę stanowiły rewolucyjne pentagramy, umieszczone na szczycie prawie każdej z wież. Zielone sztandary powiewały tez w dużej ilości nad bramą, poza nią widać je było na dachach i masztach, łopotały nad wielkimi domami mieszkalnymi i stojącymi tu i ówdzie szubienicami, zwieszały się długimi dekoracyjnymi wstęgami z okien. Na szubienicach często wisiały ciała wisielców. Były na nich tabliczki z nazwiskiem i napisem: WRÓG LUDU.

Sargador nie widział zbyt wielu wisielców ponieważ nie wszedł jeszcze do miasta. Zatrzymał się w jednej z karczm rozległego podgrodzia, okalającego Noldaron w promieniu kilku mil ze wszystkich stron, z wyjątkiem bardzo szerokich, twardo brukowanych dróg dla wojska prowadzących z głównych bram. Podgrodzie było rozległe, ale rozpaczliwie biedne. Liczba żebraków biła tu na głowę każde miasto i wieś, jaką wojownik widział w swoich długich podróżach. Chorzy i kalecy bili się o miejsce z młodymi bandytami i psami oraz małymi chimerami. Przykry był to widok, nie tak straszny jednak jak to, że we wzmiankowanej karczmie przed podaniem piwa zażądano od niego jakowychś kartek Nie wiedział co powiedzieć, wyłgał się dopiero udając (nie do końca zresztą) weterana rewolucyjnych wojen. Tacy klienci zasługiwali nie tylko na piwo bez kartek, ale i szczerą rozmowę.

- Więc walczyłeś pan pod Krithgan? - zapytywał protekcjonalnym tonem bartman, pucując gliniane kufle - Tak szczerze to na nic. Nie jest dobrze. Szczerze to na cholerę walczyłeś pan.

Dobrze chyba rzeczywiście nie było. Początkowy okres po zwycięstwie – jak dowiadywał się Sargador z gadki barmana i przypadkowych klientów dookoła – był nawet wesoły i całkiem optymistyczny. Lord Varlath został pokonany i publicznie stracony, a jego duch złapany w magiczny kryształ i wrzucony do oceanu, by już nigdy niikomu nie zagrażał. Po tym świątecznym dniu król Ledaryk przejał oficjalnie rządy nad Mrocznym Miastem i wszystkimi zjednoczonymi Księstwami. Niestety, po początkowym optymiźmie rychło okazało się, że władca nie jest wiele lepszy od poprzedniego. Pracy było coraz więcej, ale większość zysków z daniny i płodów rolnych nadal zabierali ludzie z pałacu. Tyle, że teraz korzystali z nich też ludzie i gnomy należący do wielkiej organizacji gotowych na wszystko sługusów króla. Nazywano ich gnompartią.

W dodatku w mieście widywano też ostatnio ludzi podobnych do magów – i to nie byle jakich magów, jak mawiał Zdybek, najstarszy dziad w mieście pamiętający czasy sprzed rewolucji, ci ponurzy bladzi goście w czarnych szatach parali się specjalną odmiana magii zwaną nekromancją. Najgorsze psiajuchy, mawiał Zdybek, widać, psiakość, co złe w przyrodzie nigdy nie ginie do końca. Coś w tym musiało być, dodawali ludzie, sam przecie król Ledaryk panował nieprzerwanie, a liczył już sobie lat ponad sto dwadzieścia.

- Nic się nie zmieni - wzdychał pijany barman. To było najgorsze. Za czasów Sargadora, żaden barman nie mógł sobie pozwolić na upijanie się we własnym lokalu - Nic się nie zmieni! Będzie jak było i jeszcze gorzej! ...ech, żeby ja mógł tam być wtedy, jak żeście walczyli... ja by tym psiajuchom nie pozwolił podbić nas!

Sargador wyszedł z karczmy trzeźwiejszy niż kiedykolwiek. Czyżby efekty magicznego transferu?... Spojrzał na miecz, wciąż połyskującyn niewyraźnie. Na ponure miasto dookoła, na zielone sztandary. Wspomnienia przemykały przez jego głowę, formując wizje możliwej przyszłości.

Miecz. To niewiele, ale kropla drąży skałę. Nic się nie zmieni?.............. Zobaczymy...

Wprawnym, choć słabym już nieco ruchem przerzucił miecz przez ramię i kuśtykając lekko udał się w stronę bramy zwanej Powroźniczą.

Później mówiono, że nie wpuszczono go tamtędy więc przeskoczył przez mur. Ale to oczywiście gruba przesada.


---------------------------------------------------


Opowiadanie to zdobyło niegdyś ex aequo drugie miejsce w konkursie „Komunizm w świecie fantasy”. Ponieważ wydawnictwo to trudno już znaleźć w sieci, umieszczam je tu by ocalić przed zapomnieniem. Jeśli wam się spodoba, umieszczę tu też parę innych starych opowiadań, które na nic innego już mi się nie przydadzą, a potem, kto wie, może i nowe. Excelsior...

Podpis: 

Mirek "PCScorpio" Henning wrzesień 2005
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Sprawca (fragment II) Sprawca (fragment) Taedium vitae
Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e Bo czymże jest życie, jeśli nie przygodą na krawędzi?
Sponsorowane: 75Sponsorowane: 70Sponsorowane: 65
Auto płaci: 65

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2021 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.