https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
200

Od gołębia do Gołębiewskiego

Autor płaci:
200

  Jeśli uwierzysz, że odchody gołębia mogą Ci przynieść szczęście, jak mówią , to zobacz co się może zdarzyć.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W sierpniu nagrodą jest książka
Cujo
Stephen King
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Od gołębia do Gołębiewskiego

Jeśli uwierzysz, że odchody gołębia mogą Ci przynieść szczęście, jak mówią , to zobacz co się może zdarzyć.

Sprawca (fragment IV)

Ciąg dalszy śledztwa prowadzonego przez detektywa Massa.

Sprawca (fragment III)

Fragment III.

Sprawca (fragment II)

Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Sprawca (fragment)

Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Kraina Niekończącej się Bajki - cz.II. rozdział V

Pinokio, rusz głową! To może być odlotowa przygoda!

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Noc wichrów

Fragment "Sycylijskiego pioruna"

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Liście lecą z drzew

Krótki wiersz

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1549
użytkowników.

Gości:
1549
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 30068

30068

Dokken (country & western)

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
07-01-10

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Western/-/-
Rozmiar
29 kb
Czytane
2208
Głosy
4
Ocena
5.00

Zmiany
07-01-10

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: krass Podpis: Krass
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
pif-paf-puf

Opublikowany w:

Dokken (country & western)

"Tubylcy okazywali nam niespotykaną życzliwość;
rozpalili ognisko i zgromadzili nas wszystkich przy nim,
bo zaczął padać deszcz i zrobiło się zimno."
Dzieje Apostolskie, 28:2

Kowbojskie buty Dokkena skrzypiały niemiłosiernie przy każdym kroku. Miały już swoje lata, mimo że były przecież znacznie młodsze od ich właściciela. Niemiłosiernie skrzypiał również śnieg, po którym wędrowiec stąpał w swych starych, skrzypiących butach. Krótko mówiąc każdy krok Dokkena wiązał się z jednym wielkim niemiłosiernym skrzypnięciem. Mróz był, jak to się mówi, trzaskający. Trzaskanie wraz ze skrzypieniem tworzyło istną zimową symfonię albo i nawet kakofonię. Meszek nad górną wargą mężczyzny, który od biedy można byłoby nazwać wąsami (Dokken miał słaby zarost) ozdobił szron, a wystające z nosa włosy pokryła warstwa lodu, zamieniając je w kłujące szpilki. Ogorzała od gorzały twarz mężczyzny stała się pod wpływem mrozu jeszcze bardziej ogorzała. Dobrze, że Dokken nie miał uszu (stracił je kilka lat wcześniej z powodu pewnej kobiety, o której za chwilę), bo na pewno by je sobie odmroził, gdyż coś, co nosił na głowie (dawno temu musiał być to kapelusz) nie dawało się naciągnąć głębiej niż na wysokość skroni. Natomiast ze swojego płaszcza wędrowiec mógł być jak najbardziej zadowolony. Był długi i ciepły; Dokken wygrał go kiedyś w karty od pewnego starego trapera, o którym mówiło się potem, że zamarzł gdzieś między X i Y. Z rękawa płaszcza wystawała prawa ręka Dokkena, owinięta kilkoma warstwami szmat i skórą z wiewiórki. Lewą rękę mężczyzna stracił kilka lat wcześniej, z tego samego powodu, co uszy. Spod płaszcza wystawały kowbojskie buty, które niemiłosiernie skrzypiały przy każdym zetknięciu z zamarzniętym śniegiem, który również skrzypiał niemiłosiernie.
Mijały minuty i godziny, a Dokken wędrował i wędrował. Otaczał go mało zróżnicowany kolorystycznie krajobraz z przygniatającą przewagą bieli. Ogólnie podłoże było płaskie i w zasięgu wzroku nie można było dostrzec żadnego wzniesienia ani też depresji. Co jakiś czas mężczyzna mijał drzewo lub kamień, białe i nie wpływające znacząco na zmianę podłoża. Z jednego z mijanych drzew Dokken ułamał gałązkę, którą przez najbliższych kilka kilometrów bawił się dla zabicia czasu.
Po blisko dwudziestu godzinach bezustannego marszu, w zupełnej już ciemności, nasz przyjaciel zrozumiał, że nie uda mu się dotrzeć do celu swej wędrówki. Przystanął więc, po czym usiadł na śniegu, który w zetknięciu z jego tyłkiem zaskrzypiał niemiłosiernie. Dokken najchętniej schowałby twarz w dłoniach i zapłakał, ale po pierwsze miał tylko jedną dłoń (i to poowijaną szmatami oraz skórą z wiewiórki), a po drugie płakanie nie leżało w jego naturze. Zamiast tego wyciągnął więc niezgrabnie zza pazuchy metalową piersiówkę, w której było jeszcze trochę zamarzniętej gorzały. Następnie za pomocą zębów (miał ich jeszcze około tuzina) pozbył się skóry z wiewiórki i szmat ze swojej dłoni, a potem (również za pomocą zębów) zaczął zapalać po kolei wszystkie zapałki jakie posiadał (a było ich trochę, nosił zwykle spory zapas), po czym z ogromnym zapałem wziął się za podgrzewanie piersiówki. Po około kwadransie z ulgą pociągnął solidny łyk gorzały i opadł całym ciałem na śnieg, który zaskrzypiał przy tym niemiłosiernie.

***
- Mówię księdzu, dawno już zamarzł, wracajmy lepiej do X.
- Wrócimy do X dopiero wtedy, kiedy nadejdzie odpowiednia pora na to, ażeby wrócić do X.
- Przecież i tak nic nie widać. Ta pochodnia gówno daje. Musielibyśmy się o niego potknąć, żeby go znaleźć.
- Niemniej jednak, jakkolwiek niewielkie, istnieje prawdopodobieństwo, że się o niego potkniemy.

***

Niki grzebała w koszu z brudną bielizną. Gdzieś muszą być te zasrane pieluchy! Przeszukała już każdy kąt w pokojach, kuchni, a nawet w piwnicy – bez rezultatu. Była już naprawdę zmęczona całym tym szukaniem, trwało już blisko trzy godziny. W końcu znalazła, czego szukała - w najmniej spodziewanym miejscu, czyli w spiżarni, a pieluchy, nomen omen, rzeczywiście były zasrane. Kobieta chwyciła je z obrzydzeniem w dwa palce i udała się w kierunku pokoju, z którego dobiegał płacz małego dziecka.
- No już, już – powiedziała pieszczotliwie do kilkumiesięcznej, pyzatej dziewczynki – Niania zmieni pieluszkę i będzie maleństwu suchutko.
Smród jaki towarzyszył przewijaniu dziecka był trudny do opisania. Niki co i rusz wymiotowała do leżącego w kącie wiadra. Ale, trzeba przyznać, radziła sobie z dzieckiem doskonale – zanim zmieniła pieluchy, pocałowała nawet obesraną, odparzoną pupkę niemowlęcia i po chwili dziecko przestało płakać.
Niki nie mogła wiedzieć, że owijając dziewczynkę bardzo ciasno pieluchą, i to na dodatek w całości, nie wyłączając buzi, zablokowała tym samym dziecku dopływ tlenu.

***
Dokken zamarzał powoli - był silnym facetem i na pewno nie należał do tych, którzy zamarzają szybko. Pogodził się już ze śmiercią, żałował jedynie, że nie ma przy sobie więcej gorzały, lecz nie wytykał sobie, iż nie wziął większego zapasu, ponieważ nie miał nań pieniędzy, a przecież nikt w X nie dałby mu już niczego na krechę.
Najpierw całkowicie zamarzły Dokkenowi dziurki w nosie. Jako mężczyzna cwany i niegłupi, zaczął więc oddychać wyłącznie za pomocą otworu gębowego. Później nieświadomie i zupełnie niepotrzebnie mężczyzna dotknął swojego nosa, który pod wpływem (co prawda niewielkiej) siły fizycznej odpadł. Dokken potoczył wzrokiem za turlającym się po śniegu kawałkiem swojego ciała. Co ludzie powiedzą? – pomyślał – Co ludzie powiedzą? – pomyślał znowu. W najgorszych snach nie wyobrażał sobie bowiem, iż zostanie znaleziony martwy bez nosa. Bez uszu owszem, zdążył się już do tego przyzwyczaić, bez ręki? - nic specjalnego. Ale bez nosa?!
O ile w ogóle ktoś znajdzie moje zwłoki – pomyślał Dokken patrząc z niepokojem na nadciągające chmury śniegowe.

***

- Księże, wracajmy do cholery, odmrożę sobie jajca.
- Nie nadeszła jeszcze odpowiednia pora, aby wracać do cholery, synu.
- Tak, pora nadejdzie jak odmrożę sobie jajca.
- Pomyśl, synu - jeżeli wrócisz teraz, do końca życia będziesz myślał o tym, czy przypadkiem, przeszedłszy jeszcze zaledwie kilka kroków nie natknąłbyś się na naszego przyjaciela. Jak bowiem błądząc myśleliście o odstąpieniu od Boga, tak teraz, nawróciwszy się, szukajcie Go dziesięciokrotnie.
- Po pierwsze nie sądzę, żebym do końca życia miał z tym problem, a po drugie Dokken wcale nie był moim przyjacielem.
- Nie j e s t. Bądźmy dobrej myśli, synu, bądźmy dobrej myśli.

***

Mimo, że chmury śniegowe zatrzymały się dokładnie nad Dokkenem, śnieg wcale nie zaczął padać. Mam szczęście – pomyślał mężczyzna, co w jego sytuacji było myślą co najmniej optymistyczną. Dokken należał jednak do ludzi, którzy w każdej sytuacji potrafią znaleźć coś pozytywnego. W jego aktualnym położeniu pozytywnym aspektem okazało się to, że mimo chmur śniegowych, nie zaczął padać śnieg. Niestety, właśnie gdy Dokken zamierzał się nawet z tego powodu delikatnie uśmiechnąć, śnieg jednak padać zaczął.

***

Trzeba przyznać, że Niki była bardzo piękną kobietą. Miała około czterdziestu pięciu lat, ale wyglądała na góra czterdzieści i cztery, jej okrągłą twarz o ostrych rysach, z wystającymi kośćmi policzkowymi i zadartym do góry, nieco przekrzywionym w lewo nosem łagodziły błękitne, bardzo szeroko rozstawione oczy i krótkie czarne włosy, przetykane gdzieniegdzie nitkami siwizny. Zbyt szerokie biodra, wielkie, obwisłe piersi i lekko zgarbioną sylwetkę rekompensowały prostowane na beczce, niezwykle chude nogi. W sumie, gdy o tym teraz piszę, wcale nie wydaje mi się, aby Niki rzeczywiście była bardzo piękną kobietą, niemniej jednak musiała mieć w sobie to c o ś, skoro Dokken stracił dla niej uszy oraz lewą rękę.

*
* *
***** *****
* *
* * *
* *

A było to tak:
Kilka lat temu Dokken przybył do X (jak zwykle pod wieczór, bo wędrówka z Y zajmowała mu cały dzień) i od razu skierował swe kroki do saloonu, w którym Niki pracowała jako dziwka. Niewiele myśląc stanął przy kontuarze, po czym niezwłocznie zamówił gorzałę (jeszcze wtedy miał krechę w mieście). Delektując się szóstym bodaj kieliszkiem, usłyszał krzyki dochodzące z rogu sali. Nawet nie odwrócił głowy, krzyki w saloonie były wszak czymś zupełnie naturalnym. Po chwili jego uszu doszedł jednak odgłos wystrzału, a później osobliwy hałas, przypominający odgłos rykoszetującej o ściany kuli, więc z ciekawości spojrzał za siebie. Jego oczom ukazała się dziwna scena: oto na stole stała Niki z dymiącym rewolwerem w dłoni, a na krześle siedział nieżywy już szeryf McCoy. Nie to było jednak najdziwniejsze. Otóż za plecami szeryfa leżało kilka tuzinów martwych ciał kowbojów, dziwek, a nawet ślepego pianisty Ray’a. Prawdę mówiąc w całym saloonie jedynymi żywymi osobami pozostali Niki, Dokken oraz szynkarz, przyglądający się scenie z równym zdumieniem co Dokken. Szynkarzowi jednakże nie dane było pożyć jeszcze zbyt długo.
- Mój Boże! – krzyknęła Niki – Co ja narobiłam!
Wypowiedziawszy tę kwestię, kobieta rzuciła na podłogę rewolwer, który tak pechowo wystrzelił, że kula trafiła zdumionego szynkarza prosto w środek czoła.
- Mój Boże! – krzyknęła Niki, zobaczywszy co się stało – Co ja znowu narobiłam?!
Dokken szybko zeskoczył z barowego stołka, dopadł leżącego na podłodze rewolweru i schował go za pazuchę płaszcza na wypadek, gdyby kobiecie przyszło do głowy znowu go użyć (wszak pozostał jedynym żyjącym mężczyzną w saloonie).
- Co się stało? – zapytał, pomagając zejść Niki ze stołu. Zanim odpowiedziała podeszła za kontuar, ściągnęła z półki butelkę podłej whisky i szlochając, opróżniła ją do dna.
- Szeryf McCoy – zaczęła, ugasiwszy pragnienie – zapłacił mi za to, żebym weszła na stół i zrobiła striptiz. Zgodziłam się chętnie, i tak nie miałam dzisiaj ani jednego klienta. Jednak zanim zdążyłam rozsupłać gorset, szeryf zażyczył sobie, żebym zrobiła show z rewolwerem, czyli po każdym ściągniętym ciuchu, oddawała strzał na wiwat w sufit. I na to się zgodziłam, no bo dlaczego miałam się na to, do cholery, nie zgodzić?
Niki zawiesiła głos, a Dokken uznał, że nie musi odpowiadać na to, wyglądające na raczej retoryczne, pytanie.
- Zdążyłam jednak ściągnąć tylko kokardę z włosów – kontynuowała kobieta - i raz wystrzelić, bo potem kula odbiła się od żyrandola, trafiła Cindy w skroń, przeszła na wylot i odbiła się od pianina, zabijając przy okazji Ray’a, przedziurawiła serce Grubemu Joe, odbiła się od ruletki, trafiła Liz, potem znowu się od czegoś odbiła, a potem znowu i znowu, a potem jeszcze raz znowu, a potem jeszcze kilkanaście razy znowu, aż w końcu utkwiła w czaszce szeryfa McCoy...
Niki znowu zaczęła szlochać, więc Dokken przytulił ją czule.
- Już dobrze – szepnął – Wszystko jasne. To nie była twoja wina.
Dziewczyna spojrzała na niego przerażonymi, załzawionymi oczyma.
- Ale kto w to uwierzy? Zaraz będzie tu zastępca szeryfa.
Mężczyzna podrapał się w nos. Rzeczywiście, historia dziewczyny nie brzmiała zbyt wiarygodnie. Każdy sąd skazałby ją na stryczek za masakrę z zimną krwią. I jeszcze ten nieszczęsny szynkarz...
- Masz rację – rzekł Dokken twardo, odsuwając dziewczynę od siebie – Dlatego zrobimy tak...
I wyłuszczył Niki swój plan, który miał uratować jej życie.

***

- Księże, zaczyna pada śnieg. Nie będzie widać śladów.
- Trzymajmy się niewzruszenie nadziei, którą wyznajemy, bo godny jest zaufania Ten, który dał obietnicę.
- Ja nie dawałem żadnej obietnicy. Zapłacił mi ksiądz, to idę, ale poważnie już się zastanawiam, czy nie wziąć dupy w troki i w tej chwili nie zawrócić.
- Gdy oślica zobaczyła anioła Pana stojącego z wyciągniętym mieczem na drodze, zboczyła z drogi i poszła w pole. Balaam uderzył ją, chcąc zawrócić na właściwą drogę.
- No, niech ksiądz tylko spróbuje!
- W drogę, synu, w drogę, bo czas nagli.

***

Niki pogwizdywała sobie pod nosem ulubioną melodię. Dziecko było spokojne jak nigdy, nawet nie mruczało przez sen. Kobieta delektowała się ciszą, zakłócaną jedynie przez swój własny, lekko fałszujący gwizd.
- Fiu-fiu-fiu-fiu-fiu-fiu-fiu. Ija, ija oł – mniej więcej tak szła melodia, którą gwizdała kobieta.
Po jakimś czasie (a były to mniej więcej cztery godziny) Niki uznała, że chcąc nie chcąc powinna nakarmić niemowlę. Udała się więc do kuchni, gdzie podgrzała mleko, do którego dodała kilkanaście ząbków czosnku, żeby uodpornić dziecko na ewentualne przeziębienia (już babcia Jandzia mówiła, że czosnek to naturalny antybiotyk).
Jakież było zdumienie i przerażenie kobiety, gdy odwinąwszy pieluchę, jej oczom ukazała się sina, wykrzywiona potwornym przedśmiertnym grymasem buzia czegoś, co jeszcze cztery godziny temu było żywym niemowlęciem.
- Co ja narobiłam! – krzyknęła Niki – Co ja znowu narobiłam?!

***

- O, o. Przyświeć no tu pochodnią, synu. Spójrzże, to wygląda jak ślad.
- Co ksiądz opowiada, przecież to patyk.
- Owszem, ale dlaczego nie jest pokryty śniegiem? I co robi w znacznej odległości od najbliższego drzewa?
- ...
- Otóż najprawdopodobniej ktoś niósł ten patyk, a później z jakichś, znanych tylko sobie powodów, porzucił. Mam powody przypuszczać, że osobą ta mógł być nasz nieszczęsny baranek.
- Jaki tam z niego baranek.

***

Dokken umierał i zdawał sobie z tego doskonale sprawę. Na domiar złego zaczął zamarzać mu język, więc nawet nie mógł się polizać po podniebieniu, które zresztą też mu już zamarzło. Aby odegnać złe myśli, zaczął przypominać sobie jak to kilka lat temu przechytrzył zastępcę szeryfa z X i uratował życie słodkiej Niki, która później nie omieszkała okazać mu swej wdzięczności (również po francusku).

***

Gdy zastępca szeryfa, Morgan Prisoner, wkroczył z zamiarem wypicia szklaneczki burbona do saloonu, jego oczom ukazała się istna rzeź. Kilkadziesiąt trupów leżących bądź siedzących w całej sali, która spływała szkarłatną posoką nie było czymś, co Morgan Prisoner chciałby oglądać zaraz po zjedzeniu obfitej kolacji. Zanim więc podszedł do kontuaru, przy którym siedzieli Dokken i Niki, zwymiotował kilkakrotnie sadzonymi jajkami, fasolą, stekiem oraz razowym chlebem z masłem i marmoladą.
- Co tu się stało? – wydukał przez bolące gardło, kierując swe słowa ku jedynym żywym osobom w saloonie.
Dokken, którego obcięte uszy leżały już na kontuarze, a ręka spoczywała w okolicach śmietnika, próbując tamować krwawienie z kikuta, odparł z udawanym roztrzęsieniem:
- Był tu Szalony Megs.
Na te słowa Niki, w podartym i poszarpanym ubraniu, zawyła, markując przerażenie i zgrozę.
- Wpadł jak gdyby nigdy nic – kontynuował Dokken - i wyrżnął cały saloon w pień. Początkowo nie rozumiałem dlaczego oszczędził mnie i tę oto młodą damę, ale zrozumiałem to, gdy się za nas zabrał. Najpierw odstrzelił mi uszy, a gdy próbowałem sięgnąć po rewolwer, odstrzelił mi również rękę. Później wielokrotnie pobił i zgwałcił tę oto kobietę, a następnie jak gdyby nigdy nic poszedł sobie.
Zastępca szeryfa zawahał się. Nie miał pojęcia kim był Szalony Megs, ale nie chciał wyjść na ignoranta przed przesłuchiwaną właśnie parą, więc tylko pokiwał w zadumie głową.

***

- Cierpliwości, synu, jesteśmy już blisko.
- Oby, księże, bo zanim doliczę od dziesięciu w tył, biorę dupę w troki i wracam zanim całkiem odmrożę sobie jaja.
- Tłuką jaja żmijowe i tkają pajęczyny; kto zjada te jaja, umiera, gdy je stłucze, wylęga się żmija.
- Bez sensu. Zaczynam liczyć. Dziesięć.
- ... dziesięć młodych cielców, dwa barany i czternaście jednorocznych jagniąt bez skazy...
- Dziewięć.
- ...płomień wznosił się czterdzieści dziewięć łokci ponad piec...
- Co ksiądz tam pierdoli? Osiem.
- Abraham obrzezał Izaaka, gdy ten miał osiem dni, tak jak to Bóg mu przykazał.
- Co mu zrobił? Siedem.
- Lecz oto siedem kłosów zeschniętych, pustych, zniszczonych wiatrem wschodnim wyrosło po nich.
- Sześć.
- Waga złota, które co rok dostarczano Salomonowi, wynosiła sześćset sześćdziesiąt sześć talentów złota.
- Pięć.
- Pięciu waszych będzie ścigać całą setkę, a setka waszych - dziesięć tysięcy. Wasi wrogowie upadną od miecza przed wami.
- Świetnie. Cztery.
- A gdy nadejdą żniwa, oddacie piątą część plonów faraonowi, cztery zaś części zostawicie sobie na obsianie pola i na wyżywienie dla was, dla waszych domowników i dla waszej dziatwy!
- Niech ksiądz nie krzyczy, słyszę przecież. Trzy.
- Trzy razy w roku zjawić się winien każdy twój mężczyzna przed Panem, Bogiem swoim.
- Nie mam nawet czasu, żeby trzy razy w roku się z synem zobaczyć. Dwa.
- Owi dwaj aniołowie przybyli do Sodomy wieczorem, kiedy to Lot siedział w bramie Sodomy. Gdy Lot ich ujrzał, wyszedł naprzeciw nich...
- Jeden. Wracam.
- Mówili więc jeden do drugiego: Wybierzmy sobie wodza i wracajmy z powrotem do Egiptu.
- No właśnie. Do widzenia księdzu. Mam nadzieję, że ksiądz nie odmrozi sobie jaj.
- Czekaj! Dawaj pochodnię, synu! Widzę go!

***

Roztrzęsiona Niki wybiegła z domu jak oparzona i czym prędzej udała się do saloonu, w którym miała nadzieję zastać Dokkena, gdyż tylko on mógłby jej teraz pomóc. Nie myliła się; wpadłszy do gwarnej sali, ujrzała jednorękiego mężczyznę siedzącego jak zwykle przy kontuarze i przepijającego swój dzienny zarobek stajennego. Chwyciła Dokkena za rękę, a gdy ten ujrzał jej przerażone oczy zrozumiał, że kobieta znów jest w
poważnych tarapatach. Bez słowa narzucił płaszcz i pociągnął Niki do wyjścia. Już na zewnątrz, upewniwszy się, że nikt ich nie może usłyszeć, zapytał szeptem:
- Co się stało?
Kobieta, z trudem powstrzymując płacz, odparła:
- Pani McCoy, żona szeryfa, którego...
- Wiem którego – przerwał jej taktownie Dokken, nie chcąc przywoływać bolesnych wspomnień.
- No więc pani McCoy wraz z córką i zięciem pojechała na rodeo do Y i na ten czas powierzyła mi opiekę nad swoją maleńką wnuczką. Nie znam się na tym, ale wiesz przecież, że jako dziwka nie zarobię zbyt wiele, a pani McCoy słynie z hojności, więc bez słowa się zgodziłam. Wszystko było dobrze dopóki dziewczynka nie zrobiła kupki...
I Niki opowiedziała Dokkenowi całą historię. Skończywszy, zaczęła szlochać, więc Dokken przytulił ją czule.
- Już dobrze – szepnął – Nie zrobiłaś tego umyślnie.
Kobieta spojrzała na niego przerażonymi, załzawionymi oczyma.
- Ale kto w to uwierzy?!
Mężczyzna podrapał się w nos. Rzeczywiście, historia dziewczyny nie brzmiała zbyt wiarygodnie. Każdy sąd skazałby ją na stryczek za morderstwo z zimną krwią. I jeszcze te nieszczęsne obesrane pieluchy...
- Masz rację – rzekł Dokken twardo, odsuwając dziewczynę od siebie – Dlatego zrobimy tak...
I wyłuszczył Niki swój plan, który ponownie miał uratować jej życie.

***

- On żyje! Rozkładaj nosze, synu.
- Nie mamy żadnych noszy, księże.
- Rzeczywiście, bierz go zatem czym prędzej na barana.
- Sam niech go ksiądz bierze na barana. W końcu to ksiądz jest pasterzem, a nie ja.

***

Plan Dokkena względem uratowania Niki był dosyć skomplikowany, niemniej jednak godny przytoczenia choćby z uwagi na zdumiewającą bystrość umysłu zwykłego stajennego oraz jego dobroć, która bez dwóch zdań pomoże mu dostać się do Nieba. Otóż Dokken wymyślił, iż najlepszym sposobem na ocalenie Niki życia będzie... zabicie jej. Tak właśnie. Postanowił upozorować śmierć kobiety i wskazać nawet sprawcę, jako zabójcę niani i jej podopiecznej.
- Tym razem nikt nie uwierzy w Szalonego Megsa – przerwała mu w pewnym momencie Niki – Już wtedy zastępca szeryfa odkrył, że to jedna kula zabiła tych wszystkich ludzi i zatuszował sprawę tylko dlatego, żeby nie wyjść na idiotę.
- To prawda – przyznał Dokken – Dlatego tym razem to nie Szalony Megs będzie sprawcą nieszczęścia.
- A kto? – zapytała niepewnym głosem kobieta.
- Ja.

***

Dokkenowi przyśniło się, że ktoś niesie go na barana. To głupie, uśmiechnął się we śnie, któż miałby mnie nieść na barana? Sen śnił mu się jednak dalej. Mężczyzna niosący go na barana musiał być bardzo ograniczony, gdyż za nic w świecie nie chciał słuchać cytatów z Biblii, którymi raczył go drugi mężczyzna, idący, sądząc po odgłosie kroków, nieco z przodu.


***

- Jezu, jaki on ciężki.
- Zapłaciłem ci, synu, za tę dodatkową usługę. Trwaj więc cierpliwie w swej posłudze. Oto rolnik czeka wytrwale na cenny plon ziemi, dopóki nie spadnie deszcz wczesny i późny.
- Niech się ksiądz lepiej zamknie, bo srać mi się już chce od tej całej świętej gadaniny.

***

Dokken upozorował śmierć Niki w taki sposób, że podał jej do picia pewne zioło, które dostał przed laty od szamana Keczua w zamian za garść dolarów. Działanie zioła polegało na spowolnieniu akcji serca do tego stopnia, że puls stawał się praktycznie niewyczuwalny. Gdy kobieta straciła przytomność (efekt uboczny), Dokken pobił ją dotkliwie, aby na jej ciele pozostały ślady uderzeń i krew, a następnie udał się do biura szeryfa, któremu przyznał się do popełnienia podwójnego morderstwa. Zanim jednakże szeryf zdążył zareagować, Dokken ogłuszył go kolbą rewolweru i uciekł w góry. Jego celem była oddalona od X o dwa dni marszu wioska Atikamekwów, którzy bez słowa udzieliliby mu schronienia i ukrycia, gdyż przed laty Dokken uratował córkę ich wodza przed pewną śmiercią z własnej ręki (był wtedy chwilowo niepoczytalny, ale na szczęście w porę się opamiętał).
Niki miała przykazane odczekać kilka godzin, a następnie, gdy tylko odzyska przytomność oczywiście, zacząć dawać oznaki życia. Miejscowy lekarz nie miał najmniejszych szans na skojarzenie braku akcji serca z ziołowym specyfikiem, gdyż ziele owo do dzisiaj jest w tych rejonach zupełnie lekarzom nie znane, więc musiałby uznać, iż kobieta w cudowny sposób powróciła ze stanu śmierci klinicznej do świata żywych. Niki miała również wyjaśnić szeryfowi rzekome powody zbrodniczych intencji Dokkena.

***

- No, synu, dzielnie się spisałeś. Jeszcze tylko kilka kilometrów.
- ...
- Dobrze, że jest nas dwóch.
- ...
- Oto Ja posyłam anioła przed tobą, aby cię strzegł w czasie twojej drogi i doprowadził cię do miejsca, które ci wyznaczyłem.
- Niech ksiądz niesie tę zasraną pochodnię i się zamknie, bo przysięgam, że zaraz nerwowo nie wytrzymam.

***

- Od lat był we mnie nieszczęśliwie zakochany – mówiła, oczywiście szlochając, Niki, opatulona kocem w biurze szeryfa – Ale kto chciałby mężczyznę bez uszu i do tego bez ręki?
Szeryf Morgan Prisoner chrząknął. Sam miał tylko jedno oko, gdyż drugie stracił w walkach z Paunisami, a jego lewa noga od urodzenia była znacznie krótsza od prawej i był starym kawalerem.
- Tego dnia – kontynuowała Niki – Dokken wpadł do domu pani McCoy i zaczął zapewniać mnie o swojej wielkiej miłości.
- Skąd wiedział gdzie cię szukać? – zapytał szeryf podejrzliwie.
- Wszyscy wiedzieli, że opiekuję się wnuczką pani McCoy.
- Ach tak – powiedział Morgan Prisoner, ale nie wydawał się być przekonany.
- Początkowo był spokojny, ale gdy powiedziałam, ze za żadne skarby za niego nie wyjdę, zaczął być nieprzyjemny. A gdy z sąsiedniego pokoju dobiegł płacz dziecka, Dokken wpadł w szał. Ubzdurał sobie, że to moje dziecko i że go zdradziłam.
- Przecież to absurd – wtrącił szeryf.
- Też mu tak powiedziałam, ale już mnie nie słuchał. Pobiegł do pokoju z kołyską i zaczął dusić niemowlę, a gdy próbowałam go powstrzymać, skatował mnie na śmierć.
- Przecież żyjesz – zauważył Prisoner.
- No tak – zająknęła się Niki - Ale jeszcze niedawno nie żyłam, prawda?
Szeryf westchnął ciężko i pokręcił głową. Nie wierzył w ani jedno słowo kobiety. Od lat wiedział, że to ona i Dokken byli w jakiś sposób odpowiedzialni za tamtą masakrę w saloonie.
- Coś ci pokażę – powiedział po dłuższej chwili milczenia. Następnie wyciągnął przed siebie ręce, ciasno splótł ze sobą palce swych dłoni i po chwili wygiął je gwałtownie. Dał się słyszeć trzask łamanych kości. Niki krzyknęła.
- Co pan robi?!
- Pokazuję ci – odparł Prisoner, krzywiąc się z bólu - jak łatwo można nagiąć fakty. W tej chwili mogę zaświadczyć, że połamałaś mi palce. Za moment mogę wybić sobie jedyne pozostałe mi oko i również zwalić winę na ciebie.
- Ale...
- Cisza. Mogę zrobić sobie wiele rzeczy, a że nie ma tutaj innych świadków, całą odpowiedzialnością za powstałe wypadki mogę obarczyć ciebie.
- No dobrze – krzyknęła Niki – Ale po co połamał pan sobie palce?!
Szeryf zawahał się.
- No, w sumie nie wiem – przyznał zaskoczony - Jakiś taki impuls mnie dopadł. Teatralny.
Przyjrzał się Niki, która również wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczyma. Trwało to dłuższą chwilę. Kobieta w końcu spuściła wzrok.
- No dobrze – powiedział szeryf Prisoner – A teraz opowiedz mi całą prawdę. O wnuczce pani McCoy, o Dokkenie i o masakrze w saloonie.
I Niki, zrozumiawszy, że tym razem przegrała, odetchnęła z ulgą, że w końcu zrzuci z siebie piętno ciążące na niej od lat i wyznała szeryfowi całą prawdę.

***

Dokkenowi wydawało się, że wrócił na moment do przytomności. To niemożliwe – pomyślał – przecież umarłem. Zapomniał jednakże o tym, że był wyjątkowo silny i nie należał do mężczyzn, którzy umierają komuś na barana.

***

- A więc Dokken idzie teraz do Atikamekwów...? – zadumał się szeryf, wysłuchawszy zdumiewającej opowieści Niki – No cóż, nie ma najmniejszych szans, aby tam dotrzeć przy takim mrozie. Zamarznie w połowie drogi.
Niki zerwała się na równe nogi.
- Musi go pan ratować!
- Ja? – roześmiał się Prisoner – Ja nic nie muszę, jestem szeryfem. Poza tym założę się o garść dolarów, że w całym X nie znajdzie się ani jedna osoba, która poszłaby w taką pogodę na poszukiwania jakiegoś tam zapijaczonego stajennego.
Kobieta rozpłakała się, tym razem zupełnie szczerze.
- Szeryfie – szlochała - błagam pana, niech pan coś zrobi. On nie może umrzeć. Nie za mnie!
- Najwyraźniej może – odparł Prisoner.
Nagle Niki wpadło coś do głowy.
- Muszę szybko znaleźć księdza Halforda. Tylko on może mi teraz pomóc.
- Nigdzie nie pójdziesz – mruknął szeryf – jesteś moim więźniem i w zaciszu aresztu będziesz oczekiwała na proces.
- Niestety – powiedziała Niki, wychodząc z biura szeryfa – Muszę teraz wyjść, ale obiecuję, że wrócę.
Prisoner próbował zatrzymać kobietę, ale chwyciwszy ją za ramię doznał takiego bólu w połamanych palcach, że aż zawył jak wilk.

***

Ksiądz Halford wysłuchał opowiadania Niki i postanowił osobiście udać się na poszukiwanie Dokkena. Po pierwsze dlatego, że był naprawdę dobrym chrześcijaninem, a po drugie ostatnio nagrzeszył trochę (obżerał się do granic możliwości, nie wylewał za kołnierz, a na dodatek miał analną przygodę z jednym małoletnim Indianinem) i postanowił jakoś odpokutować swoje winy przed Bogiem. Niewiele więc myśląc, wiedziony impulsem, umówił się ze swym Panem, że jeżeli uda mu się uratować Dokkena przed śmiercią, to Bóg oczyści go ze wszelkich grzechów. Ksiądz Halford ubrał się ciepło i poszedł do saloonu, gdzie namówił jednego z (w miarę) trzeźwych bywalców na małą pieszą (podróż konno była niemożliwa ze względu na to, że w całym X nie było ani jednego konia, tajemnicza „choroba wściekłych koni” pochłonęła wszystkie miejscowe wierzchowce) wędrówkę, za którą zresztą mu słono zapłacił z parafialnej (a jakże) kasy.

***

- Jesteśmy! Jesteśmy w domu synu!
- Przecież widzę.
- Obyś mnie darzył życzliwością! Odgadłem bowiem, że Pan błogosławi mi dzięki tobie.
- Co?
- Gówno, synu, gówno! Właśnie oczyściłem się ze wszystkich grzechów!

***

Niki została uniewinniona, co wywołało niemały skandal w mieście. Sąd uznał, iż wypadki, które miały miejsce za jej przyczyną były jedynie wyjątkowo nieszczęśliwym splotem niesprzyjających okoliczności, jak to, w zagmatwany dosyć sposób, ujął sędzia Dredd. Na ostateczny wyrok miał też zapewne (być może co prawda niewielki) wpływ fakt, iż dzień wcześniej Niki zadowoliła sędziego w taki sposób, że ten nawet nie sądził, iż w tak podeszłym wieku (dobiegał setki) będzie się mógł jeszcze kiedykolwiek tak dobrze zabawić.
Dokken, o dziwo, przeżył. Niestety, w wyniku doznanych odmrożeń, miejscowy lekarz musiał mu amputować to i owo. Tym samym jednakże Dokken przeszedł do historii Dzikiego Zachodu. Zaprawdę niewielu jest bowiem mężczyzn, którzy za sprawą kobiety stracili wszystkie kończyny, uszy, nos, język oraz podniebienie.
Szeryf Morgan Prisoner objął posadę sędziego w X zaraz po śmierci sędziego Dredda, który nie doszedł już do siebie po łóżkowej przygodzie z Niki. Posadę szeryfa objął natomiast ksiądz Halford, któremu znudziło się życie w celibacie, w którym i tak nie żył, więc tylko grzeszył, gdy grzeszył. Jako szeryf sprawował urząd zaledwie dwie godziny, zastrzelony przez bandytę, który z czasem zyskał przydomek Szalony Megs.
Gdy Dokken doszedł do siebie, wyjechał z miasta razem z Niki. Zamieszkali wśród Indian Cree, których wioska mieściła się znacznie bliżej niż siedziba Atikamekwów. Pobrali się i mieli nawet dzieci, z których syn był niezwykle podobny do wodza plemienia, Śmierdzącego Byka, a córka z profilu do złudzenia przypominała szamana, Stepowego Żółwia. Dokken jednak nigdy nie miał wątpliwości co do swego ojcostwa. W końcu nie wszystko mu amputowano.

Podpis: 

Krass 1874
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Sprawca (fragment IV) Sprawca (fragment III) Sprawca (fragment II)
Ciąg dalszy śledztwa prowadzonego przez detektywa Massa. Fragment III. Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e
Sponsorowane: 85Sponsorowane: 80
Auto płaci: 100
Sponsorowane: 75

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2022 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.