https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
85

Sprawca (fragment IV)

  Ciąg dalszy śledztwa prowadzonego przez detektywa Massa.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W czerwcu nagrodą jest książka
4 pory mroku
Paweł Paliński
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Sprawca (fragment IV)

Ciąg dalszy śledztwa prowadzonego przez detektywa Massa.

Sprawca (fragment III)

Fragment III.

Sprawca (fragment II)

Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Sprawca (fragment)

Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Taedium vitae

Bo czymże jest życie, jeśli nie przygodą na krawędzi?

Saga Pogranicza - Rozdział I: Witamy na Pograniczu

Sir Jar vor Andress to twardziel jakich mało. Były obrońca króla potężnego Allanoru, uczestnik wypraw na daleką północ, a przy tym rozważny i inteligentny człowiek. Po piętnastu latach powraca on w rodzinne strony, do najbardziej wysuniętego na połud

Dom Przemian

Nie pozostaje mi nic innego, jak żywić nadzieję, że wrócę, by czytać dalej. Dobranoc — wyszeptałam, wychodząc do innego życia.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Noc wichrów

Fragment Sycylijskiego Pioruna

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
862
użytkowników.

Gości:
862
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 13903

13903

Nocny Pianista rozdział VI

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
05-03-17

Typ
P
-powieść
Kategoria
Fantastyka/Romans/Psychologia
Rozmiar
29 kb
Czytane
2629
Głosy
1
Ocena
5.00

Zmiany
05-03-17

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
R12-powyżej 12 lat pod nadzorem i za zgodą rodziców lub dorosłych

Autor: Pani Snape Podpis: Ta, która tworzy z Pasją...
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Tragedia coraz bliższa... ;)

Opublikowany w:

Nocny Pianista rozdział VI

VI
Minęły zaledwie dwa dni od wyjazdu, a raczej zniknięcia Gerarda, a za oknem spadły pierwsze płatki śniegu. Uradowana tym faktem Veronica, już z samego rana, nie racząc zejść na śniadanie, udała się do ogrodów zamkowych. Zima przyniosła oczekiwane przez nią od dawna orzeźwienie, po upalnym lecie. Na zamku przebywało teraz coraz mniej osób, gdyż prace ogrodowe ustały z powodu nagłej zimy. Biegała, brodziła wśród śniegu, próbowała nawet ulepić bałwana, ale śnieg jeszcze się do tego nie nadawał.
Spędziła dobrych kilka godzin na wszelakich rodzaju zabawach, w które próbowała wciągnąć również i inne osoby. Niestety z miernym skutkiem. Jakoś nikt nie wykazywał ochoty do dziecinnych zabaw. Gospodyni Elizabeth wyjaśniła to nieoczekiwanym spadnięciem śniegu i zmianami w nastroju domowników.
Około południa, głód zaczął dawać o sobie znaki, więc cała zarumieniona, zdyszana Veronica, udała się do zamku.
Przy drzwiach wejściowych jak zwykle stał wysoki, umundurowany mężczyzna, który nigdy się nie śmiał, tylko od czasu do czasu stroszył swoje brązowe wąsy. Tym razem, jednak rozmawiał z nieznajomym mężczyzną, który zdawał się wykonywać dość agresywne ruchy w stosunku do odźwiernego.
- Już mówiłem panu, że czarnoksiężnika nie ma w domu i niestety nie mogę pana wpuścić! – brązowe wąsy znów nastroszyły się w gniewie.
- Nie wierzę w to, sir i nalegam, by mnie wpuszczono. Ta sytuacja nie może dłużej trwać, proszę...
- Ależ pan się głośno zachowuje – Veronica stanęła tuż za nieznajomym, podpierając biodra rękoma i wpatrując się w niego z zagniewaniem.
Mężczyzna odwrócił się i dziewczyna spłonęła rumieńcem, choć na jej zaczerwienionej od mrozu twarzy, nie było tego raczej widać.
- Ronald....
- Nie prosiłam pana o przedstawienie się – przerwała mu Veronica, widząc jak nieznajomy skłania się nisko, wymawiając swoje imię. – Czarnoksiężnika nie ma w domu, proszę przyjść jak wróci.
- To sprawa nie cierpiąca zwłoki. Czy może pani się z nim jakoś skontaktować?
Veronica zacisnęła dłoń, na której spoczywał sygnet.
- Nie, proszę pana. Jest bardzo zimno – dodała po dłuższej chwili. – Zechce pan wejść i zjeść z nami obiad?
- To będzie dla mnie zaszczyt – Ronald uśmiechnął się, a w jego policzkach pokazały się śliczne dołeczki.
Był bardzo przystojny, wysoki, o brązowych, wesołych oczach i równie brązowych włosach. Cerę miał jasną, świeżą, zaczerwienioną od mrozu z delikatnym zarostem. Widać był jeszcze bardzo młody.
Dziewczyna czując na sobie uważne spojrzenie nieznajomego, zaczerwieniła się jeszcze bardziej i wyminęła mężczyznę, każąc odźwiernemu otworzyć drzwi.
- Przebyłem bardzo długą drogę – zaczął wyjaśniać Ronald, zdejmując płaszcz i strzepując zeń śnieg. – Nie zawitałem nawet do domu, choć było po drodze.
- Gdzie pan mieszka? – zapytała Veronica.
- Moim domem jest świat – odrzekł, a widząc zdumione spojrzenie dziewczyny, dodał już nieco weselej – Dużo podróżuję, a mieszkam niedaleko stąd. Nazywają ją Doliną Trzech Jezior, słyszała pani?
- Nie, niestety.
- W takim razie zapraszam jak tylko skończy się zima! Nie ma cudniejszego widoku ponad tamten – Ronald ponownie ukazał swoje dwa dołeczki w policzkach.
- Wierzę na słowo – Veronica skinęła ręką, każąc iść za sobą, prosto do jadalni.
Nieznajomy szedł za nią posłusznie, rozglądając się z dziwną ciekawością wokoło. Dziewczyna czuła pewną satysfakcję, w końcu to ona tutaj rządziła, a ten przystojny mężczyzna mógł tylko podziwiać i zazdrościć.
- Piękny zamek – głos Ronalda zadudnił w pustym hallu. – Czarnoksiężnik musiał się nieźle namęczyć przy jego „upiększaniu” – ostatni wyraz mężczyzna niemal przeliterował.
Veronica milczała i szła przodem, zastanawiając się, co ten człowiek miał na myśli, mówiąc o „upiększaniu”. Doszli do dużych, zdobionych w drewnie drzwi, które były wejściem do jadalni.
Ronald nie wykazał żadnych „ochów” i „achów”, będąc już w pomieszczeniu. Veronica miała nieodparte wrażenie, że mało go interesowało to, co się tu znajdywało, choć gdy było się tu pierwszy raz, nie można byłoby pewnie oderwać wzroku od uroku zamku. Przynajmniej ona tak się zachowywała podczas swoich pierwszych dni pobytu. Nieznajomy sprawiał wrażenie, jakby był tu nie pierwszy raz, choć czasem rozglądał się wokół siebie. Jego uwaga była skupiona wyłącznie na Veronice, jakby ona miała być jakimś szczególnym obiektem badań naukowych.
Milczeli przez dłuższy czas i dopiero pod koniec obiadu Ronald zdołał wyrzucić z siebie to, co widać było go gryzło od momentu, gdy spotkał Veronicę przy wejściu.
- Czy pani nazywa się Veronica Gautain? – zapytał.
- Skąd pan wie? – odpowiedziała pytaniem na pytanie, lekko zaniepokojona.
- Tu wszyscy o pani mówią. Przynajmniej moi znajomi. Dziwimy się, że może tu pani mieszkać, w zamknięciu, u boku... czarnoksiężnika – ostatnie słowo przeszło przez gardło Ronaldowi jak wyjątkowo duży kąsek jedzenia.
- Tu jest bardzo pięknie, wesoło i tajemniczo zarazem. Nie widzę powodu, dla którego ktoś nie chciałby tu mieszkać – Veronica wzruszyła ramionami.
- Ja bym nie chciał – odparł spokojnie Ronald. – Wolę powiew „świeżego” powietrza, przygodę, świat, ciepło rodzinnego domu. Tutaj niczego takiego bym nie znalazł.
Dziewczyna utkwiła wzrok w talerzu. Przed chwilą ten mężczyzna powiedział coś, co ją bardzo zabolało. Zatęskniła za domem.
- Boli, prawda? – zapytał, spoglądając na nią czule. – Tęskni pani do domu, do prawdziwej miłości, ciepła, wolności. Czyż nie?
Veronica tylko westchnęła, ale nic nie odpowiedziała.
- Proszę wybaczyć śmiałość i poufałość... Co cię tu trzyma? Chyba nie powiesz mi że to coś, co nazywa siebie czarnoksiężnikiem?
Dziewczyna zamrugała nerwowo oczami.
- Jak to „to coś”? – zapytała zdziwiona.
- Tak, Veronico. To „coś” cię tu przywabiło i trzyma w zamknięciu. Nie widzisz tego?
- Ależ on mnie do niczego nie zmuszał. Przyszłam tu dobrowolnie, nawet kazał mi odejść, na co się nie zgodziłam – obruszyła się Veronica.
- Bardzo sprytne z jego strony. Wyczuł twój słaby punkt i teraz się go trzyma. „Odejdź Veronico, odejdź.” I nie odejdziesz, bo ci go żal, prawda?
- Jesteś drugą osobą, która źle się o nim wyraża. Dlaczego tak go nie lubicie?
- Znam go – odparł z goryczą Ronald. – I wierz mi, nie chciałbym mieć z nim do czynienia, nawet raz w życiu.
- Na jakiej podstawie tak sądzisz? – Veronica czuła, że ta dyskusja przeradza się w otwartą wojnę i nie zamierzała jej przegrać.
- Na razie nie mogę ci powiedzieć. Wiedz jednak, że wiem o nim bardzo dużo i ze szczerego serca życzę ci, żeby się od ciebie odczepił.
- Dziękuję, ale sobie poradzę – warknęła.
Cała ta dyskusja zaczęła się robić niebezpieczna. Nieznajomy najwyraźniej chciał nastawić ją przeciwko czarnoksiężnikowi. Wywołało to u niej oburzenie, gdyż nigdy nie znosiła fałszywych osób. Być może robił to z jakichś osobistych pobudek, które zapragnęła poznać.
- Czy on cię kiedykolwiek dotknął? – zapytał znienacka Ronald.
- Cóż to za pytanie? – oburzyła się.
- Odpowiedz!
- Tak, czasami, ale rzadko. Nie myśl sobie, że on mnie nie szanuje!
- Nie chodziło mi o to, co masz na myśli. Wiem, że prawie wcale cię nie dotyka i w ten sposób uważasz, że cię szanuje. Nie myśl, że gdyby mógł to zrobić, nie zrobiłby tego.
- Co mam przez to rozumieć?
Ronald uśmiechnął się, lecz tym razem krzywo i kwaśno.
- On i tak cię nie czuje, Veronico. Jestem więcej niż pewien, że wścieka się z tego powodu.
Veronica zamarła z widelcem w ręku.
- Jak to nie czuje?
- Po prostu nie czuje. To tak jakbyś teraz wyciągnęła rękę, chcąc mnie złapać, a poczułabyś tylko powietrze.
- Kłamiesz.
- Mówię prawdę. Jak nie wierzysz, to zapytaj jego samego. Mieszkasz z nim od dłuższego czasu. Każdy normalny mężczyzna widziałby w tobie kobietę, prawda? Ale on nie. On tylko cię traktuje jak własną muzę, czyż nie?
Wiedział za dużo. Stanowczo za dużo. Veronica wstała gwałtownie od stołu.
- Nigdy cię nie tknie, nie powie, że cię pożąda, bo to mu nic nie da. Nie poczuje ciepła twoich dłoni, delikatności twoich włosów. Niczego. – ciągnął dalej Ronald, któremu najwyraźniej sprawiało satysfakcję, wyjawianie dziewczynie tej okrutnej prawdy. – Cóż to za uczucie wiedzieć, że choćbyś nie wiem jak się starała, on niczego nie odczuje?
- Daj mi spokój! Jesteś okrutny! - Veronica trzasnęła sztućcami o stół i wybiegła z jadalni.
- Po co jej to mówiłeś? – odezwała się Elizabeth.
- Bo nie mogę patrzeć jak on nią powoli zawładnie, a ona stanie się ptakiem w klatce. Ktoś musi jej powiedzieć prawdę.
- Lepiej żebyś to nie był ty. Przynajmniej dla twojego własnego dobra – Elizabeth pokiwała głową z niezadowolenia.
Veronica pobiegła prosto do swojej sypialni. Będąc już w środku rzuciła się na łóżko i wtuliła głowę w poduszkę, starając się nie oddychać. Leżała tak aż do zapadnięcia zmroku. Starała się zapomnieć o tym, co usłyszała przy obiedzie, lecz na próżno. Czy to możliwe? Czy to możliwe, że człowiek, który jest takim wspaniałym artystą, nie czuje? Przecież to absurd. Nagle przypomniała sobie swoją wizytę w amfiteatrze. Znów widziała przed sobą Gerarda, grającego na fortepianie i tę cudowną melodię z niego wypływającą. Jego dłonie niemal nie dotykały wtedy klawiszy. Nie czuł ich. Czuł po prostu muzykę. Jak mogła to przeoczyć? Niemal niczego nie dotykał. Wszystko jak pod wpływem magnesu przyciągało się do niego, ale rzadko kiedy trzymał coś w ręce. Dlaczego nie zwracała na to wcześniej uwagi? To, że był czarnoksiężnikiem, przyćmiło jej rozsądek. W końcu mógł robić wiele rzeczy. W pokoju
zapanował już całkowity mrok. Veronica zsunęła się z łóżka, wyciągnęła dłonie i zaczęła łapać powietrze. Dotykała po kolei, po omacku wszystkie sprzęty w sypialni. Starała sobie wyobrazić jak to jest nie czuć. Gdy jej empatia sięgnęła szczytu, wiedziała już jak to mogło być. Zaczęła coraz bardziej współczuć Gerardowi. Nie mogła sobie wyobrazić co by to było, jakby ona nic nie czuła. To tak, jakby istnieć w rzeczywistości w postaci ducha. Nic przyjemnego. Utrata jednego ze zmysłów. Po prostu koszmar. Dlaczego on go nie miał? Teraz to pytanie nurtowało jej umysł. Coś zielonego zabłysnęło w ciemnościach. Jej sygnet. Pogładziła go palcem. Dlaczego teraz cię tu nie ma? Wyjaśniłbyś mi wszystko, pomyślała.
Usiadła z powrotem na łóżku i wpatrywała się w ciemność przed sobą. Nie wiedziała czemu to robi. Lubiła jednak siedzieć nieruchomo i patrzeć w nic.
Nagle delikatny powiew dziwnego wiaterku omiótł jej szyję, potem ręce i resztę ciała. Nadal siedziała nieruchomo, ale uśmiechała się do siebie.
- Jesteś tu, prawda? Jesteś... czuję cię – szepnęła.
W pokoju nadal panowała cisza, przerywana szumem wiaterku.
- Odezwij się. Muszę cię o coś zapytać. Wiem, że tu jesteś... Mistrzu?
Jeszcze przez chwilę słychać było tylko bzykanie jakiejś muchy na oknie, a po chwili odezwał się znajomy, cudowny głos.

Cóż to za chłopiec tu przybył?
Cóż to za gość do nas zawitał?

Veronica uśmiechnęła się szeroko, ale nadal nie wstała z łóżka. Wydało jej się, że w ciemnościach dostrzegła zarys postaci.
- To Ronald... Podobno cię zna i ma do ciebie sprawę, Mistrzu.

Głupi chłopiec! Zawitał nie w porę.
Zaproś go tu na dłużej.
Mistrz chce znać jego zamiary.

- Tak, oczywiście – odparła Veronica. – On powiedział o tobie coś dziwnego... – dodała i urwała po chwili, nie wiedząc czy dobrze robi.
- Cóż takiego powiedział? – głos Gerarda nie był już melodyjny. Wyczuła, że mimo wszystko dobrze zna odpowiedź na swoje pytanie.
- Mówił, że... że nic nie czujesz. Czy to prawda?
Znów zapanowała cisza. Tym razem całkowita. Dziwny zarys postaci zniknął w mroku.
- Jesteś tutaj nadal? Mistrzu?
Poczuła dotyk chłodnej dłoni na swoim karku.
- To prawda, Veronico. Powiedział prawdę.
Veronica przytrzymała jego dłoń, oddychając głęboko.
- Wiesz, że teraz cię dotknęłam?
- Wiem, widzę.
- Ale nie czujesz?
- Nie.
- Dlaczego Gerardzie, dlaczego? – łza spłynęła po jej policzku. – Nie powiedziałeś mi.
- Nie mogłem. Może kiedyś ci wszystko wyjawię. Nie teraz jednak, nie teraz. Musisz zrozumieć.
- Próbuję – westchnęła. – Wiem, jak ci ciężko. Czy można coś zrobić, żebyś znów czuł?
- Sądzę, że nie. Nie chcę o tym rozmawiać.
Głaskał jej włosy, szyję, twarz. Wiedziała, że siedzi tuż za nią, ale nie odważyła się odwrócić.
- Wiedz, że chciałbym to umieć. Umieć czuć wszystko dookoła, a zwłaszcza ciebie. Niczego innego teraz nie pragnę. Lecz to niemożliwe. Idź lepiej spać, Veronico.
- Zostań ze mną, dopóki nie zasnę – położyła się, nakrywając kołdrą aż po szyję.
Poczuła jego oddech tuż nad swoim uchem, delikatny dotyk jego dłoni na głowie.
- Zostanę, ale śpij. Poproszę dziś gwiazdy, by śniły ci się najcudniejsze sny.
Veronica uśmiechnęła się.
- A ja je za to ubłagam, żeby choć w snach przywróciły ci czucie – westchnęła i zamknęła oczy.
- Tak, poproś. Może ciebie wysłuchają. Mnie nigdy nie chciały – odparł z lekkim rozżaleniem i zniknął.
Veronica już spała i uśmiechała się przez sen. O czym śniła? O tym, co tylko dobrze ułożone do snu dziecko może śnić.
***

Odgłos kroków odbijał się echem po zamkowych podziemiach. Płonące pochodnie rzucały cienie na mroczne, kamienne mury, przybierając co jakiś czas złowrogie kształty. Kroki na chwilę ucichły, dając znak, że ich właściciel zatrzymał się. Na sąsiedniej ścianie pojawił się zarys wysokiej postaci. Ów cień wyciągnął sztylet i ponownie ruszył przed siebie.
Szedł coraz szybciej i szybciej... Za rogiem zadudniły kroki drugiej osoby. Zatrzymał się, przylgnął do ściany, zaciskając sztylet w pięści. Wstrzymał oddech, nasłuchując jak niepożądana osoba zbliża się do niego. Była już tylko kilka stóp dalej... Jeszcze chwila, jeszcze moment i będzie po wszystkim...
Donośny, kobiecy krzyk rozniósł się po podziemiach. Kobieta podniosła się gwałtownie z ziemi, otrzepując suknię.
- Co tu u diabła robisz? – syknęła na widok Ronalda.
- Śledzę go, moja droga – odparł zmieszany napastnik, masując sobie nogę, której o mało nie złamał, rzucając się na gosposię.
- Nie wygłupiaj się, jego tu nie ma. Za to ona cię szuka od pewnego czasu. Lepiej żeby nie wiedziała, iż buszowałeś w podziemiach.
Ronald zrobił kwaśną minę.
- Muszę ich odnaleźć, Elizabeth! Oni muszą tu gdzieś być!
- Może i są, nie wiem, ja wolę się w to nie mieszać. Lepiej już chodź ze mną!
Ruszyli wzdłuż podziemnego korytarza, którego dziwne malowidła ścienne przyprawiały o ciarki na plecach.
- Jesteś już w to zamieszana, Elizabeth. Pomogłaś mi w wielu sprawach. Chyba nie zamierzasz się teraz wycofać? – spojrzał na nią uważnie.
- On czuje pismo nosem. Nie jest idiotą. O nie! – Elizabeth pokręciła głową. - Myślę, że jeszcze go nie poznaliśmy. Czuję zbliżającą się tragedię. To wszystko jest jakieś dziwne.
- Dlaczego dziwne?
- Ta dziewczyna... nie znam jej zbyt długo, ale nie spodziewałam się, że taka istnieje, że on taką znajdzie. I co teraz? Wszystko sprowadza się ku nieszczęściu. Może lepiej dajmy temu pokój? – gosposia zatrzęsła się lekko, zerkając nerwowo na Ronalda.
- Nie. Właśnie po to tu jestem. Żeby zapobiec temu wszystkiemu.
Ronald zamilkł ostentacyjnie. Nie odezwali się już do siebie ani słowem, dopóki w korytarzu nie pojawiło się nikłe światło, oznajmiające, że mroczne podziemia właśnie się skończyły.
- Jest w hallu – odezwała się Elizabeth. – Zachowuj się jak należy.
Mężczyzna tylko machnął ręką i powolnym krokiem udał się we wskazane miejsce.
Veronica maszerując raz w tę, raz w tamtą stronę, okrążała hall dookoła. Założyła z tyłu ręce, pochyliła lekko głowę, w zamyśleniu i tylko jej wyraz twarzy zdradzał lekki niepokój.
- Nareszcie jesteś! – odetchnęła z ulgą.
- Spacerowałem po ogrodach – skłamał Ronald, całując ją w dłoń. – Przepraszam za moje wczorajsze zachowanie, ale nie mogłem się oprzeć. Nie ukrywam, że nie lubię „go”.
- Rozumiem. Jest pan jednak naszym gościem i liczę, że zostanie pan tutaj, dopóki czarnoksiężnik nie wróci. Wtedy załatwicie swoją „sprawę”.
- Jeżeli taka jest twoja wola. Z chęcią ją spełnię – uśmiechnął się wesoło. – Liczę, że będziesz mi dotrzymywać towarzystwa?
Veronica dotrzymała towarzystwa Ronaldowi. Był niemal wiecznie uśmiechniętym mężczyzną, który lubił żartować i cieszyć się życiem. Stał się dla niej dużą odmianą po wielu dniach spędzonych z Gerardem. Umiał się bawić, przekomarzać, zupełnie jak dziecko. Tak samo jak czarnoksiężnik znał jej potrzeby. Tylko z jaką różnicą? No właśnie, z jaką?
Nadszedł mroczny, zimowy wieczór. W jadalni, przy kominku, świecach i muzyce odbywała się radosna kolacja, w której Veronica nie brała udziału. Zjadła co nieco i potem znalazła sobie miejsce w kącie, kołysząc się na bujanym fotelu. Lekko się trzęsła, jakby targały nią dreszcze choroby. Co chwila wstrzymywała oddech, chcąc krzyknąć, lecz po chwili znów oddawała się sennemu kołysaniu fotela. Jakiś lokaj zgromadził wokół siebie niemal wszystkich, zabawiając i strasząc ich jakąś historią. Ronald udawał, że słuchał, tymczasem przez cały czas bacznie obserwował dziewczynę. W momencie, gdy lokaj wspomniał o morderczych olbrzymach, które zjadały ludzi i jakaś dziewczynka pisnęła ze strachu, Veronica podniosła się z fotela i niepostrzeżenie wymknęła się z jadalni. Ronald tylko na to czekał. Po chwili ruszył tuż za nią. Dziewczyna minęła główny hol, skręciła w boczny korytarz i weszła do gabinetu czarnoksiężnika. Stanął tuż za drzwiami i przyłożył do nich ucho Stał tak bardzo długo. Przez szpary w podłodze nie przeciskały się żadne smugi światła, co by znaczyło, że gabinet tonie w ciemnościach. Minęło dwadzieścia minut. Nogi rozbolały go mocno, ale stał nadal, czując tylko bicie własnego serca. Wtem rozległ się dziwny hałas w pokoju po przeciwnej stronie korytarza. Drzwi od owego pomieszczenia otworzyły się nagle i zamknęły z hukiem. Ronald odskoczył od wejścia do gabinetu i wbiegł do pokoju naprzeciwko. Był to ten sam gabinet, do którego dwadzieścia minut temu weszła Veronica. Młodzieniec stał i przyglądał się z niedowierzaniem. Czyżby były dwa takie same pokoje w zamku? Okno było otwarte na oścież, z dworu powiało mrozem. Przeciąg otworzył i zamknął drzwi? Wyszedł z pokoju i już chciał wejść tam, gdzie wcześniej dziewczyna, gdy nagle zdał sobie sprawę, że tamtych drzwi po prostu... nie ma.
- A niech to... wywiódł mnie w pole... – szepnął do siebie rozzłoszczony. – Elizabeth! Elizabeth! On tutaj jest! – krzyknął z całych sił.
Nie minęła minuta, a w korytarzu pojawiło się mnóstwo osób.
- Co się dzieje? – zapytała gosposia.
- Zobacz! – wskazał na pustą ścianę. – Tam były drzwi do gabinetu czarnoksiężnika, prawda?
- Tak, owszem. Gdzie one teraz są? – zdziwiona Elizabeth rozejrzała się wokół.
- Też bym to chciał wiedzieć. A tutaj proszę państwa – otworzył drzwi od pokoju naprzeciwko – jest właśnie owy gabinet, który się nie powinien tu znajdować. Kto to wytłumaczy?
Zapadła cisza.
- Tak myślałem! Wywiódł mnie w pole! Wiedział, że będę ją śledził! Ale to nie mogło obyć się bez jej udziału. Omamił ją drań!
- I co teraz? Co się dzieje? – pytali zdezorientowani zebrani.
- Trzeba odnaleźć Veronicę! Kto wie co on zamierza... – Ronald dyszał ze złości. – Tak łatwo dać się nabrać, tak łatwo dać się... – powtarzał do siebie. – Nie gapić się tak! Szukać pani domu!
Potencjalni widzowie rozpierzchli się we wszystkie strony. Ronald chwycił jedną z pochodni i pociągnął Elizabeth za sobą.
- Idziemy do podziemi – syknął.
Stali właśnie nad schodami, prowadzącymi w dół, gdy gosposia zatrzymała się i zaczęła szarpać swego przewodnika za rękaw.
- Co jest? – warknął.
- Posłuchaj, słyszysz?
Zamilkli. Gdzieś daleko, gdzieś z poza murów zamku dobiegł ich śpiew dwóch głosów.

Przychodzi do mnie o każdej porze
Każdego dnia, każdej nocy
Gra gdy śpię
Gra tylko dla mnie
Jego Muzyka wymawia me imię
Przywołuje do siebie
Codziennie śnię na jawie
Nocny Pianista jest zawsze ze mną
W mym umyśle...

- Do wszystkich diabłów! Są na dworze! – Ronald wziął drugą pochodnię, zarzucił płaszcz i wybiegł na zewnątrz.
Ogarnął go mrok nocy i przeraźliwy mróz.

Zagraj wraz ze mną
W naszym nocnym duecie
Graj ma muzo, graj i śpiewaj
Tylko dla mnie
Muzyka Nocy ma nad nami władzę
Nie odwracaj się
Gdy zabłyśnie światło księżyca
Ono jest naszym przeznaczeniem
Nocny Pianista jest zawsze z Tobą
W Twym umyśle

Zatrzymał się, rozglądając dookoła. Głosy dochodziły z bardzo daleka.
- Veronico, Veronico!
Słychać było tylko jej cudny głos, odbijający się echem po wszystkich zakamarkach zamku i jego ogrodów. Rozległ się dźwięk fortepianu i organów. Każdy, kto tylko mógł, wybiegł na dziedziniec, wznosił oczy ku niebu, jakby to właśnie stamtąd dochodził cudny śpiew. „Śpiew Boga”, mruczano pod nosem, wpatrując się z zachwytem w granat zimowej nocy, w delikatną poświatę gwiazd.
- Głupcy, głupcy, idioci! Omamił was wszystkich, ma was w garści! Nie widzicie? Ogłuchliście? – Ronald bezskutecznie szarpał każdą osobę, starając się przywrócić porządek.
Zdawało się, że owy „głos Boży” wysyłał jakąś zakodowaną informację do wszystkich, którzy jak jeden mąż stali na mrozie, wsłuchując się w tak cudne dla ich uszu dźwięki.
Zrezygnowany Ronald przyprowadził konia ze stajni i gasząc ogień w śniegu, ruszył przed siebie, nawołując Veronicę.
Anielskie głosy umilkły i nastąpiła nocna cisza. Mróz coraz bardziej dawał się we znaki.
- Veronico!!
Nic, cisza.
- Odezwij się! Draniu, co chcesz zrobić!?
Ponowna cisza.
Ronald zatrzymał konia, nasłuchując. Nic to nie dało. Nie było słychać nawet szmeru sowich skrzydeł.
Dojechał aż pod kraniec ogrodów zamkowych, otoczonych wysokim murem. Pomacał kilka cegieł i odliczywszy do trzech od góry i dwudziestu od dołu, pchnął środkową z nich. W murze ukazało się wnet przepastne wyjście.
- Ronaldzie! – dobiegł go głos z tyłu.
Elizabeth z rozwianym włosem biegła właśnie do niego.
- Ronaldzie, to niebezpieczne. Nie pojedziesz tam sam!
Mężczyzna spojrzał przed siebie. W mroku nocy, na horyzoncie majaczyły cienie leśnych drzew.
- Las Cieni to nie jest miejsce dla kobiety, Elizabeth. Dobrze o tym wiesz.
- Wiem, ale ona najwyraźniej tego nie wie. Jaki diabeł ją tam zagnał?
- Powiedz nie diabeł, tylko potwór, szaleniec w osobie Gerarda!
Elizabeth zmarszczyła brwi.
- Gerard nie jest szaleńcem. Wychowywałam go... To ta dziewczyna tak go zmieniła. Niech ją piekło pochłonie!
- Nieprawda! – zaperzył się Ronald. – Niby go znasz, a tak naprawdę wcale nie znasz. Przeszukałem wszystkie ogrody. Musiała pójść do lasu. Jeśli nie zjawię się do świtu, zorganizuj jakąś grupę poszukiwawczą.
Gosposia skinęła głową, otulając się szczelniej płaszczem.
- Powodzenia! Będzie ci potrzebne... – szepnęła za znikającą w ciemnościach sylwetkę młodzieńca.

Veronica brodziła po kolana w śniegu, potykała się o niewidoczne korzenie drzew, a jej płaszcz nie stanowił już żadnej ochrony przed mrozem, nasiąknięty wodą z roztopionego śniegu.
- Gdzie jesteś, Mistrzu? Zabierz mnie stąd, zabierz... – szeptała, dysząc ze zmęczenia.
Oparła się o jakiś pień. Ręce skostniały na tyle, że każdy ruch palców sprawiał niewysłowiony ból. To samo było ze stopami. Nie mogła się zatrzymać na dłużej, gdyż groziło jej zamarznięcie. Ruszyła więc dalej, nawołując Gerarda.
To on ją przyzywał od wielu godzin. On ją wywiódł poza granice posiadłości zamku, on pragnął, by przyszła do niego. Dlaczego więc teraz nie odpowiadał? Tak bardzo pragnęła wrócić do ciepłego pokoju, słyszeć jego głos i zasnąć w spokoju. Tymczasem ledwo przeciskała się pomiędzy drzewami mrocznego lasu, zupełnie nie wiedząc dlaczego.
Grunt osuwał się coraz niżej. W pewnej chwili jej noga napotkała gwałtowne obniżenie terenu i Veronica stoczyła się prosto z górki.
Wypluła śnieg z ust, rozcierając plecy, które zaczęły mocno doskwierać po silnym uderzeniu o nierówności ziemi i korzenie drzew.
- Odezwij się Mistrzu, proszę... Nie zapominaj o mnie.
Nagle, gdzieś w swojej głowie usłyszała znajomy i tak bardzo upragniony teraz głos.

Głupie dziecko, głupi chłopiec!
Myślał, że pozna me zamiary
Że mi cię odbierze...

- Nikt ci mnie nie odbierze, Mistrzu – szepnęła, podnosząc się na nogi.

Idź przed siebie, ma muzo!
Idź i nie oglądaj się za siebie!
Wnet opuścisz ten las i będziesz ze mną.
Głupi chłopiec, który i tak wie, że przegra!
Nikt nie staje na drodze Nocnemu Pianiście!

Veronica, nie zważając na to, że śnieg praktycznie opanował całe jej ciało, że nie miała na sobie już żadnej ochrony w postaci ubrania, które przemokło do suchej nitki, znów zaczęła biec przed siebie, modląc się w duchu, by wreszcie ten okropny las już się skończył.
Tymczasem Ronald starał się zapanować nad swoim koniem, któremu najwyraźniej mroczny las wcale się nie spodobał. Nie było ku temu żadnych wątpliwości. Miejsce prezentowało się najgorzej jak tylko można. Zewsząd dobiegały jakieś chichoty, szepty, pomruki. W krzakach co chwilę zapalały się dziwne światełka, które z pewnością były ślepiami jakichś bliżej nieokreślonych istot, nie mających na celu żadnego przyjaznego nastawienia. Blade światło księżyca oświecało drzewa, a ich gałęzie rzucały złowrogie cienie na trupi kolor śniegu. Wiodące naprzód ścieżki były tylko złudą. Wystarczyło mrugnąć na chwilę okiem, by dotychczasowa droga po prostu zniknęła bez śladu. Drzewa nie były widocznie zachwycone nocnymi wizytami w swej siedzibie. Ich korzenie często pojawiały się w najbardziej nieodpowiednich miejscach, przeszkadzając i utrudniając dalszą drogę. Konary zdawały się szeptać między sobą, nie tylko szumiąc, ale powodując również dziwne drgania w uszach.
Goście i nowicjusze nie byli najprawdopodobniej mile widziani. Nikt do końca nie wiedział czemu las nosił nazwę „cieni”. Nie było to jednak spowodowane tym, że od czasu do czasu cienie drzew budziły grozę. Nie, to było coś o wiele gorszego. W tym miejscu wszystkie cienie... ożywały.
Ronald właśnie to zauważył. Cień jego i konia zaczął ich wyprzedzać, aż w końcu zniknął na jakiś czas i pojawił się dopiero później, przybierając większy, potężniejszy kształt i szedł przed nimi. Było to bardzo niewygodne, bo zasłaniał część i tak już bladego światła księżyca.
Cienie są takie, jacy są ich właściciele. Ronald nie musiał obawiać się własnego cienia, koń także, ale cienie... innych... One też tam były. Kręciły się tu i ówdzie. Były to cienie zmarłych, którzy wtargnęli do lasu i już nigdy go nie opuścili. Dusze, domagające się należytego pochówku, stawały się groźnymi cieniami, snującymi się i pełzającymi po całym lesie. Jeden z nich właśnie stanął na ich drodze. Była to dziwna, wysoka postać, która najpierw przemknęła bezszelestnie pomiędzy drzewami, a później już nie odstępowała podróżników ani na krok. Po chwili przyszły inne. Rozmawiały między sobą, wymijając raz po raz konia i Ronalda, dając znać, że przybysze nie mogą iść dalej, że czeka ich tylko zguba.
Robiły wtedy dziwne rzeczy. Krążyły w powietrzu, chcąc się rzucić na intruzów, lecz mogły jedynie przeniknąć ich ciała. Ronald poczuł się tak, jakby ktoś rozbił na nim milion jajek. Przeniknęło go takie zimno, jakie nie dało się porównać z mrozem zimy.
Veronica nie zważała na żadne cienie ani inne zjawy. Jej cień już dawno ją opuścił, a ona biegła i biegła, raz po raz zatrzymując się na krótką chwilę, by zaczerpnąć więcej powietrza.
Dziwny wiatr zaświstał w uszach Ronalda.

Głupi chłopcze, na co się porywasz?
Nie walczy się ze mną
Nie staje przeciwko mnie
Nadejdzie godzina zemsty
Nie będzie litości
Nie będzie wybaczenia!
Odejdź póki czas!

Niewątpliwie był to głos Gerarda. Mężczyzna zmarszczył brwi, ale nie dał za wygraną. Przyspieszył konia i zrywał z jeszcze większą zaciętością gałęzie, które przeszkadzały mu w poruszaniu się.
Wtem, między drzewami dostrzegł cień. Bardzo znajomy cień. To była Veronica, a właściwie jej drugie ego w postaci delikatnej, niczym pajęczyna zjawy. Tam gdzie podążał cień, tam musiał być i jego właściciel.
Ronald zawrócił konia i pognał tuż za cieniem. Przemykał się on pomiędzy krzewami tak szybko i zręcznie, jakby czuł, że jest przez kogoś ścigany.
Trwało to kilkanaście minut. Po tym czasie Ronald ujrzał prawdziwą Veronicę, całą przemokniętą do suchej nitki, na kolanach brodzącą w śniegu, gdyż nogi odmawiały jej już posłuszeństwa.
- Veronico! – zeskoczył z konia i ruszył w jej kierunku.
Dziewczyna podniosła się gwałtownie z ziemi i znów zaczęła biec przed siebie. Niestety nie miała szans uciec Ronaldowi. Była zbyt zmęczona i zmarznięta.
Młodzieniec dopadł ją po krótkiej chwili.
- Puszczaj! Puszczaj zdrajco! – Veronica zaczęła się szarpać i wyrywać z niezwykłą jak na jej sytuację siłą.
- Chcesz zamarznąć na śmierć? Wracamy do zamku! – krzyknął przerażony, usiłując zapanować nad jej ruchami.
- Zostaw mnie! Ty żmijo, ty dwulicowy szatanie, diable w anielskiej skórze!
- Opamiętaj się, Veronico!
- Puszczaj! – wymierzyła mu silny policzek.
- Wybaczę ci to...
- Wynoś się!
- To też ci wybaczę...
- Precz gadzie!
- I to też... – pocałował ją nagle.
Niestety w tej oto chwili siły Veronici były już na wyczerpaniu. Zemdlała.
Ronald usadowił ją bezpiecznie na koniu i zawrócił w stronę zamku.
Na szczęście zaczęło już świtać i nocne zjawy, cienie i inne stworzenia zaczęły wracać do swych kryjówek. Nie o nie niepokoił się Ronald, lecz o Veronicę. Nie odzyskała przytomności, lecz cała drżała, jej oddech był nierówny. Co jakiś czas dreszcze przybierały na sile, a jej ciało stawało się coraz sztywniejsze.

Podpis: 

Ta, która tworzy z Pasją... 17.03.05
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Sprawca (fragment III) Sprawca (fragment II) Sprawca (fragment)
Fragment III. Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e
Sponsorowane: 80
Auto płaci: 100
Sponsorowane: 75Sponsorowane: 70

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2022 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.