https://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
80

Sprawca (fragment III)

Autor płaci:
100

  Fragment III.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W styczniu nagrodą jest książka
Upiory
Jo Nesbo
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Sprawca (fragment III)

Fragment III.

Sprawca (fragment II)

Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Sprawca (fragment)

Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/k siazki/sprawca-maciej-ro gozinski,s_00xk.htm#form at/e

Taedium vitae

Bo czymże jest życie, jeśli nie przygodą na krawędzi?

Klejnocik

Od tej pory miałam inne życie. Nie jest ono warte opowiadania, bo to już historia. Poza faktem, że mając niespełna 21 lat, postawiona przez życie pod ścianą...

Trudna miłość

Początkowo wszystkie myśli skupiają się na miłości. Później miłość skupia się na myślach.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Liście lecą z drzew

Krótki wiersz

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
862
użytkowników.

Gości:
862
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 11947

11947

ZAKLECI W CZASIE CZ.II

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
05-01-08

Typ
P
-powieść
Kategoria
Duchy/Fantastyka/-
Rozmiar
54 kb
Czytane
2495
Głosy
9
Ocena
4.56

Zmiany
07-10-26

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: Radunia Podpis: Magdalena Mucha
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Ciąg dalszy Zakletych w czasie. Życzę dużo cierpliwości, bo to najnudniejsza część...

Opublikowany w:

ZAKLECI W CZASIE CZ.II

Do rodzinnej osady wróciła z dyplomem doktora medycyny w kieszeni. Minęło tyle lat, a w tej cichej zapomnianej osadzie życie i czas toczyło się własnym biegiem. Wysiadła z autobusu i mocno wchłonęła w płuca rześkie, górskie powietrze. Padało. Lato było niezwykle dżdżyste. Sine chmury zawiesiły się nad kotliną, tworząc deszczową czapę. Może to deszcz sprawił, że świerki pachniały tak intensywnie, a świeże powietrze kłuło w płuca?
Stała na końcowym przystanku autobusowym. Wokół nie było żadnych domów. Tylko las szumiał łagodnie... Radunia zwróciła się twarzą na północ. Tam, gdzieś za zasłoną deszczu znajduje się łańcuszek gór.
- I pomyśleć, że kiedyś myślałam że świat kończy się wraz z tymi górami. Potem na biurku pojawił się globus...
Zwróciła uwagę, że las ucichł. Zamarł w oczekiwaniu.
- A więc już wiesz, że wróciłam? – powiedziała w stronę drzew.
Zarzuciła torbę podróżną na ramię i ruszyła drogą wiodącą przez las. Z daleka usłyszała wesołe szczekanie Diabla. Po chwili zobaczyła tylko jak wybiega zza zakrętu i już leżała na ziemi. Diablo radośnie lizał jej twarz, szczęśliwie popiskując.
- Witaj staruszku – przywitała się ze swoim pupilem.
Jej dom położony w starym sadzie wydawał się dziwnie mały pod gałęziami olbrzymiej gruszy, która opatulała go wpół, obsiewając niedojrzałymi jeszcze owocami i strugami deszczu. Jej ręka zadrżała zanim zapukała do drzwi. Strach. Ten wieczny strach przed przestąpieniem progu domu rodziców. Zapukała. Cisza. Zapukała jeszcze raz. Usłyszała dalekie „proszę”. Weszła.
– Dzień dobry mamo, dzień dobry tato.
– Witaj. A co ty tu robisz? Czy nie zdałaś? Tyle lat na marne, tyle wyrzeczeń, tyle pieniędzy! Jak mogłaś! Jak mogłaś nam to zrobić? I co teraz? Pójdziesz ulice zamiatać i to już teraz idź szukać pracy! Nawet nie myśl, że będę cię utrzymywać!... – miło i serdecznie rozpoczęła czułe przywitanie jej matka.
– Ależ mamo....
– Żadne ale, mam tego dość, i nie kłam, tylko mi nie mów, że coś tam coś tam....- kontynuowała swoje serdeczności Eliza.
– Daj jej przynajmniej coś powiedzieć- wtrącił się ojciec, podchodząc i całując Radunię w policzek.
– Tak, zawsze tak jest, ty dobry tatuś nigdy jej niczego nie powiesz, wynoście się oboje z mojego domu! – zakończyła powitanie Eliza.
– Opowiadaj – powiedział ojciec kierując się w stronę swojej sypialni, bowiem Eliza wybiegła już do schowku z narzędziami i miotłami po jakiś bardziej skuteczny argument.
– Zdałam na piątkę, poprosiłam o wcześniejszy termin i....
– ... i moje nauki z ziołolecznictwa na nic się nie przydały, teraz będziesz faszerować pacjentów stosami proszków – zaśmiał się ojciec.
– Wy gangreny światowe! Wy zakazane łotry powszechne! I z czego się tak cieszycie?
– Daj spokój matka – powiedział ojciec - uspokój się i na moment przestań mówić. Radunia jest już lekarzem, zdała na piątkę.
- Co? To czemu nie mówisz tego od razu tylko każesz tak bardzo mi się denerwować? Och moje serce. Raduniu daj mi no te, no wiesz są wiesz gdzie, no tam...
Wprawdzie nie wiedziała gdzie są „te no te”, ale w swojej torbie miała cały zapas kropli nasercowych. Kupiła je wiedząc, że Eliza umiera na zawał średnio raz w tygodniu.
- Przepraszam, nie chciałam cię zdenerwować. Powinnam zadzwonić, że będę wcześniej. Chciałam zrobić wam niespodziankę.
- To masz niespodziankę, teraz umrę na zawał.
- Nie umrzesz...
- Nie bądź taka mądra! No patrzcie ją, tylko co zdała dyplom i myśli, że wszystko wie. Zobaczycie, jak umrę, to wtedy zobaczycie co to będzie znaczyć, gdy mnie nie będzie...
Radunia wymieniła z ojcem porozumiewawcze spojrzenia.
- Tato, pokażesz mi te grusze genetycznie modyfikowane?
- Tak, prowadzę jeszcze kilka innych eksperymentów. Chodź.
- A jedzenie? Nigdzie nie pójdziesz. Najpierw coś zjesz.
- Mamo, jestem dużą dziewczynką. Potrafię zadbać o siebie.
- Widzę. Chuda jesteś jak szkielet.
- Jak wrócę to przygotuję coś do jedzenia.
- Ale pamiętaj, jeśli chcesz coś wyciągnąć z lodówki, to najpierw trzeba tam coś włożyć – dodała pieszczotliwie i pełna troski Eliza.
- Tak wiem, przywiozłam co nieco, jest w torbie – odparła Radunia i wyjęła zakupy.
- Cieszę się, że jesteś.
Kolejne miłe dni w rodzinnym domu Radunia spędziła szczęśliwie na sprzątaniu, gotowaniu, wymiataniu starych rupieci ze strychu i swojego pokoju, który na czas jej nieobecności stał się podręcznym magazynem na wszystko i nic. Jednocześnie notorycznie o 21.00 była wyganiana do łóżka, miała sprawdzane stopy, paznokcie i uszy, czy są czyste.
- Och Raduniu, dla nas zawsze będziesz dzieckiem, odpowiadali przy próbach buntu – A lekcje odrobiłaś?
*
- A jak tam twoje sprawy sercowe? –zapytała przy jednej z porannych kaw Eliza.
- Serce mam zdrowe...
- Nie o to pytam.
- Jestem sama...
- Nie rozumiem. Jesteś piekną i mądrą kobietą.
- Och mamo...
- Niejedna mogłaby ci pozazdrościć twoich gęstych, kręconych czarnych włosów, pieknej cery i tych twoich niebieskich oczu. Choć wiesz, że niebieskie mi się nie podobają... Ale za to piękna figurę masz po mnie... Wiesz co mi się wydaje? Nie, ja wiem to na pewno. Ty po prostu nie potrafisz kochać. Ty nigdy nikogo nie pokochasz, bo nie wiesz co to jest miłość!
- Skoro nie potrafię kochać, to widocznie nikt mnie tej miłości nie nauczył.
- Co?.. Jak śmiesz, jak śmiesz tak mówić? Czy ty wiesz coś ty powiedziała? Ty mnie oskarżasz o brak miłości?
- Tylko wyciągnęłam wniosek.
- Zostaniesz w domu – Eliza nagle zmieniła temat rozmowy – Znajdziesz tu pracę, wyjdziesz za mąż i będziesz pod naszym okiem.
- Mamo, wiesz, że nie mogę tu zostać. Mówiłam ci. Ta postać. On jest tu silniejszy. Umieram w każdą noc. Ja tu zwariuję. Nie rozumiesz?
- Nie opowiadaj bzdur. Skończyłam rozmowę. A teraz zajmij się domem.
- Mamo... Mam tylko jedno pytanie. Powiedz mi dlaczego taka jestem?
- Nie rozumiem...
- Rozumiesz...
- Bo... Wiesz Raduniu... Urodziłaś się pod taką gwiazdą...
- To znaczy?
- Co to znaczy?
- Z tą gwiazdą...
- A nie pamiętam o czym mówiłam. Nie zadawaj mi głupich pytań…
Radunia nie naciskała. Matka nigdy nie chciała jej powiedzieć. Elizę nazywano czarownicą. Radunię zawsze to śmieszyło, ale teraz...Teraz, gdy istota w kapturze nawiedzała ją każdej niemal nocy, nie było jej do śmiechu. Chciała wiedzieć. Za wszelka cenę. Po to wróciła.

Okno z pokoju Raduni wychodziło wprost na najwyższy szczyt w tym paśmie gór. Przyciągał ją i przerażał. Wzywał ją, kusił, nakazywał. Wciąż padało. Właśnie mijała 10 rocznica spotkania z dziwną istotą. Postanowiła to uczcić, rozwiązując zagadkę. Uparła się, że pójdzie tam sama. Nie było to miejsce spotkania przy kapliczce. Nie wiedziała dlaczego odczuwała ogromną potrzebę wędrówki na drugą stronę szczytu. Miała sen. Straszny. Woda przelewała się właśnie z tamtej strony i zalewała cały jej świat. Obudziła się z ulgą. Przecież woda nie może przelać się przez góry! Rodzice byli przeciwni, nikt o zdrowych zmysłach nie zapuszczał się tak daleko. Stamtąd mało kto wracał, ale gdy ona się uparła, stawiała na swoim. Wyruszyła w południe.
*

Dawno temu, tak dawno, że już nikt z mieszkańców nie pamiętał kiedy to właściwie było, czarownice odprawiały czary, by w zaklętym kręgu zamknąć Złego. Postawiono kamienie, na których wyryto granice. Potem jego historię przekazywano z ust do ust, przechodziła ona z pokolenia na pokolenie, stając się legendą, by zmienić się w końcu w bajkę, którą straszono niegrzeczne dzieci, a potem już tylko turystów. Kamienie stały się niewidoczne, zarosły chaszczami, ludzie budowali swoje domy coraz dalej i dalej wchodząc na teren ZŁEGO, przerywając niewidzialną granicę. Tylko jedno miejsce omijali z daleka. Tam nie śpiewały ptaki, a zwierzęta nie żerowały. Za to poskręcane drzewa wiecznie szumiały groteskową pieśń.
Zatrzymała się na chwilę. Szła skrajem przepaści. W słoneczne dni, szczególnie tuż po deszczu, rozpościerał się stąd piękny widok. Po lewej stronie wznosił się wygasły wulkan, który już nigdy nie wybuchnie, to właśnie gdzieś tam jest Wodospad i świat bajkowych rzeźb. Teraz jednak wciąż padał deszcz. Tam na dole jak zwykle toczyło się życie wokół spraw najistotniejszych czyli pieniędzy, podatków i rachunków.
"Nie jesteś z tego świata" - przypomniała sobie słowa swojej matki. „Powinnaś urodzić się w innym czasie, ten czas nie jest Twój". Nagle usłyszała słaby dźwięk gry na flecie. Grał pięknie. Wstała i skierowała się w tamtą stronę. Gra dochodziła z Krainy Złego. Czy tak pięknie grać może ktoś zły? Po chwili weszła na Drogę Zbłąkanych Wędrowców. Las cichł coraz bardziej, drzewa skręcały się i uginały pod niewidzialnym ciężarem, wchodziła w mgłę. Znała ten las dobrze, ale wiedziała że trzeba uważać, skręciła w Ścieżkę Strachu i dotarła do Wieczności. Gra umilkła. Ale pojawiło się coś innego. Już od pewnego czasu czuła na sobie skupiony wzrok. Wiedziała, że to ON. Starała się myśleć o czymś przyjemnym, by nie zawładnął nią strach. Przyszła tu, by raz na zawsze skończyć z tą głupotą. By dociec specyfiki tego miejsca. Postarać się wytłumaczyć ją nie za pomocą legendy, ale racjonalnie. To właśnie tutaj najwięcej ludzi błądzi i nigdy nie wraca, to tu jej brat widział dwa miecze wbite w skałę, to tutaj budowano forty i to tutaj skrywa się wiele tajemnic. Na specyfikę tego miejsca mogło wpływać wiele rzeczy: może pokłady ropy naftowej, anomalie magnetyczne ziemi, uskok tektoniczny, a może jednak nie...?
Chciała zignorować narastający w niej strach i szukać tych mieczy. Miała wskazówkę, wiedziała dokąd ma iść. Skierowała się na północ, ale były tylko kamienie i poskręcane drzewa. Nagle obeszła jeden z nich i zobaczyła, że to nie żaden kamień, a obelisk wyciosany w ten sposób, że z tyłu niczym nie różnił się od innych głazów zalegających w tym lesie, a z drugiej był ściosany na pionową skałę. Przed nim czyjeś ręce wyrównały placyk, spod ziemi widoczne były tunele i zarys niegdyś prowadzącej tu dróżki. Podeszła do kamienia. Była na nim wyryta swastyka i jakieś dziwne napisy, w języku, którego nie znała. Swastyka świadczyła o tym, że to mogli być hitlerowcy, którzy przebywali na tych terenach podczas II wojny światowej. Ale przecież tu nie było żadnych walk. Najdziwniejsze było dla niej to, że o tym miejscu nigdzie nie czytała, choć przewodniki są dość dokładne, tym bardziej, że obelisk znajdował się niedaleko drogi. Jak więc to możliwe, że nigdy go nie widziała? Przyjrzała się bliżej. To nie była zwykła swastyka, między ramionami były jeszcze cztery małe swastyki, z których dwie miały po dwa "pazurki na ramionach. Największe ramiona kończyły się czymś na kształt grzebienia z czterema pazurkami.

(tutaj jest rysunek)

Dotknęła rysunku. Zdawało jej się, że na chwilę zajaśniał jakimś blaskiem.
- Nie, to niemożliwe – powiedziała sama do siebie. - To zapewne słońce wyszło na moment zza chmur – jednak słońce od miesiąca nie zaglądało w tę część świata.
Poczuła jak parzą ją dłonie. Przyjrzała im się. Przez chwilę miała wrażenie, że i one promieniują błękitnym blaskiem. Potrząsnęła głową, jakby chciała zaprzeczyć swoim myślom.
- Czas wracać – mruknęła.
Robiło się już późno, chciała zdążyć przed nocą. Postanowiła przejść las na skróty. W pewnym momencie wyszła na jakiś stary, bardzo szeroki i porośnięty leśną trawą trakt. Widać, że przez nikogo nieuczęszczany. Nie miała już jednak czasu na szukanie. Przeszła przez niego, starając się utrzymać kierunek. Wokół panowała straszna cisza, tylko atmosfera stawała się coraz bardziej gęsta. Nie wiedziała, która może być godzina, nie wzięła zegarka. Telefon komórkowy całkowicie zwariował, by w końcu pokazać na ekraniku szarą jednolitą plamę. W tym miejscu nigdy nie świeci słońce, zawsze jest tak, jakby był zmierzch. Nagle znowu usłyszała grę na flecie. Tym razem brzmiała jak tęskne nawoływanie. Machinalnie ruszyła w tamtą stronę. Przed sobą zobaczyła drogę. Przeszła kilka kroków i... zdębiała. Znowu była w tym samym miejscu. Zrobiła pełne okrążenie w lesie, by ponownie wyjść na Wieczność. Gra na flecie stawała się coraz bardziej donośna. Dreszcz grozy przeszedł jej po plecach. "Co jest u diabła?" przecież szłam dobrze - jeszcze nigdy się nie zgubiłam. „Nie ma duchów, diabłów ani czarów, to tylko twoja wyobraźnia, nie ma Czuhajstra, Leśnika, ani Vogelhannesa, to tylko legendy” - pocieszyła się. Jednocześnie atmosfera zła stawała się coraz bardziej gęsta. Czuła GO tuż za sobą, czuła jak wzrasta w nim siła i złość. Zaczęła biec. Przed nią pojawiła się polana. Na środku stał głaz, a w niego wbite dwa miecze. Zapanowała cisza. Ale nie była to cisza, jaką znała. To było oczekiwanie. Już nie czuła strachu. Miała wrażenie jakby znalazła się pomiędzy dwoma siłami. Jedna ja ponaglała, inna kazała odejść…
Chwyciła jeden miecz w obie dłonie, ten zajaśniał błękitnym światłem. Światło to zaczęło obejmować swoim zasięgiem kamień i drugi miecz, a nawet polanę i Radunię. Zza drzew słychać było złowieszczy syk. Radunia wpadła w wir, który ją zaczął wciągać coraz szybciej i szybciej. Nagle zobaczyła, że ziemia zbliża się do niej z bardzo wielką szybkością i zanim zorientowała się o co chodzi z wielką siłą uderzyła o poszycie leśne.
- Ała! - wrzasnęła - starając się podnieść. Miała wrażenie, że ma połamane wszystkie kości.
Zaczęła się rozglądać. Nadal była na polanie. Nad światem zapanował zmierzch. Wstała. Weszła w las.
- Do diaska, co ja dzisiaj jadłam? - mruknęła pod nosem.
Nagle zobaczyła przed sobą coś na kształt igloo. Podeszła bliżej. To był namiot.
- Co jest? Przegapiłam coś? Halo! - zawołała - Jest tu ktoś? Halo!
Ale nadal panowała absolutna cisza. Nawet echo zamarło w oczekiwaniu. Weszła do środka
- Przynajmniej się prześpię i wrócę rano, nie będę musiała chodzić w nocy po lesie.
Namiot był pusty. Ale po drugiej stronie zauważyła zarys kolejnych drzwi. „Dobrze że widzę w nocy” - pomyślała – „Może tam jest właściciel namiotu?” Odpięła drzwi i to, co ujrzała przeszło nawet jej wyobraźnię. „Ja chyba śnię”.
Stała na szczycie góry okalającej jakąś kotlinę. Na jej środku było jezioro, w którym kąpały się dziwne stwory. Wzlatywały w górę z przepięknym trelem i zanurzały się w wodzie. Ich błyszczące tęczowo łuski odbijały niezwykły blask słońca. Wokół jeziora stały dziwne chatki a ona miała wrażenie, że znalazła się w krainie baśni. Był słoneczny dzień. Zaczęła powoli schodzić na dół. Z jej przeciwdeszczowego płaszcza nadal spływały krople deszczu... Była w lesie, ale to nie był żaden z lasów jaki znała. Wokół niej były ogromne drzewa, tak wielkie, że w ich pniu spokojnie mogłaby zamieszkać cała rodzina i tak wysokie, że trudno było dostrzec ich szczyty. Nie wiedziała też co to za drzewa. Czuła na sobie zaciekawione spojrzenia. Nie wiedziała jednak kto ją obserwuje, bo to coś zawsze zdążyło schować się przed jej wzrokiem. W końcu znalazła się w kotlinie. Weszła do jakieś osady. Rozejrzała się wokół, było tu bardzo dziwnie, postanowiła zapytać się pierwszą osobę z brzegu o to, gdzie jest. Zobaczyła, że przy najbliższych zabudowaniach ktoś się krząta. Ściany domu, to było nic innego jak wydrążony pień drzewa, dach zrobiony był z trawy. Człowiek odwrócony był do niej tyłem. Podeszła więc bliżej. Stał z jakimś dziwnym toporkiem w ręku. Do niego podeszła kura, ale zamiast dziobu miała szerokie usta. Wskoczyła na pieniek, przechyliła głowę i powiedziała cieniutkim głosikiem:
- Prooooszę, proooooszę....
- Co ja z wami mam - popatrzył na kurkę, potem na drugą stojącą tuż pod pieńkiem. Obie błagająco patrzyły na niego. Ich właściciel był bardzo niski jak na mężczyznę. Miał może 130 cm wzrostu. Skośne oczy, do tego nos zdumiewająco duży jak na tak małego osobnika, krzaczaste brwi i duże szpiczaste uszy. No dobrze - odparł. Kurki wskoczyły na niego i zaczęły mu dziękować.... Następnie w szalonym pędzie skoczyły w stronę kurnika trzepocząc przy tym zawadiacko skrzydełkami i głośno nawołując koleżanki. Po chwili z kurnika wytoczyły jajo, za nimi wytoczył się ogromnych rozmiarów kogut i przysiadł na drabinie. W mgnieniu oka na podwórzu zaroiło się od kurek szerokoustnych. Podzieliły się na dwie drużyny, kogut zapiał kurki zagdakały i... rozpoczął się mecz. Pozostałe kurki siedziały na gałęziach, płocie i pniaczkach głośno kibicując swoim drużynom. Zawodniczek nie można było pomylić, bowiem jedna drużyna składała się z białych kurek, druga z brązoworudych, a każda z nich miała wyskubany numer na grzbiecie. Po chwili jedna z nich (biała z numerem siedem) szybko i sprawnie odebrała podanie od swojej koleżanki, zamachnęła się nóżką i zdawało się, że już, już zdobędzie gola, gdy... trafiła prosto w Radunię. Na boisku podniósł się alarm, wrzask i krzyk nad straconym jajkiem i golem. Wszystkie kurki i kogut groźnie spojrzały na Radunię. Po chwili młody kurczak pobiegł do kurnika i wytoczył nowe jajo. Mecz rozpoczął się na nowo. Radunia jednak wolała odejść szukać pomocy u kogoś innego. Szła ścieżką wydeptaną w piachu, wśród domków wydrążonych w pniach drzew. Po lewej stronie majaczył ogromny las, po prawej jezioro, które widziała z góry. Postanowiła, że pójdzie tam i sprawdzi, cóż to za dziwne stworzenia widziała z daleka. Z każdym metrem ścieżka nad jezioro stawała się szersza, w miarę jak dołączały do niej kolejne z poszczególnych domków. Dopiero teraz zobaczyła, że ukryte w krzewach i drzewach domki rozciągają się wokół jeziora. Widok, jaki zobaczyła na miejscu zaparł jej dech w piersiach. Tafla wody skrzyła się różowo złotym blaskiem, który nadawały dwa słońca. Jedno właśnie zachodziło, drugie było na środku nieba. Nie wiedziała więc czy jest południe, czy wieczór, ale to nie miało teraz najmniejszego znaczenia. Na środku jeziora była wysepka. To tam gromadziły się stworzenia o groźnie wyglądających dziobach błękitnym ubarwieniu łuskowatego ciała i skrzydłach ogromnego nietoperza. Po chwili usłyszała przepiękny śpiew wydobywający się z ich gardeł. Był niczym dźwięk kryształowych dzwoneczków przeplatany nostalgicznym nawoływaniem. Stała tak zapatrzona i zasłuchana zapominając o całym świecie. Dziwiło ją tylko jedno – że nie dziwi się temu wszystkiemu.
Nagle tuż przed nią przepłynęła jakaś wydłużona postać. Odniosła wrażenie jakby była z powietrza. Radunia postanowiła odejść kawałek. Zakapturzona zjawa zatrzymała się, okrążyła ją i zaczęła płynąć tuż za nią w ten sposób, że wprawdzie nogi i część tułowia była z tyłu, jednak głowa i szyja wdzięcznie zaglądały Raduni przez ramię, bacznie się jej przyglądając.
- No tak- zaskrzeczała istota. Spod kaptura widać było haczykowaty nos, małe złośliwe oczka i grymas wiecznego niezadowolenia. A przy tym jak i cała postać był nienaturalnie wydłużony. - Znowu do naszej krainy przedarli się jacyś ludzie. Niedługo wszędzie będziecie. Całkiem zaludnicie nasz świat. Mało wam waszego? Już wam ciasno? Wszędzie was pełno. Myślicie, że świat jest wyłącznie dla was? Nawet tutaj musicie przyłazić? Nikt was tutaj nie chce.
- Dlaczego? Gdzie ja jestem? - spytała
- Tak, Zawsze to samo. Niby nie wiecie gdzie jesteście, a wciąż przyłazicie. Dość tego! Jesteście źli. Myślicie tylko o tym, żeby wszystkim zawładnąć, rządzić, nakazywać, zakazywać, niszczyć, zdeptać słabszych, innych, nie takich jak wy. Wynoś się stąd, Nikt ciebie tu nie chce!
- Dokąd mam iść?
- A co mnie to obchodzi? Jak najdalej stąd.
- Jak mam wrócić do domu?
- Gdybym wiedział jak, to wszystkich bym was tam wysłał!
Poszła przed siebie. Miała nadzieje, że jeszcze z kimś porozmawia, ale na drodze nikogo nie było. Przez okna zaglądały nieufne oczy. Wszystko nagle ucichło. Wszyscy mieszkańcy osady czekali. Po drugiej stronie osady majaczył las. Postanowiła tam pójść, tutaj nikt jej nie chciał. Dróżka łagodnie wznosiła się. Las był już niedaleko. Chciała przejść na skróty, przez polanę. Na drzewie zobaczyła jednak koło wycięte z pnia drzewa, a na nim napis: "STOP. ŁONKOM PRZEJŚCIA NIE MA" Pod napisem namalowany był hak. Postanowiła nie ryzykować. Uśmiechnęła się krzywo. Ta "łonka" to był kawałek polany, na której rosła wysoka trawa i jeszcze wyższe krzaki. Widać było, że nikt jej nie używa. Weszła do lasu. Od głównej drogi odchodziła mała ścieżka w bok. Postanowiła nią pójść. Ścieżka zbliżała się do małego wąwozu, w nim szumiał strumień. Po lewej stronie stała samotna skała. Radunia przystanęła. Zawsze fascynowały ją kamienie i kształty jakie natura w nich drąży. Lubiła wyobrażać sobie, że są to zaklęte postaci z bajek. Ta przypominała jej śpiącego potwora.
- Tak. Ta skała będzie moim punktem orientacyjnym – powiedziała półgłosem i odwróciła się do skały plecami.
Nagle...
- A psik! - usłyszała za sobą
- Na zdrowie - odparła mechanicznie. Odwróciła się, żeby zobaczyć komu życzyła zdrowia, ale nikogo nie widziała.
- Jest tu ktoś? - spytała.
- Jest, jest - głos dochodził ze skały.
- Gdzie?
-Tu
- Tu, to gdzie?
- Tu, to tu
- Czy jesteś w skale?
- Jestem w skale? A co to jest skała?
- To duży kamień
- To nie jestem w skale
- A gdzie jesteś?
- Przed tobą.
Nagle skała podniosła się. Przed Radunią stała ogromna postać.
- Myślałam, że to skała, kim jesteś?
- Jestem Maadruk. Jestem tym, kim chcę być.
- Możesz mi powiedzieć, gdzie ja jestem?
-Ty w przedsionku swojego świata i swojego czasu.
- Nie rozumiem.
- Każdy ma swoje miejsce i swój czas. Czasami zdarza się, że nie trafiamy w swój czas i wtedy musimy go szukać.
- Gdzie go szukać?
- Jest tu wiele alternatywnych światów. Skoro tu jesteś, świat, z którego pochodzisz nie był dla ciebie, ani ty nie byłaś dla niego. Jest tu wiele dróg i wiele możliwości.
- Jak do nich trafić?
- Prowadzą tam ścieżki, które są w tym lesie.
- Ale tu można zabłądzić!
- Nie można, każda ścieżka zawsze gdzieś prowadzi...
- Ty też szukałeś?
- Ja jestem poza czasem. A to jest najlepszy ze wszystkich światów.
- Skąd wiesz?
- Bo innego nie znam
- Więc jak możesz tak mówić? Nie masz porównania. Ciągle jesteś w przedsionku.
- Skoro mi tu dobrze, to znaczy, że mam rację. Idę już. Nie chce mi się już rozmawiać.
- Zaczekaj, mam jeszcze mnóstwo pytań...
Skała zniknęła, i tylko lekki podmuch wiatru świadczył o tym, że Maadruk jest już w innej postaci.
- No i po punkcie orientacyjnym... – mruknęła pod nosem Radunia.
Ruszyła dalej przed siebie. Po chwili stanęła na rozdrożu. Tam znajdował się drogowskaz. Był to zwykły słupek, na którym ktoś nieco koślawo przybił trzy tabliczki. Najwyższa, kierująca w lewo głosiła: ŚWIATY REALISTYCZNE, druga w prawo: ŚWIATY BAJKOWE, trzecia - prosto: INNE.

- Hmmm. Będę trzymać się cały czas lewej strony. Wtedy nie zabłądzę. Jak mam już wybierać, to ŚWIATY REALISTYCZNE. Po chwili droga znowu się rozdzielała, i znowu, aż w końcu Radunia dotarła do skrzyżowania. Poszła zgodnie z drogowskazem, mówiącym, że zmierza do NAJBARDZIEJ REALISTYCZNEGO ŚWIATA Z REALISTYCZNYCH.
Przed nią wspinało się bardzo wysokie wzgórze. Ścieżka nagle skręciła w bok i wiodła łukiem bardzo stromą skarpą. Gdy okrążyła już górę zobaczyła przed sobą iskrzące w słońcu srebrne miasto. Wysoko nad ziemią wznosiły się metalowe obiekty w kształcie wydłużonych jaj, ostrych iglic i gigantycznych grzybów. Miasto wydawało się nieskończenie wielkie, pocięte w regularne kwadraty. Zeszła na dół. W mieście panował straszny ruch na ulicach. Pojazdy jednak poruszały się bezgłośnie, tuż nad powierzchnią ziemi. Na niebie widać było wytyczone szlaki dróg powietrznych. Stała na Głównej Ulicy Wielkiego Miasta i poczuła się nagle Strasznie Zagubiona i Osamotniona. Nikt nie zwracał na nią uwagi. Nagle poczuła, że ktoś się jej jednak przypatruje. Popatrzyła w bok. Za szybą siedział jakiś jegomość. Weszła do środka. Okazało się, że jest w barze. Usiadła przy stoliku obcego, który nie spuszczał z niej oka. Chciała zapytać się gdzie jest. Nagle do stolika podpłynął bezszelestnie robot i podał jej metalowy kubek z jakimś napojem.
- Ale ja niczego nie zamawiałam - powiedziała zmieszana Radunia.
- Pppij- wyjąkał obcy.
- Ale ja nie mam pieniędzy – powiedziała, czując jak się czerwieni.
- Ten sok jeest za darmo. Bez niego zginiesz, on ochrania. Jeesteeś noowa?- wyjąkał ponownie Wiecznie Rozdrażniony.
- Przed czym ochrania? Tak, jestem nowa.
- To musisz natychmiast zgłosić się do Urzędu Rejestracyjnego, tam ci nadadzą numer indentyfikacyjny, potem z tym numerem zgłosisz się do Urzędu Nadzoru Nad Bezrobociem, wpiszesz swoje kwalifikacje, otrzymasz pracę i numer podatkowy, skarbowy, zdrowotny oraz listę opłat.
Potem zgłosisz się do Urzędu do Spraw Mieszkaniowych, dostaniesz mieszkanie zgodne z twoimi zarobkami i kwalifikacjami, im niższe kwalifikacje, tym niższy standard, dostaniesz numer mieszkaniowy, na koniec zgłosisz się do oddziału swojego banku i otrzymasz numer punktowy.
- A czy ja mogę się tylko rozejrzeć i w razie czego po prostu sobie iść?
- Dokąd? O! Już o Tobie wiedzą.
- Ale...
W tym momencie do baru weszły dwa błękitne roboty. Zlustrowały salę. Podpłynęły do Raduni i zabrały ją do pojazdu. W środku nie było okien. Nie wiedziała dokąd ją wiozą. Nagle pojazd zatrzymał się i roboty wskazały jej drogę do jakiegoś ogromnego budynku. Nad wejściem wisiał napis: URZĄD REJESTRACYJNY. Weszła do holu. Lśnił czystością. Od metalowych części odbijało się światło. Nagle weszła tam urzędniczka i jakąś pałeczką dziwnie migocącą zaczęła sprawdzać wszystkie poręcze, półki i podłogę. Zatrzymała się przy wejściu na schody .
Jej twarz do tej pory bez wyrazu, zmarszczyła się i wrzasnęła:
- Brud! Tu jest brud! Zza rogu pojawiła się dziewczyna z białą szmatką i zaczęła froterować podłogę.
- Potrącę ci 20 proc. punktów z wypłaty.
- Aale ja wyczyściłam....
- i 20 proc. za brak pokory.
Dziewczyna spuściła oczy i pracowała dalej.
Radunia zaczęła się rozglądać wokół. Chciała spytać się o drogę, ale kobieta już zniknęła a dziewczyna wydawała się być całkiem zajęta swoją pracą.
W holu nie było żadnych biur, ani sprzętów. Tylko metalowe rury, które były tu niewiadomo po co.
- Bez sensu - mruknęła do siebie. - Szkoda marnotrawić tyle miejsca tylko po to, by lśniło czystością. Ruszyła przed siebie prosto na schody. To wydawało się jedyną drogą. Na półpiętrze zobaczyła napis: REJESTRACJA. Weszła tam. Zapukała, by zapytać się co ma robić.
Za biurkiem siedziała urzędniczka ubrana w szary kostium. Była obcięta na łyso. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że wszyscy, których spotkała do tej pory są łysi. Stała w drzwiach. Chrząknęła. Urzędniczka nawet nie zwróciła na nią uwagi. Zamknęła za sobą drzwi. Urzędniczka nadal zajęta była jakimiś Bardzo Ważnymi Sprawami. Radunia postanowiła wyjść. Odwróciła się.
- A pani dokąd?! - krzyknęła urzędniczka. - Nie widzi pani, że nie skończyłam? Proszę czekać.
Radunia posłusznie stała nadal przy drzwiach.
W końcu pracownica urzędu skończyła przerzucać papiery z jednego końca biurka na drugi koniec i z powrotem.
- Słucham - podniosła łaskawie oczy na intruza.
- Chciałam się zarejestrować.
- Proszę napisać podanie o rejestrację – 5 zdjęć, życiorys, zainteresowania i wymienić przebyte choroby.
- Dobrze
- Nie tutaj!! – wrzasnęła urzędniczka – W POKOJU PODAŃ
Radunia wyszła na długi korytarz. Po obu stronach był szereg identycznych drzwi. Ostre światło odbijało wypolerowany metal rażąc w oczy. W końcu znalazła odpowiednia tabliczkę na drzwiach z napisem: POKÓJ PODAŃ. Była to niewielka klitka, w której mogła zmieścić się tylko jedna osoba. Przed nią siedziała urzędniczka osłonięta od świata szklaną szybą. Radunia nachyliła się do niewielkiego okienka na wysokości pasa, mimowolnie kłaniając się kobiecie wpół.
- Dzień dobry, chciałam złożyć podanie o rejestrację.
Urzędniczka bez słowa podsunęła gruby plik papierów.
- Gdzie mam to wypisać?
Urzędniczka nacisnęła jakiś przycisk i z bocznej ściany wysunęła się szuflada uderzając Radunię w żebra, na półce przymocowany był długopis.
- Tutaj – odparła beznamiętnie urzędniczka, nie patrząc w jej stronę.
Radunia wzięła plik do ręki i zaczęła czytać kolejne rubryki: wiek, zainteresowania, rodzeństwo, posiadane zwierzęta (psy, koty, pchły...), szczególne uzdolnienia, kursy, szkoły, przebyte kilometry, stan techniczny protez, uwarunkowania psychologiczne i biologiczne...
- Przepraszam – powiedziała nieco zdziwiona Radunia, czy mogę prosić o pomoc?
- Tak –odparła urzędniczka, od tego tu jestem, proszę oto książki, które pomogą pani wypełnić dokumenty.
- Przed Radunią pojawił się stos kilkunastu książek.
- Bez sensu - mruknęła i z nieco wysuniętym językiem w okolicy brody zaczęła wypełniać kolejne rubryki.
Po kilku godzinach w końcu udało jej się odpowiedzieć na wszystkie pytania. Szczęśliwa i zadowolona z wykonanej pracy podsunęła urzędniczce dokumenty. Ta nawet na nie patrząc wsunęła ją do szuflady.
- Teraz proszę iść do pokoju SEGREGACJI poinformowała urzędniczka.
Radunia ponownie cierpliwie odczekała aż urzędniczka z SEGREGACJI skończy przekładać dokumenty. Chwilę to trwało, więc miała czas na prześledzenie tego, co do tej pory wydarzyło się w jej życiu. Nagle z zamyślenia wyrwał ją głos urzędniczki.
- Gatunek.
- Słucham?
- To ja słucham, nie mam czasu na pogawędki.
- Jaki gatunek?
- To ja się pytam jaki gatunek.
- Nie rozumiem.
- Nie rozumiem - przedrzeźniła ją urzędniczka- Pytam jakim jest pani gatunkiem: laurypis, gazed, manufrad, ogr, człowiek...
- Człowiek
- To dobrze, innych nie rejestrujemy.
- Dlaczego?
- Bo innych nie ma
- Ale..
- Jak nie są zarejestrowani, to ich nie ma
- Kolor skóry
- Biały
- Na pewno?
- Nie widzi pani?
- Grzecznie proszę, jest pani w urzędzie.
- Na pewno biały
- Kolor oczu
- Niebieski
- Włosy
- Czarne
- Wzrost
- 170
- Znaki szczególne?
- Nie mam
- Co?!!
- Nie mam
- Każdy ma
- Ale ja nie mam.
- Kłamiesz!
Urzędniczka nacisnęła przycisk i do pokoju weszły kolejne dwie urzędniczki. Wzięły Radunię pod pachy i zaciągnęły ją do jakiegoś pokoju.
- Proszę się rozebrać i wejść do skanera.
Radunia posłusznie zdjęła z siebie ubranie i weszła do pomieszczenia z napisem SKANER. Nagle na swoim ciele zobaczyła czerwone punkciki.
-Koniec - usłyszała. - Możesz wyjść.
Ubrała się i odebrała od urzędniczek małą płytkę.
-Teraz proszę wrócić do pokoju SEGREGACJI. Radunia wyszła na korytarz.
Gdy dotarła na miejsce, urzędniczka znowu zajęta była przerzucaniem stosu dokumentów z jednego miejsca w drugie. Gdy skończyła spojrzała na Radunię i krzyknęła
- Co tak długo!? Myślisz że zajmuję się tylko twoimi sprawami? Płytka!
Podała jej posłusznie to, o co prosiła.
- Nie mam znamion - przedrzeźniła Radunię, A to co? 23 pieprzyki, 15 zadrapań, jedna blizna. Teraz proszę rozwiązać test.
- Jaki test?
- Ten - urzędniczka przysunęła stos papierów do wypełnienia.
- No dobrze im szybciej się za to zabiorę tym lepiej.
- Nie tu! - krzyknęła urzędniczka,- ja tu pracuję.
- A gdzie?
- W BIURZE WYPEŁNIANIA TESTÓW
- A gdzie to jest?
- Proszę się spytać w INFORMACJI
- A GDZIE JEST INFORMACJA?
Urzędniczka wściekle popatrzyła na Radunię.
- Ja tu pracuję!!!
Po chwili poszukiwań znalazła INFORMACJĘ po drugiej stronie korytarza. W pokoju siedział mężczyzna w dziwnym kasku na głowie. Od niego do konsoli podłączonych było mnóstwo kabelków. Mówił coś do słuchawki, równocześnie jedną ręką pisał na jednej klawiaturze komputera, a drugą - na drugiej. W pewnym momencie na mgnienie oka zwrócił uwagę na Radunię, powiedział:
- Cięcia w budżecie - i nadal nie przerywał swojej pracy. Stwierdziła, że nic tu po niej i ruszyła poszukiwać BIURA DO WYPEŁNIANIA TESTÓW na własną rękę. To znajdowało się na dwudziestym piętrze. Nieco już zmęczona usiadła przy stoliku i zaczęła rozwiązywać kolejne zadania. Część z nich wprowadzało ją w zdumienie. Jedne bardziej, drugie mniej, jednakowoż wszystkie choć po trochę. Po pewnym czasie nie wiedziała już które bardziej i które mniej więc przestała je hierarchizować. A oto niektóre z nich: ulubione tortury zadawane swoim podopiecznym a) głodzenie, b) śpiewanie im do ucha, c) dręczenie, d) inne; gdy szef każe ci sprzątać ty: twierdzisz, że jest czysto, b) sprzątasz, choć wiesz, że jest czysto, c) każesz mu sprzątać, skoro mówi, że nie jest czysto; ulubione rozrywki to: a) dowodzenie, że teoria względności jest błędna, b) dowodzenie, że teoria względności nie jest błędna, c) sprzątanie...

*
Rano dowiedziała się, że za wykonane zdjęcia i zużyty papier oraz długopis, a także stracony dla niej czas urzędników musi odpracować w czynie społecznym po godzinach pracy. Wyniki badań i testów uznały ją za niesprawną umysłowo.
- Tylko niepełnosprawny umysłowo pisze w teście, że jest czysto, skoro szef mówi, że nie. Szef wie najlepiej. - Odparła urzędniczka z triumfalnym uśmiechem.
- To raczej świadczy o inteligencji – odparła Radunia.
- Nasza cywilizacja opiera się na technice. I jeśli minikomputer wskazuje brud, to znaczy, że tak jest, nawet jeśli nie widać go gołym okiem. Jeśli komputer stwierdza, że jesteś niesprawna umysłowo, to znaczy, że jest to niepodważalna prawda, z którą się nie dyskutuje. Komputery decydują co i kiedy mamy jeść, spać, pracować... – powiedziała z dumą urzędniczka. - Tak czy inaczej zostałaś przydzielona do personelu czyszczącego. Później, gdy nabierzesz ogłady, możesz zostać szefową sprzątających, a potem powoli, powoli piąć się w górę po szczeblach kariery. Ale tobie tego nie wróżę. Jak na moje oko zostaniesz na samym dole, pod warunkiem że i stamtąd cię nie wyrzucą, sprzątać też trzeba umieć. A ty nie masz za grosz samodyscypliny dziecko drogie...
- Ale
- Do widzenia!

*
Gdy wstała była godzina 5 rano. Rozejrzała się po mieszkaniu. Jedno łóżko, stolik, krzesło i szafa. Na stoliku i na ścianie zegary. Podeszła do szafy. Tam znalazła kombinezony i kaski. Po chwili w pokoju zjawił się robot przynosząc kolejną porcję napoju. Wypiła ją posłusznie wiedząc już, że po nim nie będzie czuła głodu i pragnienia. Nagle do pokoju wtargnęło dwóch mężczyzn w dziwnych maskach i o nic nie pytając wywlekli ją na zewnątrz. Radunia brutalnie została wrzucona do furgonetki. W środku nie było szyb, nie wiedziała dokąd jedzie.
Po pewnym czasie furgonetka zatrzymała się i dwaj mężczyźni otworzyli jej drzwi.
- Wyłaź brudasie!
- ???
Mężczyźni wyciągnęli ją z samochodu i postawili przed jakimś dziwnym obiektem.
Poszła w tamtym kierunku. Tam „zaopiekowali” się nią sanitariusze w maskach, którzy wskazali jej drogę do łaźni. W ogromnym pomieszczeniu czekały już na nią pielęgniarki, które miały przy sobie stos ręczników i dziwnych buteleczek. Najpierw wrzucono Radunię pod prysznic, gdzie musiała dokładnie wyszorować skórę. Gdy ta nabrała już koloru bordowego pielęgniarki uznały, że mogą zabrać się do dezynfekcji. Natarły ją jakimiś maściami, odkaziły i kazały położyć się na metalowym łóżku.
- Ała! – krzyknęła Radunia – Mam tego dość! – żądam wyjaśnień.
Pielęgniarki krzywo się uśmiechnęły.
- Ty śmieciu żądasz wyjaśnień? Zamknij się i leż spokojnie - powiedziała jedna z nich, szykując się do zastrzyku.
- Na co to?
- Na promieniowanie, zarazy i takie szumowiny jak ty – odparła tamta.
- A teraz fryzjer!
Radunię zaprowadzono do małego pomieszczenia tuż obok łaźni. Tam stał starszy mężczyzna, ubrany w biały kitel. Wokół na półkach stały starannie poukładane narzędzia. Radunia przyglądała się małym pęsetkom, skalpelom i innym narzędziom, których z fryzjerstwem nie kojarzyła.
- Jaką fryzurę sobie panienka życzy? – zapytał na pozór uprzejmie fryzjer.
- Poproszę długie kręcone blond włosy, tak by między nimi przebijały się promienie słońca.
- Dobrze, zgodnie z życzeniem.
Fryzjer wziął do ręki maszynkę do golenia i ostrzygł Radunię na łyso
Gdy już była zabezpieczona przed życiem serią zastrzyków na niewiadomo na co, kazano ubrać się jej w taki sam kombinezon, jakie widziała u siebie w szafie.
- A teraz idź do Urzędu Nadzoru Nad Bezrobociem!
Radunia wyszła. Po drodze jeszcze widziała kolejnego nieszczęśnika, którego dwaj Strażnicy Miasta ciągnęli do łaźni. Skudłacone włosy swobodnie wzbijały się w każdą stronę świata, unosząc nad i za sobą stertę kurzu. To powodowało, że co rusz któryś ze strażników siarczyście kichał, klnąc pod nosem.
- Ała! – wrzeszczał w niebogłosy schwytany – Nie! Nie! To mnie zabije! Puśćcie mnieeee!
Radunia zatrzymała się. Żal jej się zrobiło nieszczęśnika, który ostatnie już metry przebył brudząc torsem i nogami wypolerowaną do czysta podłogę. Tylko ramiona i głowa frunęły tuż nad powierzchnią ziemi niesione przez strażników. Rozpaczliwe krzyki było słychać jeszcze z daleka. Radunia na drogę dostała elektroniczną mapkę, zgodnie z którą miała się poruszać po mieście. Po chwili znalazła Urząd Nadzoru Nad Bezrobociem i weszła do środka.
- A więc chce pani sprzątać? – powiedziała urzędniczka w pokoju dla Pierwszej Pracy.
- Tak mi powiedziano – odparła Radunia nie mając siły na tłumaczenia, że nie cierpi sprzątać.
- Ależ proszę pani! Mówi pani tak, jakby nie dano pani wyboru i nie pytano o zdanie.
- Bo nie pytano
- Nie chcę by miała pani o urzędnikach złe zdanie. Lubi pani przestrzeń, powietrze, las...?
- Bardzo – odparła Radunia
- Więc dostaniesz pracę w lesie – będziesz tam pilnować porządku.
- Będę strażnikiem leśnym? – spytała.
- Nie do końca. Będziesz tam sprzątać. Tu masz już gotowe dokumenty. Przeczytaj i podpisz tu, tu, tu, tu i tu – wskazała palcem miejsca.
- Ale tego jest chyba z pięćdziesiąt stron.
- Jeśli chcesz to czytaj, ale dzisiaj masz wysprzątać sektor D.
Podpisała więc bez czytania, zadowolona z pracy na świeżym powietrzu. Co można w lesie sprzątać? – mruknęła pod nosem.
- Transport będzie przed wejściem za pięć minut. Zabiorą cię wraz z innymi i pokażą gdzie i jak trzeba pracować.
- O.K. – powiedziała i wyszła.

W autolocie było około 15 osób. Każdy miał przydzielony numer siedzenia. Wszyscy mieli takie same kombinezony jak ona. Nikt się nie odzywał. Miała wrażenie, że jedzie z robotami.
- Zbliżamy się do strefy, założyć maski! – powiedział kierowca, po czym sam założył maskę i kask. Wszyscy zrobili to samo i po chwili trudno ją było odróżnić od innych.
Po kilkunastu minutach autolot zatrzymał się i do środka wszedł strażnik w czarnym kombinezonie.
- Przepustki!
Wszyscy podnieśli do góry niebieskie metalowe płytki. Strażnik skanerem przejechał po tabliczkach, na chwilę zatrzymał się przy Raduni i powiedział
- Jeśli zniszczysz choć jedną sadzonkę, zamknę cię w więzieniu na 100 lat.
Radunia zadrżała słysząc kolejny przejaw miłości bliźniego i poszanowania praw człowieka. Wszyscy zaczęli wysiadać. Znajdowali się przed jakimś metalowym obiektem. Każdy wchodząc do środka musiał poddać się identyfikacji i odkażaniu. Zdjęli kombinezony i założyli białe kitle oraz maski.
Ludzie mieli obojętny wyraz twarzy, a w ich oczach nie było widać żadnych uczuć. Skierowała się wraz z innymi metalową ścieżką w stronę lasu. Ale co to był za las? W kwadratowych ogromnych skrzyniach rosły sadzonki jagód, grzybów, nawet każde drzewo było sadzone osobno. Jak się dowiedziała z komunikatów nadawanych co jakiś czas ich maski służyły do tego, by nie zarazić roślin, temu samemu miało służyć wcześniejsze odkażanie. Ludzie zostali podzieleni na pięć grup po trzy osoby. Każdy z nich dostał narzędzia do czyszczenia chodników i skrzyń. Ona miała wykonać tzw. pierwsze czyszczenie, czyli za pomocą specjalnych środków, roztworów i ściereczek czyścić i polerować, drugi sprzątacz wykonywał czyszczenie dogłębne, co oznaczało odkażanie po czyszczeniu wstępnym, natomiast trzeci, za pomocą elektronicznych okularów i specjalnej pałeczki sprawdzał czystość. Pałeczka ta nie tylko wskazywała, że miejsce jest brudne, ale i określała jakość brudu i który sprzątacz jest za to odpowiedzialny. Tak więc co jakiś czas Radunia wraz ze swoim sprzętem trafiała po raz kolejny w to samo miejsce. Była już serdecznie zmęczona, gdy usłyszała przeciągły trzykrotnie powtarzający się sygnał. Niemal wpadła w panikę, że tym razem nie dopatrzyła czegoś, jednak zauważyła, że wszyscy pozostawiają narzędzia i kierują się w stronę budynku. „Acha, a więc to śniadanie”. Zamiast jednak iść w tamtą stronę postanowiła popracować, aby nadrobić czas. Wiedziała, że cała grupa nie wyjedzie, dopóki nie skończą sprzątać sektora. A nie chciałaby narażać się już pierwszego dnia. Schowała się więc, i gdy ostatnie osoby przeszły, wzięła się do pracy. Po chwili usłyszała podobny sygnał. Wszyscy wracali na swoje stanowiska. Zauważyła, że nikt nie rozmawia. Jej towarzysze przyszli i bez słowa rozpoczęli pracę w tym samym miejscu, w którym ją skończyli.
- Jak się nazywasz? – spytała jednego ze swoich towarzyszy.
Ale on nawet nie zwrócił na nią uwagi.
- Nie to nie – wydęła w geście obrażenia wargi i zaczęła pracować. - To bez sensu – mruknęła pod nosem. – Wszystko tu jest bez sensu. Dlaczego ja tego wcześniej nie zauważałam? Czy to jest las? To jakaś sterylna plantacja, a nie las.” Postanowiła nie pić więcej soku. Stwierdziła bowiem, że za nim musi kryć się cały sekret apatii i poddańczego trybu życia tych ludzi. Sprzątanie musieli skończyć do godziny 10.00. Później bowiem strażnicy otwierali drzwi dla chętnych do skorzystania z uroków lasu.

Po powrocie do domu, zastała tam informacje, że ma zgłosić się do BIURA PRACY. Wsiadła w autolot i po chwili stała przed urzędniczką. Ta podała jej kartę upoważniającą ją do jednego z kursów.
- Twoja praca trwa kilka godzin. Nie ma tu miejsca dla nierobów. Jeśli chcesz spłacić swój dług musisz pracować na dwa, trzy etaty. Za kurs też musisz zapłacić, więc na początek będziesz pracować za darmo.
- Za którą pracę płacą najwięcej?
- Za rewidenta.
- To zgłoszę się na ten kurs. Gdzie się odbywa?
- W pokoju 26749 na drugim piętrze.
- Kiedy mam zacząć?
- Już.
Radunia zeszła na drugie piętro, odnalazła pokój i weszła. Siedział tam starszy mężczyzna. Jego zmęczone spojrzenia, na chwilę zatrzymało się na Raduni.
- Dzień dobry. Dlaczego chcesz zostać rewidentem?
- Potrzebuję pieniędzy.
- Wiesz na czym polega ta praca?
- Zapewne na kontrolowaniu pracy innych.
- Masz tu książki, w nich wszystko wyczytasz, za trzy godziny egzamin.
- Tak szybko?
- Nie ma czasu. Muszę przejść na emeryturę.
- Czy jest jeszcze ktoś prócz mnie?
- Nikt inny się nie odważył.
Mężczyzna wyszedł, pozostawiając Radunię z całym stosem książek. Przejrzała je. Były to same statystyki i trochę opisu. Czas upłynął jak z bicza strzelił. Gdy starszy pan wrócił, miał ze sobą stos papierów.
- Masz. Wypełnij prawidłowo ten raport.
- Tylko to?
- Tak. To po co wkuwałam te wszystkie bzdury?
- Bo powinnaś to wiedzieć, choć w praktyce do niczego ci się nie przydadzą.
- Ale tu nie było nic o sposobie wypełniania raportów!
- Teoria nigdy nie idzie w parze z praktyką – odparł filozoficznie starszy pan.
Radunia wzięła się do wypełniania raportu z wyimaginowanej kontroli.
Mężczyzna wziął do ręki gotową pracę. Popatrzył na Radunię spod ciężkich okularów.
- Bardzo dobrze. Nie ma żadnego błędu. Wystawiam pani ocenę na dostateczny.
- Dlaczego na dostateczny?! Przecież nie ma żadnego błędu?
- Bo na piątkę potrafi tylko Komandor, ja na czwórkę, więc najwyższą ocenę, jaką mogę ci dać - to trzy. Jutro zaczynasz pracę.
- Jak to jest, że do sprzątania muszę mieć nad sobą kontrolerów, gdy jednocześnie mam kontrolować zakłady pracy?
- Kwestionujesz działanie SYSTEMU?!
- Nie... Tylko pytam.
- Nie pytaj i nie myśl, tylko wykonuj swoje zadania. Od myślenia jest Komandor!
- Tak jest!

Radunia została skierowana na rewizję do dzielnicy miasta, która niegdyś kwitła życiem, teraz zasiedlona biedotą. Ze względu na fakt, iż dzielnica położona była w niecce, Komandor miasta zalecił wykonanie systemu odwadniająco-zasilającego, który, prócz dbałości o utrzymanie odpowiedniej wilgotności gruntu miał dbać o wilgotność powietrza w mieście.
Dzielnica mieściła się przy samej granicy kopuły atmosferycznej. Radunia wsiadła w autolot, skasowała bilet tygodniowy, upoważniający ją do wszelkiego przyziemnego ruchu w mieście. Był to najtańszy sposób lokomocji. Jeden autolot mógł pomieścić 28 osób, jednak jak zwykle, nie bacząc na przepisy kierowca zabierał co najmniej 50 osób. Wolał łamać przepisy niż mieć złamany nos, przez niezadowolonego pasażera. Radunia stała na jednej nodze, jednym policzkiem przyciśnięta do szyby, do drugiego przyciskał się jakiś jegomość, który wracał po nocnej zmianie, wyczuwała to po specyficznym zapachu miejscowej wódki. Łukiem z tyłu w jej plecy i żebra wbijały się czyjeś łokcie... Mniej więcej w połowie drogi mogła już swobodnie stanąć na obu nogach, jegomość od nocnej zmiany nieco odsunął się od niej, co sprawiło, że teraz cały zapach wydmuchiwał jej w nos, patrząc się jej prosto w oczy. Jegomość nachylił się, dotykając Radunię niemal czubkiem swojego nosa i powiedział jej prosto w usta:
- A panienka to chyba nietutejsza. Co?
- Tutejsza.
- A jednak nietutejsza.
Głośne czknięcie zakończyło dyskusję.


Gdy autolot zatrzymał się na jej przystanku Radunia wyszła szczęśliwa, mając jednak wrażenie, że sama jest nieco podpita po takiej dawce wdychanego powietrza. Jegomość wysiadł wraz z nią.
- A panienka dokąd zmierza?
- Zapewne nie pójdziemy tą samą drogą. Proszę wybaczyć, śpieszę się.
- O! Spieszę się... haha.
Radunia przyspieszyła kroku, czego nie mógł uczynić jegomość i ruszyła prosto do biur zakładu odpowiedzialnego za przebieg produkcji wilgotności w mieście. Była to jej pierwsza rewizja na stanowisku Szeregowego Rewidenta. Weszła do biurowca.
- Identyfikacja! – powiedział głos z wysuwającej się w jej stronę kamery.
- Szeregowy Rewident nr 1687453249.
- Wejść!
Radunia skierowała się w stronę windy. Pokój dyrektora znajdował się na 10 piętrze. Weszła do sekretariatu. Tam za biurkiem siedziała urzędniczka przepisowo ogolona na łyso i ubrana w szary kostiumik.
- Dzień dobry.
- Dzień dobry. Pani do kogo?
- Do dyrektora.
- Była pani z nim umówiona?
- Tak.
- To proszę do sekretariatu nr 1. Pierwsze drzwi po lewej.
Radunia weszła bez pukania.
- Dzień dobry.
- Dzień dobry – odparła sekretarka nie odrywając oczu od sterty papierów - Dyrektora nie ma. Puka się!
- Jest. Umawiał się ze mną na godz. 11.15. I nie puka się.
- Nie ma! – sekretarka podniosła oczy na Radunię. Ich zimny, metaliczny kolor nie pozostawiał złudzeń. Radunia z pewnością nie mogłaby się z nią zaprzyjaźnić. I puka!
- Jestem... – zaczęła Radunia.
- Wiem kim pani jest! I mówię, że dyrektora nie ma.
- A gdzie jest?
- Nie ma. Jest w terenie. Ale jest pierwszy zastępca.
- To pójdę do niego.
- Nie. Pierwszy zastępca jest od spraw organizacyjnych. Nie pomoże pani.
- To kto?
- Jest też drugi zastępca.
- Ale...?
- Ale on jest od spraw organizacyjno-prawnych.
- A trzeci?
- Trzeci jest od spraw personalnych.
- A czwarty?
- Czwarty od spraw imprez i kultury
- Piąty?
- Piąty od poszanowania godności pracowniczych
- Szósty?
- Szóstego nie ma.
- A gdzie jest?
- Nie ma. Jest pięciu zastępców. Co pani sobie wyobraża, że mamy tu sztuczną biurokrację?! Nazbyt rozbudowaną administrację?
- Przejdę się po zakładzie sama w takim razie.
- Nie wolno.
- Dzisiaj, a dokładnie za trzy godziny na biurku mojego szefa, znajdzie się raport o tym co tu zastałam i to czego i kogo nie zastałam. W tej chwili to od p a n i zależy co ja tam napiszę.
- Zadzwonię po 1 zastępcę. Odparła sekretarka.
Gdy skończyła rozmawiać, odłożyła słuchawkę telefonu, spojrzała ponuro na Radunię i powiedziała:
- Tędy – wskazując palcem jedne z wielu drzwi.
Radunia weszła. Zastępca dyrektora spojrzał na nią.
- I co ja mam z panią robić?
- Oprowadzić mnie po zakładzie.
- No dobra.
Radunia przechodziła z pomieszczenia do pomieszczenia. Czasami musiała przeskakiwać głębokie kałuże, które zbierały się w halach piwnicznych. Pracujący tam ludzie, zdawali się tego nie zauważać. Z rur ciekła woda. Niektóre maszyny stały zardzewiałe na swoim starym miejscu. Nikt nie kwapił się ich naprawić. Wręcz przeciwnie, w wielu brakowało części. Radunia spojrzała w dokumenty zakładu i stwierdziła, że jest w nich stan, nie odpowiadający prawdzie.
Gdy skończyła już kontrolę i wychodziła z obiektu, spotkała jegomościa z autolotu.
- O! Jest moja ślicznotka – powiedział czkając przy tym głośno. Zatoczył się jeszcze w kółko i ostatkiem sił złapał się drzwi do windy.
- Dzień dobry panu, panie dyrektorze – rozległ się głos w kamerze.
- Hej ty stara zardzewiała kupo złomu.
W swoim raporcie Radunia nakreśliła, ogólny bałagan, brak organizacji, nadmiernie rozbudowaną biurokrację i działanie na niekorzyść Miasta. Dodała na koniec zachowanie dyrektora. W konsekwencji Radunia dowiedziała się, że dyrektor złożył na nią skargę za brak poszanowania godności dyrektorskiej, co zaowocowało naganą dla Raduni. W zakładzie niczego nie zmieniono. Po niedługim czasie podniesiono jedynie cenę za wodę, z oficjalną informacją, że podrożała eksploatacja maszyn i urządzeń. Druga informacja, jaka dotarła do Raduni, mówiła o tym, że dyrektorzy przyznali sobie i wszystkim pracownikom biurowym wysokie nagrody za ciężką pracę na rzecz miejskiego społeczeństwa.


Kolejny dzień rozpoczął się tak samo. Pobudka, jazda autolotem, sprzątanie hal. Znowu przegapiła jakiś kurz na poręczy. Za karę miała odpracować w nowych halach nadgodziny. Jeśli chciała zdążyć do drugiej pracy musiała się pospieszyć. Zbliżała się godzina 10.00. Wychodząc ze swojego sektora zobaczyła pierwszy autolot z klientami. Spiker w trójwymiarowym ekranie poinformował przybyłych, że ze względu na fakt, iż jagodowiska nie nadążają produkować nowych owoców, a grzybnie – grzybów, wstęp do lasu podrożał. Dzięki temu leśnicy będą mogli wykorzystać najnowsze metody produkcji i w ten sposób owoców lasu starczy dla wszystkich. Radunia spodziewała się jakiegoś buntu, choćby szemrania niezadowolenia – czegokolwiek – ale nie wydarzyło się nic. Ludzie wyciągnęli swoje karty i zapłacili żądaną cenę. W ciszy podchodzili do poszczególnych kwadratów, wkładali swoje karty do otworu w metalowych skrzyniach, z nich wysuwała się tablica, na którą coś tam wbijali za pomocą klawiatury. Po chwili specjalny miniaturowy robot strząsał odpowiednią ilość jagód do metalowych pojemników, a te wysuwały się jedną z półek umieszczonych w skrzyni.
Radunia opuszczała kolejne porcje napojów. Musiała starać się zachować obojętną twarz i żadnym gestem ciała nie zdradzić swoich uczuć i odczuć. Wróciła do hali i zaczęła pracować. Komunikaty zaczęły informować, że za chwilę odjeżdża ostatni transport do miasta. Tego już jednak Radunia nie słyszała pogrążona we własnych myślach. Była zmęczona i głodna. Zastanowiła ją cisza.
Gdy wyszła z hali zauważyła, że już wszystko jest pozamykane. Ostatni autolot odjechał przed chwilą. "Trudno, przejdę się" - pomyślała zrezygnowana i skierowała się w stronę wyjścia. Strzałki wskazywały drogę. Nagle uderzyła w jakąś niewidoczną ścianę.
- Aha, a więc to tu jest ta brama. - Obejrzała starannie zaznaczone czerwoną kreską wyjście. - Gdzieś tu musi być „zamek”. - Czerwona linia wyglądała tak, jakby była namalowana w powietrzu. Obok nie było nic. Wysunęła do przodu rękę i ze zdziwieniem zobaczyła, że swobodnie przechodzi na drugą stronę. Bez wahania ruszyła naprzód. Gdy znalazła się po drugiej stronie, zobaczyła, że stoi na wzniesieniu. Przed sobą ma ogromną betonową pustynię. Nic tylko beton i palące słońce. Zdziwiło ją to, bowiem z wewnątrz kopuły doskonale widziała dalej rozciągający się las. Ludzie za pomocą iluminacji oszukiwali innych ludzi... Z dala, w niewielkiej niecce, ogromny blask dochodzący z ziemi świadczył, że właśnie tam znajduje się Miasto. Nad miastem w kształcie kopuły unosiła się niebieska poświata.
- Nie dam rady – szepnęła sama do siebie Radunia. Obejrzała się. Stała przed taką samą ogromną sztuczną atmosferą chroniącą las i laboratoria. Utrzymywała się dzięki zastosowaniu magnetyzmu i różnych rozwiązań technologicznych, które przy okazji nie pozwalały wejść nikomu z zewnątrz, bez odpowiednich uprawnień.
"Teraz rozumiem, po co nam te kombinezony i dlaczego w autolotach nie ma okien. Nie ma co, wracam do środka i tam przeczekam do jutra." Spróbowała ten sam manewr z ręką. Okazało się, że przejście jest tylko w jedną stronę. "No dobrze, skoro jestem kowalem swego losu i mogę wybrać drogę jaką tylko chcę, to wybieram Miasto."
Szła prosto przed siebie. Wokół była pustynia. Za nią oaza lasu, pod nią Wielkie Miasto. Słońce coraz bardziej dawało jej się we znaki. Czuła jak pot spływa jej strumieniami pod kombinezonem.
- Uff! Jaki upał! Nie wytrzymam! Mam w nosie raka, promieniowanie i tak dalej. Kiedy wreszcie zakleją tę dziurę ozonową? Nie wytrzymam, ugotuję się tu żywcem!
Zaczęła powoli zdejmować ubranie ochronne. Za nią na betonowych płytach pustyni znaczyły się srebrzyste plamy jej ubrania. W końcu zdjęła też ochronne buty. Pozostała jedynie w koszulce i krótkich spodenkach. Schodziła do Miasta od strony Nowej Dzielnicy. Nowoczesne kopuły obiektów o srebrzystym kolorze i owalnym kształcie usadowione były na cieniutkich nóżkach. To efekt ogromnej ceny gruntu. Z daleka wyglądały jak grzyby.
Do Miasta miała już niedaleko, gdy na niebie pojawiły się czarne chmury. Nagle pioruny zaczęły bić w pobliską elektrownię. Widziała jak ze słupów teleinformatycznych jedna po drugiej spadały robotnice ubrane w firmowe koszulki. Z daleka czerwieniły się jedynie ich kaski ciasno przylegające do głów. Dzięki nim robotnice miały satelitarne połączenie z bazą. Właśnie przygotowywały sieć do złapania gromów, ale Instytut Meteorologiczny znowu pomylił się w czasie. Burza przyszła 10 minut za wcześnie.
- A niech to – syknęła przez zęby – nie zdążę do Miasta.
W tym momencie zobaczyła jak fale elektryczne jedna po drugiej rozpływają się kolistym ruchem, niby fale wody po wrzuceniu na gładką taflę kamienia. Zaczęła je przeskakiwać, jednak ich nasilenie było zbyt duże.
- Ale ze mnie idiotka! Po co zdejmowałam te buty? Z bosymi stopami nie dam rady, nie dam rady! – krzyczała przerażona starając się jednocześnie uniknąć porażenia. W końcu udało jej się dobiec do słupów. Tam już stał tłum gapiów w ubraniach ochronnych.
- Widzieliście? – Spytał jeden z nich – spadały jak kaczki cha cha cha.
Tłum wybuchnął śmiechem.
- Do licha! Przecież to żywi ludzie! Jak możecie śmiać się z czyjejś śmierci!
- E tam – machnął ręką mężczyzna nie patrząc nawet w jej stronę – zastąpią je innymi.
Teraz dopiero ktoś z tłumu zwrócił na nią uwagę.
- Ona jest bez ubrania! – krzyknął i w tym momencie tłum odsunął się od Raduni. Równocześnie pędzące po ziemi koliste fale energii zawładnęły jej ciałem. Usłyszała jeszcze ten sam niedbały i znudzony głos gapia.
- Ee... Nie przeżyje, nie ma co wzywać karetki...

Podpis: 

Magdalena Mucha październik 2004
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Sprawca (fragment II) Sprawca (fragment) Taedium vitae
Fragment II powieści kryminalnej "Sprawca", specjalnie dla Użytkowników i Gości serwisu Opowiadania.pl Zainteresowanych całością gorąco zachęcam do zakupu https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e Prezentuję fragment mojej pierwszej opublikowanej powieści. Zainteresowanych gorąco zachęcam do zakupu: https://ebookpoint.pl/ksiazki/sprawca-mac iej-rogozinski,s_00xk.htm#format/e Bo czymże jest życie, jeśli nie przygodą na krawędzi?
Sponsorowane: 75Sponsorowane: 70Sponsorowane: 65
Auto płaci: 65

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Kontakt z nami  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2021 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.