DRUKUJ

 

Wyznanie

Publikacja:

 04-10-09

Autor:

 A.S.
-Zostawiłam Ci obcięte paznokcie na poduszce. Możesz sobie mnie klonować - Rzuciłam zjadliwie na koniec i odwróciłam się. Nie chciałam patrzeć jak skomli. Wkurzało mnie to. Niech raz na zawsze uświadomi sobie, że życie, to nie teatr. Niech już daruje sobie te sceny rozpaczy i po prostu pozwoli mi odejść. Nie pozwolę się tak traktować! Nie jestem zabawką. Najpierw miesza z błotem, upokarza, a potem sama się płaszczy i błaga. Odrażające. Błyskawicznie spakowałam się i wyszarpnęłam klucze z najniższej szuflady wypełnionej papierzyskami. Klucze do mojego azylu. Dobrze, że mam gdzie iść. Już nie chcę tu być. Nigdy. I nie chcę być z nią. Bez żalu zostawiłam kobietę wyjącą na podłodze. Byłam podła, ale gniew był tak silny, że gdybym została jeszcze chwilkę, zabiłabym. Chociaż pewnie spodobałoby jej się to. Lubiła takie zagrania. To by było takie dramatyczne. Piękna śmierć z ręki kochanki. Jeszcze pewnie sama podałaby mi kuchenny nóż. Ten jak najbardziej błyszczący, do krojenia chleba… Splunęłam na wycieraczkę. Ona mówiła do mnie wierszem, ja do niej rozkazami. Nie ma co, dobrałyśmy się…
Wyszłam na ulicę, było mi ciężko, ale nie zdecydowałam się na taksówkę, chciałam poczuć dogłębnie wolność, która zaatakowała mnie znienacka i rąbnęła prosto w potylicę. Gdzie ja mam fajki? Kurcze, jakieś zakupy by się przydały. Nie pójdę przecież z pustymi rękoma. Ale jak do jasnej cholery z tymi walizkami. No nic, jakoś sobie poradzę. Po chwili oprócz walizki, plecaka i torby podręcznej dźwigałam trzy reklamówki, i ze wszystkich sił starałam się, nie uwalniając rąk, zapalić papierosa. Udało się. Teraz już miałam w nosie jak dotrę na miejsce. W końcu to nie koniec świata a inna dzielnica.
Jakoś mi się udało dojść i to nawet dość szybko. Potem tylko schody. Masakra, trzecie piętro to dla mnie wyzwanie. Brązowe drzwi, z wielki różowym ptakiem, niemieszczącym się na płaszczyźnie ograniczonej futryną, Maria była prawdziwą artystką. Ptak krzyczał nie tylko kolorem, ale szklanym spojrzeniem. Jakby ktoś siłą sprowadził go na ziemię, zniewolił farbą i przyszpilił lakierem do tych drzwi. Wzdrygnęłam się… Ciekawe, co czuje listonosz, gdy codziennie wita go obraz zbolałego zwierzęcia. Zadzwoniłam…cisza. Zapukałam…cisza…poczułam się usprawiedliwiona i skorzystałam z klucza. Wniosłam bagaże, zamknęłam drzwi i przekręciłam zamek. Dla pewności rzuciłam jeszcze w głąb korytarza, umówione ileś tam lat temu-Hop! Hop!- ale odpowiedziało mi jedynie tykanie zegara. Coś mi nie pasowało. Maria nawet jak wychodziła z mieszkania, zostawiała włączone radio, a teraz nic… Znowu poczułam się nieswojo, jakby ten różowy krzyczący ptak patrzył na mnie. Rozejrzałam się po przedpokoju i ruszyłam na przegląd mieszkania. Wszędzie podłogi pokryte grubą warstwą kurzu, zasuszone kwiaty w oknach i zapach stęchlizny. Zaczęłam się bać. Mieszkanie wyglądało jakby nikt nie mieszkał tu od miesięcy. Kolejno otwierałam drzwi do wszystkich pomieszczeń, wszędzie to samo, pustka. W kuchni na stole stały resztki kolacji, które porosły grubą warstwą pleśni… Ale nigdzie żadnej wskazówki co mogło się stać z właścicielką. Weszłam do ostatniego pokoju, sypialni i skierowałam się w stronę telefonu, nagle usłyszałam cichutki jęk. Na łóżku zwinięta w kłębek leżała Maria.
-Boże, nie zauważyłam Cię, dlaczego tu tak ciemno? Masz migrenę? - Odsłoniłam żaluzje i dopiero teraz zobaczyłam Marię w pełnej krasie. Zaniemówiłam. To nie była ona…a przynajmniej przez chwilkę tak mi się wydawało, dopóki nie usłyszałam kolejnego jęku. Przez chwilę wahałam się, w końcu jednak przysiadłam na łóżku.
-Mario, co się stało, jak Ty wyglądasz - sięgnęłam po słuchawkę telefonu z zamiarem wezwania pogotowia, ale chwyciła mnie za dłoń. Posłusznie nie wykręciłam numeru…Przyjrzałam się jej…miała zamglony wzrok, fioletowe plamy pod zaropiałymi oczami, zapadnięte policzki. Świszczący oddech ranił moje uszy. Sama skóra i kości, przykryte brudną, pogniecioną halką. Wyglądała jakby wrosła w ten pokój, brakowało tylko pajęczyn. Była tak samo zakurzona jak całe mieszkanie. Była prawie przezroczysta… nie wiedziałam, dlaczego tak wygląda. Pierwsze, co przyszło mi na myśl, to że Maria umiera na anoreksję, ale to do niej nie pasowało… To nie było w jej stylu.
Odłożyłam telefon na swoje miejsce i przyniosłam szklankę wody. Próbowałam napoić Marię, ale zakrztusiła się przy pierwszym łyku. Spróbowałam jeszcze raz i szklanka została szybko opróżniona. Padła wyczerpana na łóżko i zamknęła oczy. Na powrót zasłoniłam okno. Wyszłam z pokoju i nogi się pode mną ugięły, padłam na podłogę i załkałam po cichu…
Powoli łyżeczka po łyżeczce chciałam wlać w nią kubek bulionu. Szło to nam bardzo opornie. Maria bardzo szybko się męczyła. Była w okropnym stanie i jeśli mnie ktoś by spytał, powiedziałabym, że ona umrze. Umrze, a ja nic nie mogłam na to poradzić, takie było jej życzenie, a ja zamierzałam to uszanować. Trzeci dzień spędziłam przy niej, nie odchodząc na krok, poiłam, myłam i chciałam, chociaż poudawać, że wszystko jest już w jak najlepszym porządku… Nie rozmawiałyśmy, chociaż słowa same cisnęły się na usta. Nie pytałam…a ona nie wyjaśniała. Podejrzewam, ze gdyby miała więcej siły wyrzuciłaby mnie, żeby dokończyć dzieła, a teraz musiała pokornie znosić moje zabiegi przywracające ją światu. Wszystko szło na marne. Czesałam, ale włosy garściami wychodziły, usta pękały przy próbie karmienia, paznokcie łamały się, a skóra schodziła płatami. Słuchałam bicia zegara i wiedziałam, że odlicza pozostały nam czas. Gołębie za oknem i wrześniowe słońce pukały do okien.
-Dziś spróbujemy czegoś innego, zobacz, co zrobiłam.
-Nie mam ochoty…
-Ja też nie miałam ochoty gotować, wiesz, że to nie moja działka. Zobacz jak się dla Ciebie poświęcam, a ty, co…-próbowałam żartować, ale Maria nawet nie zwróciła na to uwagi
-Ja umieram…
-Co Ty opowiadasz, z dnia na dzień wyglądasz coraz lepiej. Jak tylko będziesz mogła stanąć na nogi pojedziemy do lekarza i wtedy Ci przepisze coś na wzmocnienie, potem pojedziemy na wakacje…
-Przestań, nigdzie nie pójdę i nie pojadę, zobacz jak ja wyglądam.
-No jak…normalnie – przełknęłam ślinę - wiadomo…zaniedbałaś się troszkę, ale coś na to poradzimy, zresztą dla mnie wyglądasz zabójczo. Trochę schudłaś…- Boże, co za maskarada, miałam ochotę krzyczeć, ona umiera a ja nic nie mogę zrobić. Nieprawda, mogę zadzwonić. Włożą jej rurkę w gardło i siła przywrócą do życia, będzie jak narzeczona frankensztajna, znienawidzi mnie, ale będzie żyła…
-Przestań, proszę Cię… wiem, że tak nie zrobisz…ja już nie mogę, nie chcę… to tak boli..
-Co Cię boli, chcesz tabletkę? Zaraz dam Ci gdzieś mam jeszcze coś przeciwbólowego
-Życie…-mówiła szeptem, ciężko oddychając.
-Nie rozumiem, powiedz wreszcie, co się stało, jestem tu od tylu dni…a nadal nie wiem, porozmawiajmy…
-Nie ma o czym, widziałaś, widzisz…
-Co widzę… Nic nie widzę, widzę, że chcesz się zagłodzić, ale nie rozumiem, dlaczego. Co takiego się stało…
-Nic…właśnie, że nic się nie dzieje, jestem tak wypruta z jakichkolwiek uczuć, nie jestem już człowiekiem, nie mogę kochać i nie potrafię niczego stworzyć, związku, domu, obrazu…
-Może to chwilowe załamanie, masz po prostu depresje, to się leczy, są ludzie, którzy mogli by Ci pomóc…ja zadzwonię, słyszałam o świetnym lekarzu - trzęsły mi się ręce… Zaczęłam zbierać brudne naczynia na tacę.
-To nie jest chwilowe, ja już nie chcę… To jest mój wybór, proszę Cię odejdź i zostaw mnie w spokoju. Wiem, co robię
-Pieprzenie! Nie masz pojęcia, co robisz… Słuchaj ja Ci nie pozwolę- łzy zaczęły mi płynąc, jak sok z wyciskanej cytryny, paliły. Byłam na siebie zła, bo chciałam być ponad to, ponad emocje - Wiesz o tym. Wiesz co ja teraz czuję a masz to głęboko gdzieś
-Tak wiem, że niewygodnie patrzeć na to wszystko…, ale ja i tak umrę. Pamiętasz tą małą białą kopertę? Otwierałam ją przy Tobie, kilka miesięcy temu, potem poszłyśmy się upić… To był wyrok śmierci. Chciałabym kochać, ale nie potrafię, To jak przekleństwo, kogo pokocham ten umrze, więc nie chcę czekać, chce żeby stało się teraz, póki mam wybór, chcę to mieć za sobą…- Nie wierzyłam jej. Omijała mnie zmatowiałym wzrokiem. Leżała jak jakaś gadająca kukła. Powtarzała w kółko coś, czego ja nie rozumiałam, nie chciałam zrozumieć, coś, co mnie przerastało… Tym razem nie chciałam już tłumić krzyku, rzuciłam pełną tacą o ścianę. Odłamki szkła poszybowały… łapiąc promienie słoneczne, na chwilę kostnica zamieniła się w wesołe miasteczko… Klęknęłam na ziemi. Na kolanach podeszłam do niej i zaczęłam mówić, to, co powinnam powiedzieć dawno temu, to co siedziało we mnie odkąd pamiętam, to co starałam się zagłuszyć licznymi romansami i bezcelowymi związkami.
-…Kocham Cię, nie obchodzi mnie, że wolisz mężczyzn, żaden Cię nie uszczęśliwił, a ja mogę to zrobić…-To wyznanie było żałosne, poraziło mnie swoją banalnością. Maria nawet na mnie nie spojrzała, straciłam panowanie nad sobą. Porwałam jej wyschnięte ciało, które kiedyś było tak pełne życia. Wtuliłam się w kości, ścisnęłam mocno. Nie chciałam pozwolić żeby życie z niej uciekło, ale ono cienką stróżką wypływało między moimi palcami. Wyciągnęłam ją z łóżka i rzuciłam na ziemię. Jęknęła i zakrztusiła się… Cały czas krzyczałam, ale nie pamiętam, co, chyba, że ma przestać… Położyłam się na niej i całowałam i drapałam, wszędzie, na ciele, zaczęły pojawiać się sińce i krwawe ścieżki, pod jej ciężarem zgrzytało szkło z potłuczonych naczyń. Rozerwałam szlafrok i widząc, jakie pustki uczyniły na niej ostatnie tygodnie zakryłam w przerażeniu oczy. Zaczęłam przepraszać, szeptem… Gdy się opanowałam i spojrzałam, jej już nie było…
Czuję się winna nie z tego powodu, że pozwoliłam umrzeć tylko, dlatego, że jej ostatnie chwile zamieniłam w piekło… I dalej nie pozwolę jej na wieczny odpoczynek, chcę ją znaleźć po drugiej stronie i mam nadzieję, że mi nikt nie zechce przeszkodzić. Nie obchodzi mnie czy będę tam szczęśliwa czy nie, mam tylko nadzieję, że już na zawsze będę z nią… Jeszcze tylko ten jeden skok…

http://opowiadania1.blox.pl/html/

Data:

 wrzesień 2004

Podpis:

 AS

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=9692

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl