DRUKUJ

 

Chwila moment

Publikacja:

 20-02-03

Autor:

 Garry
Prawie już wytrzeźwiał i obudził się jak zwykle w noc, która powoli dogorywała tak jak i w nim dogorywały ostatnie radosne promile, którymi ledwo co karmił swoją krew w zwyczajowym mariażu z butelką wódki. Ni to jesień, ni to wiosna, w zasadzie takie chuj wie co pośrodku zimy rozgrywało się za oknem, do którego zresztą nie miał potrzeby podchodzić. Wiedział to dobrze nawet z pozycji tego chwilowego skołowania, które towarzyszy wszystkim przebudzeniom. Tym zwykłym i tym trochę cięższym. Zwykłych nie miewał już od dawna. Pierwsze tramwaje, które były jakimś podskórnie wykreowanym kompasem pośrodku jego wszechświata, pędziły jak zawsze w rytmie miasta, jak zwykle obojętne na aktualny stan jego ducha. Były jak Polska, która trwa i sobie płynie. Czasem wkurwia, czasem koi, ale jest zawsze posągowo obojętna.

Nie miał zresztą chyba specjalnego nastroju, by zgłębiać akurat tego typu zagadnienia. W ogóle nie wiedział jeszcze czy ma jakikolwiek nastrój.

Psia pani zeskoczyła z łóżka, wyraźnie niezadowolona z jego aktywności. Aktywności tego szemranego typka, karmiciela i spacerodawcy, ale i pijaka, często przykrywającego swe zaniedbania wobec niej zupełnie niezrozumiałymi dla psiego rozumu wybuchami czułości. Spojrzał na nią z wdzięcznością. Odzyskał trochę kołdry. Kochał te smutne oczy miłością, jaką tylko alkoholowe serce potrafi. Z taką samą mocą zostawiał ją samą na długie godziny, pragnąc wynagrodzić jej wszystko w lepszych momentach. A te przychodziły nagle i niespodziewanie, dla niego samego, a co dopiero dla niej.

Nie ona jednak aktualnie przykuwała jego uwagę. Nie to, żeby nie pamiętał poprzedniego wieczoru. Pamiętał. Co prawda nie doskonale, ale na tyle dobrze, żeby nie być zdziwionym ciepłem kobiecego ciała obok, zdającego się mieć totalnie w dupie umierającą właśnie noc, psy, tramwaje, a nawet i problem głodnych dzieci pod Zamościem. Dlaczego tam? Bo pewnie i pod Zamościem głodne dzieci się znajdą. Nie ma żadnego powodu, by w to wątpić. Pogłaskał ją po tych cudnych, czarnych włosach, które podobały mu się od momentu, kiedy pierwszy raz je ujrzał. Na fotelu, w nieładzie totalnym dostrzegł porozrzucane ciuchy. Nie pierwszy to raz, ale te nie kojarzyły mu się jak inne. Nie patrzył na nie z obojętnością. Bez przesady, nie patrzył też z jakimś wyjątkowym namaszczeniem. Po prostu, nie były to ciuchy totalnie obce. Te już kiedyś widział. W ładzie, w uśmiechu właścicielki, w tych konkretnych działaniach, które wiążą nierozerwalną nicią wspomnień, wyskakujących z szuflady w najmniej spodziewanych momentach. Przytulił się do jej młodego ciała i poczuł coś na kształt spokoju. Wiedział, że chwilowego, wiedział, że dalekiego od spokoju, o którym marzył i do którego drogę poniekąd nawet kiedyś za mgłą spostrzegał. Wiedział, że ani ona łatwa, ani jemu pisana. Kręta i niemalże nierealistyczna.

- Nie martw się mną, proszę – dobrze znał tak święcące się oczy, ale te budziły w nim głęboko ukryte pokłady szczerości – nie możesz aż tak się tym przejmować.
Jej głos z poprzedniego wieczora brzmiał mu w uszach przyjemnym tembrem, tym bardziej, że jego tony nie przeszkadzały mu w najmniejszym nawet wymiarze.
- Nie zrobiłam niczego wbrew sobie. Zrobiłabym to i bez picia. Uwielbiam twoje towarzystwo, twoją bliskość, uśmiech…

Tych słów bał się najbardziej… Nie był na nie gotowy pod żadnym względem. Nie umiał nigdy dalszego ciągu. Zresztą, zapowiedzi dalszego ciągu nigdy nie sposób wypatrzeć jak pospiesznego zza ściany lasu. Tego się zwyczajnie nie wie. Wiele razy dalszy ciąg umiera w agonii kolejnych zwykłych dni, będąc koronawirusem dla wszelkiej maści romantyków. Skąd miał wiedzieć? Skąd miał wiedzieć co w tej akurat sytuacji będzie dalszym ciągiem? Brnięcie w coś, co jest skazane na porażkę i jest jedynie kwestią dni, góra miesięcy? Jego stanowcza troska i te parę gładkich słów, które bardziej jego samego niż ją miałyby przekonać, że to nie ma sensu i skończy się pierdalnięciem w górę lodową? Czymkolwiek miałaby ona być. Ta góra. Zorientowanym mężem. Przypadkową wpadką. Chwilą nierozwagi, brawury.

Kobiety lubiły jego towarzystwo, poczucie humoru, a jednak zawsze bywał w ich życiach na chwilę. Nie był to jego oczywisty wybór. Był jednym z tych nieoczywistych, będących mieszanką doświadczeń, lęku przed dzieleniem z kimś życia „naprawdę”, strachu przed samym sobą, przed nieznanym, przed własną niepewnością i brakiem wewnętrznej stabilizacji, która rozpierdala życie nie tylko nam, ale głównie tym, którzy widzą w nas więcej, niż jesteśmy w stanie pomyśleć… W jej przypadku jednak był pośrodku myślą, między: „znowu to samo”, a „coś zupełnie nowego”… Składał to jednak na karb nadziei. Tej pierdolonej syreniej kurewki, która wabi machając miło płetwą, jakby chciała zaśpiewać: teraz będzie inaczej marynarzu, teraz to co innego…

- Nie pomyśl nigdy, że zrobiliśmy coś złego – opuszek jej palca zsunął mu się delikatnie z nasady nosa – ja tak nigdy nie pomyślę. Sześć lat… Przez sześć lat mojego małżeństwa z Robertem nie byliśmy w stanie zbliżyć się do tak szczerych rozmów jak moje z Tobą. Jesteś dobrym człowiekiem Marcin, pomyśl o tym, kiedy będzie ci źle…

Teraz, kiedy leżał wtulony w to młode ciało, nie był w stanie myśleć o sobie dobrze. Patrząc w sufit, którego nawet wyraźnie nie widział zrozumiał, że obok namiętności, troski i tęsknoty za wpatrzonym w siebie wzrokiem czuje pustkę i potworny żal. Że nie jest w stanie być dla niej czymkolwiek więcej niż chwilą i złudną, potworną, jak z horrorów, nadzieją. Że wszystko co myśli o tej młodej kobiecie, jakkolwiek nie nazwać tego uczuciem, jest niczym wobec tego co zaznał z Natalią i czego nie potrafił nigdy docenić. Choć to są naprawdę łagodne w tej sytuacji słowa. Kochał, nienawidził, uciekał jak mógł. Ranił, nie dorastał i brał od niej wszystko. A ona trwała i trwa. Tak bardzo nienawidził tej jej mądrości, którą kochał… Tyle razy uciekał od bezkresnej miłości, której nie rozumiał, a zarazem pragnął. Wisiała nad nim jak fatum, które kręcąc palcem mówiło: nie, nie bratku, nie ma łatwo. Zajmij się sobą, ja jestem, nigdzie się nie wybieram, ale ze mną nie pójdziesz na łatwiznę. Można nie umieć kochać i pragnąć miłości. Można spotkać bezkresną, której się do końca nie rozumie i spierdalać przed nią jak zając przed wilkiem. Tylko… Czy można uciec naprawdę?...

- Czeeeść, wreszcie się obudziłaś… Wyspałaś się choć trochę?... Czekaj, ruszę dupę i zrobię kawę. Wiesz, musimy pogadać, w zasadzie, nie mam kurwa pojęcia o czym…

Data:

 Luty 2020

Podpis:

 M.G.

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=81304

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl