DRUKUJ

 

Półtora miliona lat przed naszą erą.

Publikacja:

 20-01-24

Autor:

 purpleblackblueberry
Weronika miała dwadzieścia pięć lat, jakiś metr osiemdziesiąt wzrostu, może mniej, białą koszulę, czarną kurtkę, to jest ramoneskę, taką z zapięciem z boku, i jeansy, czarne, z sieciówki. Buty? Na płaskiej podeszwie, białe. Na szyi złoty wisiorek z czterolistną koniczynką. Taki opis podała koleżanka kilka dni po zgłoszeniu zaginięcia. Dość dokładny, pomyślał policjant spisujący zeznanie, ani razu nie spoglądając na koleżankę Weroniki.
Koleżanka miała na imię Magda i mieszkała w nienowym bloku na drugim końcu miasta. W miastach zawsze jest kilka drugich końców.
Blok był niewysoki, miał cztery piętra, ale zainstalowano w nim już windę. Skrzypiała i to bardzo, pokonując kilkanaście razy każdego dnia tę samą drogę. Bywało, że skrzypiała mocno, coraz mocniej, aż wreszcie działo się coś i - przestawała, przynajmniej na na jakiś czas.
Weronika przyszła tak sobie pogadać, to była pierwsza wizyta w domu u Magdy. Zwykle widywały się na uczelni lub na mieście, ale tym razem Magda źle się czuła (tu Magda zrobiła wiele mówiącą minę) i zaprosiła Weronikę do siebie. Do bloku w niestrzeżonym osiedlu, jeszcze bez ogrodzeń, szlabanów, płotów i tabliczek z zakazem deptania trawy i patrzenia na nią, bo nie urośnie.
Weronika spędziła u niej jakieś dwie godziny. Nieco ponad dwie godziny. Posiedziała, wypiła kawę, zjadła ciasto domowe, najlepsze - wiadomo, robota mamy i sobie poszła. Prawie się wszystko zgadzało. Ale to Magda wezwała windę.
- Widzimy się we wtorek? - zapytała Weronika. Pogłos na klatce poniósł ostatnią sylabę.
- Jasne. Myślę, że już wtedy będzie dobrze. - zakaszlała Magda. - Wcisnę Tobie windę.
- E tam, pójdę schodami, to niedaleko.
- Jeszcze się zmęczysz - zażartowała Magda, wciskając guzik. Weronika spojrzała na Magdę.
- Dobra - uśmiechnęła się. - Skoro nalegasz.
Sięgnęła do kieszeni po smartfon. Kiedy odchodziła następna czternastka?
- Poczekam razem z Tobą - dodała Magda. - O już jest!
Ding dong zaanonsowało windę. Rozwarły się drzwi, ospale, jakby wcale nie chciały, aby wkładano im cokolwiek do brzucha. Gdyby Weronika nie wpatrywała się w ekran telefonu, może zauważyłaby lekkie skrzywienie na twarzy Magdy. Zamiast tego rzuciła krótkie:
- No, to pa! - i już jej nie było.
Za chwilę zamknęły się drzwi mieszkania numer siedem i zachrobotał nerwowo przekręcany dwa razy zamek. Magda chwilę stała przy drzwiach, nasłuchując odgłosów z klatki. Niedobrze, winda jarzyła się blaskiem. Tak było zawsze, gdy...
- Wiem, co o tym sądzisz. - rozmyślania przerwał głos matki. Suchy ton sprowadzał na ziemię.
- Naprawdę?
- Tak, ale taki jest rytuał. - rzeczowo odparła tamta.
Magda westchnęła. - A nie mogłybyśmy się po prostu wyprowadzić?
Matka wybuchnęła śmiechem. Przebił się na klatkę i zlał z tarciem metalowych drzwi windy. Weronika wcisnęła zero. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Prawda, ta winda jest pneumatyczna - przypomniały się jej słowa Magdy. Jedzie całą wieczność, nie wsiadaj, jeśli chcesz siku. Magda miała rację - szybciej było by schodami.
Smartfon wciąż nie miał zasięgu. Przecież tu można nabawić się klaustrofobii - pomyślała. Już raz jej się to zdarzyło, na wycieczce klasowej, w jednej z wind Pałacu Kultury. Jechali i jechali. Sympatyzowała wówczas z budynkiem, bo im wyżej wjeżdżali, tym bardziej i jej podchodziło do gardła. Okropne uczucie... Stop! Nie powinnam myśleć o takich strasznych rzeczach, kiedy jadę windą, a wszystkie pająki ją wyprzedzają. Muszę jeszcze dzisiaj napisać do Marysi, żeby mi wreszcie przysłała notatki z zeszłego tygodnia - próbowała rozkojarzyć się.
Lekkie zakołysanie zasygnalizowało, że winda stanęła. Tym razem drzwi rozsunęły się gładko i Weronika zobaczyła coś, czego nie powinno tam być. Mówią, że oczy nie widzą tego, co mózg nie nazwie, więc przez chwilę nie widziała, na co patrzy. Była jak europejski turysta zrozumieć restauracyjne menu w obcym kraju. Odruchowo wcisnęła zamykania, jakby chcąc odgrodzić się od oceanu żółtej trawy, tu i ówdzie poutykanego wiechciami krzewów. Widok rozlewał się o wiele za daleko.
Sięgnęła ponownie po zero, gdy zaintrygował ją panel windy. Zmarszczyła brwi. Zero skreślono markerem, obok ktoś dopisał: "- 1 500 000 p.n.e". Półtora miliona lat przed naszą erą. Idiota. Wcisnęła zero. Lampka chwilę świeciła, po czym zgasła. Winda nie drgnęła. A może naprawdę minus milion? Maleńkie ziarno niepokoju pękło, wypuszczając pęd. - Dobra, wrócę do Magdy i zejdę normalnie schodami.
Wcisnęła dwójkę. Nic. Wcisnęła pozostałe przyciski. Lampki zapalały się, po czym gasły. Winda nie ruszała ani w górę, ani w dół. Utknęła. Smartfon nie łapał zasięgu. Pewnie winda wyjechała gdzieś z tyłu budynku na pole budowy. Nie ma co, w starych budynkach różne rzeczy się zdarzają.
- Po prostu obejdę blok i najwyżej w domu wyczyszczę buty. Trudno. Zdarza się. Bywa - pomyślała kwaśno.
Wcisnęła przycisk otwierający drzwi, wyszła z windy, rozejrzała się powoli i skamieniała. Nie było żadnego bloku do obejścia. Wyglądało to tak, jakby winda wyjechała spod ziemi albo spadła z nieba. Ten widok był jednym z niemożliwych rysunków, umysł kręci się w kółko jak igła magnetyczna na biegunie.
Od stóp przez łydki i uda pędziła fala mrozu. - Przecież czułam ruch w dół, a jak zatrzymywała się, to ciążenie w kolanach - usiłowała sobie przypomnieć. Czy to jakiś żart? Czy gdzieś tu są drony z "Mamy cię"?
Niebo było czyste - bez chmur i kamer. Lekki wiatr musnął ją po twarzy. Spojrzała na smartfon. Wybrała numer Magdy. Bez sukcesu. - Trudno, najwyżej dostanę mandat. Wybrała 112. Głucho. Nawet alarmowe nie działają. Byłam u Magdy, weszłam do windy, jechałam windą, czułam że jadę w dół, czy na pewno jechałam w dół? Odtwarzała sekwencję ostatnich zdarzeń poszukując najdrobniejszej wskazówki.
Kiedy umysł Weroniki rozpaczliwie szukał domknięcia poznawczego, wzrok zogniskował się na uciekającej postaci. Musiała siedzieć w krzakach i ją obserwować. Zmierzwione włosy powiewały w rytm kroków, migały podeszwy stóp. Człowiek. Ostatnia deska ratunku szybko tonęła w równinie i zaraz mogła zlać się z tłem w kolorze khaki. Weronika puściła się w pogoń za dzieckiem.
Kiedy już zaraz miała dogonić dziewczynkę, coś ostrego uderzyło ją w głowę. Cios był silny, ciężko zwaliła się na ziemię, tocząc się jeszcze jak zaatakowana w pełnym pędzie antylopa. Ostatnią rzeczą, jaką dotarła do jej świadomości, była rosnąca postać dziewczynki z gatunku homo erectus.
Dziewczynka przystanęła w bezpiecznej odległosci i gryząc kosmyk włosów. Weronice wydawałaby się brzydka, ale Weronika już nie żyła. Dziewczynka przypatrywała się z dziecięcym zaciekawieniem, jak do dziwnego zwierzęcia podchodzą współplemieńcy. Ostrożnie, krok po kroku, uważnie przypatrując się, czy zaraz nie dźwignie się i nie rozszarpie. Najstarsza z grupy wysunęła się naprzód i pochyliła się nad czymś, co chwilę wcześniej nazywało się Weroniką. Analizowała. Głowa była podobna, ale reszta? Białe i czarne plamy. Oczy nie widzą tego, czego mózg nie nazwie. W skupieniu memłała koncept jeansów i adidasów - dziwna sierść, i te kopyta. Nigdy w życiu widziała czegoś podobnego. Cóż, nigdy więcej nie zobaczy.
Reszta stała karnie, choć w brzuchach im burczało. Gdyby Najstarsza orzekła, że zwierzę jest jadalne, to zaraz by zawlekli do siedliska. Ale Najstarsza stała i stała. W końcu odwróciła się i odeszła. Cóż, widocznie dzisiaj będą jedli korzonki zamiast mięsa, ale Najstarszej trzeba się słuchać. Najstarsza zawsze ma rację. Dziewczynka pomyślała, że nie można jeść tego, czego się nie zna, bo można od tego umrzeć, tak jak jej starsza siostra. Zjadła coś i nad ranem była już martwa. Z wyrzutem spojrzała na ciało Weroniki i pobiegła za swoimi.
W kuchni pod siódemką na drugim piętrze, Magda dziobała widelczykiem ciasto.
- To w sumie ich wina. - racjonalizowała matka. - Tak to jest, jak się chodzi z nosem w telefonie.
- Ją akurat lubiłam.
- No, i? Gapiąc się w telefon, mogłaby wleźć pod samochód i wyszłoby na to samo.
- Ale nikt się nie spodziewa tego po windzie..
- Mało przypadków, kiedy ktoś spadł w szyb windy, bo nie spojrzał?
- Dobra. - westchnęła Magda. - Trudno. Tak trzeba było.
Matka spojrzała na córkę, łagodniejąc.
- Tak, córeczko - powiedziała już innyym tonem. - Taki jest rytuał. Albo my, albo ktoś inny.

Data:

 2020

Podpis:

 Yarkoss

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=81300

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl