DRUKUJ

 

Nika

Publikacja:

 19-04-15

Autor:

 DoktorUboot
Posiłek do pracy przygotowuję sobie wieczorem. Najczęściej ryż z kurczakiem, czasami zabieram jabłko. Odchudzam się. Jeśli tylko mogę, wstaję wyjątkowo wcześnie. Nie dlatego że muszę. Im wcześniej podejmie się próbę opuszczenia naszego bloku, tym większa szansa na przeżycie.

Tego feralnego dnia zerwałem się z łózka na długo przed świtem, było jeszcze ciemno. Włożyłem jedzenie do plecaka, zapiąłem szczelnie czarną kurtkę, nałożyłem na głowę kaptur. Przyłożyłem ucho do drzwi wyjściowych z mieszkania. Klatka schodowa tkwiła w pozornym uśpieniu. Pozornym, bo przez lata podobnych nasłuchiwań nauczyłem się wychwytywać bezbłędnie z klatkowej nicości każdy najmniejszy i tym samym podejrzany szmer. Może to być biały szum lamp jarzeniowych, kostyczny zgrzyt stalowych linek w szybie windowym, ciężkie westchnięcie zapowietrzonych instalacji - te są niegroźne. Cichy zgrzyt przekręcanej klamki w czyimś mieszkaniu, głuche tąpnięcie kabiny w szybie windowym, ciche odgłosy kroków. Każdy z osobna tego typu odgłos może sprawić, że koszula na plecach robi się mokra.
Tym razem było bezpiecznie. Tak mi się przynajmniej wydawało.

Nie powstrzymałem się jednak. Rzuciłem przez okno jeszcze jedno badawcze spojrzenie na opustoszały parking pod blokiem. Ciemno i pusto. Uśpione samochody przycupnęły do asfaltu jak metalowe żuki. Nieliczne drzewa niemal niezauważalnie kołysały się na słabym wietrze. Już miałem opuścić róg firanki, gdy zza rogu wyłoniła się jakaś ciemna postać. To najzwyczajniejszy przechodzień, trzymał dłonie w kieszeniach kurtki i ze schyloną głową dreptał przed siebie w kierunku przystanku autobusowego w towarzystwie swojego bardzo długiego cienia wygenerowanego przez mdłe światło ulicznych latarń. W końcu zniknął gdzieś w mroku.

Trzeba już iść.

Powoli wyszedłem z mieszkania, bezszelestnie zamknąłem drzwi na klucz. Jeszcze jeden głęboki nasłuch. Cisza. Ruszyłem wreszcie w kierunku schodów. Stopień po stopniu, powoli, bez pośpiechu, zszedłem z pierwszego piętra na parter.

Przeniknąłem jak duch przez wiatrołap, witając się w myślach ze skrzynką na listy najeżoną powtykanymi weń reklamami pobliskiej pizzerii. Jedna z jarzeniówek dożywała ostatnich chwil, mrugając do świata na pożegnanie. Pozostało tylko pokonać ten cholerny tunel przeszywający blok na wylot, zamknięty z dwóch stron stalową kratą w kolorze grafitowym. Kiedyś zbierały się pod tym tunelem pijaczki, więc wspólnota wymyśliła kraty. Pijaczki zniknęły - poczucie że mieszka się nie w bloku, a w obleganej twierdzy zdecydowanie się spotęgowało. Cóż zrobić.

W ułamku sekundy rozsądziłem, na którą stronę będzie bezpieczniej wyjść poza blok. Skierowałem się na prawo, w stronę parkingu. Tam ostatnio było spokojniej, choć gwarancji nikt nam nie da nigdy.

I to był błąd.

Szybko doszedłem do kraty. Złapałem za lodowatą od nocnego chłodu klamkę i już miałem dać krok następny, gdy ją zobaczyłem.

Ubrana w adidasy, rozciągnięty szary dres i pikowany ciemny bezrękawnik, stopiła się z otoczeniem doskonalej niż żołnierz Gromu w dżungli. Mimo że stała niemal idealnie pod świecącą wściekle latarnią. Nawet wyjątkowo jasna platyna spiętych w koński ogon włosów nie zakłóciła jej kamuflażu. Co ciekawe, początkowo w ogóle mnie nie zauważyła. W prawej dłoni ściskała ogromny biały smartfon. Blask bijący z wyświetlacza nadawał jej całkiem ładnej twarzy iście demonicznego charakteru. Lewą dłoń, mieniącą się z daleka blaskiem pierścionków i połyskująca tipsami, zacisnęła na uchwycie smyczy, na końcu której uwiązany był mały biały piesek. Miał na sobie psi kubraczek, jego wesoła czuprynka została spięta czerwoną wstążeczką. Bez dwóch zdań: to musiała być suczka.

Chciałem natychmiast wycofać się do tunelu i jak najszybciej zatrzasnąć za sobą kratę. Niestety. Doznałem czegoś w rodzaju paraliżu, przez kilka długich sekund nie byłem w stanie ruszyć najmniejszym palcem. Krótko mówiąc: tkwiłem w miejscu, jak kołek, jak baranek pozostawiony na rzeź i na wszelki jeszcze wypadek przywiązany do słupa stalowym łańcuchem. Piesek tymczasem zwęszył mnie natychmiast. Nie ruszył od razu, zapewne tylko dlatego, że akurat miał ugięte tylne łapki, co wymusił na nim proces opróżniania. Jego pani wybrała jedyne możliwe miejsce. Piesek robił swoje na niewielkim cypelku wydeptanej trawy, tuż pod oknami parteru, jakiś metr od ściany bloku.

Zwrócił w końcu oczka w moim kierunku, oczka małe niczym czarne koraliki. Szczeknął cicho lecz ze złością.

- Nika! Cicho bądź! - nakazała mu głośno i nieadekwatnie do pory właścicielka. Jej metaliczny głos odbił się echem od elewacji bloku i pomknął gdzieś aż na piąte piętro.

Nic nie pomogło. Nika skończyła swoje i żwawo ruszyła przed siebie. W moim rzecz jasna kierunku. Ja tymczasem wciąż trwałem w stuporze. Bestia biegła na mnie, rozjuszona, z błyszczącymi ślepkami. Jej pani bez większego przekonania wydarła się kilkukrotnie w osiedlowy przedświt:

- Nika! Nika! no, Nika!

Ale Nika nie zamierzała słuchać upomnień. Miała w swojej małej główce ozdobionej czerwoną wstążeczką tylko jedno: mord.

Instynkt przeżycia obudził się we mnie zdecydowanie zbyt późno. Nika była już jakieś trzy metry ode mnie. Krata za mną bezpowrotnie domknęła się, szczęknął zamek, jak dźwignia uruchamiająca wyrok w celi śmierci. Mówi się, że w ostatnich chwilach przed śmiercią wyświetla nam się przed oczami szybki pokaz slajdów z całego życia. To chyba jednak tylko życzeniowa legenda. Mnie ogarnęło tylko lodowate zimno i przeczucie, że za chwilę runę w absolutną pustkę.

Wtedy padł strzał.

Nika dostała kulę niemal idealnie w miejsce, w którym przewiązano jej czuprynkę czerwoną kokardką. Nóżki zapadły się pod nią, poturlała się jak niepotrzebna szmaciana zabawka. Pani zastygła z telefonem w dłoni, zrobiła się najpierw blada, potem purpurowa, i wreszcie na powrót blada.

Strzelał sąsiad z drugiego piętra. Po wszystkim wychylił się z okna i podniósł kciuk w górę. W drugiej ręce trzymał okazały karabin snajperski z lunetą. Na głowie miał kapelusz wędkarski w wojskowe plamy. Odpowiedziałem tym samym gestem. Celny strzał, sąsiedzie.

Platynowa blondynka z niewyraźną miną podeszła do trupka Niki. Wzięła ją na ręce i ruszyła w kierunku kraty krokiem żałobnicy. Nie wytrzymała i rzuciła pod nosem:

- Nawet się, kurwa, pieskowi wyszczać nie dadzą. Co za hołota!

Sąsiad nagle zgasił uśmiech triumfatora z twarzy. Machnął ręką w dół. Kucnąłem jak kazał. Zza rogu wyłonił się podpalany jamnik...

Data:

 04.2019

Podpis:

 Doktor U-boot

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=81169

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl