DRUKUJ

 

Koń na biegunach o napędzie nuklearnym

Publikacja:

 18-07-05

Autor:

 fifian
Znalazłem dziś twój list, w którym prosisz mnie, żeby opowiedział ci dokładnie, jak sobie radzę. To dla mnie dziwna sytuacja, bo właściwie nie pisałem niczego od czasów ukończenia szkoły, co było jakieś 50 lat temu. Czego się nie robi dla swoich dzieci? Jeśli kiedykolwiek to przeczytasz (choć mam nadzieję, że nie), to wiedz, że żaden ze mnie pisarz i nawet nie mam zamiaru próbować robić z tej notatki literackiego dzieła.

Zabawny jest dla mnie fakt, że tak mało ludzi wie, jak ciekawskimi zwierzętami są krowy. Ciężkie i nieporadne, ale jednocześnie bardzo inteligentne stworzenia. Mam taki dziwny zwyczaj, że każdego dnia, kiedy słońce już zachodzi, a krowy wiedzą już, że niedługo będą musiały pożegnać się z pastwiskiem na kilkanaście kolejnych godzin, rozkładam na środku pastwiska krzesło i daje im koncert. Wiesz, że kiedyś grałem na trąbce. Oczywiście, że wiesz, bo kiedy mieszkałaś ze mną i matką, musiałaś mnie słuchać niezliczoną ilość godzin. Często na sam dźwięk mojej trąbki zaczynałaś płakać albo zatykałaś mi ją poduszką. Coś się zmieniło, czy nadal na dźwięk trąbki dostajesz szału? W każdym razie znalazłem ją na strychu i znowu gram. Znalazłem też konia na biegunach, którego dla ciebie zrobiłem na twoje piąte urodziny.

Kiedy tak siedzę na środku pastwiska, a niebo jest już szaro-niebieskie z widocznymi gwiazdami i zaczynam grać, krowy ożywają. Wcześniej rozleniwione, przeżuwające powoli źdźbła trawy, nagle podnoszą łby i patrzą w moją stronę. Stoją tak chwilę, aż wreszcie jedna z nich, najodważniejsza, wyjdzie przed szereg i ruszy w moją stronę. Dopiero kiedy zatrzyma się na kilka metrów przede mną, reszta stada wyrusza jej śladami. Otaczają mnie półokręgiem, wszystkie w równej linii, i słuchają. To takie mądre zwierzęta. Koncert nie trwa zwykle zbyt długo, więc po kilkunastu minutach składam krzesło i ruszam w kierunku obory, a one za mną. Każda z nich zajmuję miejsce, a ja mogę spokojnie je wydoić.
Pewnie uznasz, że na starość mi odbiło, ale w jakiś nieokreślony sposób pozwala mi to na chwilę zapomnieć o samotności. Bardzo brakuję mi twojej mamy, myślę o niej codziennie.
Żyłoby mi się dobrze, gdyby nie to, że coś nie daje mi spokoju. Mleka ostatnio coraz mniej, krowy są jakieś słabsze. Ich łby uginają się pod ciężarem mojej dłoni, kiedy je głaszcze. Wyją bez ustanku po nocach, nie dając mi przy tym spać. To takie mądre zwierzęta, ale coraz częściej mam wrażenie, że nie rozumieją, co do nich mowie. Są nieusłuchane i dziwnie leniwe.

Wybacz, nie pamiętam, co miałem jeszcze napisać. Dopiszę coś później.

Próbowałem dziś zadzwonić do Jana, miejscowego weterynarza. Chyba zepsuł mi się telefon, bo w słuchawce nie było żadnego sygnału. Pojechałem więc do niego, ale coś jest z nim nie tak. Jego dom jest strasznie zaniedbany; wszystkie okna zabił deskami. Dzwoniłem do drzwi, ale nikt nie otwierał, więc zacząłem mocniej pukać. Ostatecznie otworzył mi drzwi, a raczej uchylił. Wyjrzał tylko przez szparę i polecił mi w niezbyt kulturalny sposób, żebym sobie poszedł. Postraszył mnie też kijem bejsbolowym. Strasznie mnie to trapi, bo znałem go wiele lat, i nigdy przy mnie nawet nie przeklął. Ten człowiek był oazą spokoju i przykładem idealnego samoopanowania. Zostawiłem mu butelkę mleka pod drzwiami i odszedłem. W domu zauważyłem, że nie działa radio, ani moja chłodziarka. Chyba prowadzą jakieś prace remontowe. Tego wieczoru, tylko kilka z krów wysłuchało mojego koncertu. Reszta leżała nadal na trawie i nie miała zamiaru się ruszyć. Z trudem zagnałem wszystkie do obory. Wydaje mi się, że są chore.



Nie wiem, ile dni minęło, odkąd coś tu napisałem, ale dzisiaj czuję taką potrzebę. To był tragiczny dla mnie dzień. Widok, który ujrzałem po wejściu rano do obory, będzie mnie prześladować do końca życia. Połowa stada martwa, leżąca na czerwonej od krwi słomie. Ja też nie czuję się najlepiej. Na grzebieniu została mi chyba połowa z moich ostatnich włosów, męczy mnie kaszel. Tak wygląda starość, kochana córko. Tego dnia darowałem im swój koncert. Co mam zrobić z martwymi sztukami? Muszę poszukać kogoś do pomocy.

***

Rozkładam krzesło na środku pastwiska. Cudownie chłodny, jesienny wieczór. Czuję rosę pod stopami. Próbuję zagrać coś na mojej trąbce, ale po chwili opuszczam ją na ziemię, jest taka ciężka. Zanim się zorientowałem, sam się na niej znalazłem. Kątem oka widzę mocne światło rzucane przez samochód, który podjechał. Ktoś wysiada i idzie w moją stronę. Młoda kobieta podnosi mnie i przytula mocno. Chłodne powietrze dociera do moich nozdrzy. Powtarza: tato, tato. Kim ona jest? Zamykam oczy i głaszczę jej włosy. Kiedy przestaję, garść jej włosów zostaje mi w dłoni. Potrząsa mną i mówi do mnie: - Tato, słyszysz mnie? Otwieram oczy. Ubrudziłem ją krwią, ale skądś ją kojarzę. To chyba moja córka. - Wrzuciłem list dla ciebie do skrzynki, dostałaś go? - pytam. Odpowiada, że listonosze już nie pracują. Nikt już nie pracuję. Jestem zdziwiony, jak to nikt nie pracuję? Pytam ją, czy napije się ciepłego mleka. Przytula mnie jeszcze mocniej, płaczę. Powtarza w kółko: zrobili to, oni to zrobili. Zrobili to. Zdetonowali ładunki. Promieniowanie. Zabili nas wszystkich. - mówi łamiącym się głosem. Gładzę jej włosy i próbuję uspokoić, ale nie mam już siły na to, żeby jej odpowiedzieć. Zamykam oczy.

Data:

 05.07.2018

Podpis:

 Filip J.

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=81016

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl