DRUKUJ

 

Dobra zmiana

Publikacja:

 17-03-06

Autor:

 mb1994
Od Smerfów zacząłem me dzieciństwo.
Las, łąka, jeziorko i lenistwo.
Jednak natura ma od początku rozbieżna.
Uwiodła mnie Gargamela siła drapieżna.
Nieśmiały byłem, słaby byłem.
Do siły i przewagi dążyłem.
Zło, podziw, strach, respekt, szacunek mi się podobały.
Być takim kiedyś – marzenia te mi odpowiadały.
Jednocześnie w zwykłości pięknej się pogrążałem.
Robotnikiem i rodzicem jak Flinstone być chciałem.
Las, łąka, jeziorko i lenistwo.
To właśnie moje szkolne dzieciństwo.
Tajemnica, dzikość i przemijanie.
Muminki, Titanic, Narnia – to mi zostanie.
Narnia w Syberię się przerodziła.
Co we mnie hobby ruskie narodziła.
Piękno materii długo mną rządziło.
Dostrzeżenie ducha nie nadchodziło.
Podwójne życie – w domu pilny i grzeczny.
W szkole nieuważny i niegrzeczny.
Strach i lęk by się nie wydało.
Długo mną kierowało.
Bond - ideał mężczyzny i przyszły zawód marzeń, a potem...
Pawłow od Tomka marzenie sprawił,
że za szpicla w przyszłości bym się bawił.
Rosja, carat i komuna.
To moja pasja i imidż na długo.
Gimnazjum:
patologia straszna,
lincze zbiorowe,
ironia agresywna,
technologia w to zaangażowana,
lęk przed tym,
podejrzliwość,
mania prześladowcza,
chęć zemsty
- po pachy w tym wszystkim siedziałem.
I nagle!
Trach!
10.04.10!
Coś niezwykłego.
Jakaś metafizyka dziwna,
dźwięki jakie w duszy mojej jeszcze nie grały,
ale gdzieś w podświadomości głęboko siedziały.
Do polskości, swojskości, mistyczności
moja dusza dążyć poczęła.
Międzyczas – wyspa Zagubionych wyobraźnię mą
wyprała.
Magnetyczna postać:
- Ben –
mnie oczarowała.
Chciałem być taki jak on:
genialnym kłamcą,
genialnym manipulatorem,
władcą,
tajemniczą, nieodgadnioną postacią.
Był to początek zguby mej.
Polska taką właśnie
mityczną wyspą
dla mnie się stała.
A ja – być chciałem przywódcą
,,Innych’’.
Polityka temu sprzyjała.
Dążyłem do innego świata.
Chciałem taki świat stworzyć.
(Arcypolskość, mistycyzm, swojskość, przyroda sielankowa,
dziewiętnastowieczna elegancja, etyka szlachetna) = tego właśnie chciałem!
W sposób ohydny
osiągnąć to zamierzałem.
Miałem ukryty plan
narzucenia mego świata innym:
na drodze manipulacji,
wyrafinowanego wywierania wpływu.
Tymi marzeniami i planami
ciągle się karmiłem.
W życiu rzeczywistym nadal jednak trwała
ta nowoczesna patologia.
Liceum – to była wielka nadzieja.
Miałem nadzieję, że tam będą dominowali
tacy jak ja.
Że tam kogoś poznam.
Że się zakocham.
Dotąd miłości me do dziewcząt
ukryte pozostawały.
Żadnej nic nie powiedziałem.
Uznawałem poza tym,
że dziewczę
pierwsze zaczynać powinno
i dominować w uczuciach nade mną winno.
Honor i godność i zadufanie
w tym względzie miałem wielkie.
No i przyszło.
Liceum.
Lęk przed nowością,
potem rozczarowanie.
Ludzie się mądrzejsi ode mnie
okazali, przebojowi i z pasjami.
Kompleksy moje rosły,
stałem się wycofany.
I ONA!
ONA wszystko zmieniła.
Jej imię pozostanie moim
ulubionym wyrazem do końca życia.
Na to słowo reaguję żywo zawsze.
Ten wyraz porusza mnie do głębi zawsze.
Całą długą historię relacji z Nią
opowiadają utwory me trzy:
,,Stalker’’, ,,Narkotyk’’ i ,,Uspokój me myśli Panie''.
Czas ten to również
ciężar nauki wielki
jakiego dotychczas nie znałem.
Reputację w Rodzinie dobrą miałem,
dlatego naukę na poziomie zachować chciałem.
Warto wrócić do mojej osobistej
,,psychuszki’’
w której kilka tygodni siedziałem.
Było to prawdopodobnie
największe doświadczenie i kara w moim życiu.
Tak.
Uznaję to za karę.
Boską karę.
Pożądałem strasznie w tej nowej szkole
tej Niezwykłej Dziewczyny.
Chciałem wpłynąć na Nią,
żeby mnie pokochała.
Chciałem Ją zmanipulować.
Sięgnąłem po ,,Biblię skuteczności’’.
Przeczytałem to dokładnie.
I stała się rzecz dziwna.
Myślałem, że po tej książce
nauczyłem się manipulować.
Że odkryłem jakąś nową teorię komunikacji.
Zacząłem to wypróbowywać.
Wydawało mi się, że to rzeczywiście działa.
Dziwność mnie ogarnęła.
Pokochałem surrealizm i abstrakcyjność.
Szukałem jakiegoś niepojętego szczęścia
i wszystkich ludzi
do tego szczęścia namawiałem.
Wtedy coś nadrealnego się wydarzyło.
Wydawało mi się, że wszyscy
w prasie, telewizji, szkole,
w całej Polsce mówią o mnie,
ale czynią to poprzez wyrafinowaną
metaforykę, język ukryty, ezopowy.
Natężyło się to po moich wpisach publicznych,
które pisałem w obronie mej Ukochanej.
Zabrałem głos
na kilku lekcjach szkolnych i w świecie wirtualnym.
Myślałem, że
wywarłem wpływ
na Polskę.
Że zmieniłem Polskę.
Wydawało mi się, że ożywiłem nieuchwytny etos dawnej, wyidealizowanej, wrażliwej polskiej inteligencji i rozniosłem go po świecie.
Że ludzie o mnie tylko mówią.
Dziwiłem się strasznie,
że Rodzina mnie nie rozumiała
i nie rozpoznawała
we mnie tej wielkiej
osobistości.
Zawieźli mnie do szpitala.
Myślałem,
że to dla ochrony i pozoru.
Że ktoś z Rosji chce na mnie zrobić zamach.
Że coś mi zagraża.
Bardzo szybko szpitala miałem dosyć.
Ucieczkę organizować chciałem.
Ciągle spałem.
Jakieś leki dostałem.
Relacje ze współwięźniami różne i ciężkie miewałem.
Myślałem, że w tym czasie jestem specjalnie
w szpitalu,
bo na zewnątrz przebudowują dla mnie świat.
Przebudowują na świat
pełen dworków ziemiańskich,
z romantycznymi parkami,
na Warszawę przedwojenną.
Myślałem, że ta Dziewczyna
lada chwila
do mnie przyjdzie.
Kontaktowałem się z Nią.
Obserwowałem świat rzeczywisty i wirtualny.
Te obserwacje i kontakty okazały się bolesne.
Ale ciągle wierzyłem w to wszystko.
Z czasem to wszystko ewoluowało.
Myślałem, że
jestem królem Polski,
że szykują dla mnie zamek,
że Ci z samolotu zmartwychwstali,
że moja Miłość zostanie również Królową,
że jestem Bogiem,
że historia świata się skończyła,
że zapanuje teraz wieczne szczęście.
To mnie przerosło.
Moje myśli zaczęły mnie
strasznie boleć.
Znalazłem się w złym stanie, gdy zrozumiałem sytuację.
Zabrano mi wolność.
To straszne uczucie.
Poczułem się ogromnie poniżony,
jak niewolnik,
jak niedojrzałe bądź upośledzone dziecko, któremu coś zabrano.
A rocznikowo byłem już przecież prawie dorosły!
Nie dawałem sobie już z tym rady.
Rodzina!
Kochana Rodzina!
To na Nią zawsze mogę liczyć.
Nigdy nie zapomnę tej wielkiej miłości
jaką mnie wszyscy otaczają przez całe me życie.
Jestem Im ogromnie
wdzięczny
i chyba długu miłości nigdy nie spłacę.
To właśnie dzięki Rodzinie
z tego wyszedłem.
Powoli,
stopniowo,
ale zrozumiałem.
Wyszedłem z tego
zakłamanego świata.
Wstyd i wycofanie
- to mną rządziło
już do końca szkoły.
Od razu do szkoły nie wróciłem.
Wstydziłem się
strasznie.
Dopiero po pewnym czasie
się przełamałem i wróciłem.
Nie miałem ochoty
z nikim rozmawiać, a z drugiej strony
miałem potrzebę
aby ktoś mnie zagadał,
pomógł mi,
zatroszczył się o mnie,
pomartwił się o mnie.
Takiej osoby w zasadzie
nie było.
A już najbardziej bolała mnie
JEJ obojętność.
Mój zraniony honor i zraniona godność
nie pozwalały odezwać się
jako pierwszy.
A miałem NADZIEJĘ,
że ONA może się
zlituje nade mną
i się mną zainteresuje.
Tak się jednak nie stało.
Bolało mnie to.
Bolało mnie to
strasznie.
Całkowita izolacja społeczna
- tak można zdefiniować
ostatnie dwa lata mojej szkoły.
Pogrążyłem się wtedy w wielkim i mętnym mroku,
w pełnej samotności.
Wizualizacją tamtego mego stanu jest na pewno
Martwa Królewna Kolady.
Zamyślenie, milczenie oraz klimat mrocznej celi
w czasie deszczu i burzy
gdzie tylko stary Stroop z rozmów z katem
ze swoim hipnotyzującym, urywanym, ponurym, mętnym, mocno męskim głosem
mógł mnie w pełni zrozumieć.
W międzyczasie
Dostojewski zaczął budzić
moją moralność.
Pojawiły się jakieś lęki,
strach przed wszystkim.
Po zakończeniu szkoły
przyszła
nowa siła:
stałem się odważny i niedepresyjny wręcz euforyczny.
Zacząłem z łatwością
nawiązywać kontakty.
Zacząłem za NIĄ niewyobrażalnie
tęsknić.
Na ten czas wymyśliłem sobie pewną ideologię,
której wcielenie w życie miało sprawić, że byłbym atrakcyjny dla dziewcząt.
Ideą przewodnią stała się myśl, że
istnieje wyższość kobiety nad mężczyzną.
Myślałem, że
radykalne pantoflarstwo
byłoby opłacalnym interesem dla każdej kobiety.
Kto by przecież nie chciał mieć służącego na całe życie?
Dopiero potem do mnie dotarło, że relacje damsko-męskie rządzą się
zupełnie
innymi prawami.
Ta idea jednak niewytłumaczalnie ułatwiła mi w tym czasie komunikację,
stałem się gadatliwy, chwaliłem się tą ideą.
I wydawało mi się, że
,,ja zmieniony’’
może jakoś
dotrę do Jej serca.
Tak się jednak
nie stało.
Brutalnie
się to skończyło.
Kilka dni wyjętych z życiorysu.
Od tamtej pory zacząłem więcej myśleć o
sobie.
Zrobiłem analizę psychologiczną
samego siebie.
I wyszło,
że tak naprawdę zawsze dążyłem do
zła.
Po prostu
byłem złym człowiekiem.
Szpital ,,psychuszka’’
był dla mnie karą i jednocześnie
sposobem żebym się
nawrócił.
Zawsze sobie wybierałem
złe autorytety,
które mi imponowały
i do których dążyłem.
Dostrzegłem siłę oddziaływania na mnie
książki i filmu.
Postanowiłem znaleźć
nową drogę życia.
Przede wszystkim zerwać ze
złymi autorytetami.
I szukać autorytetów
dobrych.
Była to kompletna zmiana
mojej natury.
Takiego czegoś jeszcze nigdy w życiu
nie zaznałem.
JEZUS CHRYSTUS – NAJWIĘKSZE DOBRO
stał się moim
NAJWAŻNIEJSZYM
autorytetem.
W dzieciństwie prawie GO
nie dostrzegałem,
był tylko jakimś
magicznym,starodawnym tłem, sielskim atrybutem dzieciństwa.
A teraz to
ON
wyszedł w moim życiu
na
PIERWSZE
miejsce.
Kocham GO
całym swym
sercem.
Ten nowy, wspaniały
PRZEWODNIK
po życiu uzdrowił mnie
zupełnie.
Teraz dopiero
żyję.
Oczywiście jak każdy,
swój krzyż dźwigam.
Bagaż bolesnych wspomnień,
myśli i sny, które ciągle nawracają
i widok
JEJ
w świecie wirtualnym
to coś co mnie ciągle
boli.
Problemem moim głównym jest
akceptacja samego
siebie.
Całego tego dziedzictwa,
całej swojej natury.
Ogromna wrażliwość na
ocenę
mojej osoby przez innych
jest wielkim wyzwaniem dla moich
władz umysłowych.
Relacja:
Ona-ja
w mojej wyobraźni
stawia mnie w pozycji
gorszego.
To ja jestem tym:
przegranym,
odrzuconym,
poniżonym,
pozbawionym honoru.
To mnie boli.
Zazdroszczę jej
tej pozycji górowania nade mną.
Przeszkadza mi ewentualna ocena tej relacji przez innych.
Ciągle zatem jestem skoncentrowany na
sobie.
Przezwyciężenie tych
co tu dużo pisać - egoistycznych myśli
byłoby moich zwycięstwem.
Dużo jeszcze pracy, wyzwań, ale
jest nadzieja.
Moim ulubionym zajęciem w czasie wolnym było chodzenie w kółko i rozmyślanie.
Uwielbiałem to robić!
Poza tym z przyjemnością studiowałem mapy i encyklopedie, obmyślałem plany podbojów.
Niezależnie od tego, moim hobby było szukanie państwa podobnego do Polski.
Nasz kraj był dla mnie ideałem.
Wszystko mamy w miniaturze: góry, morze, lasy, jeziora, zimę i lato. Mówimy tym samym językiem i wyznajemy tę samą religię.
W dzieciństwie doszedłem do wniosku, że kraje o podobnej sytuacji to: Kenia, Azerbejdżan i Kazachstan.
Tak się rozbudzała moja ciekawość do świata.
Ważną rolę w moich rozmyślaniach odgrywało dzieło zniszczenia.
Wiązało się to z tęsknotą, lamentem i nostalgią za dawnym porządkiem, który występował przed zniszczeniem.
Szukałem podobnych wydarzeń w historii ludzkości do rewolucji październikowej w Rosji.
Krajów w których kiedyś istniał lepszy świat oparty na stabilnym, długotrwałym porządku i który potem został brutalnie zniszczony...
Jako dziecko zmieniałem często swoje preferencje co do przyszłego zawodu. Chciałem być pisarzem, potem robotnikiem jak Flienstone (z takim samochodem-wałkiem), następnie architektem, który zaprojektuje niezniszczalny statek, lepszy od Titanica. Później chciałem być agentem policji. Początkowo wzorowałem się na Jamesie Bondzie, a potem na rosyjskich, carskich służbach specjalnych. Potem myślałem bardziej pod kątem materialnym, żeby mieć zawód, który da mi dużo pieniędzy. Chciałem mieć bowiem dom pełen starych antyków, które są przecież drogie. Chciałem zatem pójść na ekonomię. Po powrocie ze szpitala chciałem się odizolować, żyć bez celu, w spokoju. Fantazjowałem o zawodzie leśnika, a potem myślałem o pracy jako bibliotekarz. Z drugiej strony myślałem o polityce, zamierzałem działać w samorządzie. Miałem myśl, żeby być u władzy. W moich wyobrażeniach perspektywa bycia leśnikiem (spokój, sielanka) bardzo rywalizowała z perspektywą bycia gdzieś u władzy (potrzeba bycia znaczącym). Skończyło się na tym, że wylądowałem na polonistyce. Wiązało się to z wyobrażeniem, jak niezwykła atmosfera mogłaby być na takich studiach. Poza tym na studiach humanistycznych było zawsze dużo dziewczyn, z czym też wiązałem duże nadzieje.

Teraz przedstawię inny, ważny problem.
Kiedyś ciągle się mitygowałem , kontrolowałem, żeby komuś nie zrobić przykrości, miałem z tego powodu natręctwa.
Bo zdawałem sobie sprawę, że we mnie tkwiły duże pokłady ciemnej mocy i w związku z tym,
ciągle byłem napięty.
Bałem się, żeby przypadkiem nic z tej ciemnej strony nie wydostało się na powierzchnię.
Miałem dużo brutalnych, przemocowych, perwersyjnych myśli.
Na szczęście były to tylko myśli.
Te myśli przychodziły do mnie od tak i po prostu były.
A ja się ciągle bałem, żeby nie stały się czynami.
Miałem bardzo bogaty świat fantazji,
moim celem było
wyidealizowane życie, w którym nie ma miejsca na cierpienie.
Wierzyłem, że jest to rzeczywiście do zrealizowania.
Wydawało mi się, że tyle już w życiu przecierpiałem,
że teraz sprawiedliwe byłoby żebym odczuwał ciągłe szczęście.
Nie potrafiłem się pogodzić z tym, że cierpienie jest naturalnym stanem rzeczy
i nie można się go całkowicie pozbyć.
Czasami trudno było mi oszacować co jest realne, a co nierealne.
Trudno było mi oszacować swoją wartość i wartość innych ludzi, przedmiotów, czynów itp.
Trudno było mi obiektywnie osądzić jakąś sytuację, najczęściej po prostu przesadzałem.
Czasem nie wiedziałem, czy to była tylko myśl, czy ja to już zrobiłem, stąd dużo lęków, stres.
Niezwykle istotną kwestią była moja chwiejna samoocena. Raz miałem bardzo zawyżoną samoocenę (mania wielkościowa), a innym razem strasznie niską, kompleks niższości itp. Nie potrafiłem tego wypośrodkować, realistycznie podejść do oceny własnej osoby. Popadałem w skrajności. Skrajności i radykalne rozwiązania rzeczywiście zawsze bardzo mnie interesowały. Nie przepadałem za umiarem i wyważeniem, kojarzyło mi się to z nudą. Jednak nieustanna kontrola mojej samooceny, aby nie została zawyżona, albo zaniżona pozostaje do dziś moim wielkim zadaniem. Musiałem się nauczyć patrzeć na każdą sytuację z różnych perspektyw, nie tylko ze swojej.
Byłem raczej osobą bujającą w obłokach. To nie jest jednak tak, że byłem zupełnie negatywnie nastawiony do realnego funkcjonowania w rzeczywistości. Była we mnie też część, którą ciągnęło do realności. Miałem czasem głód realnych osiągnięć i wyzwań. Często jednak mój obraz rzeczywistości był zdeformowany.
We mnie było zatem strasznie dużo sprzeczności, od skrajności w skrajność, wewnętrzny bałagan. Dlatego tak desperacko i usilnie dążyłem do porządku, do jednoznaczności.
Byłem nadwrażliwy na punkcie dominacji.
Temat dominacji to moja idea fix.
Od dziecka, jako, że byłem najmłodszy w całej Rodzinie, czułem się strasznie zdominowany.
Rodzeństwo ze sobą rywalizuje. A jak ja miałem rywalizować z 11 lat ode mnie starszym Bratem?
Te relacje w ramach projekcji przekładały się też na rówieśników w szkole, przedszkolu.
Też jak gdyby czułem się najsłabszym ogniwem.
A facet przecież nie może być słaby. Miałem kompleks.
Moim wielkim marzeniem było to, abym to ja dominował nad innymi.
Abym to ja był silny, wygadany i przebojowy. I tak się zaczęła rozwijać moja ciemna strona.
Nie akceptowałem w sobie jakiejkolwiek delikatności, utożsamiałem ją
z kobiecością, zniewieściałością, słabością, niemęskością, brakiem honoru.
Jednocześnie nie potrafiłem być tak silny jak inni.
To sprawiało mi ból.
W tej wyjątkowej dziewczynie z liceum, w której się zakochałem
widziałem niejako wszystkie osoby z mojej Rodziny, które nade mną dominowały.
Ona była symbolem tych dominujących, bliskich mi osób.
Dlatego też to uczucie do niej było tak silne.
Myślałem, że jak ją zdominuję, to osiągnę zwycięstwo nad swoimi problemami.
Że Ona będzie mnie wspierała w relacjach z dominującymi nade mną osobami z Rodziny.
W Lechu Kaczyńskim widziałem bliską mi duszę.
Miałem wrażenie, że on także jest zdominowany i atakowany przez
silne, cool, liberalne, przebojowe i wygadane elity.
Wierzyłem, że był rzecznikiem i obrońcą osób słabych i zdominowanych.
Gdy go zabili, poczułem, że straciłem wielkie wsparcie.
Bardzo to przeżyłem.
W moich fantazjach założyłem sobie wtedy,
że będę kiedyś jego następcą.
Lubiłem ciszę, spokój. Miałem bardzo bogaty świat fantazji, marzyłem o sielance, wiejskiej idylli.
Uwielbiałem porządek, harmonię.
Była to dla mnie najważniejsza wartość.
Marzyłem, żeby panowała wszędzie.
Chciałem mieć wszystko pod kontrolą.
Z kolei najbardziej bałem się chaosu, zaskoczenia, nieprzewidzianej, nowej sytuacji, zmiany, wybuchu.
Był to mój największy lęk.
W sztuce i kulturze ceniłem sobie jednak aurę tajemniczości, niedopowiedzenia, zaskoczenia, nieprzewidywalności.
W odbiorze artystycznym było to dla mnie najważniejsze.
Swoje agresywne myśli projektowałem na otaczający mnie świat i wydawało mi się, że skoro ja mam tyle agresywnych myśli w sobie, to również i świat mnie otaczający też je ma. W związku tym odbierałem świat zewnętrzny jako niebezpieczny, pełen zagrożeń. W związku z tym, miewałem lęki, że kiedy wyjdę poza dom, to ktoś lub coś mi może zrobić krzywdę. Również moja Rodzina ma wizję świata jako miejsca w którym czyha wiele zagrożeń, do którego nie można mieć zaufania.
Czasami czułem się taki kruchutki, myślałem, że byle drobiazg mógłby mnie zniszczyć. Okazało się, że rzeczywiście w niektórych sferach życia byłem słaby, ale nie byłem generalnie słaby jako człowiek.
Ciągle miałem dwa wyjścia :
albo iść do ludzi i narażać się na różne przykrości, ale mieć bogate życie,
albo drugie wyjście, czyli zamknięcie się w przysłowiowym pokoju, święty spokój,
nieryzykowanie,
ale za to nuda.
Ciągle oscylowałem między tymi dwiema drogami.
Musiałem zastanowić się nad tym, że ta moja sielanka wcale nie jest tak idealna jakby się wydawało i że świat realny nie jest aż tak zły, jak myślałem.

Kiedy byłem w stanie wielkościowym musiałem się hamować, żeby zbyt dużo niepotrzebnych przemyśleń nie wyrzucać z siebie na zewnątrz (potem mógłbym żałować tego ekshibicjonizmu emocjonalnego). Kiedy z kolei byłem stanie lękowo-depresyjnym musiałem się wręcz zmuszać do odhamowania, do aktywności mimo tych lęków, żeby się nie zamknąć całkowicie w sobie.

Czasami zastanawiałem się czy to, że w danej chwili przychodziły mi do głowy dane myśli to przypadek, czy też może specjalnie te myśli miały do mnie w danej chwili przyjść?

Wczesne dzieciństwo idealizowałem . Natomiast z okresu liceum pamiętałem tylko negatywne rzeczy. Ten czas w mojej pamięci zapisał się jako trauma. Zupełnie zapominałem, że przecież w liceum były też pozytywne wydarzenia i sukcesy. Musiałem zatem obiektywnie spojrzeć na przeszłość.

Po obejrzeniu dobrego filmu lub przeczytaniu ciekawej książki często miewałem pomysł na własny oryginalny scenariusz filmu lub książki. Te myśli zajmowały mi głowę na długo.

Moją ulubioną grupą społeczną była drobna szlachta (szlachta zaściankowa). Bardzo ją lubiłem, gdyż wydawała mi się najbardziej podobna do mojej warstwy społecznej, czyli do współczesnej klasy średniej. Mieli wszystkie prawa obywatelskie, (czym różnili się od chłopów) byli zatem w pełni Polakami, ale nie byli zbyt zamożni. Ponadto podobały mi się ich patriotyzm i religijność. Tak jak życie zamożnej szlachty było nadal dla mnie nieosiągalne, bo to po prostu byli bogacze, to np. obyczaje i tradycje drobnej szlachty można wcielić w życie i na moment w wyobraźni można się poczuć szlachcicem.
Słowa ,,zaścianek", ,,zaściankowy" zawsze budziły we mnie pozytywne reakcje.

Bardzo chciałem zachować dziedzictwo mojego dzieciństwa. Jednocześnie chciałem coś delikatnie zmieniać, ale bazując na dziedzictwie dzieciństwa. Nie potrafiłem zrozumieć, że dzieciństwo po prostu się już skończyło, a ja trochę funkcjonowałem na zasadzie: chcę zjeść jabłko i mieć jabłko.

Byłem bardzo wrażliwy. Jednak ta wrażliwość nie była raczej nakierowana na zewnątrz, do ludzi. Tylko raczej do wewnątrz mnie, byłem bardzo wrażliwy na swoim punkcie.

Nie potrafiłem się pogodzić z tym, że niektórych moich ważnych marzeń po prostu się nie uda spełnić w życiu. Ciągle miałem nadzieję, że uda się te marzenia spełnić, mimo, że były całkowicie nierealne. Nie potrafiłem zapłakać nad tymi marzeniami i zrozumieć, że nigdy ich nie zrealizuję.

Miałem silną potrzebę rekompensaty traumy. Chciałem przeżyć pewne rzeczy jeszcze raz i je jakoś odczarować. Posiadałem duże poczucie krzywdy i złość na osoby, które nade mną dominowały i w ogóle złość na los. Ta złość bywała momentami dosyć silna, co jednocześnie pobudzało mnie energetycznie.
Inni, jak ich spotka jakaś tragedia, problem, trauma, to zazwyczaj załamują się, smucą się, popadają w stany depresyjne.
Natomiast ja, kiedy był kryzys, to ,,otwierałem szampana" zamiast się smucić. Wpadałem w myśli wielkościowe, w świat fantazji. Taki był sposób radzenia sobie mojego organizmu z kryzysem.
Od dawna miałem bardzo silną potrzebę bycia znaczącym. Być może dlatego publikowałem tu teksty. Poza tym miałem lęk egzystencjalny, że rozpłynę się, zniknę, że nie pozostanie po mnie śladu, że nikt nie będzie o mnie pamiętał.
Na szczęście Pan Bóg jest zawsze bardzo blisko mnie.
On jest ponad wszystko.
Czuję jego bliskość.
Wiem, że jest ze mną szczególnie wtedy, kiedy cierpię.
Co będzie dalej?
WOLA BOŻA.

Data:

 2016

Podpis:

 mb1994

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=80431

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl