DRUKUJ

 

Obrońcy Twierdzy

Publikacja:

 16-08-14

Autor:

 kokoner
Na wodach kanału La Manche jak okiem sięgnąć, tysiące przeróżnych jednostek pływających roiło się aż po horyzont. Od północy, wschodu i zachodu grzmiały działa artyleryjskie, moździerze i bomby zrzucane przez samoloty. Słychać było również nieustanny ostry dźwięk cekaemów i karabinów. Nad normandzką plaży wznosiły się kłęby dymu, jak wielkie ruchome kominy.
Herman stał na wzgórzu, nieopodal stanowiska artylerii osłoniętego siatką maskującą i otoczonego workami z piaskiem, które prowadziło ostrzał plaży. Obserwował za pomocą małej lornetki, co dzieje się zaledwie kilometr przed nim; pod szarym, chmurnym niebem setki brytyjskich barek desantowych od kilku godzin wysadzały żołnierzy szturmujących Wał Atlantycki, którzy ponosili duże straty, niszcząc niemieckie stanowiska ogniowe. Jednak opór Niemców tutaj nie był tak zawzięty, a obrona nie tak dobrze przygotowana, jak na plaży Omaha, która znajdowała się kilkadziesiąt kilometrów na zachód. Piasek plaży tu i ówdzie swój złoty kolor stracił na rzecz czerwieni krwi zabitych żołnierzy. Plaża upstrzona była setkami trupów i rannych.
Herman spojrzał przez lornetkę na cyklopową flotę sprzymierzonych: przez przyrząd optyczny widok ten robił jeszcze bardziej wstrząsające wrażenie. Ogromne pancerniki i inne okręty wystrzeliwały z przerażającym hukiem wielkokalibrowe pociski z setek budzących grozę dział, które dziurawiły francuskie wybrzeże, zamieniające je w ponure, wielkie sito.
- Men Gott - powiedział do siebie Herman – nigdy nie widziałem czegoś takiego!
Herman był doświadczonym żołnierzem w stopniu kaprala, który walczył na froncie wschodnim od lipca 1942 roku. Przeżył Stalingrad, a potem bitwę pod Kurskiem, podczas której został odznaczony za męstwo w boju. Oprócz tych tytanicznych starć brał udział także w wielu innych mniejszych i większych bitwach. Na początku 1944 roku został przydzielony do 21 Dywizji Pancernej, w której skład wchodzili przeważnie doświadczeni żołnierze, głównie z frontu wschodniego. Teraz był uczestnikiem bitwy, która otwierała drugi front przeciw Hitlerowi. Był obrońcą Twierdzy Europa. Jego oddział walczył w nocy ze spadochroniarzami, a teraz znajdował się bardzo blisko plaży, rozkaz wsparcia obrońców umocnień jednak nie nadszedł.
Niedługo po południu Brytyjczycy wyrwali się z plaży, a wtedy oddziały niemieckie, w tym kompania Hermana, ruszyły do kontrataku. Walki trwały do zmierzchu, były bardzo zacięte i brutalne. Żołnierze strzelali do siebie z odległości rzadko kiedy większej niż 20 metrów, mając za osłony żywopłoty, rowy i murki ogradzające stare domostwa często obrośnięte bluszczem. Bardzo często dochodziło do walki wręcz, w której w ruch szły pięści, kolby karabinów, bagnety i saperki, które rozłupywały czaszki jak skorupy jaj.
Straty po obu stronach były ciężkie; Niemcy mieli przygotowane okopy i znali teren, lecz alianci dysponowali potężnym wsparciem lotniczym i artyleryjskim. Niemiecka Luftwaffe we Francji niemal nie istniała, zapewniając tylko symboliczne wsparcie obrońcom. Niemiecka artyleria zaś była świetnie wstrzelana w teren, ale nie była bardzo liczna ani też nie dysponowała wielką ilością artylerii.
Kiedy zapadł zmierzch, walki niemal ustały. Królewscy żołnierze zdobyli niewielki przyczółek za plażą, a Niemcy nie pozwolili im go zanadto powiększyć. Herman i inni żołnierze, poobijani i zdyszani, rozlokowywali się w niedawno wykopanych okopach pośród gęstych zarośli i krzaków, w których siedzieli ich rodacy, którzy nie brali oddziału w walkach.
- Walter, ty leniu – powiedział z uśmiechem Herman do jednego z żołnierzy – my właśnie tłukliśmy brytoli, a wy się wylegujecie.
Walter również się uśmiechnął.
- Tak dobrze się bawiliście, że nie chcieliśmy wam przeszkadzać.
- Widziałeś tę flotę? - zapytał już poważniej Herman – cholera, tam było tysiące statków, aż po horyzont! Nie wiedziałem, że alianci mają aż taką potęgę.
- Widziałem – odparł Walter – To na pewno nie jest żaden zmyłkowy desant, tylko właściwa inwazja, na którą przygotowywaliśmy się od pół roku.
- Też tak myślę, oby OKW i Fuhrer też to pojęli i wysłali natychmiast wsparcie. Brytoli i jankesów musi być całe mrowie. Lecz póki jeszcze się zbytnio nie rozwinęli, możemy szybko zepchnąć ich z powrotem do morza naszymi panzerami.
- To możliwe, mam nadzieję że tak się stanie. I to szybko – rzekł Walter.
Niemcy w Normandii, zarówno szeregowi żołnierze, jak i dowódcy dywizji, korpusów i armii byli zaskoczeni atakiem Sprzymierzonych, lecz nie zamierzali oddać im terenu, który tak długo i pracochłonnie przygotowywali do obrony. Morale wśród obrońców było wysokie; żołnierze ufali swoim doświadczonym i zdolnym podoficerom, a wielu z nich wciąż nawet było pewnych, że ich kraj wygra tę wojnę.
Stolica Normandii, Caen, w pobliżu której stacjonowała 21 Dywizja Pancerna, miała być zdobyta już pierwszego dnia inwazji, lecz broniło jej zażarcie wiele innych doborowych niemieckich oddziałów. Montgomery chciał dostać Caen szóstego czerwca, lecz musiał czekać na to 44 krwawe dni.
Nazajutrz Brytyjczycy wznowili atak. Setki wielkich bombowców zrzucały tysiące śmiercionośnych bomb na miasto Caen i niemieckie pozycje, zadając obrońcom duże straty. Potężna artyleria okrętowa również siała spustoszenie; wielkie pociski wyrywały grudy ziemi tworząc szerokie i głębokie leje. Operacja Overlord ledwo się rozpoczęła, a już wiele normandzkich wiosek i miasteczek obróconych było w ruiny, a na polach uwalały się martwe krowy, konie i ludzie.
Do ataku ruszyła piechota i czołgi. Niemcy jednak mieli przewagę w postaci terenu. Wszędzie były żywopłoty; wielkie, szerokie, zapewniały schronienie obrońcom przed każdym rodzajem broni z coraz większego alianckiego arsenału, niczym nieskończona, labiryntowa palisada. Do tego wąskie dróżki i małe poletka, otoczone tymi roślinnymi murami, znakomicie nadawały się do tworzenia stref śmierci.

***


Herman, Walter i inni żołnierze przeczekali skuleni bombardowanie i ostrzał w okopach, a teraz w skupieniu wyglądali brytyjskich oddziałów nacierających na ich linie. Brytyjczycy posuwali się ostrożnie, a kiedy weszli w zasięg ostrzału Niemców, ci nie otworzyli ognia, poczekali, aż wróg podejdzie bliżej, na jakieś dwieście metrów.
Herman namierzał ze swojego Mausera żołnierza idącego w oddziale posuwającym się za czołgiem Churchill, pierwszym pojazdem w kolumnie kilku innych czołgów i wozów bojowych. Był to wielki, brązowo-zielony, silnie opancerzony pojazd; był długi, ale stosunkowo niski i sprawiał wrażenie dość wąskiego. Na jego kadłubie znajdowała się podłużna wieża z krótkim, jak na rozmiary czołgu, 75 milimetrowym działem. Ogólny wygląd tego czołgu przywodził na myśl amfibię, a wysunięte nieco przed kadłub osłonięte gąsienice mgliście przypominały przednie łapy Wielkiego Sfinksa w Gizie.
Nie było głośno; w oddali artyleria obydwu stron prowadziła ostrzał, gdzieś indziej słychać było niekiedy wymianę ognia karabinowego, a tutejsza cisza zakłócana była najbardziej przez rosnący tupot nadciągających żołnierzy i warkot silników.
Nagle jeden z podoficerów wrzasnął Feuer frei!, po czym rozpętało się piekło. Niemcy otworzyli ogień ze wszystkiego, co mieli. Herman wystrzelił, a namierzony przez niego Anglik upadł martwy na ziemię; na jego piersi pojawiła się czerwona, rosnąca plama, a żołnierz po chwili wyzionął ducha. Kilku Brytyjczyków zginęło od razu, a reszta została przygwożdżona ogniem moździerzy i dwóch cekaemów. Niemieckie karabiny maszynowe MG-42 wydawały z siebie przeszywający, ostry dźwięk, jakby piły mechanicznej, wypluwając 1200 pocisków w minutę. Brytyjskie czołgi próbowały namierzyć jakiś cel, lecz świetnie zamaskowani Niemcy byli bardzo trudni do wypatrzenia. Zaledwie kilka sekund po rozpoczęciu ostrzału rozległ się wielki huk, dobiegający z oddali, zza niemieckich okopów. Huk, który od 1940 roku przerażał każdego antyhitlerowskiego żołnierza od Paryża po Stalingrad.
Churchill został trafiony w przedni pancerz, który został przebity jak masło przez nóż. Czołg zaczął się dymić, otworzyły się włazy, przez które salwująca się ucieczką załoga chciała wydostać się z płonącego pojazdu. Tylko trzem z pięciu załogantów udało się wydostać, lecz ci od razu zostali zdjęci ogniem MG-42. Po kilku sekundach od trafienia czołgu rozległ się ten sam donośny huk, a następny czołg atakujących został zniszczony. Brytyjczycy stracili wielu ludzi, a nie mogąc skutecznie walczyć z Niemcami ani forsować żywopłotów, postanowili się wycofać. Źródłem tych potężnych wystrzałów było 88 milimetrowe działo przeciwlotnicze, które częściej służyło za broń przeciwpancerną. Długie i dostojne, powód do dumy dla jego załogi i ludzi, których wspierało, a zgroza i utrapienie dla tych, którzy byli jego celem.
Na pobojowisku dymiło pięć wraków: dwóch czołgów i trzech kołowych wozów bojowych. Pośród nich leżało w różnych powykrzywianych pozach kilkudziesięciu zabitych brytyjskich piechociarzy. Niemcy czekali na następny atak, ponieśli niewielkie straty i poczuli się znacznie pewniej. Po kilkunastu minutach znad morza dobiegł ich dźwięk zwiastujący nieuchronną dewastację. Działa potężnych brytyjskich okrętów znów się odezwały, a Niemcy wiedzieli, że pociski spadną prosto na ich pozycje, namierzone dokładnie przez Brytyjczyków.
Obrońcy nie mieli gdzie uciec, musieli zgodnie z rozkazami trzymać teren, pozostało im zatem przeczekanie i przetrwanie tej diabelskiej burzy. Ta spadła na nich jak grom z jasnego nieba; pociski wyrywały ziemię i drzewa, dziurawiły pola i drogi, zasypywały Niemców grudami ziemi. Herman i inni żołnierze leżeli skuleni i okopach i dołach, wykopanych przez siebie, czy tych powstałych na wskutek nieprzyjacielskiego ostrzału. Wielu z nich było do tego przyzwyczajonych po walkach na innych frontach. Trwał nieustanny, potężny hałas, który zadawał fizyczny ból uszom i zmysłom obrońców.
W końcu ostrzał ustał. Herman wyjrzał zza okopu, widząc skutki, jakie wywołują setki wielkich dział strzelających na niewielki kwadracik zaznaczony na mapie; setki lejów i opary dymu unoszącego się nad tym obrazem zniszczenia. Niejeden pocisk trafił w niemieckie pozycje. Zginęło kilkunastu żołnierzy, a kilkudziesięciu zostało rannych, stracono karabin maszynowy i działo przeciwpancerne. Jednak potężna osiemdziesiątka ósemka, znajdująca się kilkaset metrów dalej, wyszła bez szwanku, będąc poza obszarem ostrzału. Po godzinie nastąpił kolejny, lecz silniejszy atak. Przetrzebieni obrońcy stawili znowu skuteczny opór, lecz okupiony cięższymi niż poprzednio stratami, gdyż Brytyjczycy już znali ich dokładne położenie oraz zaatakowali większymi siłami.
Po odparciu tego natarcia Niemcy podciągnęli na pierwszą linię kilka czołgów i dodatkowe oddziały piechoty. Dotychczasowi obrońcy wraz z tymi siłami mieli kontratakować Brytyjczyków, odbijając z ich rąk miasteczko Périers-sur-le-Dan. Późnym popołudniem kilkuset niemieckich żołnierzy i kilka czołgów Pz. IV, krępych i solidnych maszyn z burtami i wieżami chronionymi przez pancerne ekrany i wyposażonych w śmiercionośne działa 75 milimetrów, czekało w gotowości do ataku.
Zza ich pleców rozległo się przeciągłe, głośnie wycie, przypominające muczenie krowy. Z niepozornych na pierwszy rzut oka wyrzutni rakiet Nebelwerfer, czyli sześciu połączonych ze sobą w wiązkę szerokich rur, umocowanych na trzech podporach i dwóch kołach, wystrzeliwane były błyskawicznie dziesiątki pocisków przypominających małe komety, gdyż na końcach lecących rakiet ciągnęły się krótkie ogony białego dymu. Tuż po tym jak ostatnia rakieta spadła na miasteczko, atakujący ruszyli, posuwali się szybko, a po napotkaniu brytyjskiego oporu walczyli brutalnie. Anglicy dali się zaskoczyć i opór, choć zawzięty, szybko ustał, a obrońcy wycofali się z miasta.
Tuż po jego odbiciu oddział Hermana został wysłany na pobliskie wzgórze, nieskalane żadnym wybuchem ani wojennym draśnięciem. Z niego żołnierze ujrzeli mrożący im krew w żyłach widok; na morzu, oświetlanym ciemnopomarańczowymi promieniami zachodzącego słońca, wciąż unosiły się tysiące okrętów, a na plaży powstało jak gdyby nowe miasto. Wielkie barki zaopatrzeniowe i inne statki, służące również do zaopatrywania, stały niedaleko brzegu, który przypominał mrowisko. Dziesiątki tysięcy małych punkcików, żołnierzy, uwijało się zajętych różnymi zadaniami, a setki pojazdów jeździły po plaży w te i wewte. Nad tym wszystkim wznosiły się dziwne, krągłe obłoki, strzegące alianckiego nieba przed hipotetycznym atakiem Luftwaffe – balony zaporowe.
Ten widok, dość wyraźny, gdy patrzyło się nań przez lornetkę, obserwowali w świetle zachodzącego słońca Herman i Walter.
- Niech to licho – powiedział półgłosem Walter oddając koledze lornetkę. Patrzył nadal z opadniętą szczęką i wytrzeszczonymi oczyma na północ – niech w końcu przybędzie poważne pancerne wsparcie i zaatakujmy ich, zanim jeszcze więcej wyląduje na plażach. Z każdą godziną jest coraz gorzej, a już jutro może być za późno.
- Masz rację – rzekł Herman – ale żeby użyć pancernych rezerw, sam Hitler musi wyrazić na to zgodę. Słyszałem pogłoski, że on wciąż myśli, że to tylko pozorowana inwazja i dlatego wstrzymuje rezerwowe siły, by nie dać się oszukać. Obawiam się, że kiedy już zorientuje się, jak naprawdę wygląda sytuacja, nic nie wskóramy.
Walter zaklął.
- Oby zorientował się jak najszybciej, nie mam zamiaru umierać.
Herman zaśmiał się niewesoło.
- Przetrwaliśmy Stalingrad i Kursk, bijąc się z Ivanami, a nie poradzimy sobie z tutaj, z herbaciarzami i jankesami?
Brytyjczycy nie zamierzali tak łatwo oddać utraconej zdobyczy. W krótkim czasie po odwrocie żołnierzy broniących Périers-sur-le-Dan, znów odezwały się artyleryjskie działa. Niemieccy oficerowie wiedzieli, jak straszliwe skutki one wywołają, rozkazali zatem wszystkim swoim siłom opuścić miasto. Niemcy uciekli w ostatniej chwili; tuż za nimi wybuchały z wielkim hukiem pociski, a domy i inne budynki zawalały się z rumorem i łoskotem. Krótko po tym Brytyjczycy wrócili do miasta, w znacznie większej liczbie i odparli drugi kontratak. Niemcy wycofali się na swoje poprzednie pozycje.

***


Gigantyczna przewaga materiałowa aliantów dawała o sobie coraz wyraźniej znać. Niemcy nie mieli zbyt wielu rezerw, więc żołnierze musieli pełnić dłuższe warty i dłużej przebywać na pierwszej linii niż ich alianccy przeciwnicy, którzy zmieniali regularnie zmęczonych żołnierzy, odsyłając ich na tyły, a na front wysyłając świeże oddziały. Będąc wciąż blisko morza, niemieckie wojska były narażone na ostrzał artylerii okrętowej. Lecz najgorsze było lotnictwo. Codziennie, całymi dniami nad normandzkim niebem latały brytyjskie samoloty, gotowe w każdej chwili zaatakować każdy cel, jaki zauważyły, nawet jeśli byłby nim pojedynczy żołnierz. Dlatego Niemcy bez przerwy obserwowali niebo, przemykali się szybko przez uliczki i dróżki z rowu do rowu i między żywopłotami. Pojazdy całe były obwieszone siatkami maskującymi lub przynajmniej pomalowane w kamuflujące wzory.
Obrona przeciwlotnicza nie była wystarczająco liczna, by w pełni skutecznie zwalczać samoloty wroga. Luftwaffe praktycznie nie istniała. Niewielu żołnierzy wyczekiwało pojawienia się ich latających maszyn. O zaopatrywaniu wojsk w dzień nie mogło być mowy; ciężarówki i wozy konne zostałyby już z daleka wypatrzone i zniszczone przez lotnictwo albo artylerię. Dlatego tylko nocą było możliwe uzupełnienie zapasów i strat w ludziach i sprzęcie. A to tym bardziej utrudniało Niemcom życie. Ciężarówki i inne pojazdy, mimo że nieprzyjacielskie samoloty nie latały nocami, musiały jechać od pewnego momentu z wyłączonymi światłami, spowalniając się przez to, a żołnierze zamiast spać, musieli poświęcać swój sen na rozładowywaniu amunicji i rozbudowywaniu umocnień.
Herman, tak jak bardzo wielu innych żołnierzy, od szóstego czerwca do tej pory przespał zaledwie kilka godzin, jadł raz na dzień niezbyt pożywny posiłek, a większość czasu spędzał na okopywaniu się i wypatrywaniu samolotów, nocami zaś rozładowywał zaopatrzenie. Jednak jako weteran frontu wschodniego, on, Walter i wielu innych z ich dywizji było przyzwyczajonych do podobnego trybu życia. Lecz nie można było tego powiedzieć o większości żołnierzy z uzupełnień, którzy przybywali co jakiś czas, wraz z zaopatrzeniem.
Herman z Walterem siedzieli w wykopanych przez siebie dołach tuż przy drodze. Była godzina po północy, a żołnierzom kleiły się powieki i burczało im w brzuchach. Walter czuwał, a Herman wpatrywał się w gwieździste niebo przesłaniane tu i ówdzie przez postrzępione chmury. Usłyszeli warkot jadących w ich stronę wozów i stukot podków, oznaczających przybycie zaopatrzenia.
Żołnierze dowlekli się do pojazdów i zaczęli wyjmować z nich skrzynie z amunicją i żywnością. W skład posiłków wchodziło kilkunastu poborowych, przybyłych prosto z Niemiec. Były to siedemnasto-osiemnastolenie wyrostki bez doświadczenia i z kilkutygodniowym szkoleniem na koncie; pomagali w rozładunku zaopatrzenia. Kiedy już ze wszystkim się uporano, Herman z Walterem wrócili na stanowiska.
- Prześpij się – powiedział Herman – lepiej żeby jeden z nas był niewyspany niż dwóch. Jutro się zamienimy.
- Tak jest, panie generale – odrzekł z kpiącym śmiechem Walter, przekręcił się na bok i wiercił się przez dłuższą chwilę, próbując ułożyć się tak, by móc zasnąć. Kiedy mu się udało, usnął natychmiast.
Herman postanowił teraz coś zjeść; otworzył menażkę, lecz nie spojrzał nawet na swoje danie, tylko zanurzył w nim łyżkę, po czym włożył jej ładunek do ust. Tak jak się spodziewał. Posiłek był ledwo ciepły i niezbyt smaczny, ale zjadliwy.

***


Był dzień 14 czerwca, a wojska brytyjskie zepchnęły Niemców zaledwie 15 kilometrów w głąb wybrzeża. Straty po obu stronach były wysokie; Niemcy wciąż siedzieli głęboko okopani i ukryci między żywopłotami, wspierani przez potężne czołgi i świetnie wstrzelaną artylerię. Brytyjczycy natomiast mieli ogromną przewagę materiałową, potężne wsparcie artylerii lądowej i okrętowej oraz tysiące myśliwców, które nieustannie latały nad frontem, atakując wszystko co się rusza, a co nie pochodziło zza kanału La Manche. Bombowce RAFu codziennie i co noc bombardowały Caen, nad którym nocami unosiła się widmowa, upiorna czerwono-żółta łuna pożaru.

Ewald wystrzelił ostatnią serię z MG-42. Lufa zadziornie wyglądającej maszyny była rozgrzana niemal do czerwoności. Wymienił ją, po czym założył razem z jego kolegą Markusem nową taśmę amunicji. Obydwu młodym rekrutom trzęsły się ręce i dopiero za drugim razem poprawnie założyli taśmę. Poranny atak anglików był dla nich srogim bojowym chrztem. Osiemnastoletni Ewald zaczął zastanawiać się, jakim cudem przetrwał bez szwanku ostrzał artylerii, a potem atak piechoty i czołgów. Był półgłuchy po ostrzale, słyszał wyraźnie tylko bliskie odgłosy, a dalsze dźwięki były dla niego słabo słyszalnym szumem. Ewald i Markus po ataku nie rozmawiali ze sobą, nawet gdy znów zaczęli normalnie słyszeć. Siedzieli cicho w leju po bombie, wypatrując wroga. Zauważyli, że po ich prawej, w stronę ich stanowiska przemyka jakiś żołnierz, który następnie zwinnie wskoczył do dołu, w którym się znajdowali.
- Niezbyt udanie wakacje – rzekł z ponurym uśmiechem. Był to wysoki, młody człowiek, na oko jakieś dwa-trzy lata starszy od dwóch świeżaków. Ubrany był mundur w kolorze feldgrau, wytarty i noszący znamiona wielu walk, lecz wciąż będący w dobrym stanie. Do piersi przypięte miał jedno odznaczenie: krzyż żelazny. Na hełmie miał zamocowany czarny pasek, za który wetknięte były różne liście, gałązki i paprocie.
- Mogło być lepiej – odparł niewesoło Ewald. On i bardzo wielu innych niedawno powołanych do wojska rekrutów miało mundury gorszej jakości od ich starszych kolegów; bardziej zielone i znacznie mniej odporne na uszkodzenia czy wilgoć. Spodnie były szersze niż ich starsze modele i wyposażone w większą ilość kieszeni; buty natomiast natomiast sięgały za kostkę i były mniej wygodne niż skórzane, wysokie obuwie Hermana.
- Pamiętajcie, zawsze może być gorzej – powiedział starszy żołnierz – jestem kapral Herman Reibar, dowódca poleci mi, żebym miał was na oku. To wasza pierwsza bitwa?
Żołnierze kiwnęli głowami na potwierdzenie.
- A zatem mam dla was jedną ważną radę – ciągnął Herman – Nie chowajcie głowy w piach. Zauważyłem, że podczas ataku często skrywaliście się za osłoną, przerywając ogień. To normalne dla nowicjuszy jak wy, ale pamiętajcie: przesadnie się skrywając, wcale nie zwiększanie swoich szans na przeżycie, tylko pozwalacie wrogom na podejście bliżej was. Większość pocisków chybia, a kryjcie się przed każdym nie ma sensu. Z resztą, po po kilku dniach to zrozumiecie. To chyba tyle.
Herman wstał i odwrócił się, lecz jakby coś sobie przypomniał, odezwał się znowu:
- Jeszcze jedno – obserwujcie niebo. Po chwili dodał – Jak właściwie się nazywacie?
- Ewald Grober – rzekł Ewald
- Markus Shultzman – przedstawił się drugi żołnierz.
- Oby szczęście wam dopisało – powiedział Herman, po czym wyszedł z leju.
Upływały kolejne dni, a sytuacja na frocie nie ulegała większym zmianom; bitwa o Caen zamieniła się w wojnę pozycyjną. Obie strony szachowały się nawzajem, lecz wojna na wyczerpanie nie służyła Niemcom. Z dnia na dzień byli coraz bardziej zmęczeni i głodni, a wysokie straty były niewystarczająco uzupełniane. Brakowało paliwa, leków i amunicji. Po tygodniu Ewald i Markus wpadli niemal w monotonię, walcząc na froncie: w nocy rozładować zaopatrzenie, jeśli w ogóle dotarło, rano przeczekać bombardowanie i ostrzał artylerii, potem odpierać ataki, zmieniać pozycje, cofać się, okopywać na nowo, wypatrywać bez przerwy samolotów, po południu zdrzemnąć się na jakieś trzy-cztery godziny i zjeść coś, jeśli coś do zjedzenia było.
Wszyscy żołnierze byli głodni i zmęczeni, ale nadal bronili się wytrwale, jednak esesmani z 12 Dywizji SS Hitlerjugend sprawiali wrażenie, jakby byli z żelaza. Ewald i Markus patrzyli na tych żołnierzy z podziwem połączonym z pewną zazdrością i zdumieniem; członkowie tej dywizji SS mieli rzadko kiedy więcej niż 17 lat, a bardzo wielu miało nawet po 15 wiosen. Żołnierze ci byli wyposażeni w najlepszy nazistowski sprzęt; czołgi, inne pojazdy, karabiny, artylerię i mundury. Maszerowali dumnie i wyniośle między obszarpanymi wehrmachtowcami w swoich eleganckich uniformach, z założonymi na nie zielono-brązowymi kurtkami maskującymi w cętki i inne wzory. Dotarli pod Caen jakiś tydzień po rozpoczęciu inwazji i po krótkim czasie mieli się upodobnić w wyglądzie do swoich kolegów z Wehrmachtu.
Ci żołnierze, pomimo wyjątkowo młodego wieku i braku doświadczenia bojowego, byli świetnie wyszkoleni i wyposażeni, a niespotykaną odwagę dawał im fanatyzm wobec Wodza, wpajany gorliwie podczas szkolenia. Żaden z nich nie wierzył w porażkę, lecz w to, że wkrótce zepchną aliantów zachodnich do morza, a potem zrobią porządek z bolszewikami na Wschodzie. Rzadko kiedy się cofali, walcząc niemal do końca, ale ponosili przez to bardzo wysokie straty.
O pancernym kontrataku, który miał rozbić sprzymierzonych na plażach, nie było co marzyć. Alianci umocnili swoje przyczółki, a na normandzkim wybrzeżu codziennie lądowało tysiące nowych żołnierzy i setki ton zaopatrzenia. Obrońcy byli zdolni tylko do utrzymywania pozycji i małych kontrataków. Odwrót, przegrupowanie i kontratak były tym, co Niemcy opanowali do perfekcji; każda wieś, każda droga, każde skrzyżowanie czy inny punkt zajęty przez najeźdźców był w krótkim czasie po jego utraceniu kontratakowany w celu odzyskania go. To jeszcze bardziej spowalniało postępy sprzymierzonych; zamiast kontynuować natarcie, musieli przygotowywać się na niemieckie kontruderzenie, mniejsze lub większe.

***

Zbliżał się lipiec, a sytuacja pod Caen wciąż była patowa. Było gorąco, co jeszcze bardziej wzmacniało zapach dymu, prochu, krwi i potu, który unosił się nad całym frontem. Niemcy wymyślili skuteczny sposób radzenia sobie z atakami wroga. Oddział, w który służył Herman, również miał z niego skorzystać.
Był początek lipca, częściowo pochmurny dzień na froncie. Herman, Walter, Ewald, Markus i reszta żołnierzy z ich kompanii walczyli z Brytyjczykami za zakręcie wąskiej drogi otoczonej przez kilkumetrowej wysokości żywopłot. Niemcy byli ukryci na poboczu drogi i w rowie przy niej. Z niego właśnie Ewald i Markus strzelali z karabinu maszynowego do nieprzyjaciół, którzy próbowali pokonać zakręt, lecz jak tylko się zza niego wychylali, od razu śmiercionośna seria z MG zmuszała ich do cofnięcia się. Ponadto Niemcy zasypywali atakujących pociskami z moździerzy, karabinów i wyrzutni rakiet. Nagle z lewej, zza żywopłotu zaczął dobiegać niepokojący warkot. Zielone ogrodzenie zaczęło się trząść. Niemcy spojrzeli zaskoczeni na walącą się konstrukcję.
- Uwaga, czołg! - Wrzasnął Walter.
Po chwili zza zniszczonego żywopłotu wyjechał Churchill, z zamontowanym z przodu lemieszem przypominającym spychacz albo wielką łyżkę. Czołg, po pokonaniu przeszkody, wystrzelił z działa w obrońców. Kilku Niemców padło, część przeczołgiwała się by zmienić pozycje. Tymczasem brytyjski pojazd ostrzeliwał z cekaemów innych obrońców. Ewald i Markus, tak jak inni żołnierze, byli tym zaskoczeni, ale Herman kazał im dalej kryć ogniem zakręt drogi, zza którego wyskoczyło kilkunastu Brytyjczyków; ogień MG – 42 znów ich przygwoździł.
Czołg zaczął jechać wprost na Ewalda i Markusa. Widząc to, Walter, średniego wzrostu, krępy żołnierz, przebiegł drogę za czołgiem, zabrał martwemu towarzyszowi broni panzerfausta, wycelował w boczny pancerz pojazdu i nacisnął spust. Rozległ się dźwięk przypominający pacnięcie i masywny biały pocisk poleciał w stronę maszyny. Na pancerzu pojawił niewielki otwór, z którego zaczął od razu wydobywać się dym; czołgiści zaczęli uciekać. Z czołgu wydostało się tylko trzech z pięciu załogantów; pozostali dwaj nie zdążyli na czas się ewakuować i spłonęli żywcem w czołgu zamienionym w palący się wrak. Ocaleni czołgiści zeskoczyli ze zniszczonej maszyny i próbowali uciec powrotem za żywopłot, lecz szybko każdego z nich dosięgnęły niemieckie kule.
Trwała ostra wymiana ognia, pociski świszczały w powietrzu, liczba zabitych rosła, lecz po krótkim czasie Brytyjczycy wycofali się. Niemcy utrzymali pozycje.
- Teraz spadnie tutaj artyleryjski grad – powiedział dowódca kompanii – cofnąć się!
Niemcy wycofali się o kilkadziesiąt metrów, a po dwóch minutach na ich poprzednie pozycje spadł huraganowy ogień haubic. Trwał krótko, lecz zostawił po sobie straszliwy widok; ziemia była usiana lejami, a żywopłoty zostały mocno rozszarpane. Gdyby obrońcy się nie wycofali, spotkałby ich marny los. Czekali jednak cierpliwie, a na twarzy Waltera pojawił się chytry uśmiech.
- Znowu się nabiorą? - Zapytał sam siebie.
Od razu po ustaniu ostrzału zza zakrętu wychynęli żołnierze Wielkiej Brytanii, posuwający się naprzód pewnie, przekonani, że Niemcy broniący tego miejsca zostali starci na proch. Gdy zbliżyli się na nowych niemieckich pozycji, znów spadł na nich ogień karabinów i moździerzy. Kolejny atak został odparty, a po nim Niemcy znów zajęli stare miejsce przy zakręcie.
Taka właśnie taktyka była często skuteczna w walce zarówno z Brytyjczykami, jak Amerykanami i pozwalała na znaczne zminimalizowanie strat obrońców. Jednak nie była wystarczająca, by zatrzymać atakujących na dłuższy czas oraz nie mogła zmniejszyć straszliwego wsparcia powietrznego wroga. Straty Niemców i aliantów były podobne, lecz tych drugich było wielokrotnie więcej, ponadto, mimo licznych trudności, brytyjskie i amerykańskie armie były w zupełności i regularnie uzupełniane o nowych żołnierzy, amunicję i sprzęt. Tymczasem do Niemców docierało zaopatrzenie o wiele mniejsze od strat jakie ponosili; nowych czołgów i żołnierzy było niewiele. Wehrmacht i Waffen-SS słabły z każdym dniem.

***

Dwudziestego siódmego czerwca wojska brytyjskie sforsowały rzekę Orne, ale ich dalsze ataki zostały powstrzymane przez dwie dywizje SS w sektorze wzgórza 112. Owo wzgórze zostało jednak zajęte przez Brytyjczyków w na początku lipca, a Niemcy za wszelką cenę chcieli je odzyskać. Punkt ten był idealnym miejscem, z którego można było prowadzić precyzyjny ostrzał artyleryjski na Caen, które było z niego widoczne jak na dłoni.
Gwieździsta noc rozjaśniana była nie tylko przez odległe gwiazdy, ale również przez wszelakiego rodzaju broń używaną przez obie strony konfliktu; broń, która nieustannie wypluwała z setek dział, karabinów i moździerzy strumienie migotliwych i ulotnych światełek mknących z zawrotnymi prędkościami z północy na południe i z południa na północ. Wysokie, rozległe wzgórze o łagodnych zboczach, któremu przypisano numer „112”, było teraz epicentrum zmagań brytyjsko-germańskich. Na okopy okopanych na nim Brytyjczyków spadał deszcz przeróżnej maści pocisków, z których szczególną trwogę wzbudzały te wystrzeliwane z przeraźliwych osiemdziesiątek ósemek. Niemcy, pod osłoną nocy, przełamali artylerią, czołgami i piechotą kilka linii obronnych na zboczach wzgórza, lecz obrońcy na jego szczycie wciąż rozpaczliwie walczyli, czekając na obiecane wsparcie. Esesmani fanatycznie szturmowali umocnienia, nie dopuszczając myśli o porażce. Ich czołgi robiły kolejne mordercze wyrwy w brytyjskiej obronie, która słabła, lecz duch obrońców tym bardziej rósł w siłę.
Herman i inni żołnierze z jego batalionu mieli uderzać na wzgórze od południowego wschodu. Czekali jeszcze u stóp jego zbocza, gdyż mieli iść w następnej fali szturmu, która miała w końcu zalać na dobre upartych Anglików i Szkotów.
- Nienawidzę walczyć, a zwłaszcza atakować w nocy – powiedział marudnie Markus – nic wtedy nie widzę dokładnie; gdzie są nasi a gdzie wróg, którędy biec.
- Ja też – odparł Ewald – Wtedy, gdy atakowaliśmy nocą jedną ze wsi, omal nie zgubiliśmy oddziału. Mało brakowało, a pobieglibyśmy prosto do anglików. Ale na tym wzgórzu nie ma aż tak wieli żywopłotów ani drzew, tylko same doły, wszystko rozniesiono w pył.
- Tak – potwierdził Markus – Ale przez to będziemy bardziej widoczni. Pocieszam się tylko tym, że przydzielono nas do cekaemu; nie musimy być porządnie wyszkoleni, by dobrze walczyć. Wystarczy, że umiemy strzelać z naszego MG, żeby być skuteczni. Gdybyśmy byli uzbrojeni w zwykłe karabiny, szlibyśmy w pierwszej linii, a tak przynajmniej jesteśmy nieco z tyłu i osłaniamy naszych.
- I snajperzy polują częściej na nas – odparł Ewald smętnie wzdychając.
Dwaj żołnierze, przykucnięci w rowie, niespokojnie obserwowali miejsce, do którego mieli lada chwila wyruszyć. Unosiła się nad nim piekielna kakofonia; wystrzały, wybuchy, krzyki atakujących, broniących się, rannych oraz umierających. Ewald przełknął głośno ślinę i spuścił głowę, Markus się przeżegnał.
- Rozbić ich! Zabić! Zniszczyć ich wszystkich! - rozkazał ochrypłym, lecz donośnych krzykiem dowódca batalionu, siedzący we włazie na wieży czołgu Pz.IV i dumnie wypinający pierś nad swoimi podwładnymi.
W końcu kolejne oddziały ruszyły do ataku. Niemcy szli skuleni pod górę, za osłoną uwielbianych przez nich Stugów – dosyć niskich, pozbawionych wież, dział samobieżnych z wielkimi pancernymi płytami chroniącymi ich burt. Trzymali nisko głowy, zerkając na szczyt wzgórza 112, jarzącego się upiorną poświatą. Herman, uzbrojony w doskonały karabin szturmowy Stg-44, Walter ze swoim pistoletem maszynowym Mp-40, Ewald i Markus ze swoją „piłą tarczową Hitlera” oraz inni żołnierze mijali płonące pojazdy i zabitych żołnierzy; wraki czołgów wyglądały ponuro, lecz jeszcze gorsze wrażenie wzbudzały zwłoki zabitych; z pourywanymi rękami, nogami, częściowo spalone lub rozerwane na części. Twarze wielu poległych były powykrzywiane w straszne grymasy wyrażające ból i strach. Ewald i Markus byli ogarnięci wielkim lękiem przed podobnym losem, ale mimo to parli dalej.
Atakujący zostali zasypani pociskami – Stugi i idąca za nimi piechota odpowiedzieli obrońcom ogniem. Mimo silnego ostrzału, atak ciągle się posuwał. Podczas gdy Herman z Walterem atakowali na pierwszej linii, Markus z Ewaldem wskoczyli do leju po bombie, ustawili MG-42 i zaczęli ostrzeliwać Brytyjczyków, którzy skrywali się za workami z piaskiem, zaledwie 70 metrów od nich. Karabin maszynowy wypluwał z siebie setki pocisków, które nie pozwalały Brytyjczykom prowadzić skutecznego ognia, tym samym ułatwiając Niemcom atak.
Żołnierze przebiegali parę metrów, przykucali, namierzali wrogich żołnierzy, strzelali, po czym szybko zmieniali pozycje i powtarzali czynność. Przed nimi Stugi i czołgi eliminowały nieprzyjacielskie pojazdy i umocnienia. Walter rzucił granat w stronę okopu; pocisk wpadł do środka i po chwili wybuchł. Następnie on i Herman podbiegli nad krawędź okopu, wystrzelili serie ze swych broni, które zabiły kilku ocalałych Brytyjczyków, po czym wskoczyli do umocnienia. Niespodziewanie z ziemi poderwało się dwóch żołnierzy, którzy przyparli Niemców do ściany; wrogowie siłowali się, krzyżując ze sobą karabiny, walczyli też spojrzeniami pełnymi furii i desperacji. Herman zdołał z trudem odepchnąć wroga i szybko uderzyć go w twarz kolbą karabinu; Brytyjczyk upadł, a Niemiec wystrzelił w niego serię, która zamieniła jego twarz w straszliwą maskę śmierci. Po chwili strzelił do żołnierza przytrzymującego Waltera, który dzięki temu został uratowany.
Atak trwał nadal, szczyt był coraz bliżej. Nad głowami żołnierzy i między nimi świstały najróżniejsze pociski, w tym smugowe, które jak samobójcze świetliki latały w te i wewte. Ktoś wystrzelił kolejną racę, która zalała upiorną poświatą pole brutalnej bitwy.
Herman z Walterem biegli nadal, gdy nagle z ich prawej rozległ się złowieszczy, apokaliptyczny grzmot; słup ziemi i ognia wzbił się ku czarnemu niebu, a fala wstrząsu wyrzuciła do góry atakujących. Dwaj koledzy byli nieco dalej od miejsca wybuchu, ale zostali powaleni na ziemię i ogłuszeni. Brytyjczycy sięgnęli po swoje potężne działa, których pociski rozbijały niemieckie maszyny i żołnierzy. Wał ogniowy artylerii, niczym potężne uderzenia ciężkiego młota, przetaczał się ultymatywnie przez niemieckie linie, wyrywając w nich wielkie dziury.
Zasypywani przez grudy ziemi, kamieni i szczątki maszyn oraz poległych, wstrząśnięci Niemcy zaczęli się cofać, nieco bezładnie, lecz nie chaotycznie, dzięki czemu odwrót nie zamienił się w ślepą ucieczkę. Ewald i Markus przerażeni biegli co sił w nogach; Ewald kilka dobrych metrów za swoim towarzyszem. Zbiegli już ze zbocza, gdy nagle Markus upadł z krzykiem. Ewald podbiegł do niego.
- Markus, nic ci nie jest? - zapytał przejęty.
- Chyba nic – odparł zdyszany kompan – O co ja w ogóle się potknąłem?
Żołnierze przypatrzyli się przeszkodzie i ze zdumieniem odkryli, że jest nią zabity brytyjski żołnierz, najpewniej nieszczęsny wartownik czy zwiadowca.
- Prawie zabił mnie trup – powiedział Markus – Czekaj, może znajdziemy przy nim coś do jedzenia. Przecież umieramy z głodu.
- Zwariowałeś? – sprzeciwił się Ewald – Brytole strzelają do nas jak do kaczek, a tobie zebrało się na późną kolację?
- Jesteśmy już poza wzgórzem, a ich ogień ustaje, a ja z resztą nie mam zamiaru umrzeć głodny.
Markus zaczął grzebać martwemu przy pasie i w jego worku, aż znalazł menażkę. Otworzył ją i zobaczył trudną do zidentyfikowania masę, jak gdyby kucharz wrzucił do niej kilka składników, które powinny być obok siebie, a zostały wymieszane. Żołnierz spróbował niepewnie posiłku zamorskich nieprzyjaciół, po czym łapczywie pochłonął drugi kęs.
- Boże, jakie to dobre! - zawołał – nie ma porównania z tym gównem, którym nas karmią.
- Co to jest dokładnie? - zapytał Ewald
- Nie mam pojęcia, po prostu jedz, to może być jedyny smaczny posiłek, jaki zjemy na tej wojnie.
Zdobyte jedzenie nad wyraz posmakowało również Ewaldowi; dwaj koledzy jedli zachłannie zawartość brytyjskiej menażki, podczas gdy ostatni wycofujący się ich rodacy zbiegali ze wzgórza, w tym Herman z Walterem. Obaj byli poobijani i na wpół przytomni, ale żywi. Wpadli na ucztujących Markusa i Ewalda.
- Ruszajcie się! - krzyknął Walter! - To miejsce nie wygląda jadalnię – i zaczął poganiać młodszych kolegów. Markus zabrał menażkę, w której było jeszcze nieco jedzenia, ze sobą.
Kontratak na wzgórze 112 zakończył się dla Niemców bolesną klęską; siły hitlerowskie straciły dużo ludzi i czołgów oraz innych pojazdów, w związku z czym ich linie obronne znacznie się przerzedziły. Brytyjczycy, mając w swoich rękach ważne wzgórze, za utrzymanie którego zapłacili wysoką cenę we krwi i sprzęcie, mieli Caen na wyciągnięcie ręki; otaczali miasto z trzech stron. Teraz nadszedł czas na decydujący szturm, który tym razem miał wyrwać miasto z niemieckich popękanych szponów; szponów, które upuściły hektolitry brytyjskiej krwi pierwszego dnia lądowania w Normandii, nie pozwalając na szybkie wyzwolenie miasta już szóstego czerwca.

***

Dzień po kontrataku, siódmy lipca, upływał spokojnie. Niemcy lizali rany po bitwie o wzgórze 112. Ewald z Markusem przespali niemal cały dzień. Herman i Walter również znacznie odsapnęli. Gdy słońce zaczęło ginąć za horyzontem, do ich dwójki przyszli dwaj młodsi koledzy, doświadczony już duet obsługujący MG-42. Herman i Walter byli dla Ewalda i Markusa jak starsi bracia; mądrzejsi, bardziej doświadczeni i troszczący się o młodsze rodzeństwo. Między tymi żołnierzami powstała silna, braterska więź. Dzielili razem trudy i nawzajem się wspierali, nie tylko w walce, ale również w pełnieniu wart, patrolach i rozładowywaniu zaopatrzenia.
- Jak długo jeszcze wytrzymamy? – Markus zapytał dwójki weteranów.
- Może tydzień, ich napór jest coraz silniejszy z każdym dniem – odparł Walter siedzący na worku z piaskiem i wpatrujący się gdzieś w hen dal na północ. - Może krócej, jeśli nas czymś zaskoczą.
- Dziś jest wyjątkowo spokojnie – odezwał się Herman – Myślę, że to cisza przed burzą.
Wszyscy żołnierze byli zaniepokojeni, Markus i Ewald mieli markotne miny, przeczuwali, że niedługo stanie się coś wielkiego, co zadecyduje o wszystkim. Oczekiwanie na nieznane niebezpieczeństwo było nie do zniesienia, więc próbowali zabić czas rozmową.
- Za co dostałeś ten medal? – Zapytał Hermana Ewald, wskazując na jego Żelazny Krzyż.
- Walczyłem pod Kurskiem, odpieraliśmy radziecki kontratak – odpowiedział Herman – Podczas tego starcia zniszczyłem dwa czołgi – Herman opuścił nieco głowę, zamyślając się. Zdawał się nieobecny. Jego twarz miała smutny, melancholijny wyraz. Nagle drgnął, jakby o czymś sobie przypomniał lub coś sobie uświadomił. Zaśmiał się jakby z niedowierzaniem – To było dokładnie rok temu! Ta bitwa... pamiętam ją, jakby została stoczona tydzień temu. Siódmy lipca...
- Też w niej walczyłem, ale dwa dni później zostałem ranny i wycofano mnie za front – wtrącił się Walter - To, gdzie teraz walczymy, wydaje się tylko większą potyczką w porównaniu z Kurskiem. Wyobraźcie sobie – powiedział z zapałem, wpatrując się w dwóch zaciekawionych kolegów – otwarty, ogromny, płaski jak stół step, tysiące czołgów, setki tysięcy żołnierzy, gigantyczna pancerna szarża w jasny dzień. To trudno opisać. Miałem wrażenie, że ta bitwa przesądzi o losach świata, było po prostu czuć, że to coś gigantycznego. Ale niestety przegraliśmy. Rosjanie bardzo dobrze i bardzo głęboko się okopali, i nie wiadomo ile czołgów im zniszczyliśmy, wciąż przybywały ich nowe zastępy. Mówię wam, gdybyśmy teraz dostali chociaż jedną trzecią sił, jakie mieliśmy wtedy pod Kurskiem, angole i jankesi uciekaliby na sam nasz widok.
Czwórka żołnierzy rozmawiała kilka godzin; Markus z Ewaldem nawet nie spostrzegli, że słońce już dawno zaszło, a ciemna noc przykryła umęczoną Normandię czarną kołdrą. Herman i Walter opowiadali im o swoich losach na froncie wschodnim: o tym jak atakowali rosyjskie pozycje w łuku Donu, a potem przedzierali się tygodniami przez zgliszcza Stalingradu, próbując zepchnąć sowietów do Wołgi. O tym, jak toczyli krwawą bitwę w głębokim śniegu o Charków, a kilka miesięcy później próbowali okrążyć Armię Czerwoną pod Kurskiem. Ich młodsi koledzy słuchali tego wszystkiego z trwożnym podziwem i ciekawością. Trudno im było uwierzyć, że Herman i Walter wyszli cali z tylu potężnych bitew.
- Strzelaliśmy ze wszystkiego, co mieliśmy, za wszelką cenę musieliśmy... - Herman przerwał nagle frontową opowieść i zaczął nasłuchiwać. Reszta żołnierzy poszła w jego ślady. Jednocześnie w tysiące niemieckich serc wdarł się wielki niepokój i lęk przed nieuniknionym, śmiertelnym zagrożeniem.
Wszyscy wstali na równe nogi i zaczęli wybałuszonymi oczami wpatrywać się w niebo. Z oddali na północy, jeszcze poza zasięgiem widzenia, zaczął dobiegać ich uszu stały, budzący grozę dźwięk; warkot setek wielkich silników napędzających setki ogromnych, dostojnych bombowców. Nie miał to być pierwszy nalot dywanowy na pozycje obrońców, lecz gdy eskadra stała się widoczna, stało się jasne, że nadciąga wielokrotnie potężniejsze bombardowanie niż przedtem. Wszyscy Niemcy pobiegli błyskawicznie do okopów, dołów i bunkrów. Wielu brało saperki i starało się pospiesznie wykopać jeszcze głębsze schronienia.
Obrona przeciwlotnicza zaczęła strzelać do latających wrogów; parę maszyn się zapaliło i spadało w stronę ziemi niczym śmiertelnie ranione ptaki, ale dalsze setki zaczynały wykonywać swoje niszczycielskie zadanie. Strumienie budzących grozę bomb uderzały w ziemię jak deszcz meteorytów, dewastując, paląc, rozrywając i niszcząc wszystko w zasięgu ich rażenia. Cały obszar objęty bombardowaniem sprawiał wrażenie, jakby ulegał małemu trzęsieniu ziemi. Wszędzie wzbijały się płomienie i nieustannie rozlegały się ogłuszające eksplozje, a na skulonych obrońców spadały odłamki skał, grudy ziemi i szczątki drzew.
Herman, Ewald i wszyscy pozostali żołnierze leżeli skuleni jak tylko się dało, zasłaniając trzęsącymi się dłońmi swoje głowy, jakby hełmy były niewystarczającym zabezpieczeniem. Było bardzo gorąco i duszno; Markus czuł się jak w piekle, przez chwilę nawet myślał, że zginął już wcześniej i jest już w królestwie Szatana. Zaciskał powieki z całych sił, tak samo jak uszy swoimi drżącymi dłońmi.
Nagle dobiegł go, słabo przebijający się przez cyklopowy harmider, krzyk; szaleńcy i opętańczy wrzask przerażenia. Markus otworzył z wysiłkiem jedno oko i zerknął w stronę źródła tego straszliwego dźwięku. Wrzask ten przerażał go jeszcze bardziej niż wszechobecne wybuchy. Dostrzegł, jak z sąsiedniego okopu wypełza żołnierz; Niemiec, otoczony przez płonienie, wstał chwiejnie, przyłożył lufę swojego karabinu do skroni i pociągnął za spust. Broń wypaliła, a załamany obrońca padł bezładnie.
Na ten widok Markus na dobre zamknął oczy i nie otworzył ich aż do świtu. Zaczął krzyczeć i płakać, potem po cichu się modlić, jednak przez większość czasu jęczał i bełkotał niewyraźnie, ledwo się słysząc pośród nieopisanego rumoru. Przestał wierzyć w otaczającą go rzeczywistość, nawet w Ewalda skulonego tuż u jego boku.

Nastał ranek, a wraz z nim skutki brytyjskiego nalotu stały się w pełni widoczne; wszystko zdawało się powywracane go góry nogami. Wiele okopów i innych umocnień zostało tak zrównanych z ziemią, że trudno było uwierzyć, że takowe pozycje faktycznie istniały, jeśli nie wiedziało się wcześniej o ich istnieniu. Wielkie, kilkudziesięciotonowe czołgi, jeśli nie zostały kompletnie zniszczone, leżały poprzewracane jak zabawki, które znudzone dziecko rzuciło w kąt. Potem przyjechali inżynierowie, którzy zabrali je na tyły. Roślinność była spalona; od trawy, przez żywopłoty, po najwyższe drzewa, teraz zwęglone i nędzne. Powietrze przesycone było smrodem dymu i prochu.
Jednak większość bomb z nalotu spadła na samo miasto Caen, zamieniając je w dymiące morze gruzów. Ze stolicy Normandii nie pozostał się kamień na kamieniu. Brytyjczycy chcieli zmasowanym nalotem dywanowym wykurzyć Niemców z miasta i zająć przynajmniej jego północną część, przynajmniej na razie. Jednak fanatyczna 12 Dywizja Pancerna SS Hitlerjugend nie chciała dać za wygraną.
W Caen, pośród zasypanych ulic, zawalonych kamienic, zrujnowanych domów i sklepów, w ogromnych lejach po bombach, wyczekiwały zmęczone, zdeterminowane, posępne postacie, ponuro spoglądające spod hełmów swoimi pustymi oczami. Ich umorusane twarze wyrażały straceńczą, mroczną zawziętość. Nastolatkowie z SS Hitlerjugend zamierzali bronić każdego chodnika miasta przed żołnierzami z Wielkiej Brytanii.
Od rana ósmego lipca Brytyjczycy spychali Niemców powoli, lecz nieustępliwie na południe. Przetrzebione szeregi obrońców, których większość czołgów i umocnień została zniszczona, nie mogli stawiać skutecznego oporu przez dłuższy czas. Nazajutrz, oddziały kanadyjskie, a potem brytyjskie wkroczyły do miasta, w którym zawzięcie walczyli z esesmanami jeszcze przez kilka następnych dni. Dziewiętnastego lipca Caen zostało zupełnie wyzwolone. Stolica Normandii, a przy tym bardzo ważny węzeł komunikacyjny, choć kompletnie zniszczona, dostała się wreszcie w brytyjskie ręce.
Niemcy cofnęli się nieznacznie na południe, tuż pod miasto, i zaczęli się na nowo okopywać i rozstawiać wojska. Szybko wznosili potężne bunkry i okopy, świetnie zamaskowane. Podobnie, niemal niemożliwie do wykrycia, rozstawiona była artyleria, dysponująca bardzo szerokim polem ostrzału. Obrońcy uwijali się jak mrówki, wznosząc i naprawiając wszystko, co tylko wzmocniłoby ich obronę; czołgi były naprawiane, kładziono setki min, ustawiano zapory przeciwczołgowe i druty kolczaste, zakładano najwymyślniejsze pułapki, kopano coraz to nowe bunkry i schrony. Bitwa w krainie Bocage miała potrwać jeszcze długo.

Po bombardowaniu w nocy z siódmego na ósmego lipca Markus zamienił się niemal we wrak; prawie się nie odzywał, patrzył się pustym, pozbawionym nadziei i życia wzrokiem, a czasami nagle zaczynał się trząść i mówić coś do siebie. Wlókł się zgarbiony na końcu kolumny, gdy trzeba było gdzieś pomaszerować i bez słowa wykonywał każde polecenie, lecz wolniej i mniej zręcznie niż przedtem. Ewald przyglądał mu się z wielkim smutkiem; próbował dodać mu otuchy, ale na próżno. On sam również był wstrząśnięty nalotem, tak jak każdy inny żołnierz, ale Markus, podobnie jak niejeden jeszcze obrońca, był na skraju załamania. Wesoły, pocieszny, rudy Bawarczyk teraz bardziej przypominał widmo czy ducha, niż żywego człowieka.

***

Osiemnastego lipca wojska brytyjskie rozpoczęły operację Goodwood, mającą na celu ostatecznie wyparcie Niemców spod Caen, a nawet z całej Normandii. Tego dnia, krótko przed świtem, nad niemieckie pozycje znów nadleciały setki bombowców, zrzucając jeszcze więcej bomb niż siódmego lipca. Jednak potężne bombardowanie nie przyniosło oczekiwanych skutków. Niemieckie pozycje były bardzo trudne do zlokalizowania, więc większość bomb spadała na puste obszary, a te, które sięgnęły celu, nie wyrządzały zbyt wielkich strat i zniszczeń. Niemieckie umocnienia były bardzo wytrzymałe.
Ogółem niemieckie straty były bardzo niskie w porównaniu z gigantyczną siłą nalotu; miał on bowiem moc porównywalną do wybuchu bomby atomowej w Hiroszimie, która miała spaść na japońskie miasto za ponad rok. Jednak bombardowanie zadało dotkliwe straty niemieckim czołgom, spośród których znów wiele były powywracanych, w tym nawet potężne Tygrysy.
Jednak Montgomery i inni brytyjscy dowódcy byli przekonani, że bomby załatwiły sprawę i ich wojska będą miały niezbyt trudne zadanie do wykonania. Rzeczywistość boleśnie ich zawiodła.
Zamiast rozbitych, zdziesiątkowanych oddziałów, Brytyjczycy napotkali doskonale przygotowaną obronę; niemiecka piechota, czołgi, działa i artyleria były prawie niewidoczne pośród przeklętych przez Anglosasów normandzkich żywopłotów i drzew. Natarcie posuwało się znowu bardzo powoli, a zdobyte niewielkie połacie terenu okupowane były litrami brytyjskiej krwi i dziesiątkami czołgów. Nawet potężna artyleria niewiele mogła wskórać. Na domiar złego, Niemcy zgotowali dodatkową, przykrą niespodziankę swoim wrogom. Była nią znakomita taktyka obrony i kontrataku.
Polegała ona na wykopaniu przynajmniej dwóch linii okopów niewiele oddalonych od siebie; jeden okop za drugim. Gdy Brytyjczycy atakowali, Niemcy bronili się na pierwszej linii; gdy atakujący podchodzili wystarczająco blisko, obrońcy opuszczali swoje pozycje i wycofywali się na drugą linię. Jednocześnie na pierwsze stanowiska, do których dotarli Brytyjczycy, spadał ogień artylerii, rakiet i moździerzy, nawet gdy w okopach pozostawali jeszcze niemieccy ranni lub maruderzy. Taka taktyka wymagała od niemieckich żołnierzy żelaznej dyscypliny, ale owocowała zadawaniem Brytyjczykom wysokich strat, przy ponoszeniu niewielkich strat własnych. Na swoje szczęście Niemcy byli bardzo zdyscyplinowani, dzięki czemu operacja Goodwood zaczęła trząść się w posadach.

Obrońcy czujnie czekali na atak. Po nawale artyleryjskiej, zza gąszczu małych drzew i krzaków wyłoniło się około dziesięć brytyjskich czołgów: Churchilli, Shermanów, które były wyższe i krótsze niż Churchile, oraz Cromwelli, średnich brytyjskich czołgów, średnio opancerzonych i uzbrojonych, również dość długich jak Churchile, lecz nie przypominających amfibii. Za tymi pojazdami pancernymi biegły dziesiątki żołnierzy w talerzowatych hełmach, które chroniły ich głowy. Rozpętała się ostra walka, w której Brytyjczycy powoli, ale nieustępliwie nacierali po łagodnym zboczu pod górę. Po paru minutach trzy atakujące czołgi zostały wysadzone przez działa i panzershrecki, a okopana piechota zawzięcie zasypywała gradem kul nacierających.
Ewald kosił seriami z MG-42 kolejnych przeciwników, którzy mozolnie czołgali się w jego stronę lub próbowali ukryć się przed śmiercią. Wykonywał tę czynność już niemal mechanicznie; przywykł do odbierania życia ludziom, których nie znał i którzy po pociągnięciu przez niego spustu upadali, by już się więcej nie podnieść, a część z nich przynajmniej nie o własnych siłach. Zabijanie nie sprawiało mu radości ani satysfakcji; strzelał do tych, którzy strzelali do niego, zabijał tych, którzy chcieli go zabić. Po jego lewej Markus podtrzymywał taśmę amunicji, by wciągający ją mechanizm nie zaciął się. Patrzył się na wszystko pustym, zobojętniałym wzrokiem, nawet nie zważał zbytnio na latające wszędzie pociski. Podczas bombardowania, jakie miało miejsce przed świtem, cały drżał, bez przerwy zaciskał dłońmi uszy, a oczy otworzył dopiero kilka minut po spadnięciu ostatniej bomby. Po tym stał się jeszcze bardziej wyobcowany i osowiały.
Nadszedł czas na opuszczenie okopów i wycofanie się na drugą linię; Niemcy zaczęli wybiegać z umocnień. Ewald zabrał karabin maszynowy, przerzucił go szybko, lecz ostrożnie za krawędź okopu, podniósł broń i zaczął biec za resztą rodaków. Po chwili uświadomił sobie, że nie ma przy nim Markusa. Ewald obejrzał się i zobaczył swojego kolegę siedzącego nieruchomo w okopie, do którego zbliżali się Brytyjczycy.
- Markus! - wrzasnął Ewald – Markus, wyłaź stamtąd, uciekaj!
Desperacki krzyk dolatywał uszu Markusa, lecz ten nie drgnął nawet. Siedział i wpatrywał się przed siebie. Ewald był jakieś 30 metrów dalej, chował się za przewróconym pniem drzewa, ale strach nie pozwalał mu pobiec po towarzysza.
Przed okopem, w którym siedział Markus, wybuchł granat; ogłuszający dźwięk i wstrząs wywołany eksplozją jakby ukuł pogrążonego w lunatycznym śnie żołnierza. Markus ocknął się i instynktownie wybiegł z okopu, do którego zbliżali się brytyjscy żołnierze. W tej samej chwili rozpoczął się ostrzał artylerii; Markus biegł przed siebie pośród otaczającego go chaosu. Wokół niego wybuchały pociski z moździerzy i wyrzutni rakiet. Gdy już prawie wybiegł ze strefy ostrzału, jeden z odłamków nich ranił go w łydkę; maruder zawył boleśnie i upadł, ale upiornie świadomy śmiertelnego niebezpieczeństwa jakie mu groziło, poderwał się błyskawicznie i zaczął kuśtykać w stronę drugiej linii.
Nagle jakieś trzy metry przed nim spadł kolejny pocisk. Następny odłamek wbił się w ciało uciekającego. Markus znowu upadł, a na jego brzuchu pojawiła potworna rana. Ostrzał ustał. Ewald, który zmienił pozycję na nieco dalszą, znów krzyknął i pobiegł po kompana, podnosząc go i zabierając w stronę drugiej linii umocnień; Markus wrzeszczał z bólu jak zarzynane zwierzę.
Gdy ostrzał dobiegł końca, Niemcy po raz kolejny opuścili swoje stanowiska, tym razem kontratakując poprzednie, z których się wycofali. Brytyjczycy, zajmując niemieckie okopy, zostali zupełnie zaskoczeni natychmiastowym ogniem artyleryjskim, jaki na nich spadł. Ponieśli dotkliwe straty, gdyż większość z nich nacierała dalej, goniąc Niemców. Ledwo zdążyli się pozbierać po ostrzale, gdy dostrzegli biegnące w ich stronę ciemno-szaro-zielone sylwetki. Niemiecki nagły kontratak kompletnie zbił ich z pantałyku. Atakujący po krótkiej wymianie ognia zaczęli uciekać w stronę swoich linii, a ich ostatni czołg zamienił się w masę płonącego złomu, gdy Walter strzelił do niego na wprost z panzershrecka, potężnego granatnika przeciwpancernego; pół sekundy wahania, a z brawurowego Niemca nic by się nie zostało. Obrońcy odzyskali swoje pierwotne pozycje.
Herman i Walter pobiegli ile sił nogach z powrotem na drugą linię, gdzie leżał ranny Markus; chłopak wciąż krwawił. Jego głowę trzymał na kolanach Ewald, którego łzy skapywały na wykrzywioną w potwornym bólu twarz nieszczęsnego kolegi. Markus ciągle krzyczał i szarpał się; sanitariusz uciskał jego ranę, ale potoku krwi wypływającej z wielkiej rany nie dało się zatamować. Nadbiegli Herman z Walterem i pochylili się nad rannym. Po chwili przybiegł drugi sanitariusz niosący morfinę; pierwszy medyk podał ją Markusowi. Chłopak przestał wreszcie krzyczeć, ból został uśmierzony. Jednak po krzyku nastąpił płacz; cichy, żałosny, dławiący szloch. Markus podniósł wzrok i spojrzał Ewaldowi w oczy.
- Nie chcę tu umierać – powiedział z trudem – nie tak. Po co... - nie dokończył tego zdania. Markus umarł.
Ewald zaczął płakać, wciąż trzymając głowę kolegi na kolanach. Nawet doświadczony i znający okrucieństwo wojny Walter nie mógł powstrzymać łez wylewających się na jego brudną twarz. Ewald stracił najbliższego kolegę, jakiego miał na froncie, a Herman i Walter kogoś, kto był dla nich jak młodszy brat. Podczas gdy dwójka jego przyjaciół płakała cicho, Herman wstał i patrzył ponuro oraz w zamyśleniu na ciało Markusa, opierając Sturmgewehra na ramieniu. Był mniej ckliwy i bardziej odporny psychicznie niż Walter, a miesiące spędzone na froncie wschodnim jeszcze bardziej to wzmocniły. Markus nie był pierwszym towarzyszem broni jakiego Herman stracił; nie pierwszym, który odszedł w cierpieniu i nie ostatnim, jakiego miał jeszcze utracić.

***

Dwudziestego lipca operacja Goodwood została odwołana z powodu zbyt wysokich strat przy niewielkich, przekraczających tylko trochę normę, postępach. Wojska Wehrmachtu i Waffen SS utrzymały front na południe od Caen, lecz nie można było tego powiedzieć o niemieckich dywizjach walczących z Amerykanami kilkadziesiąt kilometrów dalej na zachód. 30 lipca amerykańskie wojska przełamały niemiecką obronę w Avranches; nadmorskiej miejscowości leżącej mniej więcej w miejscu, gdzie półwysep Cotentin łączy się z Bretanią. Linia frontu została przerwana, a na tyłach niemieckiej 7 Armii pojawiały się kolejne wrogie dywizje, wlewające się nieubłaganie przez wyrwę w obronie, tak jak woda wlewa się przez dziurawą burtę do statku, który zaczyna tonąć. Wojska niemieckie zaczęły cofać się na wschód, ale Hitler zakazał jakiegokolwiek odwrotu. Niemcy mieli się bronić do ostatniego żołnierza.
Postępy amerykanów w pierwszej połowie sierpnia były duże, szybko zaszli Niemców również od południa. Obrońcy Normandii mieli wroga nacierającego z północy, z zachodu i z południa. Kraina żywopłotów była stracona. Jedyna droga ucieczki prowadziła przez wąski 25-kilometrowy korytarz między miejscowościami Falaise a Argentan. 7 Armia znalazła się na obszarze, gdzie żywopłotów było już niewiele, a jej stłoczone oddziały były idealnym celem dla alianckich bombowców i myśliwców, za sprawą których bitwa w kieszeni Falaise przeobraziła się w rzeź.
Amerykańskie samoloty bojowe nieustannie i bezkarnie atakowały i dziesiątkowały niemieckie oddziały, które z coraz większym trudem próbowały zatrzymać wojska lądowe wroga. Po krótkim czasie stało się jasne, że pozostanie na dotychczasowych pozycjach równa się doszczętnej zagładzie, a żadne oderwane od rzeczywistości bezmyślne rozkazy nie mogły temu zapobiec. Po około dwóch tygodniach walk wszelkie niemieckie próby powstrzymania nieprzyjaciela zostały udaremnione. Niemcy zaczęli wycofywać się przez korytarz, wciąż bezlitośnie napadani przez samoloty wroga i atakowani przez jego czołgi i piechotę, które próbowały odciąć im drogę ucieczki. W wielu niemieckich pojazdach, które nie zostały zniszczone, brakowało paliwa, a po jego zupełnym wyczerpaniu załogi opuszczały swoje ciężarówki i czołgi, przedzierając się na piechotę.
Kiedy Amerykanie przełamywali front w Avranches i jego okolicach, trzydziestego lipca Brytyjczycy ruszyli z kolejną operacją o kryptonimie Bluecoat. Tym razem napotkali znacznie słabszy opór, ponieważ wiele sił niemieckich spod Caen zostało przerzuconych na zachód do walki z Amerykanami. 21 Dywizja Pancerna, w której służył Herman i jego koledzy, pozostała pod Caen, ponosząc ciężkie straty, walcząc z coraz to liczniejszymi siłami wroga. Po kilku dniach, ona i inne broniące się dywizje została odrzucona o kilkadziesiąt kilometrów na południe.

W stronę oświetlanego krwawym zachodem słońca wieczornego nieba wzlatywały opary dymu oraz tumany kurzu, wzbijane przez tysiące obdartych butów. Piaszczystą drogą wlokły się setki brudnych i wyczerpanych żołnierzy; wielu z nich miało głowy i ręce owinięte bandażami, które nasączone były już krwią. Niejeden kuśtykał, podpierając się drewnianą kulą czy laską. Część maszerujących nie miała przy sobie broni. Pośród nich jechało parę pojazdów; dwa czołgi Pz.IV, samochód terenowy Kubelwagen, StuG III oraz wóz bojowy Puma; długi, z wieżą umiejscowioną z przodu kadłuba, na której to wieży zamontowane było działo kalibru 75 milimetrów. Pojazd ten poruszał się na ośmiu dużych kołach.
Cała ta bezładna kolumna przypominała kondukt żałobny, sunący wciąż na wschód; nikt się nie odzywał, nie było słychać żadnych rozmów, każdy był zatopiony w swoich własnych mniej lub bardziej przygnębiających myślach.
Herman, Walter i Ewald również byli w tej grupie wycofujących się. Szli ze spuszczonymi głowami, jeden za drugim, z kilkoma metrami odstępu od siebie. Ewald wlókł się na końcu, bez żadnej broni; swój karabin maszynowy zostawił, gdy trzeba było szybko się wycofać przed gwałtownie nacierającym wrogiem. Po śmierci Markusa stał się bardziej smutny i zamknięty w sobie, ale nie załamał się i nie miał zamiaru podzielić losu kolegi.
Z prawej i z lewej strony słyszeli stłumione dźwięki przypominające, że kilkanaście kilometrów stąd, na północy i południu, ich rodacy odpierają brytyjskie, polskie, kanadyjskie i amerykańskie ataki, by korytarz Falaise-Argentan istniał jak najdłużej. Był to wieczór 18 sierpnia, a bitwa pod Falaise miała trwać jeszcze 3 dni.
Wycofujący się byli już dokładnie między dwiema miejscowościami broniącymi ich drogi ucieczki. Zaczęli iść żwawiej, gdyż wyjście z piekła było już niedaleko, a do ich serc wracała nikła nadzieja. Jednak jakby jakimś zrządzeniem losu zapomnieli o jednej z podstawowych czynności, jakie wykonywali niemal nieustannie w ciągu trzech miesięcy walk w Normandii. Po prostu szli naprzód, coraz szybciej, przybici i niemal zrezygnowani.
Gdy purpurowa tarcza słońca była już w połowie schowana za posępnym horyzontem, a drogę ucieczki skrył chłodny cień, Niemcy znów zadrżeli z przerażenia. Jak grom z jasnego nieba uderzyły na nich amerykańskie myśliwce wystrzeliwujące w żołnierzy Rzeszy serie z karabinów maszynowych i rakiet. Na drogę spadła istna ołowiana, śmiercionośna ulewa. Zaskoczeni Niemcy skryli się w przydrożnych rowach; w ich ślady poszły towarzyszące im pojazdy. Dali się zaskoczyć; byli wyczerpani ciągłą walką, przytłoczeni świadomością klęski, a warkot silników samolotów skutecznie zagłuszały ich własne maszyny. Teraz nie mogli zrobić nic innego, jak tylko leżeć skuleni w rowach pod niskimi skarpami. Cztery wrogie myśliwce, jak sępy krążące nad pobojowiskiem pełnym martwych ciał wojowników, latały jeszcze nad drogą, na której nie było już prawie ani jednej żywej duszy. Wkrótce odleciały z powrotem na południowy zachód.
Wstrząśnięci Niemcy zaczęli wychodzić z rowów. Na drodze leżało kilkanaście trupów i mniej więcej tyle samo rannych, a narastający półmrok rozświetlały płonące wraki Pumy i Panzer IV, które nie zdążyły się ukryć i teraz stały w poprzek drogi jak piekielna barykada. Herman z Walterem zaczęli się rozglądać na wszystkie strony. Herman zobaczył, jak z ziemi próbuje się podnieść pewien chłopak. Poczuł wielką ulgę i podbiegł do rannego. Już miał rzucić jakiś ponury żart, gdy spostrzegł z bliska, że żołnierz nie jest tym, kogo chciał odnaleźć. Pomógł wstać nieznajomemu.
- Dzięki – wymamrotał ranny – Fritz, Frtiz! Zawołał. Po chwili pobiegł do nich wysoki żołnierz.
- Tu jesteś Hans – mówiłem że jesteś niezatapialny – rzekł Fritz – Dzięki – on również podziękował Hermanowi i odszedł w stronę Stuga, by położyć rannego kolegę na maszynie, na której składano innych poszkodowanych w nalocie.
Niepokój zawładnął Hermanem.
- Ewald! – wołał – Ewald!
Do wołania przyłączył się Walter. Chodzili między zabitymi, nawołując i rozglądając się na wszystkie strony, przebijając wzrokiem zmierzch. Po przeciwnej stronie drogi, na jej krawędzi przy rowie, ktoś leżał, podczas nalotu próbując daremnie uciec przed ostrzałem. Walter, cały spięty, podszedł do leżącego; martwy żołnierz miał na plecach i prawym biodrze kilka paskudnych dużych ran. Weteran obrócił go ostrożnie na plecy. Gdy to zrobił, omal nie podskoczył i ze smutku i złości. Zaklął siarczyście, a z jego oczu znowu popłynęły łzy. Trzymał kurczowo brudnymi dłońmi postrzępiony mundur Ewalda. Chłopak nie żył, a z jego ust ciekła stróżka krwi. Walter zamknął jego powieki, ukrywając na zawsze przerażone oczy młodego żołnierza. Herman podszedł i ukucnął przy Walterze. Położył mu dłoń na ramieniu. Smutek i żal spowiły jego twarz, a niebieskie oczy zaszkliły się od łez.
- Znowu została się tylko nasza dwójka – mruknął posępnie.
Walter westchnął ciężko, ocierając twarz z łez. Wstał, wspierając się na karabinie. Popatrzył jeszcze na Ewalda, a potem skierował wzrok na zachód.
- Wtedy, pierwszego dnia, kiedy zobaczyłem aliancką flotę, która ostrzeliwała nasze wybrzeże – odezwał się znowu Herman – coś w środku mnie ukuło. Jakaś myśl, o której zapomniałem tego samego dnia. Teraz dopiero mi się przypomniała. Gdy zobaczyłem tę ogromną armadę, zrozumiałem, że przegramy tę wojnę, niczym już nie zrównoważymy potęgi naszych wrogów. Zostało się nas zbyt niewielu, ponieśliśmy za dużo bolesnych klęsk. To koniec.
- Koniec zaczął się o wiele wcześniej – powiedział Walter, wpatrując się w atramentowe niebo, łączące się z czarną linią horyzontu – ale ja też o tym zapomniałem, a raczej nie chciałem myśleć, jak się to wszystko skończy. Bardzo szkoda mi tych dwóch chłopaków, byli podobni do nas, gdy zaczynaliśmy walczyć w Rosji.
- Tak – zgodził się Herman – byli bardzo dzielni, mimo że walczyli krótko.
Dwaj żołnierze odwrócili się i znów szli milczący na wschód za kolumną uciekinierów, której już nie widzieli w coraz bardziej gęstniejącym mroku. Zostawili za sobą wielkie, upiorne cmentarzysko czołgów i niepochowanych ciał. Bitwa pośród żywopłotów niemal dobiegła końca, lecz Hermana i Waltera czekało jeszcze wiele miesięcy ciężkich walk w lasach, w górach, nad rzekami i jeziorami, w dolinach i na równinach, w błocie, w śniegu i we krwi; a przede wszystkim – pośród trupów i straszliwych wspomnień.

Data:

 2016

Podpis:

 Dawid Dębowski

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=79842

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl