DRUKUJ

 

Miasto na literę...

Publikacja:

 15-10-24

Autor:

 Sylwiana
W pochmurny, szary wieczór opuściłam hostel i stanęłam na mokrym chodniku. Padał deszcz. Nie chciałam rezygnować z zaplanowanego wcześniej spaceru, wróciłam więc po parasolkę i wyruszyłam. Skacząc przez kałuże dotarłam na przystanek. Był pusty, a tramwaj właśnie odjechał. Dalej ruszyłam pieszo, moim celem była zabytkowa starówka. Mijali mnie szaleni rowerzyści, którzy nie zważając na niesprzyjające warunki pędzili przed siebie okutani w przeciwdeszczowe kurtki i olbrzymie kaptury. Nie wiem dokąd tak gnali, czy nie przeszkadzał im rzęsisty deszcz, ale byli jedynymi żywymi istotami, które spotkałam na mojej drodze. Szłam tamtędy pierwszy raz, gubiąc się na światłach lub przebiegając w pośpiechu przez pasy. Raz nieomal przewróciłam się na szklanej butelce po piwie, którą ktoś niedbale rzucił na trawę. Zaklęłam pod nosem. Trasa dłużyła się, a deszcz padał nieustannie. Jakieś ciemne zabudowania, puste szyny tramwajowe i trąbiący na mnie amatorzy dwóch kółek. Po półgodzinnym spacerze znalazłam się w centrum, a wysadzana niewysokimi drzewami aleja doprowadziła mnie na ogromny plac. Stała na nim nietypowa fontanna. Był to wielki prostokąt, z którego górnej części małymi wodospadami tryskała woda i spływała do szczelin w bruku. Zaśmiałam się, myśląc w duchu, że podczas deszczu taka fontanna nie ma sensu. Kto będzie na nią patrzył? Czyje oczy ma zachwycić? Dla zabawy dałam susa i przeskoczyłam pod nią. Znalazłam się po drugiej stronie, jak Alicja po drugiej stronie lustra.

I nagle świat wypiękniał. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki deszcz stał się miłym sprzymierzeńcem tworzącym niezwykłą aurę. Nie był już zimnym wrogiem moczącym mnie od stóp do głów, tylko wiernym przyjacielem i towarzyszem spaceru. Raźnym krokiem weszłam na otwarty dziedziniec barokowego pałacu. Ciemne kontury budynków rozświetlały rozstawione z rzadka lampy, pozwalając ujrzeć błyszczące kopuły, misternie zdobione krużganki, ścieżki dla pieszych, porośnięte kwiatami trawniki oraz zbiorniki wodne, na których powierzchni krople deszczu malowały najrozmaitsze kształty. W jednej z bram wyjściowych młody chłopak - Japończyk, robił zdjęcia ślicznej Japonce. Miłość jest ślepa na deszcz, chłód, mrok i innych ludzi, na wszystko.

Na skraju brukowanego placu oświetlony iluminacją nocnych latarni znajdował się budynek opery. Jej zarysy były nieostre, zamazane dżdżem i zmrokiem. Zmierzałam do katedry. Obeszłam ją dookoła, wszystkie drzwi były jednak zamknięte. Cofnęłam się, aby popatrzeć na nią z perspektywy. Była piękna, smukła, dumnie spoglądająca w kierunku rzeki i pamiętająca bujne dzieje miasta i jego mieszkańców, tych sprzed setek lat, jak i współczesnych. Tuż przy katedrze stał zamek. Idąc wąską uliczką zauważyłam, że ze starych wrót wyłoniło się trzech mędrców ubranych w stroje noszone przed wiekami. Odziani byli w długie, czerwone, aksamitne płaszcze z białymi wykończeniami, czarne spodnie do kolan i białe podkolanówki. Na głowach mieli białe peruki, jakie dawniej nosili królowie, i czarne kapelusze. Szli podpierając się drewnianymi laskami i zanurzeni w rozmowie nie dostrzegli mnie stojącej na chodniku. Jakbym nie istniała.

Zdumiona powędrowałam ich śladem, jednak po chwili zniknęli w jakiejś bramie, a ja kroczyłam wolno wzdłuż podświetlonej ściany przedstawiającej wszystkich władców rządzących niegdyś tym regionem. Dosiadali koni, a towarzyszyli im piesi słudzy i skaczące, dzikie zwierzęta. Ciszę przerwało niespodziewane pojawienie się muzyki. Była subtelna, a jej delikatny dźwięk idealnie współgrał z atmosferą miejsca. Dochodziła z ciemnego, nieoświetlonego zaułka. Podeszłam bliżej. Mężczyzna grał na flecie prześliczną melodię, w akompaniamencie kropel deszczu cichutko uderzających o moją parasolkę. Echo niosło pieśń po bruku i odbijało od ścian okolicznych kamienic. Słyszałam ją już wcześniej, ale nie od razu zgadłam skąd ją pamiętam. Czas zatrzymał się w miejscu. Istniał tylko ten utwór, ja i wspomnienia próbujące wydostać się z przeszłości. Spojrzałam na katedrę i nagle wszystko stało się jasne. Ave Maria. To była – Ave Maria... Moje myśli wraz z melodią popłynęły do dnia, w którym stojąc przed ołtarzem słuchałam jej w skupieniu. Innym niż teraz. Wtedy broniłam się, aby czające się pod powiekami łzy nie rozmazały mi makijażu, wbijałam paznokcie w dłonie, aby się uniewrażliwić. Teraz pozwalałam im płynąć swobodnie, razem z deszczem spływały po moich policzkach i brodzie. Były oczyszczeniem i ukojeniem zarazem. Muzyk przestał grać. Skinieniem głowy poprosiłam go o jeszcze. Zrobił to dla mnie, a ja stałam zasłuchana i wpatrzona w oświetloną nocą świątynię.

Lekkim krokiem oddaliłam się stamtąd i niewidzącym wzrokiem omiatałam sklepowe witryny, pełne zbędnych gadżetów i kosztownych rzeczy. Przeszłam po czerwonym dywanie drogiego hotelu. Mijałam głośnych turystów śmiejących się z nie wiadomo czego i trwoniących czas, swój cenny czas, na pustą rozrywkę w licznych barach i restauracjach na rynku Starego Miasta. Byli dla mnie nic nie znaczącym tłem tej czarownej nocy. Potrafię dostrzec to co jest ukryte, a nie widzieć tego czego nie chcę widzieć. To wyćwiczona latami umiejętność...

Zagłębiłam się w opustoszałe rejony starówki. Schodami obok galerii sztuki wspięłam się na nabrzeże i wsparta o barierkę obserwowałam płynącą rzekę. Na okazałym gmachu muzeum błyszczały złotymi literami nazwiska mistrzów malarstwa. Zamyślona ruszyłam dalej. Zagubiony turysta – Japończyk, z nieodzownym aparatem na szyi, robił zdjęcia starym drzwiom, z antabą w kształcie głowy lwa. Wkroczyłam w gaik niskich drzew. Chwilowo zniknęłam w półmroku mikro lasu, aby potem poprzez krople skapujące z liści ujrzeć moją świątynię. W blasku latarni liście były przeźroczyście żółto-zielone. Cudowne. Świeciły jak tysiące maleńkich słońc. Migały poruszane wiatrem. Rzadki obraz, jak w przyrodzie, wywołał uśmiech na mej twarzy. Po schodach schodziłam powoli, spływałam po nich bezgłośnie jak szemrząca woda w strumieniu.

Na placu przed kościołem osobnik ubrany w dziejowe łachmany pchał wózek, w którym pobrzękiwały kamienie. Za nim maszerowała gromadka skrytych pod parasolami ludzi. Co tam robili o tej nocnej porze? Dokąd zmierzali? Stukot kół i licznych kroków niósł się po kocich łbach. Poszli w jedną stronę, ja ruszyłam w przeciwną. Pożegnałam przyjazną mi katedrę i ponownie przekroczyłam szyny tramwajowe. Chodnikiem, w moim kierunku zmierzał wysoki pan, okryty starodawną, czarną peleryną. Na głowie miał kapelusz z szerokim rondem. Jego twarz oświetlona była małą latarenką, którą trzymał w dłoni. Minęliśmy się bez słowa, a nasze oczy spotkały się tylko na moment. Odwróciłam się. Mężczyzna także przystanął i zdmuchnął świecę. Magiczne światło zgasło i znów znalazłam się w naszym świecie. Ulewa wzmogła się, czas wrócić na kwaterę.

Data:

 23-24.10.2015

Podpis:

 Sylwiana

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=78818

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl