DRUKUJ

 

INTELIGENCJA POLSKIEGO URZĘDNIKA

Publikacja:

 15-08-18

Autor:

 Z@BIEL@CZEK
Siedziałem w poczekalni wsłuchując się w krzyki dochodzące z gabinetu dentysty. Wnosząc po odgłosach dobiegających moich uszu, albo klient był totalnym mięczakiem, albo stomatolog miał gorszy dzień i usuwał nie tego zęba, co trzeba. Ewentualnie zapomniał dać znieczulenie.
Na wizyty u dentysty zawsze starałem się przychodzić na ostatni moment. Zbyt długie siedzenie na niewygodnym plastikowym krzesełku i odgłosy borowania, lub krzyków, jak w tym konkretnym przypadku, nie wpływały na mnie zbyt budująco. Z każdą minutą spędzoną w towarzystwie wspomnianych odgłosów, malała i tak wątła chęć posadzenia moich czterech liter na skórzanym, pochyłym fotelu za drzwiami. Za to rosła chęć opuszczenia tego budynku. I to jak najszybciej. Z dziurami w zębach można przecież żyć.
Gabinet stomatologa sąsiadował z biurem Agencji Modernizacji Rolnictwa, w której rolnicy mogli uzyskać pomoc w wypełnieniu wniosków o dopłaty. W pewnym momencie z góry, gdzie mieściły się biura zajmowane przez pracowników Gminnego Ośrodka Opieki Społecznej, zeszła urzędniczka. Co najmniej dwadzieścia kilogramów nadwagi, mina ja wiem wszystko najlepiej i nigdy się nie mylę - typowa polska bezmyślna biurwa.
Przykleiła na drzwiach pracownicy Agencji Modernizacji Rolnictwa kartkę i wróciła do swojej jaskini samorządowego nieróbstwa.
Jako że wzrok miałem już nie ten co kiedyś, a ciekawość wzięła nade mną górę, wstałem i podszedłem do drzwi, by zapoznać się z treścią kartki.
W dniach 04.04.14 - 12.04.14 biuro będzie nie czynne.
A to dobre, zaśmiałem się.
Odwróciłem się do kobiety, która siedziała razem ze mną w poczekalni. Oprócz nas był jeszcze jakiś mężczyzna. Mimo iż nasza nędzna gmina była nędzna nie tylko z budżetu (co jakoś nie miało stosownego odzwierciedlenia w zarobkach pracowników, w szczególności wójta, sekretarza i skarbnika), ale i z liczebności, żadnej ze wspomnianych osób nie znałem.
- Ma pani może długopis?
Kobieta zagrzebała w torebce. Po chwili wręczyła mi to, o co zapytałem. Instynkt mnie nie zawiódł. Płeć słabsza jest przeważnie o wiele lepiej przygotowana od mężczyzn do nieprzewidywalnych zmagań, jakie funduje nam dzień powszedni.
Podszedłem do drzwi, pomiędzy wyrazy „nie” a „czynne” wstawiłem strzałkę, którą opatrzyłem komentarzem następującej treści: Zapamiętaj! Partykułę nie z imiesłowami przymiotnikowymi (czynnym i biernym) piszemy łącznie.
- Co tam pan gryzmoli? - zainteresował się mężczyzna.
- Uczę polską urzędniczkę podstaw poprawnej pisowni.
- Chyba wie, jak się powinno poprawnie pisać.
- Z tego, co tu widzę, nie wie.
- W końcu jest urzędniczką - kontynuował mężczyzna, ignorując moje słowa - na pewno skończyła jakieś studia.
- I tego się właśnie obawiam, że ta analfabetka ma wyższe wykształcenie.
Nawet się domyślałem, gdzie studiowała. Mieliśmy w okolicy uczelnię, którą mógł skończyć każdy głąb, aby tylko wszystko opłacał na czas. Ta szkoła wykształciła już wielu tępych urzędników.
Nie mogłem odmówić sobie jeszcze jednego komentarza. Tym razem zgryźliwego. Obok poprzedniego dopisałem: Wypadałoby to wiedzieć, skoro się zajmuje takie stanowisko.
I zarabia kilka tysięcy miesięcznie za nicnierobienie - dodałem w myśli.
- Teraz już wiem, kto wypisuje sprayem na przystankach te wszystkie głupoty - zdenerwował się mężczyzna. Nawet nie zadał sobie trudu, żeby sprawdzić, co konkretnie pisałem, ale w niczym nie przeszkodziło mu to w osądzeniu mnie. Brakowało tylko, żeby wyjął telefon i zadzwonił na policję.
Kobieta wstała i podeszła do drzwi. Oddałem jej długopis.
- No, tak - westchnęła. - Co za gafa. Tylko kto jej wytłumaczy, co to jest imiesłów przymiotnikowy?
- Dobre pytanie. Obawiam się, że to awykonalne zadanie.
- Tak to jest jak się dostaje pracę po znajomości.
Rok później ponownie siedziałem w tej samej przychodni, wsłuchując się w niepokojące odgłosy dobiegające zza drzwi gabinetu stomatologa. Nie przyszedłem zbyt wcześnie. To dentysta miał opóźnienie, przez co skazywał mnie na nieopisaną męczarnię.
Nie bądź mięczakiem, dasz radę, pocieszałem sam siebie.
Obok mnie siedziała kobieta z małym, może siedmioletnim chłopcem.
- Boisz się? - zapytałem chłopca, żeby dodać sobie otuchy. Na pewno aż cały drżał na myśl, żeby otworzyć buzię przed tym sadystą.
- Nic a nic - odpowiedziało beztrosko dziecko.
Taki mały, a kłamie jak z nut. Bezczelny gówniarz.
- Jak będę grzeczny mama kupi mi zabawkę - dodał chłopiec, jakby to wszystko wyjaśniało.
A ja? Kto mnie kupi zabawkę?
Jak nie ucieknę, to kupię sobie nowy kołowrotek na ryby, próbowałem się zmotywować i przekupić. I to nie tani. Coś Dragona. A co sobie będę żałował, skoro jestem taki odważny.
Wyjdę tylko na chwilę na dwór, żeby zobaczyć jaka jest pogoda.
Siedź, powstrzymał moje zamiary wewnętrzny głos. Jak wyjdziesz, to już nie wrócisz. Oboje dobrze o tym wiemy.
Z góry zeszła biurwa. Ta sama co w zeszłym roku, tylko z jeszcze większą nadwagą. Zaczęła przyklejać taśmą jakąś kartkę na tych samych drzwiach, co z zeszłym roku. Ledwie zdążyła to zrobić, wstałem i podszedłem, aby zobaczyć, czego dotyczyła informacja. Moim oczom ukazał się komunikat następującej treści: W dniach 20.04.15 - 30.04.15 biuro nieczynne z powodu choroby.
Nie mogłem się powstrzymać. Parsknąłem głośnym śmiechem. Mój śmiech sprawił, że urzędniczka zatrzymała się w połowie schodów i obrzuciła mnie uważnym spojrzeniem.
- Co pana tak rozbawiło? - zapytała.
- Treść pani ogłoszenia.
Urzędniczka zeszła na dół. Stanęła przed drzwiami i zaczęła wpatrywać się w kartkę.
- A o co konkretnie panu chodzi?
- Przecież wyraziłem się jasno.
Biurwa oparła swe pulchne ręce o wydatne sadło biodrowe i wpatrywała się w kartkę. Po minucie, w czasie której została zmuszona być może do najintensywniejszego wysiłku umysłowego w całym swoim dotychczasowym życiu, odwróciła się w moją stronę.
- Jak się pan nazywa?
- Wiśniewski.
- Panie Wiśniewski, coś panu powiem, bo widzę, że ma pan poważne problemy z ortografią. Biuro piszemy przez „u” otwarte, nieczynne razem, a choroby przez „ch”. Wypadałoby skończyć jakąś szkołę, albo przeczytać kilka książek, wtedy by pan to wiedział.
To powiedziawszy, weszła na górę.
Odwróciłem się do kobiety z dzieckiem.
- Ma pani może długopis?
Miała.
Podszedłem do drzwi i napisałem na kartce: Czy biuro może chorować?
Nie zdążyłem jeszcze oderwać dłoni od kartki, gdy do poczekalni wszedł mężczyzna. Ten sam, co rok wcześniej. Na mój widok i chuligańskiej czynności, której dokonywałem na jego oczach, aż się żachnął.
- No, proszę - wysapał - znowu pan coś gryzmoli na drzwiach. To samo było w zeszłym roku. Myśli pan, że go nie pamiętam? Pamiętam bardzo dobrze. Ja łobuzów nigdy nie zapominam!
Mężczyzna sprawiał wrażenie, jakby zamierzał wygłosić mi dłuższe kazanie. To był dobry powód. Muszę wyjść na dwór, pomyślałem, zobaczyć jaka jest pogoda.
Gdy wyszedłem na dwór, z góry, gdzie znajdowały się pomieszczenia Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej przez otwarte okno usłyszałem głos biurwy:
- Myślał że biuro pisze się przez „o” z kreską. Albo że choroby przez samo „h”.
- Co za osioł - skwitowała koleżanka.
W tym kraju jedna rzecz się chyba nigdy nie zmieni, westchnąłem w duchu, zrezygnowany - inteligencja polskiego urzędnika.
W gabinecie dentysty okno również było otwarte. Do mych uszu dotarły odgłosy wściekłego borowania. Normalnie jakby ktoś piłą motorową ciął drzewo. Na ten odgłos nogi się pode mną ugięły. A ch... z kołowrotkiem. Ryby ostatnio i tak nie biorą. Gdzie ja postawiłem samochód?

Data:

 21 IV 2015

Podpis:

 Z@BIEL@CZEK

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=78578

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl