DRUKUJ

 

W APTECE

Publikacja:

 14-09-10

Autor:

 Z@BIEL@CZEK
Z serii MADE IN POLAND.

W APTECE


Wszedłem do apteki. Wiadomo po co. Nie, zboczuszki, nie po gumki. Ani po viagrę. Na nią byłem jeszcze za młody. I nie miałem najmniejszych problemów z tymi sprawami. Chociaż… Dobra, bo odbiegłem od tematu. Rzecz jasna wpadłem do apteki po to, aby chociaż w najmniejszym stopniu przysłużyć się do upadku Narodowego Funduszu Zabijania i skrócenia w przyszłym roku listy leków refundowanych. Miałem szczęście, bo w aptece, nie licząc aptekarki, była tylko jedna osoba. Jakiś facet po sześćdziesiątce, który na pewno co wieczór żarliwie się modlił, aby w najbliższych trzech latach rząd nie podniósł wieku emerytalnego. Ewentualnie był już na rencie, więc co wieczór żarliwie się modlił, aby Zakład Ubezpieczeń Społecznych dał radę i nie zbankrutował jeszcze chociaż przez najbliższe dwadzieścia lat. Wnosząc po jego zniszczonym prochowcu o wiele prawdopodobniejsza wydawała się być ta druga ewentualność.
Jak wspomniałem myślałem, że miałem szczęście, bo aptekarka kończyła realizować receptę. A właściwie recepty, bo na jednej tych dwudziestu specyfików, które leżały przed rencistą nie upchnąłby żaden lekarz. Nawet piszący maczkiem.
- To już wszystkie - oznajmiła aptekarka. - Nabijać na kasę?
- Chwiiiiiileeeeeeczkę - oznajmił starszy mężczyzna strasznie przeciągając ten krótki wyraz niczym pewien żółw z bajki. Wyjął z zanadrza prochowca komórkę i wybrał jakiś numer. - Zooooosiu, pooooooosłuuuuchaaaaaaj. Ten Asdan kooooosztuje dwaaaaaadzieścia złooootyyych. To braaaaaać czy nieee?
Rzecz jasna nie usłyszałem, co odpowiedziała mu Zosia, ale lek został odsunięty na bok. Do ręki został wzięty następny.
- Spectron kooooosztuje sieeeeedemnaaaaaście złoooootyyych i pięćdzieeeeeesiąt groooooszy. To brać gooo czyyyy nieeee? Jaaaak móóóóówiiiiszzzzz?
Ponownie nie usłyszałem odpowiedzi, ale lek dołączył do poprzednika. Rencista wziął do ręki następny. Należy nadmienić, że jego ruchy w pełni dorównywały szybkością mowie.
Zaraz, przestraszyłem się. Chyba nie zamierzasz pytać żony, czy kim tam jest dla ciebie ta Zosia, o każde lekarstwo.
- Zooooosiuuuuu…

Pół godziny i siedem nowych osób w kolejce później…

- … zaaaaaaraaaaaz zaaaaapyyytaaaam. - Rencista odjął na chwilę telefon od ucha i spojrzał na aptekarkę. - Jeeeeest jaaaaaakiś taaaaaańszy zaaaaaaaamienniiiik?
Zapytana sprawdziła w komputerze.
- Są dwa. Jeden kosztuje…
W tym momencie zadzwoniła moja komórka.
- Gdzie jesteś? - zapytała moja druga połówka.
- W aptece.
- Rodzisz ten Apap?
- Spokojnie, kochanie. Zaraz u ciebie będę.
- Mi tu głowa pęka, a ty szlajasz się Bóg wie gdzie.
- Mówiłem już, skarbie. Jestem w aptece.
- Tyle czasu?
- Tylko pan przede mną zrealizuję recepty i już do ciebie pędzę.
Gdyby na naszym zadupiu była druga apteka, albo żebym mógł kupić ten Apap lub coś w tym stylu gdzie indziej, wyraziłem w myśli pobożne życzenie.
- Paaaaaanii móóóóówiii, że są dwaaaaa zaaaaamiennikiii…

Czterdzieści pięć minut i dodatkowe cztery zdenerwowane osoby w kolejce później…

- Tooo braaaaać gooooo czy nieeee braaaać?
Ponownie odezwał się mój telefon. Anielski głos Adele zapowiedział wściekły wybranki mojego serca.
- Gdzie ty, kurwa, jeszcze jesteś?
- W aptece.
- Nadal?! Jaja sobie ze mnie robisz?
- Spokojnie, kochanie, naprawdę jestem jeszcze w aptece. Wiem, że bardzo cię boli, ale robię co mogę.
- Widać niewiele możesz. Albo ci na mnie nie zależy.
- Kotku, przecież wiesz, że wygadujesz w tej chwili bzdury. Jesteś jedyną osobą, na której mi zależy. Nie licząc mojej matki. I ojca. Siostry. Brata. No i psa. Będę u ciebie najszybciej jak to tylko możliwe.
- Ja tak cierpię.
- Wiem, skarbie. Jakoś ci to później wynagrodzę. Obiecuję.
Rozłączyłem się. Rencista przede mną wziął do ręki kolejne lekarstwo. Nie było tak źle. Zbliżaliśmy się do połowy.

Dwadzieścia minut i osiemnaście wkurwionych osób później…

Allach jest wielki. Jakimś cudem przeżyliśmy telefoniczne konsultacje starszego pana.
- Trzydzieści jeden złotych - podsumowała aptekarka. Powiedziała to opanowanym głosem, ale widać po niej było, że w środku aż się gotuje.
Za sobą usłyszałem liczne odgłosy ulgi.
- Ileeee puuuunktóóóóów bęęęęędęę zaaa too miaaał?
- Trzy.
- Ileeee?
Znowu zaśpiewała Adele. Oczywiście dzwoniła moja druga połówka. Jeszcze nieoficjalna, ale nasze uczucie było tak silne, że nic nie było w stanie nas rozdzielić.
- Jeśli za pięć minut cię tu nie zobaczę, to możesz już w ogóle nie wracać.
No, może prawie nic.
- Skarbie, uwierz mi, w pięć minut nie dam rady.
- Nie chcesz mi chyba wmówić, że nadal jesteś w aptece?
- Niestety…
- Ty zakłamany gnojku, myślisz że jestem taka głupia, żeby w to uwierzyć?! Za kogo ty mnie masz?! Na pewno spotkałeś po drodze jakiegoś kolegę żula i chlejecie teraz w jakim barze?! Mam rację?!
- W jakim barze? Odbiło ci?
- Mi odbiło, ty kretynie bez serca?! Ja tu już z bólu nie wyrabiam, a ty się jeszcze ze mnie nabijasz?!
- Może trzeba wezwać karetkę?
- W dupie mam karetkę! Przynieś mi te zasrane tabletki, bo się zesram z bólu! Masz pięć minut!
- Ale…
- Pięć!!!
- Postaram się - powiedziałem właściwie sam do siebie, bo połączenie zostało przerwane.
Normalnie Asia nie jest taka wulgarna, wręcz przeciwnie, to najwspanialsza istota pod słońcem, ale ten ból, sami rozumiecie.
- Naaaa peeeewnooooo więceeeej jaaaak trzyyyyy. Muuuuusiaaaaaała się paaaaani pooooomyyyylić.
Rencista wyjął portfel i zaczął w nim grzebać. Po chwili (która trwała co najmniej minutę) wydobył z niego kilkanaście różnych kart.
- Nieeeech paaaaani spraaaaawdziiii.
Myślałem, że wyjdę z siebie i stanę obok.

Dziesięć minut i pięć bliskich zawału, trzy białej gorączki i kilkanaście wściekłych osób później…

Aptekarka sprawdziła ostatnią kartę.
- Miał pan rację. Ma pan trzysta dwadzieścia siedem punktów. Czy będzie pan chciał sobie coś wybrać z katalogu stałego klienta?
W aptece zrobiło się nagle przeraźliwie cicho. W tej idealnej ciszy przelatująca mucha zdawała się być wojskowym odrzutowcem.
- Saaaaam niee wieeeem. A cooo móóóóógłbyyyym zaaa to dooooostać?
Miałem nadzieję, że Asia naprawdę mocno mnie kocha.

Pięć najdłuższych minut w moim życiu później…

- … oraz maść odbytniczą - aptekarka skończyła wymieniać ewentualne możliwości.
Rencista nie był chyba zbyt zachwycony tym, co usłyszał. My też nie.
- Tooo jaaa mooooże jeeeeeszczeeee troooochęę poooooczeeeeeekaaaam.
- Jak pan chce. Trzydzieści jeden złotych.
- A właaaaaśnieeee. Zaaaaapooooomniaaaaałem zaaaapyytać czy moooożnaaa już u waas płaaaaaacić kaaaartą?
- Jeszcze nie.
- To maaaaamyyy maaaałyy proooobleeem, bo maaam tyyylkooo dwaaaaaadzieściaaa pięć złooootych.
Myślałem, że mnie krew zaleje.

Wyszedłem z apteki cały spocony, wręcz mokry, jak spod prysznica. Ostatniego telefonu od Asi nie odbierałem. Nie mogłem słuchać jak cierpi. No i tych jej przekleństw. Albo tych przekleństw i tego jak cierpi. Oparłem się ręką o kratę kiosku ruchu. Dobrze, że stał akurat w tym miejscu, bo niewiele brakowało, bym zemdlał, tak mnie wyczerpały zakupy w aptece. Oparłem czoło o zimną kratę. Poczułem się o niebo lepiej. Jakoś to będzie z tą Asią. Jak kocha to zrozumie. I wybaczy. Zaraz jej doniosę te tabletki.
Mój wzrok spoczął na małym opakowaniu za szybą. Kilkanaście centymetrów od mej twarzy stały cztery opakowania Apapu.

Data:

 1 I 2012

Podpis:

 Z@BIEL@CZEK

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=77377

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl