DRUKUJ

 

Chwila Nieuwagi i zjadłem kolację

Publikacja:

 13-11-02

Autor:

 Alberto
Tak naprawdę nie lubię koncertów. Od zawsze kojarzyły mi się z bagnem, tłokiem i złym nagłośnieniem. Zwłaszcza z tym ostatnim, bo często było tak okrutne, że tego co słuchałem łatwiej było mi się dowiedzieć z napisów na bilecie niż ze sceny. Odkryłem tym samym, że posada „typka od nagłośnienia”, jest prawie zawsze kluczowa, bo wystarczy jego jeden błąd aby dwadzieścia lat nauki gry na gitarze poszło w cholerę. To naprawdę niesamowite jak łatwo można sprowadzić Metallicę do poziomu zespołu Zeżryj Glinę Spod Paznokcia z Gęsiej Wólki. Sądzę, że można to także zrobić na odwrót, lecz wymaga to pewnie skończenia jakichś studiów.
Parę tygodni temu stało się jednak coś, dzięki czemu zapomniałem o swej niechęci i stałem się prawdziwym oraz wiernym fanem koncertowania. Nie trwało to jednak zbyt długo, bo szybko wytrzeźwiałem, ale zacznę od początku.
Pewnego dnia w celu dostarczenia sobie urozmaiconych powodów do uśmiechu moi koledzy postanowili odbyć przejażdżkę po Śląskich obrzeżach w poszukiwaniu dobrej muzyki. Zaproponowali mi nawet dołączenie do kompanii. Być może był to tylko przejaw kurtuazji obszyty nadzieją, że się nie zgodzę, ale teraz mało mnie to ciekawi. Zgodziłem się bez wahania, lecz przyznaję, że przez długi czas czułem pewne wątpliwości co do jakości czekających mnie atrakcji.
Znalezienie wspomnianych wyżej obrzeży akurat było bardzo proste, ponieważ wystarczyło że wyszedłem na ulicę. Szukanie samej muzyki zajęło trochę więcej czasu, gdyż została ukryta w bardzo małej wsi. Bardzo. Bardzo. Bardzo małej wsi. Aczkolwiek mimo swojego skromnego rozmiaru wieś ta posiada kod pocztowy. I niewiele więcej. Była pięknym przykładem prostoty, współżycia z naturą i sielankowego spokoju. Gdybyśmy zostali tam trochę dłużej, jestem pewien, że oberwałbym w twarz sztachetą z pobliskiego płotu. Dlaczego bym oberwał? Bo tak! Bom miastowy! Łatwo to było poznać, bo dosyć znacznie wyróżniałem się z tłumu. Nie miałem pucołowatej, rumianej twarzy z wypisaną na niej chęcią ciągnięcia pługu. Swoją drogą, większość tamtejszych obywateli mogła spokojnie zastąpić traktor, zarówno swoją siłą jak i rozmiarami.
Samo otoczenie było również swojskie. Zapachy grilla świadczyły, że na pobliskich pastwiskach pasie się o jedną krowę mniej, a stoiska pełne plastikowych ozdóbek o tym, że Chińczycy i tu dotarli.
Pośrodku tego wszystkiego stała sobie mała estrada. Na tej małej estradzie działo się coś, co sprawiło że ostatecznie opuściło mnie wrażenie, że za chwilę zostanę przejechany furmanką tak by wyglądało to na wypadek. Była tam magia. Tak gęsta i porywająca, że drewniana ława pod moją kością ogonową zaczęła dymić. I to nie przez wypity przeze mnie bimber, pędzony przez tamtejszego wójta. Wystarczyło mi parę nut, bym całkowicie zapomniał gdzie jestem. Atmosfera przenosiła w świat powstały ze słów piosenek, z których nie chciało się wracać. Pod koniec koncertu musiałem odklejać język z ziemi i zupełnie zapomniałem jak się mruga.
Znaczy się, fajnie grali.
Problem polega na tym, że nie jestem pewien gatunku, który reprezentowali. Gdy zapytałem o to kolegów, będących bardziej w temacie, odpowiedzieli, że mogła to być poezja śpiewana. Lecz szybko dodali, że to musiało to być coś innego, bo poezja śpiewana to zazwyczaj kicz.
Powiedzmy w sposób inteligentny, że grali muzykę alternatywną z pogranicza folk i muzyki ludowej z dodatkiem klasycznej poezji wetkniętą w doskonałą muzyczną oprawę. Parę utworów było po śląsku, jeden czy dwa opowiadały o górach. I tylko te rozumiałem, bo reszta była bardzo głęboka i poetyczna.
Dominowała jednak regionalistyczna oprawa, która sprawiła, że nigdy wcześniej nie bawiłem się lepiej na koncercie. Poczułem się także dumny z bycia Hanysem, bardzo polecam te uczucie.
Podobało mi się zwłaszcza, że mogłem bez skrępowania gapić się na prześliczną liderkę zespołu. Miała ona wyćwiczony, nie za wysoki ton głosu, a ubrana była w pasującą do przekazu „szumną fest kieckę”. Dodatkowo uatrakcyjniała występ wesołą rozmową z publiką i jeszcze weselszymi tanecznymi ruchami. Uciekając się do lirycznego bełkotu była „prześliczna”. Nie przesadzam, na oko jedyną jej wadą był mąż siedzący obok, który akompaniował jej na gitarze i to całkiem nieźle.
Sam zespół nazywał się „Chwila Nieuwagi” i składał się z pięciu osób, z których jedną chciałem zabić przy pomocy wykałaczki, zakopać w lesie i zająć jej miejsce. Nie spełniłem jednak swoich planów, bo później okazał się bardzo ujmującą osobą, ale nie uprzedzajmy wypadków.
Po trwającym godzinę wchłanianiu niszowej rytmiki, zespół stwierdził, że nam wystarczy i zaczął się pakować. A moi koledzy wpadli na dwa odmienne pomysły, jeden chciał im poprzeszkadzać prosząc o autografy, a drugi wręcz przeciwnie, postanowił być miły i im pomóc. Dołączyłem do tego drugiego, co dało mi możliwość zaszpanowaniem muskulaturą, pomagając perkusiście złożyć wyjątkowo wredny stojak. W tym samym czasie mój pomocny kolega tarmosił keyboard, a drugi prawie posikał się z podniecenia, bo właśnie został zauważony przez liderkę. Ja zrobiłem to samo zaraz potem, kiedy dotarło do mnie jak blisko niej się znalazłem.
Wiecie, mam w sobie pewien element dziecięcy, który wtenczas postrzegał ten zespół jako międzyświatowe sławy. Przez to, kiedy dzięki dobremu wrażeniu, mogliśmy spędzić z nimi parę chwil, nie potrafiłem ze swego gardła wydobyć ani jednego słowa. Udało mi się tylko ukłonić. I to pod koniec.
Miałem jednak okazję do odkrycia, że mąż liderki jest bardzo otwartą, wesołą i kontaktową osobą (z taką żoną to akurat nie jest trudne, panie „farciarz”). Od razu zagadał do nas, żywo rozprawiając o (niespodzianka) muzycznych tematach i nawet podziękował za przyjście. Kolejny z muzyków zapytany o autograf, zdziwił się niesamowicie i dopytał czy aby na pewno ma być to być jego autograf. Jeszcze inny w podzięce za pomoc ze sprzętem podarował nam talony na tamtejsze mięsiwa i trunki. Teraz już nie pamiętam dokładnie czy powiedział: „weźcie je, i tak nie mamy co z tym zrobić” czy „dziękuję za pomoc drodzy, uśmiechnięci przyjaciele, zasłużyliście na nagrodę. Proszę, oddaję wam swoją kolację!”.
Teraz to chyba nie ma znaczenia, bo zaraz potem urocza piosenkarka dała nam jeszcze jeden talon na piwo co sprawiło, że teraz mogę oficjalnie powiedzieć: Co? Pan Muzyk dał Ci autograf? Słodko, ale jeśli nie postawił Ci kolacji i paru piw to możesz mi naskoczyć.
Na pewno zrobili to, aby nie wyrzucać tych talonów do kosza, lecz mimo wszystko, tamte wrażenia i podkoloryzowana wersja wydarzeń będzie lśnić w moich wspomnieniach do śmierci.
Tak więc, drogi czytelniku, kiedy następnym razem jakiś twój kolega powie: „Choć! Posłuchamy Syberyjskiej orkiestry symfonicznej!”. Pojedź z nim dając szansę czemuś nowemu. A nuż odkryjesz coś wartego uwagi? Zwłaszcza jeśli ta wspomniana rosyjska orkiestra pochodzi z Krasnojewska. Wtedy na dobrze spędzony czas masz moją 100% gwarancję. Byłem na ich koncercie.

Data:

 5 Września 2013

Podpis:

 Alberto

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=75889

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl