DRUKUJ

 

Depresja

Publikacja:

 13-05-30

Autor:

 Ieshige
W nieprzeniknionej ciemności rozległ się jasny błysk iskry. Płomień, jakby unoszący się w powietrzu, przepłynął kilka centymetrów i skupił się na jednym punkcie, który chwilę później rozpalił się pomarańczowym, wyblakłym żarem. Słychać było leniwy odgłos wydmuchiwanego dymu, gdy papieros został odjęty od ust i lekki stukot kostek lodu w szklance. Postać siedziała przy monitorze, którego dioda informowała o stanie hibernacji. Lekko pochylona, zamyślona, w innym świecie. Obok spokojnie leżał pistolet i paczka Cameli, zawierająca kilka ostatnich papierosów.

Jak to wszystko mogło się tak straszliwie pojebać w jednej chwili?

Rozległ się głos. Nie przebił on jednak dramatycznej ciszy pomieszczenia. A pies śpiący na posłaniu dalej spał w takiej samej pozycji, wydając delikatne pomruki. Głos ten jednak zmusił siedzącą postać do nagłego, krótkotrwałego spazmu zakończonego wychyleniem ostatków ze szklanki. Nie był to jednak jej koniec, gdyż chwilę później osobnik zaczął rytuał nalewania nowego drinka. W lekkiej poświacie bijącej przez okno z latarni błysnął napis „Jack Daniel's”.

W jak bardzo pojebanym, niezrównoważonym świecie coś takiego przytrafiło się właśnie mi?

Kim była jednak tajemnicza postać? Nie wyglądał on na nikogo specjalnego. Nie nosił garnituru niczym jakaś ważna szycha z Wall Street. Nie miał też postury sportowca, brzucha kucharza ani brody filozofa. Owszem, gdyby dało się dojrzeć jego twarz, widać byłoby kilkudniowy, niedbały zarost, który wychodził mu ze skóry. Nie jest to jednak ważne...
Postać ta, z niewyjaśnionych przyczyn patrzyła zamyślona na pistolet, a mimo spokoju bijącego z jego postawy dało się poznać, iż w jego mózgu ma miejsce prawdziwy chaos.

Umrzeć, mieć to wszystko za sobą, zmienić całą tą pustą egzystencje w jeden nazbyt nieprzyjemny sen...{/i]

Nigdy nie był fanem teorii reinkarnacji, ani wielkim zwolennikiem jakiejkolwiek religii przedstawiającej Boga jako antropomorficzną postać. Miał jednak nadzieję, że gdy to wszystko się skończy, a skończy się jeszcze tej nocy, nie będzie to całkowitym końcem. Czy była to hipokryzja? Możliwe. Nie obchodziło go to jednak, nawet w najmniejszym stopniu.

Tyle czasu, tyle nadziei, tyle ambicji, tyle marzeń...

Siedząc dalej, postać rozmyślała. Nie były to jednak rozmyślania nad sensem życia, poszukiwaniem miłości czy tego typu bzdetów. Były to wspomnienia...
Oczami wyobraźni widział siebie jako około 9-letniego szkraba, patrzącego z niemym niedowierzaniem na ojca opowiadającego mu o swoim dzieciństwie, później wspominając ciekawsze momenty życia. Pomijając oczywiście jego najciekawsze aspekty, ale kto o zdrowym umyśle, mówił by dziecku o kobietach, alkoholu i narkotykach? Jednakże młody wyciągnął lekcję z rozmowy. Niczym gorące żelazo na skórze wbiły mu się w duszę słowa ojca.
„Masz prawo być kimkolwiek tylko sobie wymarzysz, synu.”
Żył więc, zakładając, że skoro może być w życiu kimkolwiek zechce, według swojej woli. Zauważył jednak, że taka dowolność jest strasznie uciążliwa. Ludzie, którzy umarli na długo przed urodzeniem nawet jego pradziadka, mieli łatwiej. Gdy Kowal, wreszcie począł syna, nie miał on za dużego wyboru. Był przyuczany przez ojca zawodu i stawał się przez to kowalem. Miał jasno obraną drogę życia, liniową karierę i dzięki temu całkowity spokój od rozterek moralnych w stylu: „Kim będę jak dorosnę?”
Może stąd wziął się cały strach przed wolnością? Życie w niewoli jest przecież łatwe. Robisz to co Ci każą, żyjesz, czerpiesz iluzję radości z życia i umierasz. A wszyscy wiemy, że iluzja szczęścia czy radości praktycznie nie różni się od prawdziwego szczęścia i radości. Bowiem emocjonalnie czujemy to samo...

Walić to!

Postać poruszyła się. Ociężałym, zapewne przez alkohol, ruchem sięgnęła ku paczce i odpaliła kolejnego papierosa. Jego twarz rozpromienił ironiczny uśmiech, który nawet przy najmilszych chęciach nie mógł być uznany jako przejaw radości. Ręka, wolna od papierosa, podążyła w kierunku pistoletu. Chwyciła zimną, bezlitosną stal. Pistolet spoczął na rozłożonej ręce, tak jakby osobnik go ważył i przysunęła się bliżej twarzy. Jego wzrok spoczął na broni, a w jego głowie po raz kolejny mimowolnie pojawiło się wspomnienie.
Tym razem był 15 letnim sobą. To był ten czas, gdy zaczął palić. Dokładnie ten dzień, kiedy jego matka znalazła pod poduszką ledwo co zaczętą paczkę. Tłumaczenie, że przetrzymuje je dla kumpla nie dało tym razem rady. W końcu każde kłamstwo wychodzi na jaw. Tego dnia miał bardzo nieprzyjemną kłótnie z matką, jeżeli w ogóle można nazwać to kłótnią. Prowadziła ona jeden ze swoich dręczących monologów, przerywanych tradycyjnie przez „ale kurwa, mamo!”...
Wtedy to wyszedł na dwór i odpalił pierwszego papierosa w domu, przy rodzicach, pełen typowej, nastoletniej agresji i miał to wszystko w kolokwialnej dupie.
Gdy skończył palić, jego agresja zmieniła się w współczucie. Współczucie matce, że musi znosić jego wybuchowe, nieracjonalne zachowania. Mimo całej tej burzy hormonów, zdawał on sobie sprawę, że potrafił być nie tylko dupkiem, ale i całkowitym idiotą. Wiele razy cofając się do dnia, w którym po raz pierwszy zapalił papierosa przy rodzicach, co przypieczętowało początek nałogu, postać lubiła sobie wyobrażać jak wpycha swoją nastoletnią wersje pod pociąg.
Przekraczając jednak próg domu, zdecydowany, że chce matkę przeprosić, zauważył jej nieobecność. Widział tylko swojego ojca, który w swoim zwyczaju siedział w samych gaciach, niemal ocierając swoim wydatnym brzuchem o stół. Jak zwykle, wydawał się on całkowicie nieporuszony zamieszaniem w domu. Dopiero później przyszły samobójca zdał sobie sprawę, że przeżywał to w takim samym stopniu jak oni, jednak robił to „w sobie”. Uzmysłowił to sobie, podczas jednej z nie za spokojnych nocy, kiedy lekko pijany zdał sobie sprawę, że robi idealnie to samo co on.
We wspomnieniu, ojciec napił się łyka czerwonego, wytrawnego wina, które zwykł pić i odwrócił wzrok od telewizora, w którym politycy w swojej wypowiedzi kłamliwie smucili się sytuacją kraju, jak to zwykli robić i spojrzał na 15 letniego degenerata. Wtedy to powiedział kolejne słowa, które odbiły się echem w jego głowie i stały się pewnego rodzaju dogmatem jego przyszłego życia.
„Ojciec zwykł mi mówić, że lepiej mieć twardego syfa, niż miękki charakter. Dopiero później uświadomiłem sobie, że miał racje.”
Po czym nie czekając na jakikolwiek komentarz wstał i poszedł do sypialni, gasząc wcześniej światło. Słowa te, o ile głębokie, wywarły na małoletnim palaczu niemałą zagwozdkę. A sam jej sens zrozumiał on dopiero parę lat później.

Odpuścić i osiągnąć spokój... tylko to się liczy

Ze szklanki po raz kolejny zniknął płyn. Jednak chwilę później, również w magiczny sposób, pojawił się, a postać odetchnąwszy z ulgą upiła kilka łyków. Wzrok wylądował teraz na podejrzanie pustej butelce trunku. Postać chwyciła ją i po pobieżnej obserwacji rzuciła gdzieś za siebie.

Wiem, że się boisz... Wiem, że chcesz to odwlec.. Nie ma sensu... Skończ to...

Postać, uprzednio zapaliwszy papierosa, wzięła w ręce pistolet i przyłożyła sobie w iście filmowy, melodramatyczny sposób do skroni. Palec wskazujący utknął na spuście, źrenice rozszerzyły się, a dym leniwie wyleciał z ust. W momencie, w którym był już gotowy do finałowego aktu, pies odwrócił się na posłaniu i wypuścił z okolic swojego końca skumulowaną ilość gazów.

Całe moje życie... melodramatyczne gesty i wszechobecne gówno.. czy to w dźwięku czy w zapachu...

Chcąc nie chcąc, jego głowę po raz kolejny wypełniły wspomnienia. Nie był to jednak jeden, sprecyzowany moment jego życia, a zbiór chaotycznych obrazów. Przez jego głowę przemknęła mina jego pierwszej miłości, tuż po jej pierwszym seksie. Ta sama twarz, inna sytuacja, gdy lekko podchmielona patrzy swoimi zielonymi oczami w jego oczy i mówi mu, że go kocha. Pierwsze wspomnienie, pierwsze widoku po zażyciu substancji o zaskakująco podobnym składzie do LSD...
Widział też rodzinę, przy pierwszym kąpaniu pierwszego dziecka, jego jedynej siostry. Uśmiechnięty, pełen politowania wyraz twarzy ojca, uśmiechnięty, zmęczony wyraz jego matki, gdy po raz setny musiała mówić co robić. Dziwnie ni to uśmiechnięty, ni to przerażony wyraz jego siostry, gdy zbliżała bąbla do strużki wody cieknącej z kranu oraz uśmiech, który był mieszaniną zadowolenia, dumy i strachu jej męża. Reszta jego wyrazu, była całkowicie zakryta przez średniej klasy kamerę marki Philips...
Pistolet zadrżał w rękach, na policzku w niewyjaśniony sposób pojawiła się pojedyncza łza, a mięśnie zginające palec wskazujący rozpoczęły swoją robotę

Już niedaleko..

Kolejna fala wspomnień. Ni to szczęśliwych, ni to smutnych. Kolejny zlepek. Mówią, że podczas umierania widzi się całe swoje życie. Nie mówią w jaki sposób się to odbywa. W tym przypadku nie był to odtwarzacz z Youtube'a, który pokazał mu całe jego życie, nie było to też magiczne zejście anioła, który przeprowadziłby go przez ważniejsze momenty jego życia i pokazał mu je z 3 osoby. Był to nic niewarty, bezsensowny zlepek obrazów...
Widział obraz samochodu, a właściwie to co z niego zostało po uderzeniu w drzewo, obraz kobiety, którą kiedyś ochlapał wodą, przejeżdżając przez kałuże znajdującą się niespodziewanie blisko chodnika na którym ona szła. Widział swojego wychowawce z liceum, mówiącego mu jakże oryginalne słowa „Jesteś zdolny, ale leniwy..”...
Widział także samochód jadący na niego, oraz jak kilka sekund później wciąż stoi w tej samej pozycji, jakby ten czerwony, hamujący z piskiem opon opel po prostu przez niego przejechał. Widział także babkę, która wysiadając z samochodu, krzyknęła, że ma dziecko i odjechała sekundę później. Zadziwiającym był fakt, że spoglądając w dół, postać mogła przysiąść, że stoi na pasach....
Rozległ się huk, przeraźliwie jasne światło oświetliło pokój na ułamek sekundy, a pies nerwowo podskoczył na swoim posłaniu..
Widział swoją przyszłość, a przynajmniej taką jaką sobie wymarzył. Ukończenie najlepszej szkoły medycznej w Ameryce, pierwsza udana operacja, pełen ciepła i wdzięczności wzrok losowych ludzi, których uratował oraz pełne smutku i bólu oczy ludzi, których się nie udało. Widział złość i bezgraniczne szczęście ludzi bliskich do jego pacjentów. Widział dumę w oczach matki, szacunek w oczach ojca. Pieniądze w tej wizji, nie przemknęły mu ani razu. Chociaż widział siebie w czarnym Porsche Carrera pędzącego po autostradzie, kierując się w stronę wielkiego kanionu...
W ciągu tych milisekund na świecie nie stało się za dużo. Jakaś kobieta, była o ułamek procenta bliżej do urodzenia dziecka, jakiś staruszek był ułamek od wypowiedzenia swojego ostatniego słowa, jakiś niezmiernie bogaty człowiek zarobił kolejnego, niepotrzebnego mu bardziej do szczęścia dolara.
W głowie postaci jednak wybuchły wspomnienia. Jego finałowe wspomnienia. Widział kobietę, którą ledwo co poznał, uśmiechającą się do niego. Nie była ona w żadnym stopniu podobna do typowej Famme Fatale. Była normalną, zwykłą dziewczyną, darzącą go normalnym, zwykłym uśmiechem. Jednak ten normalny uśmiech wywołał w nich zupełnie nienormalne emocje. Był on pełen magii, pełen nadziei, pełen szczęścia. Uśmiech całkowicie normalnej istoty, który mimo swojej swojskości przebijał się do najgłębszych warstw podświadomości i utknął w nim niczym drzazga w skórze. Zaskakującym był fakt, że w chwili swojej śmierci widział całkowicie pospolity uśmiech całkowicie pospolitej dziewczyny, podczas gdy twarze i ciało znakomitej większości gwiazd porno przy których zwykł się w dzieciństwie masturbować całkowicie wyparowały...
Wtedy to uświadomił sobie, że nigdy więcej nie będzie mu dane obejrzeć jeszcze raz tego uśmiechu, wywołującego emocje niczym ambrozja. I wtedy uświadomił sobie, że popełnił strasznie głupi błąd. Niestety było już za późno. Jedynym efektem, była całkowicie głupia mina jego martwego wyrazu, którą policjanci mieli w żartobliwy sposób skomentować niecałą godzinę później...

Stało się...

Martwa postać osunęła się na fotel, pistole upadł głucho na ziemię, a pies podszedł powąchać osmoloną przez wystrzał rękę... Staruszek umarł, dziecko się narodziło, ponad tysiąc ludzi na świecie właśnie uprawiało seks... Wiele z nich miało najszczęśliwszy dzień życia, wiele z nich najgorszy, a wielu nie sprawiał on żadnej różnicy. Tak czy inaczej, jego śmierć nie odbiła się echem na świecie. Był tylko kolejnym martwym ciałem, kolejną liczbą w statystyce. Ale co się działo u niego później?...

Później niestety nie było już nic...

Data:

 30.05.2013

Podpis:

 Ieshige

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=75101

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl