DRUKUJ

 

Stworól, czyli historia niemal prawdziwa

Publikacja:

 12-08-08

Autor:

 remi
http://www.empik.com/stworol-czyli-historia-niemal-prawdziwa-koczy-remigiusz,p1046146804,ksiaz
ka-p

Niespodzianek

Gdyby to była ona, powiedzielibyśmy: niespodzianka, ale nie – z całą pewnością był to on.
Tego dnia upał doskwierał niemiłosiernie. Wszyscy bez wyjątku chlapali się miło orzeźwiającą wodą, a czyste błękitne niebo nie zapowiadało burzy ani deszczu. Nagły grzmot był zatem czymś więcej niż zaskakującym zjawiskiem. Tym bardziej że doszedł nie z góry, ale zza pobliskiego, obrośniętego kępą krzaków wzgórka. Cała czeredka pluskających się przyjaciół spojrzała po sobie z nieukrywanym zdumieniem.
– Co to? – pierwszy ocknął się Wrazidlak. Jakże mogło być inaczej, skoro jego ciekawość świata była silniejsza niż strach.
– O mamusiu! – jęknął Mamińcio i szeroko rozdziawił buzię.
– To na pewno coś strasznego – powiedziało z przerażeniem Jęczydełko. – Lepiej uciekajmy.
– A ja mam nadzieję, że to coś ciekawego – jak zwykle w takich sytuacjach stwierdziła Nadziejka.
– Ee… to na pewno coś strasznego – Mamińcio trzymał stronę Jęczydełka.
Nawijcio spojrzał na Myślaczka, ale tamten tylko wybałuszył oczy i chyba go zamurowało. Nawet Chichci zrzedła mina i nie było jej do śmiechu. Nawijcio zmarszczył czoło.
– A ja myślę… – powiedział wreszcie – że po prostu trzeba to sprawdzić.
– Nieee! – zaprotestowało Jęczydełko. – To na pewno niebezpieczne!
– Ja idę zobaczyć – stwierdził Wrazidlak. – A wy jak chcecie.
Wyszedł raźno z rzeki i cały mokrzusieńki ruszył na zbocze pagórka. Za nim popędził Nawijcio.
– Chi chi… – zaśmiała się, choć bez przekonania, Chichcia. – To nie… a może… Albo też idę! – zdecydowała w końcu po kilku niedokończonych myślach.
Chichcia, z powodu swej puszystości, miała trudności z dogonieniem kolegów. Wrazidlak z Nawijciem byli już blisko kępy krzaków, gdy niespodziewanie spomiędzy gałęzi wyskoczyli z wielkim wrzaskiem dwaj starzy znajomi: Straszniak i Źlok.
– Łaa… Aaa! – krzyczeli zgodnie i pędzili na złamanie karku w dół pagórka, wprost na podążających w przeciwnym kierunku ciekawskich. Ci odskoczyli na boki, by uratować się przed zderzeniem.
– Wy… – Nawijcio chciał wyrazić swój stosunek do sprawców zamieszania, ale tamci przemknęli obok jakby zaślepieni przerażeniem. Chichcia skuliła się niczym wielka piłka, zmuszając tym napastników do zmiany kierunku.
Wrazidlak zrobił głupawą minę, jak w chwilach, kiedy sytuacja przechodzi wszelkie pojęcie. Przez chwilę był pewien, że to właśnie oni mieli zamiar ich nastraszyć, ale teraz nic już z tego nie rozumiał. Patrzył przez chwilę jak Źlok, najokropniejszy złośliwiec w okolicy, w nieopisanej panice forsuje rzeczkę, po czym z niepewnością zwrócił się ku krzakom.
– I co? – spytał towarzysza.
– Noo… – tamten nie miał pojęcia, co odpowiedzieć. – Może jednak lepiej będzie, jeśli zawrócimy.
– Yyy! – głośno i wyraźnie dobiegło zza kępy. Nie był to straszny głos, ale raczej jakby zbolały, cierpiący.
Wrazidlak przestał się wahać. Zdecydowanie, choć nie bez ostrożności, po kilku krokach wcisnął się pomiędzy gałązki krzewów. Nawijciowi na razie nie starczyło odwagi, więc postanowił chwilę odczekać.
– Kto… kto… ktoś ty? – usłyszał, po krótkiej i mrożącej krew w żyłach chwili, wielce zdumiony głos Wrazidlaka. Odpowiedź nie padła, zamiast niej Wrazidlak z całej mocy zawołał:
– Cho… chodźcie mmi pomóc!
Wszystkie dzieci zebrały się w ułamku sekundy. Niedaleko szczytu pagórka, pomiędzy krzakami był nieduży krater, a w nim… wielka plątanina sznurków, połamanych listewek, kłębiący się błyszczący materiał, coś jakby ułożone w walec, nieco dymiące się rurki i pomiędzy tym wszystkim – jakaś dziwaczna postać. Miała pełno piór, białych i szarych jak gołąb, ale nie było widać skrzydeł, lecz ramiona i nogi. Za to przynajmniej kilkanaście niewielkich skrzydełek wystawało z ciemnej skóry głowy, a z pleców wyrastał ptasi ogon. Twarzy nie było. To znaczy na razie nie było jej widać, gdyż przybysz leżał w tym bałaganie plecami do góry.
Grupka otoczyła krater ciasnym kręgiem.
– Ja nie mogę! – powiedział Mamińcio, wybałuszając oczy. – Kto to?
– Nic nie powiedział – odrzekł Wrazidlak – i nie odpowie, dopóki go stamtąd nie wyciągniemy.
– Tak, trzeba mu pomóc – zgodziła się Nadziejka. – Mam nadzieję, że żyje i nic mu się nie stało.
– Myślę, że macie rację, ale trzeba być ostrożnym – powiedział Myślaczek. – Może jest niebezpieczny.
– Tak, tak – Jęczydełko pokiwało swoją małą główką. – Na pewno jest niebezpieczny. Widzieliście przecież, jak Straszniak i Źlok uciekali. Może coś im zrobił?
Ta myśl zrodziła obawę przed dalszym działaniem. Wszyscy popatrzyli na Jęczydełko.
– Chyba tylko tyle, że prawie na nich spadł – stwierdziła z pewnością w głosie Nadziejka. – Popatrzcie tylko, stoimy i gadamy, a ten nieszczęśnik potrzebuje naszej pomocy.
– Właśnie, choćby dlatego, że tak bardzo przestrasznił Straszniaka i Źloka. Na pewno znowu coś knuli przeciw nam – dodała Chichcia i klasnęła w dłonie.
– Tak! – zawtórował Myślaczek. – Ratujmy tego dziwnego Stworóla!
Teraz wszyscy spojrzeli na niego.
– No… co tak patrzycie? – spytał speszony.
– Ratujmy Stworóla! – dołączyli chóralnie pozostali.

Przemiana

Wyciąganie nieszczęśnika z dołka nie było takie proste, jak się na początku wydawało. Najpierw mnóstwo czasu zabrało im wyplątanie Stworóla z gmatwaniny sznurków, połamanych listewek i strzępów błyszczącego materiału. Jego ciało okazało się w dodatku niesamowicie ciężkie. W porównaniu z największym z całej czeredki Wrazidlakiem, przybysz z przestworzy był olbrzymem. Wspólnym wysiłkiem i z wielką ostrożnością, by nie zadać jakiegoś bólu, wydobyli opierzonego dziwaka na miękką połać mchu rozrośniętego tuż obok krzaków.
Potem zapadło pełne zadumy milczenie. Nie dość, że nigdy jeszcze nie ratowali nikogo z takiej opresji, to jeszcze ten wygląd… Pióra, skrzydełka, wielkość – wszystko było niepospolite, również twarz. Jak dotąd nie mieli okazji widzieć takiej bujnej, długiej i czarnej brody. Na oczach Stworól miał wielkie gogle, które opierały się na wydatnym nosie. Upadek pozbawił nieszczęśnika przytomności, ale widać było, że oddycha i nigdzie nie dostrzegli najmniejszej kropli krwi.
– Czy nie lepiej byłoby udać się po jakąś pomoc? – spytał Myślaczek. – Przecież mógł sobie coś złamać.
– No, tak. Od tego trzeba było zacząć – przyznał Nawijcio. – Ale po kogo możemy pójść?
I już zaczęli licytować się, kto powinien pójść i po kogo, gdy nagle ofiara lotniczej katastrofy głośno sapnęła. Wszyscy aż odskoczyli.
– Yyy! Jaah! – „powiedział” Stworól, po czym otworzył szeroko oczy i szybko zamrugał powiekami, tak jakby poraziło go światło słońca.
Mamińcio natychmiast dał nura w krzaki, Chichcia klapnęła na trawę, a Jęczydełko jęknęło tylko pod nosem i ukryło twarz w dłoniach.
– Budzi się! – niemal krzyknęła z radości Nadziejka. Wrazidlak zagryzł ze zdenerwowania wargi i zrobił pół kroku do przodu. Z drugiej strony to samo zrobił Nawijcio. W końcu przecież chcieli, żeby się obudził.
– Jak się… waszmość czuje? – spytała nieśmiało Nadziejka, uśmiechając się przy tym najmilej jak tylko potrafiła.
Stworól, wciąż leżąc, naprężył się niczym kot, który właśnie wstał z zapiecka, po czym wstrząsnął całym swym wielkim ciałem i powolutku usiadł.
– Chyba nic mu się nie stało – z wielką ulgą odetchnęła Nadziejka.
Stworól spojrzał na nią zza swych okularów wytrzeszczonymi oczyma, po czym znów szybko zamrugał. Widać było, że jest nie mniej zdumiony ich widokiem niż oni jego. Potrząsnął głową, jakby chciał się przebudzić, i zdjął okulary.
– Jappa dzia na pach dumbu – powiedział, patrząc na nią ze zbolałym wyrazem twarzy.
– Proszę? – spytał Nawijcio.
– Nanu, ojek me nenage klepse he mampa? – nieznajomy zmarszczył czoło i szeroko otworzył usta. Najwyraźniej on również był zaskoczony zaistniałą sytuacją.
– Proszę wybaczyć, ale nie rozumiemy ani jednego słowa – próbowała wyjaśnić Nadziejka.
– Ooo, nawe retu fyto laspe bawe! – przybysz niemal krzyknął. Jego twarz wyrażała teraz straszny smutek. Widać było, że bardzo ciężko przeżywa katastrofę, choć jakimś cudem nie został chyba w ogóle ranny. Po krótkiej chwili uniósł się, jakby chciał wstać, ale zaraz uklęknął i zadarł głowę ku niebu. Wszyscy spojrzeli po sobie z wyrazem zdziwienia. Stworól z zamkniętymi oczami szeptał coś, a z jego oczu płynęły łzy. Mijały chwile, a on z wielkim przejęciem mówił i mówił, momentami wznosił ręce i zanosił się płaczem, po czym kłaniał się aż do ziemi, podnosił się i znów szeptał swoje niezrozumiałe słowa.
Wrazidlak odciągnął Nawijcia na bok.
– Rozumiesz coś z tego? – spytał po cichu.
– Nic a nic – Nawijcio wzruszył ramionami. – Może ten upadek mu jednak zaszkodził… no wiesz… na głowę?
Popatrzyli sobie prosto w oczy. Taka ewentualność mogła grozić wieloma nieprzewidywalnymi następstwami. Wrazidlak zaczął obgryzać paznokcie.
– Oon mmoże być… nieeebezpieczny – wyjąkał łamiącym się głosem.
– Popatrz!
Nawijcio kiwnął brodą, wskazując na Stworóla. Ten nieoczekiwanie wstał i powolutku podszedł do dołu, gdzie leżała jego połamana machina latająca. Stał tam momencik, przyglądając się szczątkom, po czym zszedł do dołu i zaczął grzebać w stercie listewek i materiału. Przez chwilę przerzucał wszystko raz w jedną, raz w drugą stronę, po czym zamarł w bezruchu. Z jego oczu popłynęły nowe łzy, ale jakby inne, pozbawione rozpaczy. Na twarzy pojawił się jakiś dziwny przebłysk radości, a usta wypowiadały potok szybkich słów. Nieznajomy olbrzym schylił się i powolutku, z namaszczeniem podniósł jakiś mały przedmiot. Dzieci zbliżyły się, by zobaczyć, co to takiego. Stworól usiadł na brzegu dołu. W ręku trzymał jakieś zawiniątko, które – pociągając nosem – ostrożnie rozwinął. Wszyscy z napięciem patrzyli na jego wyciągnięte dłonie, w których spoczywała niewielkich rozmiarów, oprawiona w skórę… książeczka. Stworól zdjął z głowy swą cudaczną czapkę ze skrzydełkami i palcami rozczesał czarne, gęste włosy.
– Książka! – głośno wyraziła swe zdziwienie Nadziejka.
– Książka… – powtórzył Mamińcio nieco zawiedzionym tonem.
– Ale o czym? – spytała Nadziejka, patrząc na radość przybysza. – Ja nigdy nie cieszyłam się tak z żadnej książki. A on, sami widzicie…
– Może to instrukcja budowy latających maszyn – powiedział po chwili zastanowienia Nawijcio i wypiął pierś, jakby był dumny z tego, co wymyślił. Rozejrzał się dokoła, a Mamińcio kiwnął potakująco głową.
– Noo… na pewno – podchwyciła ten pomysł Chichcia – cieszy się z tego, że zbuduje sobie nową maszynę i odleci na niej do domu.
– Jestem ciekaw, jak to się robi – powiedział Wrazidlak, ale następne słowa uwięzły mu w gardle, gdyż z przybyszem zaczęło dziać się coś dziwnego. Stworól, po przeczytaniu jakiegoś fragmentu swojej książeczki, wyszedł z dołu i z uśmiechem patrząc w niebo, zaczął śpiewać głosem tak pięknym i przejmującym, że z wrażenia wszyscy pootwierali buzie. Nie rozumieli z tych słów zupełnie nic, ale ich nieznana treść rozlewała w głębię ich serc jakieś zadziwiające ciepło i pokój, coś, czego nigdy jeszcze nie doświadczyli.
– Jak pięknie… – powiedziała Nadziejka, wyrażając tym odczucia ich wszystkich.
– Pięknie… – potwierdził Wrazidlak i całkiem zapomniał o swoich dotychczasowych podejrzeniach.
Stworól unosił ręce ku niebu i wyglądał w swoim stroju jak wielki, dziwny ptak, który ma zamiar zaraz unieść się w przestworza. Dzieci otaczały go teraz szerokim kołem, słuchały i patrzyły. Melodia płynęła dźwięcznymi tonami bez najmniejszego nawet fałszu, to wzbijając się na szczyty, to znów nurkując w doliny. Na policzkach śpiewaka znów pojawiły się łzy, ale widać było, że są to łzy szczęścia. Jego twarz zaczęła zmieniać swój wygląd. Początkowo wydawało się, że to tylko złudzenie, ale po chwili nikt nie miał wątpliwości – skóra poczęła jaśnieć dziwnym blaskiem, a broda i włosy… zmieniać swój kolor… z czarnego – na zupełnie biały!
Dzieci patrzyły pełne zdumienia na to, co działo się z tym przedziwnym człowiekiem, i nie wierzyły własnym oczom. Stworól znów upadł na kolana i otworzył książeczkę, po czym nagle oderwał wzrok od liter i drugi raz wskoczył do dołu, by z wielką energią przekopać szczątki maszyny. Wszyscy otoczyli go teraz ciasnym kołem. Po chwili Stworól znalazł to, czego szukał. Drugie zawiniątko było sporą paczką, którą – tak jak poprzednią – otworzył z wielkim namaszczeniem. Jej zawartością okazało się ubranie: długa, sięgająca stóp biała szata, równie długi i biały płaszcz z wielkim kapturem oraz sandały. Z całą pewnością było mu potrzebne jakieś ubranie. Strój ptaka wyglądał jakoś mało poważnie, a właściwie… bardzo dziwacznie.
Stworól wyskoczył z dołu niczym wypuszczona z łuku strzała i podskakiwał jak małe dziecko, które właśnie otrzymało upragnioną zabawkę. Śmiał się, krzyczał z radości
i kręcił się w kółko. Niespodziewanie złapał Nadziejkę i zakręcił z nią długiego młynka. Postawiona na ziemię zachwiała się i klapnęła na trawę.
Stworól powiedział coś do niej w swoim języku, po czym rozpiął sprzączki ptasiego stroju i żywo gestykulując, poprosił, by pozwolili mu się przebrać. Zrozumieli. Kiedy na powrót się odwrócili, nieznajomy wyglądał zupełnie inaczej. Nigdy nie widzieli takiego stroju – był dziwny, ale piękny!
Stworól znów zaczął śpiewać. Wznosił twarz i ręce ku niebu, a z jego ust płynęła nowa melodia. Niezrozumiałe słowa wnosiły w serce każdego dziecka odczuwane już ciepło, napawały nadzieją i stawały się czymś nad wyraz przejmującym. Zupełnie nieoczekiwanie dzieci zaczęły rozumieć śpiew ich gościa:

Jak dobry jest mój Król, Szybko się nie gniewa.
Dobry jest dla wszystkich i miłościw. Niech uwielbią cię, Królu, poddani twoi,
Wierni twoi niech cię wywyższają!
Niech rozgłaszają chwalę królestwa twego
I niech rozsławiają potęgę twoją, Aby poznały ludy wielkość twoją I wspaniałość królestwa twego!
Królestwo twoje to monarchia wieczna, A panowanie twoje nigdy się nie kończy.
Król podtrzymuje wszystkich upadających i pomaga wszystkim słabym.
Oczy moje w tobie nadzieję mają, a ty mi dajesz pokarm zawsze, gdym głodny.
Otwierasz rękę swą i nasycasz mnie do woli.
Bliski jest Król wszystkim, którzy go wzywają, Wszystkim, którzy go szczerze wołają.
Spełnia prośby tych, którzy go szanują, a wołanie ich słyszy i ratuje.
Król pilnuje każdego, kto go miłuje, więc niech usta moje głoszą chwałę Króla.

Wrazidlak spojrzał na Nawijcia, ten na Nadziejkę, Nadziejka na Chichcię, a ta na Mamińcia. Jęczydełko stało z rozdziawioną buzią i patrzyło wielkimi wytrzeszczonymi oczami.
– Ja… rozumiem – wyszeptało ledwo słyszalnie.
– Ja też… – powiedziała Nadziejka.
– I ja – przyznała Chichcia.
– To ci dopiero… – Nawijcio nie mógł już nic powiedzieć.
Stworól klasnął w dłonie i zatupał z radości.
– Chwała niech będzie Tobie, mój Królu! – niemal krzyknął i wszyscy znów to zrozumieli. – Nazywam się Herold!

http://www.szaron.pl/product_info.php?products_id=6012

Data:

 2012

Podpis:

 Remigiusz Koczy

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=72823

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl