DRUKUJ

 

Boże jaki żal

Publikacja:

 12-01-28

Autor:

 pandekadent
Nieprzyjemny poranek, nieprzyjemny, zimny, deszczowy, wrześniowy poranek. Poranki takie jak te nigdy nie należą do przyjemnych, zwłaszcza budzisz się brudny, zarośnięty, skacowany, z podejrzeniem towarzystwa własnych torsji i gdy masz tylko ochotę zacisnąć pętle na szyi.
Tak właśnie obudził się po raz kolejny, a zdarzało mu się to coraz częściej, co go ani nie cieszyło, ani nie martwiło. Był na to zbyt martwy wewnętrznie i zbyt skacowany. Po prostu się obudził powoli próbując ślamazarnie orientować się gdzie jest, kim jest, co robił wczoraj w nocy, czemu tu jest i dlaczego jak zwykle doprowadził się do takiego upodlenia. Pierwsza myśl – nie jest na izbie wytrzeźwień, stwierdził to z prostego powodu, nie był czysty, nie czuł, że ktoś go smagał wodnym biczem nocą, nie jest w żadnym pokoju, a otoczenie bardziej przypomina dworzec. Drogą eliminacji doszedł też do tego, że nie jest też w swoim mieszkaniu, mimo iż smród i bałagan mogły się zgadzać. Próba szeregowania doznań nie pomagała mu w ogólnym ogarnięciu. Ławka, na której spędził chyba noc (bo tego nie mógł być pewien) nagle zrobiła się za ciasna, a grawitacja zimnego gruntu pod ławką nagle stała się o wiele większe niż przyśpieszenie grawitacyjne na Ziemi. Lot nie był przyjemny, nie mógł być przyjemny, wylądował obok swoich (chyba, bo tego też do końca nie mógł wiedzieć) wymiocin.
Spadł na plecy, ból kręgosłupa to tylko kolejny dodatek do litanii jego nowych jak i starych bolączek. Oczy paliły go żywym ogniem, każdy dźwięk wwiercał się w głowę niczym wiertarka ze złoconymi nasadkami, mózg nawet bez całej symfonii życia chciał wydostać się na zewnątrz każdym możliwym otworem, najbardziej chyba chciał zrobić to nosem, dlatego nie wiedział, czy to co z niego cieknie to zwykłe gile czy może jednak płyn mózgowo – rdzeniowy. Na twarzy liczne zadrapania, nie wiedział jak do nich doszło, mógł przypadkowo trafić na wściekłego tygrysa jak i była możliwość, że potrąciło go jakieś ogrodzenie. W ustach uczucie suszy przypominało mu, że coś wczoraj pił, ze względu na oczy był w stanie podejrzewać, że mógł być to denaturat z nalepką Tesco Value. W przełyku niestrawiony alkohol i resztki czegoś co mógł omyłkowo zjeść były gotowe nawilżyć żółcią jego zeschłą jamę ustną, w żołądku już szykowała się następna część przesyłki. Jelito grube z pęcherzem też chciały mu przekazać najlepsze pozdrowienia. Kontrolowanie tego w takim stanie wymaga nie lada wyzwania. Na trzeźwo niejeden miałby z tym problem, a co dopiero na ostrym kacu w pozycji leżącej. Tak więc skazany na porażkę musiał wybrać mniejsze zło, wybrał, że dołączy do nocnej kolekcji jego perturbacji żołądkowych następną część, już tą z teraz. Aby tego dokonać musiał nie lada się wysilić, wypadało oprzeć się na rękach, inaczej mógłby udusić się własną żółcią. Przekręcił się w lewo, potem jeszcze raz, tak że posadzka swoim zimnem studziła jego policzki, ta chwila nie mogła trwać wiecznie, wiedział, że gdy ręce nie zadziałają to będzie miał specyficzną maseczkę na twarzy.
Ręce zadziałały, a lepka maź o trudnym do określenia kolorze znalazła się na betonowej posadzce. Poczuł krótki moment ulgi. Ręce po wysiłku nie były w stanie podtrzymać ciała, za wolna reakcja mózgu nie pozwoliła na unik lub obrót, taplanie we własnych wymiocinach stało się przykrym faktem. Upadek dosłowny i w przenośni.

Trudno określić ile leżał w tym stworzonym przez siebie, zarzyganym rynsztoku. Pięć, może dziesięć minut. On gdyby mógł, potrafił i miał siłę nazwałby to wiecznością, albo chociaż każdą minutę traktowałby jak godzinę. Potrzeba znaleźć siły na odwrót w stronę słońca, szybko jak na siebie zorientował się, że nie osiągnie tego patrząc obolałymi oczami w swojego pawia. Nastąpił cały misterny proces fizyczno- psychiczny pod tytułem 'kurwa byle na plecy'. W końcu się udało, nad sobą miał dach, nie był jak już wcześniej stwierdził w budynku, był na dworcu, wiedział to, bo niczym młot pneumatyczny wbijający się kamień odgłos hamowania pociągu wbił się w jego płaty skroniowe.
Był zdecydowanie w zbyt złym stanie by zdecydować się na jakiejś śmielsze działanie niż próba powrotu na ławkę. Sam powrót na ławkę kosztował go mnóstwo energii. Nogi zatrzeszczały w stawach, były gotowe do podniesienia swojego właściciela, skrzywione w stawach, czekały na resztę ciała. Ale reszta nie chciała działać, a może nie tyle nie chciała, co kierowana przez mózg-uciekiniera nie wiedziała jak się podnieść. Koordynacja takich działań musiała być spokojna i wyważona, skacowani i pijani zawsze mają problemy ze wstaniem, trzeba przecież zdobyć się na dowodzenie wieloma jednostkami naraz. To wcale nie prosta bitwa. Postanowił ,że wyciągnie ręce do góry, spróbuje też podnieść głowę wraz kręgami szyjnymi, całość miała wyglądać jak robienie brzuszka, tylko z rękami do góry. Bolesny zawód jaki sprawił kręgosłup na swoich górnych odcinkach zamieniły całe działanie w najzwyczajniejszy kabaret.
Trzeba było przyjąć inną możliwość. Teraz to ręce miały wraz z nogami pomóc reszcie ciała. Udało się zająć pozycję siedzącą, teraz to już tylko podnieść się i usiąść na ławce. Rozochocone kończyny uporały się i z tym problemem przez co można było usiąść i ocenić swoją sytuację, a może bardziej ocenić pogorzelisko po wojnie.

Walka z potrzebami fizjologicznymi tak absorbowała jego umysł, że skupienie się na próbach nakreślenia jakiegokolwiek planu spisane były na przegraną. Aby umysł został oczyszczony należało pozbyć się balastu. Nie mógł zrobić tego w miejscu publicznym, już tak pewnie był gwiazdą filmików, które jutro oglądnie kilkaset tysięcy osób, tak pewnie był elementem niepożądanym i bulwersującym stare, wysportowane emerytki, które zawsze gotowe do walki chętnie by wypędziły z niego szatana, jednak dalej najbardziej palącym problemem była 'poranna toaleta'.
Skacowany człowiek, który na twarzy ma menu ze wczoraj, wyglądający jak kiepskiej jakości kloszard, który w głowie ma huragan Katrinę, może mieć poważny problem z odczytaniem znaków znajdujących się na dworcu. Wypadałoby zapytać kogoś o drogę do zbawiennego wypróżnienia, ale śmierdzący człowiek wyglądający na menela nie mógł liczyć na odpowiedź.
„Trzeba kierować się w najbardziej brudne i śmierdzące miejsce”. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić, zwłaszcza, gdy najbardziej odrażającym miejscem na dworcu jesteś Ty sam. Coraz większa potrzeba niszczyła ostatnie przytułki konkretniejszego myślenia, trzeba było podjąć natychmiast działania, jedyne co mógł teraz zrobić to próbować znaleźć podobnych do siebie. Zaczął swoimi obolałymi oczami nerwowo i powoli rozglądać się po dworcu za jego stałymi gośćmi.
Jeden z nich, siedzący między swoimi kartonami w starym, podartym swetrze, palił papierosa i pociągał coś fioletowego z butelki, mógł być to zarówno denaturat jak i śliwowica. Wg pokrętnych obliczeń jakimi się posłużył, ten kolega, obywatel menel był najbliżej niego. Niezwłocznie postanowił ruszyć w jego stronę.

Trudno jednak nazwać coś niezwłocznym gdy rodzi się w takich bólach. A podniesienie się z ławki mając na uwadze to, że zaraz jelito grube wraz z pęcherzem mogą przypadkiem eksplodować i to, że ból wbijał się w każdą z szarych komórek może okazać się nie lada wyczynem. Pokracznie wstał z ławki, w głowię szumiało niczym na plaży, a może to tylko ruszający pociąg wpłynął na jego błędnik w taki sposób, że aby złapać równowagę na stojąco, musiał wyciągnąć ręce w przód. Gdyby nie to, że wyglądał jak stary, spierdziały bum to można by pomyśleć, że zaraz zacznie tańczyć makarenę. Po doraźnym opanowaniu swojego organizmu ruszył do siedzącego w kartonach faceta.
Nie miał daleko, jednak mogło się wydawać, że stracił kolejną godzinę na dotarcie pod żulika. Ten nie wyglądał bardzo źle, siedział rozłożony w swoim tekturowym królestwie, na niemytej przez parę dni twarzy rysował się szelmowski uśmiech, w jamie ustnej brakowało 3-4 zębów, włosy były już dość przerzedzone i można uznać, że więcej było ich na brodzie niż na głowie. Gdy podszedł, menelik nie przerywając konsumpcji trunku, widząc, że ktoś zbliża się do niego i przynajmniej estetycznie jest do niego podobny, zaczął rozmowę.

Dzień dobry panie kolego – zachrypnięty głos wzięty niemalże z płyt Leonarda Cohena nazwał go kolegą, przez co można było świadczyć, że A. nie wyglądał na kierownika, B. był podobny do dworcowych włóczykijów.
Eeee, dzień dobry, nie wie pan gdzie tu jest jakaś ubikacja?,
Co?
Sracz, klozet, kibel, no wie pan,
Mów mi Zenek,
No dobrze..., a więc Zenek, gdzie mogę zrobić to i owo,
Zależy o co Ci chodzi,
Chodzi mi o dwie sprawy naraz,
To grubsza sprawa,
Sądzisz?
Tak myślę,
Cieszy mnie, że się zgadzamy, aleeee... wie pan... wiesz Zenek, ja nie mam czasu teraz na dyskusję, może po fakcie,
Normalni, dobrze ułożeni ludzie, robią to u babć klozetowych, musiałbyś zejść po schodach i dać w łapę tej starej jędzy, a za dwie sprawy to w ogóle byś przepłacił,
Ee...a gdzie to robią przegrani ludzie?
Widzisz tego toi toia? My to robimy tam, postawili go nam, chyba z łaski, bo urzędnicy się przestraszyli zasranego dworca, a tam mamy komfort, nawet nam to wszystko wywożą, po kilku...

Nie czekając na kolejne słowa potoczył się (bo trudno to było nazwać poszedł) do postawionego toi toia i po kilkunastu minutach, trochę żywszy, jednak dalej z ogromnym bólem głowy opuścił to jakże, dziś szczęśliwe miejsce i potoczył się (bo dalej nie można nazwać tego krokiem normalnym) do żula, który niemal ocalił mu życie.

Dziękuję, eee... za przysługę,
Nie ma za co, my ludzie ulicy musimy se pomagać, co nie,
Alee, ja nie jestem z ulicy,
Przepraszam, że sugerowałem się twym dość niecnym wyglądem – w tym momencie Zenek się zakrztusił i wylał na siebie końcówkę czegoś co pił. - Szkoda trunku. Mistrzu nie masz to jakichś drobnych?

Przeszukując kieszenie nie liczył na drobne, nie wiedział właściwie na co ma liczyć przetrząsając własne kieszenie, nie spodziewał się też za wiele pieniędzy, kac-dedukcja pozwoliła mu tylko na jeden szybki wniosek, że skoro tak wygląda, to pewnie pił coś, może nawet palił, a że musiało łączyć się to z kosztami, przypuszczał, że to czym śmierdzi (bo śmierdział – ten fakt stwierdził już wcześniej) to nie smród pieniędzy. Efektem poszukiwań okazało się jednak 20 groszy, którymi postanowił podzielić się ze swoim chwilowym kompanem.

Dobre i to – nietęga mina, nie przedstawiała radości, było to bardziej zmieszanie z rozczarowaniem, chociaż trudno było wyczuć, żul nie grzeszył mimiką twarzy, tak samo jak higieną i schludnym ubiorem. - W ogóle, jak Ty się znalazłeś tutaj, co?
To właśnie chciałbym ustalić, ale moja pamięć jest chwilowo zawodna,
A imię chociaż swoje znasz?
Imię...
No tak imię, imię, wiesz o co chodzi, jak na Ciebie wołają, nie wiem koledzy, czy tam rodzina, no wiesz stary o co mi chodzi,

Wiedział, przynajmniej tak mu się zdawało, że wiedział o co chodzi, ale nie był w stanie teraz przypomnieć sobie własnego imienia, co gorsza jego otoczenie, które teraz było jak rozmazana plama, o ile dobrze sobie przypominał, a mógł mieć oczywiście z tym problem nie wołało na niego po imieniu.
Czy to tak istotne w obecnym momencie?
Dla mnie pewnie i nie, ale wiesz, czasem warto wiedzieć kim się jest, to takie jak to mawiają... praktyczne, nie sądzisz?
Yyy, eee, no tak, tożsamość przede wszystkim,
No to może zdradzisz mi swoją,
Mam chwilowy problem z jej ustaleniem,
To może jakiś plastik przy sobie masz, którego może nie przepiłeś. Chociaż patrząc na Ciebie...
Dobrze, że chociaż pa... Ty jesteś gustowny...

Kończąc zdanie rozpoczął przedukiwanie swoich otworów w ubraniu w poszukiwaniu utraconej tożsamości. Przeszukał kieszenie raz jeszcze, wcześniej szukał ich pod kątem monet bądź banknotów, przez co jego skacowany umysł wyłączył wtedy możliwość rozpoznawania innych kształtów, które wtedy uznawał za nieprzydatne. Z kieszeni wyjął bardzo sfatygowaną legitymacje studencką, problem polegał jednak na tym, że nie mógł odczytać z niej swojego imienia, smutny traf chciał, że najważniejsze dane, które miały przywrócić mu jego życie były zatarte. Tożsamość Bourne'a pomyślał. Rozmyślania nad tożsamością przerwał Zenon:

Mam nieporządek w domostwie, ale uwal się jak u siebie,
Dzięki, trochę źle się czuję,
Rozumiem, rozumiem. Imprezka była?
Jakby Ci to, nie wiem czy była imprezka, w każdym razie, czuje się jakby mnie walec drogowy przejechał i ktoś okładał łopatą po głowie, a obok tej głowy cały czas startuje jakiś samolot. Źle się czuję, mam wrażenie, że osiągnąłem kolejny poziom staczania się życiowego.
Ale masz tego świadomość, to chyba plus...
Jesteś strasznie bystry jak na menela śpiącego w kartonie,
Ludzie są chorzy, wyrzucają książki do śmieci obok dobrego jedzenia, ale dzięki temu, dojadam i dokształcam się,
Brzmi jak opowieść o samotnym mędrcu, który przemierza odległe kontynenty i naucza.
I śpi w kartonach, zapomniałeś dodać.
Ta rozmowa wykracza poza granice poznania mojego kaca.
Poza jego granice wykraczają i o wiele prostsze rzeczy.
Nie musisz mi mówić,
Ale chcę.

Po ostatnim zdaniu zapanowała nagła, niczym nieokiełznana cisza, nasz bohater czuł, że odnosi sukcesy, ręce i nogi wróciły do całkowitej sprawności, pęcherz i jelita nie domagały się nagłej opieki. Oczy mimo wszystko dalej bolały go jak cholera, a w głowę może nie wwiercało się wiertło ze złotą nasadką, ale jakiś młoteczek na pewno mu gwoździe w łeb wbijał. Poczucie powolnego przejścia z fazy ostrego delirium w fazę zamulenia doprowadziło go do swoistej euforii, o ile można mówić o euforii w jego sytuacji. Rozochocony zaczął zastanawiać się w jaki sposób jego marna egzystencja wylądowała na dworcu, który na dodatek nie przypominał dworca, który mógłby uznać za znany jego osobie (chociaż w jego stanie mógłby nie poznać własnego domu). Ten był jeszcze brzydszy, brudniejszy, a po posadzce walały się jakieś wymiociny, być może to jego własne, ktoś mógł wdepnąć przypadkiem i roznieść jego materiał genetyczny, jednak to już nie było na tyle ważne, by próbować skupić swój zmalwersowany organizm na tym procederze. Rozglądał się tępym i pustym wzrokiem po dworcu, mając wyjęte z ostatnich dni parę ładnych skrawków życia. To wszystko było za ciężkie, za gęste, za trudne, jego kac nie chciał zajmować się sprawami doczesnymi w tym sensie.

Masz coś na brodzie – menel przerwał nagle jego proces dogłębny proces myślowy.
Te zdanie przypomniało mu to, że miał bliskie spotkanie z produktem swoich wnętrzności na zimnej posadzce zaraz po pobudce.
Faktycznie, zapomniałem o tym – zaczął intensywnie jak na swój stan poszukiwać czegoś czym mógłby próbować wytrzeć swoją twarz, jednak zważając, że był po pierwsze niemal całkowicie uwalony swoim 'ja' wprost z wątroby oraz po drugie zważając na miejsce w którym obecnie przebywał,a był to podręczny domek składany z kartonu produkcji chińskiej rozsiadł się jeszcze bardziej pokracznie niż przed kilkoma minutami, po czym stwierdził, że jest bardzo, ale to bardzo zmęczony

Gdy po raz kolejny obudził się na dworcu nie mógł uznać, że już druga pobudka w tym miejscu jest lepsza. Właściwie mógł jest porównać, który moment przebudzenia bardziej beznadziejny, czy nieład w żołądku jest gorszy niż nieład w głowie. Czy proste potrzeby fizjologiczne są o wiele bardziej pilne niż potrzeby umysły. A jeżeli bardziej pilne to czy nie jest ich przypadkiem łatwiej załatwić. Dzisiejszego dnia na pewno nie był w stanie dojść do jakichkolwiek wniosków. Jednak postanowił po raz kolejny wstać i tym razem podjąć wyzwanie dnia i odzyskania tożsamości – na dobry początek.
Jak się okazało i tym razem wstawanie nie było prostym zajęciem. Leżał w bardzo pokraczny sposób. Na lewym boku, wręcz idealnie wpasowany w karton po dużych telewizorach starego typu, pijaczki już dawno narzekały na telewizory LCD, których nie idzie użyć jako domku jednoczęściowego. Aby być bezdomnym trzeba teraz nauczyć się budować. Przynajmniej z tektury. Jednak te wolne przemyślenie oddaliło się tak szybko jak chęć do powstania na w miarę równe nogi.
Początkowo stwierdził, że lepszą pozycją do startu będą plecy, mógł to stwierdzić po nieudanym starcie numer jeden, który zakończył się bardzo nieprzyjemnym finiszem prosto w poalkoholowy ferment. Gdy już znalazł się na plecy potrzebował czegoś do uchwycenia się rękami. „Poręcz w domku z tektury, jasny umysł kurwa mać”. Gdy tak pomstował na swój przepity mózg, do tekturowej posiadłości powrócił Zenek, który zastał swojego gościa w dość ciekawej pozycji:
Kołyskę robisz?
Bardzo śmieszne, może byś mi pomógł – po czym nakierował swoje wyprostowane ręce w bezdomnego,

Data:

 2010

Podpis:

 DK

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=71121

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl