DRUKUJ

 

Drzewo

Publikacja:

 04-06-09

Autor:

 A.S.
Nie mam pojęcia jak dałam się namówić na ten rodzinny zjazd. Odkąd wyprowadziłam się z domu, nie miałam czasu na takie sprawy. Zajmowała mnie praca i cieszyłam się, gdy spotykałam się z nimi na Boże Narodzenie, a teraz... No cóż, pod natłokiem zajęć nie mam zbyt wiele czasu na odwiedzanie rodzinki, czas najwyższy przypomnieć sobie ten beztroski nastrój rodzinnych zjazdów. Wciąż nie będąc pewna, czy dobrze robię, zostawiając kota pod opieką sąsiadki zamykałam ostatnią walizkę. Cierpliwie czekałam na telefon, że mam schodzić na dół, jako, że byłam rodzinnym dziwolągiem i w wieku dwudziestu ośmiu lat wciąż nie posiadałam męża, ani nawet samochodu, co w ogóle dyskwalifikowało mnie w rodzinnym konkursie na najbardziej udanego wnuka babci. Z powodu braku dwóch fundamentalnych rzeczy w życiu kobiety, byłam skazana na łaskę mojego brata, który lada chwila miał się zjawić swoim fiatem punto. On również nie posiadał jeszcze żony, ani dzieci i dlatego to jego wydelegowano po mnie. Nie byłam zachwycona tym pomysłem, ponieważ nigdy nie mogliśmy się porozumieć, nawet w dzieciństwie. Być może byliśmy za bardzo do siebie podobni. Nie wiem. Dalsze moje rozważania zostały brutalnie przerwane dzwonkiem. Nawet listonosz nie dzwoni do mnie tak ostro, ale Maciek jak zwykle nie jest zbyt subtelny. Raz dwa, otwieram drzwi i przyoblekam się w najsłodszy z moich uśmiechów, oto ja, twoja skromna i cnotliwa siostrzyczka.
- Cześć Anka! Gotowa? Co mam znosić?- No tak, Maciej wyglądał olśniewająco, życie niebieskiego ptaka służy mu. Ciekawe, kto tak dokładnie prasował te jego szare koszule? Nie zdążyłam zapytać, bo już siedziałam w samochodzie i zapinałam pasy.
- I co tam u ciebie? Słyszałem, że twoja najnowsza książka to klapa?- Cholera, wysiadam- Nie przejmuj się. Moim zdaniem to wina kompletnego braku promocji. Z kim ty w ogóle pracujesz? Gdyby nie internet, nigdy bym nie wiedział, że znowu coś twojego wydali. A tak wszedłem na twoją stronę internetową...
-Ale ja nie mam strony internetowej!- Wreszcie udało mi się coś wtrącić, bo moje zdziwienie było obecnie większe niż biust Cioci Anieli. Nie spodziewałam się ataku z tej strony. Byłam przygotowana na żarty z powodu mojego zawodu (według mojej rodziny na szacunek zasługiwali jedynie lekarze, księża i rolnicy), mojego stanu cywilnego i ogólnie moich zainteresowań, ale nie z TEGO powodu. O tej porażce nie wiedział nikt z moich znajomych, albo dobrze to ukrywali, żeby mnie nie pogrążyć. Westchnęłam.
- Spoko siostra nikomu nie powiedziałem. I masz stronę, jakiś fanklub, czy coś... Bez względu na to co powiedzieli krytycy, niektórzy cię naprawdę kochają- Zaraz go uściskam.
- Faktem jest że niektórzy są całkowicie kopnięci, ale przecież za twoje książki płacą. Wyobraź sobie że jest tam parę lesbijek które piszą o tym jak to w swoich powieściach cudownie opisujesz ich problemy, jak to je rozumiesz i w ogóle, same achy i ochy- Tylko się uśmiechnęłam. Nie chciało mi się już z nim rozmawiać. On się naprawdę nigdy nie zmieni. Ma to po ojcu. Przez całe życie czekałam bezskutecznie na cudowną przemianę ojca, modliłam się żarliwie w jego intencji i co? I gówno. Zmarł na marskość wątroby, robiąc nam i matce wielką przysługę. Panie świeć nad jego duszą. Ale Maciej nie pił, tylko miał ten okropny zwyczaj walenia wszystkiego prosto z mostu. Chociaż to też miało czasami swoje dobre strony. Pamiętam minę ciotki Anieli, gdy Maciej powiedział jej że wygląda jak najlepsza krowa Dziadka. Maciej dostał w ucho, co było całkowicie niesprawiedliwe, bo wszyscy tak uważali, tylko, ze on jeden miał odwagę powiedzieć to głośno. Ciotka Aniela była najważniejszą i najbarwniejszą postacią w naszej rodzinie. Nikt do końca nie znał ciotki Anieli miała swoje tajemnice, dziadek po kryjomu nazywał ją starą czarownicą, potrafiła wykrakać najmniej spodziewane nieszczęścia, ale też potrafiła pomóc w najbardziej beznadziejnych przypadkach. To, że była taka wyjątkowa podkreślała na każdym kroku. Jej wygląd, sposób chodzenia, a najbardziej jej sposób ubierania się wzbudzał sensację. Za życia była nie tylko najważniejszą osobą w naszej rodzinie, ale także w całej wsi. Była brzydka jak noc. Wielka kobieta, o wielkim biuście, wielkich oczach, wielkim nosie, i największym pod słońcem sercem. Trudno jej było ukryć to serce. Maskowała je kwiecistymi sukniami, kolorowymi chustami i pasiastymi bluzkami. Na nic zdawały się jej zabiegi. Starała się ze wszystkich sił odstraszyć potencjalnych kandydatów na męża, ale mimo tej jej całej brzydoty, konkurentów do ręki było wielu, ale ciotka jak gdyby obraziła się na naturę za jej zewnętrzną brzydotę, zaparła się i za nic nie chciała spełnić swojego kobiecego obowiązku. Owszem zakochiwała się często, ale cała miłość przelewała na nas, na dzieciaki, swoich siostrzeńców, bratanków i chyba na wszystkie stworzenia poniżej metra pięćdziesięciu. Gdy szła po polnej drodze, było to wprost nieziemskie zjawisko. Jak afrykańska królowa dumnie kroczyła wzniecając kłęby kurzu swymi wielkimi, bosymi stopami (ciotka nigdy nie nosiła butów, w zimie po prostu, nie wychodziła z domu, siedząc przy piecu paliła fajkę i z kotem na kolanach komenderowała wszystkimi). Jej suknie nadymały się jak balon, a zad poruszał się jak wielki okręt na wzburzonych falach. Za nią ciągnął się orszak, chowających się w jej cieniu dzieciaków i psów, a pewnego lata, nawet owcy. Gdy siadała, aby odpocząć, na jej kolanach schronienie znajdowało co najmniej czworo z nas, a reszta siadała na kwiecistej płachcie sukni. Pot zbierający się nad jej górną wargą tworzył malutkie jeziorka, z którego nieraz korzystały muchy, albo inne owady. Uwielbiałam opierać głowę na jej biuście i wyłuskiwać z fałd materiałów i ciała bicie jej ogromnego serca. Serca, które było tak ogromne, że chyba każdy na świecie miał tam swoje miejsce i serca które z tego nadmiaru miłości, pewnego pięknego, upalnego dnia po prostu pękło.
Drzewa wzdłuż drogi stawały się coraz bardziej znajome. Zbliżaliśmy się do kresu naszej podróży. Przez ten czas dowiedziałam się o kolejnych sukcesach mojego cudownego brata. Od razu po skończeniu studiów dostał pracę w ekstra firmie, miał mieszkanie, samochód i perspektywy na karierę, tylko kompletnie nie miał czasu na stały związek. Dziewczyny za nim latały, a jakże! Był w końcu świetną partią, przystojny, w ciągu pierwszych pięciu minut potrafił oczarować po prostu każdą, tylko, że żadnej nie potrafił utrzymać przy sobie. Nie bawiła go pielęgnacja tej wspaniałej więzi łączącej ludzi o szumnej nazwie- miłość. Tylko ze to jego skakanie nie przerażało nikogo z naszej rodziny, każdy z uśmiechem przyklaskiwał jego kolejnym podbojom, w końcu chłopak ma czas, musi się wyszaleć. Za to nad moim przypadkiem każdy kręcił głową, wdała się w ciotkę Anielę, nic dobrego z tego nie wyjdzie. Dokładnie tak jak teraz. Właśnie próbowałam wyplątać obcas z mojej zbyt długiej sukienki, gdy ktoś ściskając mnie dosyć brutalnie wyszeptał, że do sąsiadów przyjeżdża syn, taki przystojny chłopak, koniecznie muszę go poznać, w końcu już najwyższy czas żeby rozejrzeć się za mężem. Jeszcze nie zdążyłam się ze wszystkimi przywitać a już zdążyłam wzbudzić u babci niesmak słowami: mi mąż nie potrzebny.
- Teraz nie, ale za parę lat będzie za późno- Zripostowała babcia rzucając mnie w ramiona dziadka, a ja z zazdrością spoglądałam na Maćka, który z uśmiechem przyjmował gratulację od naszej siostry Marzeny. W koło nich kłębiły się dzieci Marzeny i naszej kuzynki Hani, a także dwójka, których zupełnie nie kojarzyłam. W sumie czwórka dziewczynek i trójka chłopców, między nimi zawieruszyły się psy i w ogóle było bardzo wesoło. Udało mi się jakoś wyrwać z tego kotła i w asyście mamy usadzono mnie przy stole. Obiad przygotowano w sadzie, co zorganizowała Marzena niedoszła dekoratorka wnętrz, która spełniając marzenie mamy oddała się całkowicie życiu rodzinnemu. Nie mogłam tego zrozumieć. Marzena była piękna, miała talent i była najlepsza na roku, wszystko wskazywało na to, że będzie się realizowała gdzieś w Paryżu, a rzuciła to, wyszła za mrukliwego listonosza i zaczęła rodzić dzieci na masową skalę, jakby w odpowiedzi na prasowe doniesienia o zbliżającym się niżu demograficznym. Dlaczego? Nigdy nie odważę się o to zapytać. Odkąd na forum publicznym wyznałam, co czuję naprawdę po śmierci taty, rzadko ze sobą rozmawiamy, nie wspominając o zwierzaniu się. No cóż, była wymarzoną córką taty, a ja jedynie wypadkiem przy pracy. Byłam najmłodsza i to stawiało mnie na przegranej pozycji. Nie narzekam na brak miłości w dzieciństwie, miałam jej aż nadto, ale nigdy nie zapomnę, jak Marzena mi powiedziała, że gdy okazało się, że mama była ze mną w ciąży, o mało co a wyskrobała by mnie. Przeszkodził jej w tym ojciec przepijając wszystkie nasze oszczędności i mama nie miała za co jechać do miasta na zabieg. Gdy się o tym dowiedziałam, powiedziałam sobie, nie mam żalu o nic do matki, dobrze mnie wychowała, wiele dzieci mogłoby pozazdrościć mi dzieciństwa, broniła mnie przed ojcem, ale skoro już jestem na tym świecie, a o mało co by mnie nie było, to chociaż dobrze je wykorzystam. Nigdy w życiu nie zrobię nic wbrew sobie. Trzeba przyznać, że moje zachciewajki czasami były kompletnie bez sensu i dzięki nim zyskałam miano wariatki, ale mogę co rano spokojnie spojrzeć sobie w lustro i pogratulować konsekwencji.
Obiad był pyszny. Babcia jak zwykle sprawiła nam ogromną przyjemność i przygotowała tyle jedzenia, że cała wieś najadłaby się spokojnie, a nie tylko nasza skromna gromadka.
Najedzona rozejrzałam się. Obiad w tym miejscu to cudowny pomysł. Lekko zapuszczony sad wyglądał bardzo romantycznie. Drzewa dawały przyjemny cień, trawa chłodziła stopy, a zieleń sadu jeszcze świeża, niezmęczona upałami, uspakajała. Wiosna w tym roku była prawdziwą wiosną i nie było takich uciążliwych upałów. Anomalia w dzisiejszych czasach. Przez korony drzew przeświecało idealnie błękitne niebo. Dziadek i Maciej jako jedyni mężczyźni w towarzystwie po cichu ulotnili się. Młodsze pokolenie buszowało na podwórku, a mama, babcia i Marzena zaszyły się w kuchni z obronnym murem brudnych naczyń. Próbowałam pomóc, ale moje chęci, okazały się niewystarczające, żeby zostać przyjętą do elitarnego klubu mężatek. Moje staropanieństwo w tym momencie odczułam nie jako order samodzielności, ale jako piętno i zasiadłam na trawie pod drzewem w towarzystwie rozwódki, mojej kuzynki Hani. Hania była ode mnie sporo starsza i zawsze budziła mój podziw. Potrafiła tak wymanewrować, że robiła co chciała, a ciocia Kasia, siostra mojej mamy myślała że tego właśnie pragnie dla swojej córki. I nawet po rozwodzie mimo że ciocia Kasia walczy w szeregach Ojca Rydzyka i właściwie nie powinna uznawać rozwodów, poparła córkę i jak nadal mają ze sobą świetny kontakt.
- Jak Ty to robisz?- zapytałam między jedną truskawką, a drugą.
- Co?- Odpowiedziała nieprzytomnym głosem Hania, która grzała swe zgrabne ciało w słońcu.
- No, masz tak świetny kontakt z ciocią Kasią.
- Jaki znowu kontakt, o czy ty mówisz?
- Wiesz, ciągle się spotykacie i tak dalej...-Ciągnęłam coraz mniej pewnym głosem. Hania odwróciła twarz od słońca i spojrzała na mnie ironicznie.
- My nie mamy ze sobą żadnego kontaktu.
- Jak to! Przecież po rozwodzie mieszkałaś u niej, byłyście razem nad morzem...
- Co ty w ogóle opowiadasz- westchnęła- matka po prostu nie wie że się rozwiodłam. Ona nic nie wie. Słucha tylko tego swojego radia i modli się o pomoc dla całego świata, a własnej córce nie chciała pomóc. Mieszkałam u niej, ale myślała, że nie chcę być sama, po wyjeździe Marcina, do Niemiec, na zarobek.
- Marcin wyjechał do Niemiec?- zapytałam naiwnie.
- Tak, tylko, że nie na zarobek, a do tej swojej suki co to jej dziecko zmajstrował
Cień smutku rozsiadł się na jej opalonej twarzy. wyglądała teraz prawie jak babcia.
- Na początku próbowałam mówić mamie, że coś jest nie tak, sygnalizowałam, że Marcin ma kochankę i oczekiwałam jakiejś rady, albo chociaż zwykłego, wszystko będzie dobrze, czy coś w tym guście, otrzymałam jedynie ochrzan, że wymyślam, żebym bardziej o niego dbała i modliła się do Boga...- Łzy zaczęły moczyć jej dekolt. Jak urzeczona patrzyłam w te nierówne ścieżki kończące swój bieg w ciemnym zakątku między piersiami, gwałtownie teraz falującymi w rytm niemego łkania. Byłam przerażona. Ciocia Kasia taka zawsze dobra, łagodna, taka rozsądna, miała nie pomóc własnej córce? Nie mogłam w to uwierzyć. Przez te wszystkie lata patrzyłam na nie jak bohaterki telewizyjnego serialu dla całej rodziny. Świetnie się rozumiały i zawsze mogły na siebie liczyć. Przytuliłam Hanię do siebie.
Patrzyłam na gwiazdy i zastanawiałam się nad tym co mi powiedziała Hania. Chyba nie znam swojej rodziny. Ja do niej w ogóle nie pasuję. Nie spełniłam oczekiwań mamy. Zaczęłam sobie przypominać, ekscesy taty. Był alkoholikiem, ale tylko ja potrafiłam powiedzieć to na głos. Ja i Maciej. On też walił zawsze z grubej rury. Już wiem dlaczego tak mama się złościła na niego i na mnie gdy nazywaliśmy rzeczy po imieniu. To burzyło porządek egzystencji naszej rodziny. Po każdej prawdzie wypowiedzianej głośno, ściany naszego życia rodzinnego chwiały się niebezpiecznie. Odkąd zmarła Ciotka Aniela, łączyły nas te zjazdy rodzinne, które kiedyś były takie radosne, a teraz coraz bardziej naciągane. Już wiem, dlaczego organizowane były coraz rzadziej. Bo każdy z nas zbyt był pochłonięty swoją cichą rozpaczą, żalem do życia o niespełnione marzenia. To bolesne patrzeć, jak dzieci dorastają i zamiast spełniać oczekiwania rodziców stają się coraz bardziej okrutne w wydawaniu osądów, wysiłki rodziców stają się żałosne, ich miłość wstydliwa, a próby wychowywania śmieszne. - Mama teraz się liczą pieniądze i kariera- przypomniałam sobie słowa Justynki, córki Marzeny, gdy ta pytała się jej co chciałaby osiągnąć. I wtedy wszyscy się śmialiśmy. A teraz dotarło do mnie znaczenie tych słów. Ze strachem patrzyłam jak na moją rodzinę jakby mi ktoś zdjął klapki z oczu. Nic już nie będzie takie jak dawniej. Mama kiedyś tak silna, teraz bez ojca jest kompletnie bezradna. To nic że pił i od czasu do czasu machnął paskiem. Ale był. Był drogowskazem w życiu matki. Co kazał to zrobiła i po to żyła. Kochała go. Teraz nikt jej nic nie mówił, a ona sama nie potrafiła podjąć żadnej decyzji. Wszyscy na siebie więcej krzyczeli i głośniej się śmiali. Ale śmiech, mimo że silniejszy, nie był radosny. Był chory. Wydobywał się ze ściśniętych gardeł wraz z suchym kaszlem palącego Macieja, z wyschniętymi łzami Hani, z dewocją cioci Kasi, lękiem mamy, zmęczeniem Marzeny i starością dziadków. A mój? Chyba jedynie pobrzękiwał samotnością i wyobcowaniem. Ale kiedyś tak nie było. Kiedyś śmiech był codziennością. Ciocia Aniela pilnowała żeby każdy otrzymał swoją codzienną dawkę tego eliksiru młodości. Ciociu, gdzie jesteś?
Nałożyłam bluzę i wyszłam na drogę. Księżyc w pełni dawał tyle światła, że nie musiałam martwić się o to, że zabłądzę. W domu wszyscy spali, a ciszę zakłócało jedynie tykanie świerszczy i wycie psów we wsi. Szłam boso, wyobrażając sobie, że idę po śladach cioci Anieli. Piasek oddawał ciepło, które zebrał za dnia, a ja czułam ciepło stóp cioci, która szła tuż przede mną. I przypomniałam sobie trzepot jej spódnicy jej chrapliwy oddech i te bezpieczne szerokie plecy. Koło moich nóg plątał się Ciapek, próbujący złapać rąbek kwiecistego materiału. W ręku trzymałam gałązkę i odganiałam nią muchy atakujące ciocię, dzisiaj to mnie przypadło to zaszczytne zadanie. Marzena kręciła nosem twierdząc ze te wycieczki to dziecinada. - To wracaj do swoich książek! - Krzyknął Maciej. zniecierpliwiony dąsami siostry
- Cicho dzieciarnia, bo dziś wam nic nie opowiem!- Zagrzmiała ciotka.- Opowiedz, opowiedz!- Zaszczebiotał chórek. Byliśmy zmęczeni całodniowym baraszkowaniem nad jeziorem i teraz przycupnęliśmy pod rozłożystą wierzbą. Ciocia sięgnęła w zakamarki swojej spódnicy i wyciągnęła cukierki, rozczęstowała, następnie pakując do swoich ust trzy naraz, zaczęła opowiadać. Głośno cmokając słuchaliśmy skupieni do granic możliwości.
- Kiedy byłam małą dziewczynką, żyłam w Indiach. Byłam księżniczką i mieszkałam w pięknym pałacu. Mój tata był dobrym i sprawiedliwym władcą. Ale miał tylko jedną żonę i nie miał haremu.
- A co to jest harem?- wśród chłopaków zapanowało poruszenie, a mi się zrobiło gorąco.
- To takie miejsce, gdzie król ma swoje żony i kochanki.- Odpowiedziała ciocia puszczając olbrzymiego bąka. Nikt na to nie zwrócił uwagi, a ciocia, zmieniając dzieciaki na swoich kolanach kontynuowała- Bracia mojego ojca śmiali się z niego, ale on nie zwracał na nich uwagi, bo kochał tylko moją mamę. Gdy skończyłam trzynaście lat ojciec zapytał mnie czy chcę wyjść za mąż. Oczywiście, odkrzyknęłam, że nie, nigdy nie wyjdę za mąż. -Co w takim razie chcesz robić?
- Chcę rządzić Tato, tak mądrze i sprawiedliwie jak ty.
- Niech więc tak będzie- Zadecydował ojciec. Ale gdy się o tym dowiedzieli moi wujowie, napadli na niego i podstępnie zamordowali. Moją matkę zabrali do haremu jednego z nich, a jako, że ja byłam taka brzydka wywieźli mnie na inny kontynent i zostawili samą. Teraz wiem, że to Europa. Nie pamiętam, w którym kraju mnie wysadzono, ale wiem, że zabrałam się z taborem cygańskim i wędrowałam tak długo, aż dotarłam do tej wsi. Spodobał mi się wasz dom (tu ciocia puściła oko do mnie) i zostałam
Niebo zbladło przy horyzoncie, a ja wyszłam z lasu. Ze smutkiem spojrzałam na martwy pieniek sterczący przy drodze. To było nasze ulubione drzewo, to tutaj ciocia, opowiadała nam te niesamowite historie. To tutaj postanowiłam zostać pisarką i tutaj przyrzekłam cioci, że nigdy nie wyjdę za mąż. Usiadłam na pieńku i zamknęłam oczy. Odetchnęłam głęboko. Trzeba wracać do domu. Niedługo wstanie dziadek wydoić krowy. Szybko robiło się jasno, schyliłam głowę i zobaczyłam malutką gałązkę, koło mojej niesamowicie brudnej stopy. Delikatnie jej dotknęłam. Korzeń nie był martwy, a obok niego rosła maleńka wierzba. Jeszcze taka słaba i krucha, ale już wprawiła mnie w dobry nastrój.
Wróciłam do domu. Pomogłam w przygotowaniu śniadania. Dzień zapowiadał się ciepło. Zaproponowałam wszystkim wypad nad jezioro, dzieciaki głośno mnie poparły. Cały dzień taplaliśmy się w wodzie, a wieczorem zrobiliśmy piknik przy pniu drzewa. Opowiedziałam wszystkim historię Cioci. Dzieciaki słuchały z zapartym tchem, a babcia nie mogła się nadziwić co też ta ciotka nam opowiadała. Marzena i Maciej śmiali się, Hania też przypomniała sobie parę historii. Przed snem spakowałam się i oznajmiłam że z rana wracam do siebie, autobusem, bo mam coś ważnego do załatwienia. Pożegnałam się z wszystkimi, a Babci się zapytałam- Babciu, jak to było tak naprawdę z ciocią?- Babcia zachichotała.
- Nikt tego nie wie. Pewnego dnia przyjechała z Cyganami. Byłam akurat chora. Dziadek z niczym nie mógł sobie poradzić. Ciocia przyszła z innymi Cygankami żeby powróżyć. Cyganki jak mnie zobaczyły, uciekły. Myślały, że to zakaźne, a ciocia została, zaparzyła ziółek, nakrzyczała na dziadka, posprzątała... Gdybyś widziała minę dziadka jak ją zobaczył po raz pierwszy. Ledwie mieściła się w kuchni. Ale mnie wyleczyła i od tej pory nic złego nas nie spotykało. Chodź, coś Ci pokażę.- Babcia złapała mnie za rękę i zaciągnęła do sypialni. Podsunęła taboret do szafy.
-No, dalej. Ja już jestem za stara na wskakiwanie.- Wdrapałam się na taboret.
- Tę walizkę. Tę, tę...-Z trudem ściągnęłam ciężkie pudło. Odstawiłam taboret i spojrzałam na babcię.
- To wszystko co zostało po cioci- Bezradnie rozłożyła ręce.
- Dziękuję babciu- Ucałowałam ją w oba policzki i szczęśliwa zaczęłam targać bagaż pełen tajemnicy do swojego pokoju. Same skarby. Teraz grzebiąc w przeszłości mam nadzieję że znajdę coś co sprawi że znowu zacznę się dobrze czuć. Może gdy ożywię ducha cioci Anieli, znowu wróci szczęście do naszej rodziny.
http://opowiadania1.blox.pl/html/

Data:

 27 09 2003

Podpis:

 AS

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=7093

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl