DRUKUJ

 

Wyklęty - Część II

Publikacja:

 11-07-02

Autor:

 Svarthofde5
Noc I

– Bagno. Bagienko raczej. – pomyślał Radomir – Ale starczy.
Porośnięta trzcinami kotlinka była dobrym przykładem jeziora, które zmieniło się w trzęsawisko. Za kilka dziesięcioleci zniknie zupełnie.
Żaby rozpoczęły już swój koncert, ale było jeszcze wcześnie. Wędrowiec znalazł suche miejsce do spoczynku pod smukłym drzewem. Wieczór zbliżał się szybkim krokami. Radomir koncentrował swe myśli, ale przeszkadzał mu ucisk, jaki ni stąd, ni zowąd pojawił się w okolicy pęcherza. Przeklinając swój los, wstał i odszedł kilka kroków w bok, by sobie ulżyć. Kiedy oddawał się swej cielesnej potrzebie, dostrzegł, że obserwuje go zwierzę. Kolor sierści i charakterystyczna kita nie pozwalały mieć wątpliwości co do gatunku zwierzęcia. Lis spoglądał na niego z niepokojem i zaciekawieniem.
– Nie oznaczam swych włości, ja na naprawdę musiałem – wyjaśnił lisowi. Ten jak gdyby uspokojony zapewnieniem ziewnął i zniknął w zaroślach.
Wraz ze zmierzchem pojawiły się dźwięki, które wypełniły las. Niepokojące odgłosy rozbrzmiewały w mroku. Czas upływał powoli. Radomir usiadł z powrotem pod drzewem. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w mętną wodę, aż wreszcie zamknął oczy. Kolejne minuty minęły w całkowitej ciszy. Nawet żaby umilkły nagłe, zdjęte jakąś trwogą. Mimo, że nie było nawet najmniejszych podmuchów wiatru, powierzchnia bagiennej wody zafalowała. Coś przesunęło się na dnie i teraz pod powierzchnią tafli kierowało się w stronę brzegu. Woda coraz bardziej mętniała. Po chwili fala wyrzuciła na brzeg kupę szlamu i rozkładających się wodnych roślin. Wędrowiec nadal się nie poruszył. Wydawało się, że zapadł w sen i nie dostrzega tego, co się dzieje. Z kupy błota nagle wystrzeliła ręka i uczepiła się ziemi. Za nią pojawiła się druga. Obie wczepiły się w grunt i pociągnęły silnie. Z mułu wyłoniły się głowa, ramiona i korpus. Straszliwy smród błota, rozkładających się roślin i zgniłego mięsa zaatakował całą okolicę. Charcząc, zjawa wydobyła się cała nieśpiesznie ze szlamu i stanęła niepewnie na nogach. W świetle księżyca, który oświetlił upiorną scenerię, gdzieniegdzie na postaci widać było ubranie, które wskazywało na to, że cokolwiek stało teraz przed Radomirem, jest lub w każdy razie było człowiekiem, a konkretnie mężczyzną. Stwór ociężale zbliżył ręce do miejsca, gdzie powinna znajdować się twarz, a była w tej chwili tylko maska z osadów zalegających na dnie bagienka. Powolnymi ruchami starł błoto z twarzy, Nagle w ciemności rozbłysło upiorne światło. W miejscu, gdzie znajdować się powinny oczy, świeciły się dwa zielone punkty. Poczwara dostrzegła mężczyznę siedzącego pod drzewem i zrobiła w jego stronę krok, a potem następny i następny. Wolno zbliżyła się do siedzącego na ziemi człowieka. Razem z nią poruszał się smród zgnilizny. Potwór zatrzymał się tuż przed Radomirem i pochylił się nad nim.
– No, jestem. Nie śpij – powiedział upiornym głosem, który był mocno stłumiony, zapewne przez muł zalegający nadal na twarzy. Wędrowiec nagle otworzył oczy, które jarzyły się takim samym zielonym blaskiem, jak oczy upiora.
– Nie śpię – odpowiedział. – Witaj, bracie. Dobrze znów cię widzieć.
Błotna zjawa machnęła w powietrzu ręką. Mokra i śmierdząca pacyna wylądowała na Radomirze.
– Za takie żarty, młody, możesz kiedyś w łepetynę dostać. Nie było innego miejsca, żeby mnie wezwać?
– Nie.
– Eeeh. No dobra. Nie traćmy czasu. Do świtu niedaleko.
– Słusznie. Ktoś tam jest? – mężczyzna wskazał ręką na bagno. Widmo powoli odwróciło się.
– Jest jeden. Leży tam od dłuższego czasu. Chcesz go?
– Tylko jeden? – Radomir był zawiedziony.
– Co chcesz, to małe bagienko – zjawa wzruszyła ramionami, otrzepując z siebie przy okazji tonę breji.
– No, to daj go. Na pewno się przyda.
Upiór kiwnął głową i stanął przed taflą wody. Wysunął przed siebie ręce, kierując palce ku niebu. W ciemność popłynęły niezrozumiałe dźwięki. Woda w bagnisku ponownie poruszyła się. Spod jej powierzchni wynurzył się kształt. Był równie oblepiony błotem, co postać stojąca na brzegu. Powoli pełzł ku brzegowi, przybierając z grubsza człowiecze kształty. Śmierdział zgnilizną nieporównanie gorzej od stwora, którego Radomir nazwał bratem. Wędrowiec odwrócił głowę, kiedy doleciał do niego zapaszek wydzielany przez nadciągające „coś”. A tymczasem „coś” dotarło do stałego gruntu i padło na ziemię, wijąc się i wydając nieartykułowane dźwięki i chrząknięcia. Razem z upiorem odeszli kawałek dalej, całkowicie ignorując to, co działo się na brzegu bagniska. Obydwaj bardzo dobrze wiedzieli, że upłynie jeszcze trochę czasu, zanim wydobyty z bajora będzie zdatny do czegokolwiek.
– No dobra, młody. Co się tu dzieje? – zapytał „brat”.
– Coś nęka pobliski gród. Ubiło kapłana i jego pomocnika i sprawia, że znikają ci, którzy sami się wyprawiają do lasu – odpowiedział Radomir. Upiór zaśmiał się, co w jego wykonaniu rzeczywiście można by nazwać „upiornym” śmiechem.
– To uważaj, jak będziesz wracał. Bo coś cię napadnie i zje.
– Bardzo śmieszne.
Wrócili do wyciągniętego z bagna „znaleziska”. Znalezisko dochodziło jako tako do siebie, czemu dało wyraz, przechodząc z pełzania do chodzenia na czworakach. Bracia przyglądali mu się przez chwilę. Radomir zwrócił się do znaleziska.
– Jak się nazywasz?
– Aarggggllll...grrrhee – padła odpowiedź.
– Jak się nazywasz?
– Ahrrrrrrggg... Jeśśśśśśśćććććć.... móóóóóózzzzzzzzzzzgggg.
– Co oni mają z tymi mózgami? – Spytał Radomir. – Co którego ożywiamy, to tylko mózg, mózg.
Upiór zachował milczenie. Widocznie znał odpowiedź, ale nie miał ochoty dzielić się swoją wiedzą.
– Jak się nazywasz? – Spytał ponownie Radomir.
– Budddddddzzzzzignieeeewww – padła wreszcie odpowiedź.
– No, nareszcie. Od kiedy on tu leży? – zapytał brata.
Ten spojrzał uważnie na zombie. Jego oczy rozbłysły na chwilę.
– Od 7 wiosen.
– Nie wygląda na tyle.
– Szlam go zakonserwował, ale leży tu już tyle.
– No, to jego wiedza na nic się przyda.
– Raczej nie.
Radomir spoglądał uważnie na ożywionego Budzigniewa. Tam, gdzie nie było już błota, widać było gnijące ciało. Oko zachowało się jedno, co i tak było dużym sukcesem. Szyja była przecięta, z szerokiego rozcięcia, będącego najprawdopodobniej przyczyną zejścia, wyłaziły małe, obrzydliwe robaki. Po dłuższej chwili wędrowiec powiedział:
– Przyda się. Budzigniewie, zrobisz, co powiem.
Truchło spojrzało na niego swym jednym okiem.
– W tym lesie zaginęło kilkoro ludzi. Znajdziesz ich ciała.
– Jeeeeeeśśśćć…
– Zamknij się, zgniłku – warknął Radomir. – Nie ma jeść. Znajdź martwych. Już.
Budzigniew, mamrocząc coś pod nosem, ruszył przed siebie. Jego chód, jak wszystkich ożywionych, był nieporadny, ale nieprzerwany.
– Mam nadzieję, że nie odpadnie mu noga, bo wtedy będzie pełzać i znajdzie ich za miesiąc. A nie sądzę, żebyś miał tyle czasu – powiedział do Radomira.
– Nie mam tyle.
– Nadchodzi świt, muszę odejść. Jeżeli możesz, następnym razem wezwij mnie w czystszym miejscu.
– Rzeka. Jutro.
– Dobrze zatem. Żegnaj.
Upiór skierował się w stronę bagna. Wszedł już po kolana, kiedy Radomir zawołał za nim:
– Jaromirze!
Nazwany Jaromirem obrócił się.
– Naprawdę dobrze cię znów widzieć,
Mógłby przysiąc, że jego brat uśmiechnął się.
Księżyc schował się za chmurami i zapanowała niemal kompletna ciemność. Dla każdego normalnego człowieka powrót do grodu w nocy po lesie byłby koszmarem, ale Radomir, jako „normalny inaczej”, radził sobie bez trudu. Jego wzrok pozwalał mu widzieć w całkowitej ciemności, a słuch łowił najsłabsze i najodleglejsze dźwięki. To dlatego usłyszał kroki, chociaż utrzymywały się one na granicy słyszalności. Stanął i nasłuchiwał. Na jego twarzy pojawił się niepokój. Kroki były ciche i ostrożne. Perspektywa napotkania kogoś lub czegoś nie była zbyt miła. Jeszcze nie był gotowy. Z ulgą zorientował się, że kroki nie kierują się w jego stronę. Postanowił jednak się zorientować; lepiej mieć niebezpieczeństwo przed sobą niż za plecami. Wolno, krok po kroku, podążył w stronę źródła dźwięków. Nie musiał skradać się daleko. Nieopodal dostrzegł polankę. Na kamieniu siedziała jakaś postać. Pozostawała w całkowitej ciemności, nie używała żadnego światła, co już samo w sobie było niezwykłe. Mężczyzna przywarł do dużego pnia i obserwował. Istota znajdowała się za daleko, by mógł dostrzec jakieś szczegóły. Była ubrana w długą, luźną szatę. Głowy ani twarzy nie widział. Miał już przysunąć się bliżej, kiedy koło nóg siedzącej postaci coś mignęło i skryło się w kompletnym mroku wokół kamienia, na którym siedziała postać. Słuch wędrowca wyłapał głuchy warkot słyszalny na poziomie niedostępnym dla człowieka. Został wykryty, jeszcze krok bliżej i zostanie zlokalizowany. Zaklął bardzo brzydko w myślach, wymyślając od najgorszych owemu detektorowi, który skrył się koło kamienia. Nie będzie mógł przysunąć się bliżej, by dostrzec coś więcej. Usłyszał kroki nadchodzące z głębi lasu. Dwie osoby. Zapewne obrały taką drogę, by zmylić ewentualnych ciekawskich. Radomira nie zmylili, musieli być z grodu. Ciemność i odległość nie pozwała mu dostrzec szczegółów. Obie postacie tak samo jak ta na kamieniu miały na sobie długie, luźne szaty. – Bardzo, kurna, praktyczne do łażenia nocą po lesie – pomyślał, śmiejąc się w duchu, jednak to nie zmieniało faktu, że stroje te maskowały tożsamość osób je noszących. Fakt, że osoby te poruszały się nocą po lesie bez światła był zastanawiający. I niepokojący. Radomir skupił się, by nastroić swój słuch do odległości, ale i tak uciekały mu pojedyncze słowa.
–...nie udało im się, ale to mała strata – powiedziała jedna z postaci męskim głosem.
– mam nadzieję, że...– Postać na kamieniu mówiła mocno skrzekliwym głosem i parę słów mu uciekło –...i że nic nie wygadają.
– Nic nie wiedzą. Jeno herszt wiedział, bożem z nim paktował, ale kiedy szczezł, nikt nic z nich nie wydusi, choćby ich na spytki brali i pięty żelazem przypalali – odpowiedział mężczyzna. Wędrowiec uświadomił sobie, że jest coś znajomego w głosie mężczyzny, ale nie potrafił powiedzieć, kto to może być.
– A z tym „cudakiem” co? – Zapytał skrzekliwy głos.
– Kręci się po... i wypytuje ludzi o rożne rzeczy. Był też w świątyni i oglądał....
– Eeee, tam to pewnikiem taki sam oszust jak i ci poprzedni. – Rozległ się skrzekliwy śmiech.
– Oj nie, matko – po raz pierwszy odezwała się trzecia postać. Mówiła przyjemnym kobiecym głosem. – Słyszałam, że cud jaki wywołał w chacie kasztelana, ogień wywołał i mało chaty z dymem nie puścił.
– Eeeeee... sztuczki dla gawiedzi.
– I wypytywał się o rożne takie. A gdzie tu żalnik, a gdzie bagienko, a kto za grodem żyje.– Uzupełnił męski głos.
– Co on teraz robi? – Głos „Matki” spoważniał. Mężczyzna i kobieta spojrzeli na siebie.
– No, nie wiemy. Ostatnio wychodził z grodu tuż przed zmierzchem.
Postać siedząca na kamieniu gwałtownie się zerwała się z miejsca. Jej głos syczał wściekle.
– I dopiero teraz, kapuściane matoły, mówicie!!!
Uczyniła przed sobą kilka gestów. Radomir dostrzegł ruch koło kamienia, jednocześnie usłyszał w głębi lasu trzask łamanej gałązki. Spotkanie było ubezpieczone na wypadek, gdyby ktoś śledził przychodzących. Teraz na wezwanie podążyło ku wzywającemu. Nie czekał ani chwili. Rzucił się do ucieczki i pędem poleciał przez gęstwinę. Słyszał za sobą jedno ścigające go stworzenie, które najwyraźniej złapało jego trop. Drugie starało się go wyprzedzić, aby odciąć mu drogę, ale było jeszcze daleko. Kiedy przeskoczył przesiekę i znalazł ścieżkę prowadzącą do grodu, popędził ile sił. Ciemność błyskawicznie zmieniała się w szarość. Radomir spostrzegł, iż nadchodzi dzień, postanowił jednak nie ryzykować i nie zwalniał. Nagle coś chwyciło go za kaptur i gwałtownie powaliło na ziemię. Przez sekundę zabrakło mu tchu. Podniósł się powoli oszołomiony i spojrzał za siebie. Gałąź, która zatrzymała go tak gwałtownie, kołysała się wściekle, jak gdyby próbując go dosięgnąć. Kiedy ponownie chciał zrobić krok do przodu, dostał szybki cios w twarz.
– Mógłbym przysiąc, że przed chwilą tej gałęzi tu nie było – pomyślał, rozcierając policzek. Konar przed nim wyginał się, chociaż nie było wiatru. Radomir zrobił krok, a kiedy gałąź poszybowała w jego kierunku, zanurkował pod nią i popędził w stronę widocznej już granicy lasu. Kiedy do niej dotarł, zatrzymał się i obrócił w stronę gęstwiny. Był już bezpieczny, więc wyczekiwał. Cienie pojawiły się już po chwili. Przemykały pomiędzy zaroślami. Jeden zachodził go z prawej, a drugi z lewej. Dziś nie dane im jednak było zjeść wczesnego śniadania. Kiedy pierwsze promienie słońca dotarły do nich, rozległo się wściekłe wycie. Radomir zaśmiał się głośno i szyderczo.
– Już wkrótce – powiedział sam do siebie.

Data:

 2010

Podpis:

 Svarthőfde

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=69002

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl