DRUKUJ

 

Wyklęty - Część I

Publikacja:

 11-06-27

Autor:

 Svarthofde5
Dzień I

Kiedy nadchodził lasem, z daleka dostrzegł pożar. Gród płonął, a napastnicy szturmowali wały. Wędrowiec dał nura w las z gościńca. Krok za krokiem podkradał się w stronę grodu. Gałęzie chwytały za kaptur, który miał naciągnięty na głowę. Zatrzymał się na skraju lasu i ukrył za olbrzymim krzewem dającym mu osłonę przed obserwacją. Zacięte krzyki dochodziły od strony osady. Dostrzegł, że szturmujący zdołali co prawda wzniecić pożar w osadzie, ale do zdobycia grodu było im daleko. Obrońcy raz po raz spychali drabiny i częstowali napastników gradem strzał i kamieni. Wędrowiec dostrzegł nagły ruch nad bramą, w dół polała się jakaś ciecz, a po straszliwych wrzaskach napastników można było wywnioskować, że płyn był bardzo gorący. Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem. Wiedział już, że banda opryszków nie zdobędzie grodu. Liczyli na zaskoczenie, a kiedy to nie wyszło, zabrakło im wiedzy i umiejętności, którą posiada prawdziwe wojsko. Napastnicy na pierwszy rzut oka zdradzali, że są tylko hałastrą, a nie oddziałem z prawdziwego zdarzenia. Jedynie ich wódz, siedzący na koniu i zachęcający swoich podkomendnych do walki, wyglądał na żołnierza. Naraz nad ostrokołem wieńczącym szczyt wału wzniosła się jakaś postać i oddała strzał z łuku w kierunku herszta bandytów. Ten jak rażony piorunem zwalił się z siodła. Tryumfalny okrzyk wzniósł się ponad wałami grodu. Banda momentalnie rzuciła się do ucieczki, unosząc za sobą znokautowanego wodza. Rozległ się zgrzyt otwieranych wrót i zadudniły kopyta podkutych koni. Z grodu wypadła grupa konnych i, wydając bojowe okrzyki, pognała za zbójami. Jeźdźcy pognali za bandą. Przewodził im wysoki wojownik w kolczudze i hełmie zdobionym kitą,pozostali jeźdźcy przeważnie byli bez kolczug, a niektórzy nawet bez hełmów, uzbrojeni byli we włócznie i miecze .
– Co o tym myślisz, Jaromirze? – powiedział wędrowiec, ukryty nadal w krzakach. Przez chwilę jakby wsłuchiwał się w odpowiedź, chociaż nie było przy nim nikogo.
– Taaa, masz rację – znowu powiedział do powietrza. – Mogliby nas wziąć za jednego z tych obwiesiów, a to byłoby raczej niemiłe. Lepiej zaczekajmy tutaj chwilkę. Na szczęście nie pada, chociaż troszku mi głodno.
Leżał sobie na ziemi, obserwując osadę. Pożar został ugaszony i dym unoszący się na grodem zniknął. Minuty upływały i zaczęła go ogarniać senność. Rozbudziły go okrzyki dobiegające z grodu. Spojrzał w prawo i dostrzegł powracającą grupę konnych. Wydawali okrzyki i poganiali grupkę powiązanych piechurów. Leżący w krzakach człowiek bez trudu rozpoznał pierzchających przed chwilą napastników. Miny mieli niewesołe, co było zrozumiałe, bo trudno było spodziewać, się że mieszkańcy osady zechcą się patyczkować z niedoszłymi zdobywcami.
– No, dobra – powiedział wędrowiec podnosząc się z ziemi. – Teraz można iść.
Wyszedł z krzaków, poprawił pas z przypiętym do niego mieczem i ruszył bez pośpiechu w stronę grodu. Zdjął kaptur i odgarnął z czoła jasne włosy. Na policzku widać było szpecącą bliznę, która deformowała nieco oko, nadając twarzy niezwykły wyraz. Przybysz wyglądał, jakby cały czas mrużył jedno oko. Wzrostu był nieco ponad średniego, był dobrze zbudowany i raczej młody, chociaż jego niebieskie oczy spoglądały na świat poważnie i smutno, dodając mu lat.
Konni dostrzegli go i ich wódz kazał im się zatrzymać. Przypatrywali mu się uważnie, kiedy zbliżał się do nich.
– Cóżeś za jeden? – padło ostre pytanie, kiedy podszedł do nich.
– Wędrowcem ubogim jestem, podążającym od grodu do grodu. – Popatrzył długo na wodza. – I niosącym pomoc w różnych sprawach.
Dowódca niespokojnie poruszył się w siodle.
– W jakich sprawach? – zapytał szybko. Inni koni przyglądali mu się z zaciekawieniem. Za dowódcą stanął wysoki wojownik, trzymający oparty o udo wielki topór, na którym zaschła krew. Przypatrywał się wędrowcowi z niechęcią.
– W sprawach… różnych – odparł powoli wędrowiec. – Byłem w Brodziskach. Tam doszła mnie wieść, że macie tu kłopot. Pomyślałem sobie, że mogę wam troszku pomóc.
– Może to jeden ze zbójów? Patrzajta na jego gębe. Chyba trza będzie go dla pewnika trzasnąć przez łeb – powiedział ten z opartym o udo toporem. Jego głos wyrażał czystą nienawiść.
– Tak, z tym oto nie będziem się lubić – pomyślał przybysz.
– O tym zadecyduje Rada, Myśliborze – przerwał mu dowódca konnych. – Jak cię zwą? – zwrócił się do wędrowca.
– Radomir – odpowiedział.
– A zatem, Radomirze, pójdź z nami. Jam jest Przemysław, najstarszy syn tutejszego władyki Sambora. Tu nie będziemy rozmawiać.
Popędzając jeńców, jeźdźcy przekroczyli bramy grodu, witani okrzykami przez mieszkańców. Kiedy do grodu weszli zbóje, okrzyki z wiwatów zmieniły się w przekleństwa. W stronę jeńców poleciały grudy błota, któryś z nich zaliczył cios w głowę zgniłą rzepą, a inny psimi odchodami. Zagnano ich błyskawicznie do zamkniętego pomieszczenia, a przed drzwiami stanął strażnik. Radomir czuł na sobie ciekawskie spojrzenia. Starał się nie zwracać na to uwagi i podążał za Przemysławem. Ten zatrzymał się przed najokazalszym w grodzie domostwem. Pachołek pochwycił wodze, a wojownik zręcznym ruchem przerzucił nogę ponad łbem konia i zeskoczył lekko z siodła. Zdjął z głowy hełm i podał go słudze, po czym dołączyli do niego inni wojownicy. Myślibór rzucił mu nienawistne spojrzenie, ale Radomir wyczuł jeszcze inne uderzenie nienawiści. Nienawiść siekła go po plecach. Obrócił się powoli i wyszukał oczy. Oczy powiedzą mu wszystko. Znalazł je bez trudu, nawet nie starała się maskować, pewna, że nikt nie dostrzeże. Zmrużył oczy i skrzyżował swój wzrok z jej. Nagłe zmieszanie, jakie zagościło na jej twarzy, potwierdziło jego osąd. Młoda kobieta zrobiła krok w tył i ukryła się w tłumie, który zgromadził się na dziedzińcu.
– Idziesz? – doleciało go pytanie Przemysława.
– Tak – odpowiedział Radomir. – Już idę...
Przerwał mu wysoki kobiecy pisk. Z okazałej siedziby władyki wypadła burza jasnych włosów, kobiecych sukien i innych damskich atrybutów, orbitujących wokoło damskich kształtów zdradzających młody wiek ich posiadaczki.
– Jak mogłeś, niecnoto! Wiesz, jak się o ciebie martwiłam!? Tak pognać za tymi zbójami!? – Szybkość i energia wypowiadanych słów dorównywała tej, z jaką młoda dziewczyna poruszała się. W mgnieniu oka rzuciła się na Przemysława i wydawało się, że dam mu niezłe lanie. Ten tylko się cofnął o krok i zasłonił rękoma.
– Ależ Miśka. Ja musiałem. – Bronił się rozpaczliwie przed ciosami delikatnych dłoni. W jego oczach widać było jednak wesołą przekorę. Od prawdziwych razów uchroniła go jednak osoba Radomira. Zobaczywszy go, nazwana Miśką stanęła jak wryta. Przemysław spoważniał i przedstawił Radomira.
– To jest Radomir. Twierdzi, że może nam pomóc – powiedział, wskazując na wędrowca. – A to moja siostra, Mścisława.
Radomir pokłonił się nisko. Mścisława natychmiast spochmurniała. Spojrzała badawczo na Radomira.
– Sądzisz, że on będzie mógł pomóc? Taki obdartus? w jaki sposób można wyjaśnić to, że stary Mioducha tak...
– Myślę, że powinien o tym zadecydować ojciec ze starszymi – przerwał jej gwałtownie Przemysław. Mścisława zrobiła nadąsaną minę. Zwróciła się do Radomira.
– Zapraszam was zatem do komnat… szlachetny panie. – Ostatnie dwa słowa zaakcentowała tak złośliwie, że aż uszy bolały. Radomir za bardzo się tym nie przejął. Po pierwsze, nie był żadnym szlachetnie urodzonym, więc nie spodziewał się, że ktoś go będzie tak traktował, a po drugie, przywykł, że ludzie odnoszą się do niego z niechęcią. Przemysław wykonał gest zapraszający go do środka. Wewnątrz było chłodno, a w powietrzu unosił się zapach drewna i skór. Z głębi doleciał do jego nosa zapach dobrze przyrządzonego posiłku. Jego żołądek gwałtownie zaburczał przypominając, że post nie jest naturalnym stanem, do którego można się przyzwyczaić. Przemysław prowadził go w głąb dworu. Mścisława gdzieś zniknęła. Weszli do obszernej izby, w której płonęło niewielkie palenisko. Poprzez otwory okienne wpadało światło i rozświetlało izbę. Ściany zdobiły skóry zwierząt. Niektóre swą wielkością budziły nielichy respekt. Oprócz tego na ścianach wisiały różnego rodzaju narzędzia do zadawania śmierci i tworzenia trwałych okaleczeń. Łuki, topory, włócznie, tarcze, kolczugi, hełmy, miecze – wszystkie one podkreślały charakter właścicieli dworu, których można by podsumować zdaniem, że w zasadzie to dobrzy ludzie, ale mało cierpliwi. Przy palenisku, na wyrzeźbionym siedzisku, siedział mężczyzna w podeszłym wieku, ale bynajmniej nie był to starzec. Siwe włosy spływały mu na ramiona, czoło zdobił diadem ze złota, zmarszczki na twarzy żłobiły bruzdy, ale błękitne oczy lustrowały przybysza z młodzieńczą drapieżnością. Ubrany był w skromny, lecz dobrej jakości strój. Na wyciągnięcie ręki spoczywał bogato zdobiony miecz. Władyka nie zaniedbywał środków ostrożności.
– Ojcze, ten człowiek nazywa siebie Radomirem. Rzecze, że może rozwiązać nasz problem – powiedział Przemysław. Radomir pokłonił się kasztelanowi Samborowi.
– Tak rzecze, hmmm… – Władyka spoglądał nadal badawczo – Kasztelan Bysław wspomniał mi coś o tobie. Ale o tym, czy powierzymy ci nasz kłopot i jego rozwiązanie zadecyduje rada, którą poprosiłem o przybycie.
– Jak sobie życzysz, szlachetny panie – padła odpowiedź Radomira. Brwi kasztelana Sambora zsunęły się niżej.
– Przemysławie, sprawdź, czy członkowie rady już przybyli.
Przemysław zawahał się, ale wymowne spojrzenie ojca powstrzymało go od sprzeciwów. Wyszedł z izby, zamykając za sobą masywne drzwi. Kasztelan Sambor nadal przypatrywał się Radomirowi. Ten odwzajemniał spojrzenie i milczał.
– Znam takich, jak ty – powiedział wreszcie Sambor. – Jesteście kłopotem nawet, jeśli sami rozwiązujecie kłopoty.
– Zapewne tak jest, szlachetny panie. – Twarz Radomira nawet nie drgnęła. Spodziewał się, że kasztelan go nie polubi. Zaniepokoiłby się dopiero, gdyby było inaczej.
– Nie potrafimy sami się z tym uporać. – Twarz Sambora przybrała teraz zmęczony wyraz. Radomir chciał odpowiedzieć, że gdyby mieszkańcy grodu Smoczyska potrafili sami poradzić sobie, to jego pewnie by popędzono kijami, ale zatrzymał tę uwagę dla siebie.
– Ile żądasz za swe usługi, wędrowcze? – Tutaj na twarz kasztelana wróciła energia. Jak zawsze, kiedy sprawa dotyczyła pieniędzy i zapłaty.
Radomir spojrzał w ogień płonący na palenisku.
– Nie wiem jeszcze, co to za sprawa, bo nikt się nie pali, aby udzielać mi jakichkolwiek wieści – powiedział po chwili. – A poza tym, wyznaję zasadę, że ten, od kogo frasunek odsunę, sam ocenia, ile warta była moja praca i po sprawie mi płaci. Czasami okazuje się, że rozwiązując sprawę więcej zgryzoty przyniosę niż było przedtem.
Oczy kasztelana zwęziły się. Już kombinował, jak na sprawie wyjść najtaniej.
– To pewnie czasem zdarza się, że mówią, że nic ci nie zapłacą, i każą iść precz. – Spojrzał chytro na Radomira.
– Czasem i tak bywa – potwierdził Radomir, po czym lekko uśmiechnął się. – Rzadko jednak, albowiem nikt nie może mieć pewności, czy mych usług nie będzie potrzebował po raz wtóry.
Twarz Sambora stężała. Przeklęty włóczęga – pomyślał. Rozległo się pukanie do drzwi, po czym do środka wszedł Przemysław i powiedział krótko:
– Ojcze, przybyli
Do środka zaczęli wchodzić członkowie rady grodowej. Dostojni, starsi wiekiem, zasiedli wokół kasztelana. Radomir cierpliwie czekał, aż wymienią między sobą powitania. Kasztelan Sambor zaczął mówić pierwszy.
– Będę się streszczał, bom nie zwykł marnować czasu. Ten oto człek – tu wskazał na Radomira – przybył do nas, by zdjąć z nas ciężki frasunek, który trapi nas od miesięcy. Kasztelan Bysław zasiadający na Brodziskach rzekł mi, by skorzystać z usług tego oto człowieka, kiedy inne środki zawiodą. Przedstawimy mu zatem naszą sprawę, a wy, szlachetni panowie, zadecydujecie, czy powierzymy mu usunięcie naszych kłopotów. Szmer akceptacji przeszedł wśród zebranych. Do izby wsunęło się cicho kilku postawnych mężczyzn, najstarszych spośród wojowników, i stanęło za Przemysławem. Radomir dostrzegł Myślibora, stojącego tuż obok kasztelańskiego syna. Ich spojrzenia spotkały się. Nienawiść. Znowu ona.
– Zeszłej jesieni po zbiorach zaczęły się dziać U nas rzeczy niezwykłe – kontynuował mowę Sambor. Pozostali potwierdzili jego słowa pomrukami zgody. – Kapłana naszego, Świętowida, coś rozerwało, kiedy spędzał noc na modłach. Zamknięty był w świątyni, ludzie usłyszeli krzyk, a kiedy udało im się wejść do świątyni, znaleźli Świętowida martwego. Potem jego pomocnik Mioducha, co odprawiał modły na odpędzenie demonów, tak samo został ubity.
– Czy do środka mógł się dostać jakiś zwierz? – przerwał mu Radomir. Kasztelan spojrzał na niego wzrokiem mówiącym: „Masz nas za głupców?”. Odpowiedział jednak spokojnie.
– Świątynia zamknięta była od środka, a przed drzwiami postawiliśmy straże. Nic nie widzieli. Kapłan i jego pomocnik nie wyglądali, jakby ich zwierzę napadło. Wiem, jak wygląda człowiek, którego niedźwiedź dopadnie w swe łapy i uściska. Wyglądali raczej tak, jakby ten niedźwiedź wyszedł im z trzewi. Poprosiliśmy o pomoc kapłanów z Chramu Średnickiego, ale odprawili tu modły i odjechali, żaden zostać nie chciał. A ludzie kapłana mieć muszą, bo to niedobrze, kiedy osada pozbawiona jest mówiącego do bogów. – Tu znowu rozległ się pomruk zgody. Pozbawiona kapłana społeczność napotykała liczne utrudnienia. Nie było komu udzielać ślubów i odprawiać obrzędów pogrzebowych, nie mówiąc o normalnych błaganiach o błogosławieństwa przy zbiorach i łowach. Ludzie byli przesądni, sądzili, że pozbawia ich to opieki bogów i skazuje na marny los.
– A potem jęli znikać co niektórzy, drwale, węglarze, ci, którzy samotnie szli do lasu. No i dzieci. Ślady po prostu znikają. Nie możemy odnaleźć żadnych śladów czy choćby ciał. Przecież gdyby coś ich pożarło, musiałoby zostawić jakieś ślady. W zeszłym miesiącu po święcie Jaru zginął mój syn. – Tutaj głos Sambora zadrżał lekko. – Chcemy, abyś znalazł zaginionych, albo chociaż ich ciała, aby matki i żony mogły ich pochować i opłakiwać. Czekamy na twą odpowiedź.
Radomir przez chwilę milczał. Zrobił dwa kroki w prawo, bo od stania zdrętwiały mu nogi. Obrócił się w stronę kasztelana.
– Podejmę się tego – powiedział wreszcie. Szmer zadowolenia przeleciał pośród zebranych. Z wyjątkiem gniewnego pomruku, jaki dobiegł go z grupki stojących z Przemysławem wojowników. Był prawie niedosłyszalny, ale jego niezwykły słuch wyłapał ten głos. Myślibór. – Jednakże, muszę was o kilku rzeczach przestrzec. Na swej drodze spotkałem już wiele dziwnych przypadków i prawie zawsze okazywał się koniec końców, że za sznurek pociąga jakiś człowiek. Może się okazać tak i tutaj, a wtedy to nie będzie wam się podobało, że to jeden z was. Więc przestrzegam was zawczasu, że i tak może być. – Niezadowolone głosy podniosły się wśród zebranych.
– Co ta przybłęda sobie wyobraża! – zakrzyknął wysoki, postawny mężczyzna ubrany w czerwony kubrak i zdobiony płaszcz.
– Bezczelny włóczęga! – wtórował mu brzuchaty wielmoża z palcami jak serdelki i siwiejącą brodą.
– Dać mu parę kijów to się oduczy obrażać lepszych od siebie!
Radomir spodziewał się takiej reakcji i w zasadzie mógł ją potraktować niemal jak rytuał, zawsze było tak samo. Kasztelan Sambor uniósł rękę w górę uciszając obecnych. Ci, którzy poderwali się z miejsc usiedli ponownie.
– Rozwiąż nasz kłopot i znajdź zaginionych. Jeśliby się okazało, że któryś z nas macza w tym palce, dowiedź tego ponad wszelką wątpliwość, a nie będziemy go chronić, kimkolwiek by nie był. Chcesz coś jeszcze powiedzieć poza obrażaniem nas? – Głos Sambora był gniewny, widać było, że z trudem panuje nad sobą. Wściekłe spojrzenia członków rady ponownie skierowały się na niego.
– Tak – powiedział Radomir. – Może mnie spotkać klęska, co oznacza, że mogę zginąć, próbując rozwiązać wasz problem. Dla was byłaby to oszczędność, bo zapłatę przyjmuję po wykonaniu zadania. – Wysilił się na czarny humor, wywołując przy tym złośliwe uśmieszki obecnych. – Wtedy jednak musicie rozważyć sprawę opuszczenia tego miejsca.
Ponownie wywołał wybuch wściekłości wśród rady.
– Za kogo ty się uważasz?! – wykrzyknął możny w czerwonym kubraku. – Sądzisz, że byle kto wygna nas z ziemi, którą posiedli nasi pradziadowie?!
Ponownie uciszył wszystkich Sambor.
– Jak mawiał mój dziadek Brzegosław, „zaraz ci pała zadek ucałuje” – kasztelan niemal wysyczał te słowa, był czerwony na twarzy. Radomir widział jak Przemysław zbladł. Widocznie znał ten stan kasztelana aż za dobrze. Radomir nerwowo przełknął ślinę. Trochę przeholował, musiał szybko uspokoić radę zanim ta zadecyduje, żeby go powiesić na bramie.
– Ludzie nie wzywają mnie chętnie – zdobył się na spokój, mówiąc. – Właściwie unikają mnie jak ognia i nie wzywają, jeżeli można załatwić sprawy inaczej. Do tej pory udawało mi się uporać ze wszystkim, co napotkałem. Zawsze jednak można napotkać lepszego od siebie i mnie to zapewne kiedyś spotka. W razie takiego obrotu rzeczy, nie znam nikogo, kto mógłby wam pomóc, jeśli ja nie będę mógł.
Wśród zebranych rozległy się złośliwe śmiechy. Sambor również skrzywił usta w złośliwym uśmieszku. Radomir spostrzegł z ulgą, że kasztelan nieco się uspokoił.
– Bardzoś pewny siebie, chłopaczku – powiedział siedzący po prawej stronie mężczyzna. W ręku trzymał nóż i strugał nim kołek.
– Może i tak – odrzekł mu wędrowiec. – Zwykłem sprawy stawiać jasno.
– Uradzimy teraz, czy powierzmy ci to zadanie, czy też spierzemy cię kijami i pogonimy z grodu – rzekł kasztelan kładąc kres dalszej rozmowie. Zwrócił się teraz do swojego syna. – Przemysławie, zabierz naszego gościa i przypilnuj, aby go nakarmiono. Nawet, jeśli zdecydujemy się, że trzeba go zakopać w lesie, nie wyślemy go w krainę zmarłych głodnego, żeby rozpowiadał, żeśmy niegościnni.
Przemysław pokłonił się lekko radzie i skinął na Radomira, po czym opuścili izbę. Razem z nimi opuścili pomieszczenie wojownicy. Ledwo wyszli, a już słychać było, że wśród rady wybuchła zacięta dysputa. Syn kasztelana zabrał Radomira do niewielkiej izby i posadził go na ławie przy masywnym stole. Sam wyszedł, by polecić przygotowanie posiłku, ale widać było, że spodziewano się tego, bo dosłownie po kilku minutach weszła służka i wniosła potężnych rozmiarów misę z kaszą. Po chwili doniosła bochen chleba i dwa kufle z piwem. Radomir podziękował skinieniem głowy i chwycił ochoczo za łyżkę, bo głód mu strasznie doskwierał. Jedli w milczeniu. Najadłszy się, Przemysław rozparł się na ławie i przyglądał się wędrowcowi. Radomir nie zamierzał rychło skończyć posiłku, nie miał bowiem pewności, jaką decyzję podejmie rada grodowa, ale mogło się tak zdarzyć, że na następny posiłek trzeba będzie poczekać wiele dni, więc lepiej się teraz najeść. Kiedy nie mógł wcisnąć w siebie już nic więcej, odsunął miskę i oparł się plecami o ścianę. Służąca zabrała miskę, a do pomieszczenia cichutko wślizgnęły się dwie kobiece postacie i zasiadły w kącie. Radomir rozpoznał, że jedna z nich to Mścisława. Niezła z niej sztuka – pomyślał. Z zamyślenia wyrwał go głos Przemysława.
– Naprawdę potrafisz nam pomóc?
– Sądzisz, że gdybym nie potrafił, brałbym się za to?
– No, wiesz. Nie jesteś pierwszym, który oferuje się z pomocą. W zasadzie jesteś piąty.
– Rozumiem, że poprzednicy nie potrafili się uporać z zadaniem.
– Trzech z nich potrafiło jedynie opróżniać miski z jedzeniem. Nie gorzej niż ty. – w głosie Przemysława zabrzmiała drwina. Radomir nie przejął się tym, co innego go zaciekawiło.
– A co się stało z czwartym?
– Kręcił się po grodzie trzy dni. Wreszcie wykrzyczał, że coś odkrył, latał jak opętany tak, że tylko te jego czerwone portki fruwały. Udał się do lasu i zniknął. Nikt go więcej nie widział. Niektórzy mówią, że zwiał, ja zaś osobiście uważam, że jednak coś odkrył i to coś go pożarło jak innych, którzy zniknęli.
– Czerwone portki, powiadasz. – Radomir nerwowo tarł brodę. – Jak się zwał ten w czerwonych portkach?
– Pugun, Mrunkun... jakoś tak, nie pamiętam.
– Purkun.
– Tak. Purkun! – wykrzyknął Przemysław i spojrzał na Radomira. – Znałeś go?
– Tak. Biedny Purkun wpakował się nieźle. – Radomir spojrzał ponuro w dno kufla. Przemysław dał znać ręką i pojawiła się służka, by napełnić kufle, Radomir powstrzymał ją jednak gestem.
– Wody, jeśli można prosić.
Służka patrzyła zdziwiona jednak skinęła głową i opuściła izbę. Przemysław zaśmiał się głośno.
– Co z ciebie za oszust, skoro wodę pijesz? – zapytał wesoło.
– Jak widzisz, troszku nietypowy.
– Jeszcze nie spotkałem oszusta, który by piwa czy jadła odmawiał.
– Mam zatem zadatki. Jak pamiętasz, jedzenia nie odmówiłem.
– Jeszcze można by pomyśleć żeś uczciwy i naprawdę nam pomożesz.
Radomir spojrzał na Przemysława. Wąsata twarz wyrażała wesołość i zuchowatość, ale oczy były poważne i mądre. Będzie z niego dobry następca kasztelana.
– Purkun znał kilka sztuczek i rozwiązywał drobne kłopoty. Jak by wam dolegała plaga myszy czy podagra by kogo męczyła, to by się nadał. Wziął się jednak za to, za co nie powinien. Szkoda go. – Do izby wślizgnęło się kilka innych postaci. Ciekawość wszystkich dotyczy. – Twój brat. Jak to się stało?
Pogodna twarz Przemysława zachmurzyła się.
– Nie mam ochoty o tym gadać.
Radomir kiwnął głową ze zrozumieniem. Przechylił kufel i łyknął wody. Przez chwilę panowało nieznośne milczenie. Wreszcie odezwał się Przemysław. Głos miał zły.
– Ludzie są przerażeni. Boją się, a my nie potrafimy im pomóc. Nie wiem, co zrobią, jeśli ich zawiedziesz.
– To zabrzmiało niemal jak groźba.
– Traktuj to, jak chcesz. Ale mam dość oszustów korzystających z naszej biedy. Tak jak ci, co rano uważali, że mogą tu przyjść, a my będziemy tylko patrzeć. Nie trzęsiemy jeszcze aż tak gaciami, by byłe obszarpańcom pozwolić zdobyć nasz gród. Jeśli więc przyszedłeś tutaj, aby się nażreć, pomacać dziewki czy, nie daj bogowie, porządzić, to musisz wiedzieć, że nasza cierpliwość jest najkrótszą z możliwych.
Radomir milczał. Po chwili westchnął i mruknął do siebie – Jak ja tego nie lubię. Wziął ze stołu łyżkę i przez chwilę gładził ją palcami. Wreszcie chwycił ją za koniec i postawił na stole. Powoli cofnął rękę, a łyżka, kpiąc z praw grawitacji, nadal stała pionowo, jak gdyby trzymana niewidzialną ręką. Przemysław zerwał się z miejsca zaskoczony i wpatrywał się z niedowierzaniem. Zebrani w izbie powoli podeszli do stołu, rozdziawiając usta z niedowierzania. Szeptali między sobą, wypatrując szpary pomiędzy deskami, z których wykonano stół, w którą można by łyżkę wepchnąć, ale łyżka, złośliwie dla demaskatorów, stała na baczność na sęku. Radomir siedział ze skrzyżowanymi na piersiach rękoma. Przemysław pierwszy się opanował. Nadal stał i widać było, że nie ma ochoty usiąść.
– I co? – Zadrwił, choć głos mu lekko drżał. – To wszystko, co potrafisz? Postawić łyżkę? Byle chłop stawia inną rzecz w sztorc i nie ma w tym wielkiej magii, choć, niewątpliwie, pożytek z tego wielki.
Rozległy się damskie chichoty i męski rechot. Ośmieliło to Przemysława, który podszedł do stołu odsuwając tłoczących się tu widzów. Nie zważał na protesty Mścisławy, chwycił ją za pas i odciągnął do tyłu. Wyciągnął rękę, aby chwycić łyżkę. Radomir przechylił głowę i zwęził oczy, coś na kształt złośliwego uśmieszku pojawiło się na moment na jego twarzy. Zanim Przemysław zdążył chwycić łyżkę, ta eksplodowała jasnym płomieniem. Z ognia, który wybuchnął, utworzył się niewyraźny zarys, w którym można było dostrzec usta i parę skośnych oczu. Płomienne usta zmieniły kształt i rozległ się przeraźliwy wrzask wydawany przez nieziemską istotę. W izbie zapanował straszliwy chaos. Kobiety uciekły z pomieszczenia z histerycznym krzykiem. Mężczyźni podążyli za nimi, wrzeszcząc wniebogłosy. Przemysław cofnął się, blady jak papier. Przez chwilę jego twarz wyrażała przerażenie, mężczyzna szybko się jednak opanował. I tylko bezwiednie cofnął się jeszcze o krok. – Odważny jest, niech go – pomyślał Radomir i uczynił gest prawą ręką, zataczając nią w powietrzu półkole z lewa na prawo. Ognista istota zachichotała nieziemsko i zniknęła.
Przemysław wpatrywał się z niedowierzaniem w stół, na którym pozostała tylko kupka popiołu. Poruszał ustami, nie wydobywając z siebie żadnego dźwięku. Jego twarz nadal nie odzyskała naturalnego koloru. Spojrzał na Radomira, a ten z zakłopotaniem spojrzał w podłogę, po czym cicho powiedział:
– Wybacz mi, proszę, ten pokaz. Nie lubię tego robić, bo nie przysparza mi to ludzkiej sympatii.
Przemysław z wolna odzyskiwał równowagę duchową. Spojrzał na Radomira.
– No, cóż – powiedział wreszcie. – Może i zarobisz na ten posiłek, coś go pożarł.
Do izby wpadł pachołek z wiadrem wody, za nim tłum innych postaci gotowych gasić pożar, o którym wiedziało już całe domostwo, a prawdopodobnie i pół grodu. Przemysław w ostatniej chwili zdołał powstrzymać gaszenie pożaru, którego nie było. Dłuższą chwilę zajęło mu wyganianie wszystkich z izby i tłumaczenie, że pożaru nie ma. Radomir dyskretnie zrzucił na podłogę kupkę popiołu, która pozostała na stole. Kiedy Przemysław wreszcie wypchnął wszystkich na zewnątrz i zatrzasnął drzwi, obrócił się i napotkał wściekłe i zdumione spojrzenie swojego ojca. Kasztelan Sambor wysyczał wściekle:
– Możesz mi powiedzieć, synu, co się tu, do stu piorunów, dzieje?!
– To moja sprawka. – Zerwał się z ławy Radomir.
Sambor spojrzał na niego. Kiwnął na niego ręką i gestem polecił aby obaj udali się za nim. Rada odbyła zapewne gorącą dyskusję, gdyż twarze uczestników były czerwone, a atmosfera w izbie gęsta. Członkowie rady leczyli teraz zdarte w dyskusji gardła piwem serwowanym przez gospodarza.
– Rzeknę teraz, cośmy postanowili – zaczął bez zwłoki kasztelan. – Połowa z nas chciała cię pognać jako innych oszustów, połowa powierzyć ci zadanie. Ostatecznie przeważyło zdanie, że damy ci szansę i powierzymy ci nasz frasunek, abyś go rozwiązał.
Radomir pokłonił się. Kasztelan potarł twarz gestem zmęczonego człowieka.
– Pamiętaj jednak – ciągnął Sambor – że nasza cierpliwość jest już na wyczerpaniu, radzę ci więc nie znieważać nas i zabrać się do rzeczy.
Pomruki akceptacji rozległy się dookoła.
– Możesz nam teraz wyjaśnić, co to za larum podniosło się, kiedy myśmy się tutaj naradzali? Nie przywykłem do takich krzyków i zachowań w moim domu. – Kasztelan spojrzał groźnie na syna, a ten zawstydzony wbił wzrok w podłogę.
– To moja sprawka – powiedział Radomir. – Kiedy zabiorę się do rzeczy, będzie wielu ciekawskich, którzy swoją ciekawość mogą przypłacić gardłem. Zatem potrzebna była szalbierska sztuczka, która odstraszy wścibskich.
Zapadło głuche milczenie.
– Poza tym – kontynuował – przez jakiś czas ludzie będą gadali i nabiorą troszku wiary, której bardzo im potrzeba.
– Dobrze zatem – powiedział Kasztelan. – Czy trzeba ci czegoś do działania?
– Potrzebuję jeszcze troszku informacji – odpowiedział Radomir.
– Pytaj zatem, a my odpowiemy zgodnie z naszą wiedzą.
– Gdzie znajduję się żalnik?
Nastąpiła chwila konsternacji, wreszcie kasztelan odpowiedział:
– Trzy staje w stronę rzeki. Tam chowamy naszych zmarłych.
– Dobrze, czy w pobliżu znajduje się jakoweś trzęsawisko?
– Niedaleko jest małe bagienko. W lesie.
– Dobrze. Kto mieszka poza grodem?
– Stary Michun opiekuje się barciami i... – Tutaj Sambor zawahał się.
– I kto jeszcze? – Dopytywał się, Radomir
– Znachorka, Wizucha, mieszka w lesie, niedaleko Kamiennych Drzew.
– Dobrze. Kto trzymał straż przed świątynią, kiedy zabito pomocnika kapłana?
– Myślibór i Stękomir.
– Czy możesz po nic posłać panie?
Kasztelan kiwnął głową i spojrzał na Przemysława. Ten bez słowa wyszedł z komnaty.
– Na co wam to wszystko wiedzieć? – Odezwał się brzuchaty wielmoża. – Zastosujcie te wasze sztuczki i w mig będziecie wszystko sami wiedzieć bez rozpytywania. – Zaśmiał się.
– Sztuczki są po to, by rozwiązać problem – odpowiedział poważnie Radomir, patrząc na kasztelana. – Wpierwej jednak trzeba wiedzieć, „co” lub „kto” tym problemem jest.
Śmiech wielmoży urwał się. Poruszył się postawny dostojnik w czerwonym kubraku.
– Szlachetny Wojesław miał nadzieję, że właśnie owymi sztukami dowiecie się tego – odezwał się.
– Taką mocą nie dysponuję – padła odpowiedź. – Nie jestem jasnowidzem ani wieszczem.
Dalszą dyskusję przerwało wejście Przemysława i dwóch wojowników, Myślibora i nazywanego Stękomirem. Pierwszy z nich obdarzył Radomira spojrzeniem pełnym nienawiści. Stękomir był mocno zbudowanym mężczyzną średniego wzrostu. Ciemne włosy spływały mu długimi puklami na ramiona. Nie nosił zarostu. Wyraz twarzy miał wybitnie gapowaty. Pomimo że patrzył pod nogi, potknął się i o mało nie legł jak długi na podłodze. Radomir dostrzegł, że spojrzenie miał puste i nieskażone jakimiś głębszymi przemyśleniami. Teraz rozglądał się tępo dookoła. Co taki głuptak robi w straży? – pomyślał Radomir. – Może nie nadawał się do niczego innego.
– Opowiedzcie, co się wydarzyło w noc, kiedy zamordowano pomocnika kapłana.
Myślibór wzruszył ramionami. Stękomir uniósł brwi i spojrzał jakby za bardzo nie rozumiał, o co go pytają.
– Staliśmy po drzwiami od świątyni. Mioducha zabarykadował się w środku. Dobrze po północy przygniotło mnie i musiałem odejść na chwilę na stronę. Kiedy sobie ulżyłem, usłyszałem wrzask ze świątyni. Pobiegłem do drzwi, ale te były zawarte, a Stękomir stał pod nimi. Zrobiliśmy larum i przynieśliśmy drabinę, żeby dostać się do środka. Tam znaleźliśmy Mioduchę, który wyglądał, jakby go co rozerwało. I to wszystko – opowiedział Myślibór.
– Nu, ja żem stał pod... Tymi tam drzwiami i jak Myślibór polazł na stronę, co by się wypróżnić, to żem usłyszał ze środka wrzask, a potem wrócił Myślibór i my poszli po no tę... Drabinę i wleźlimy do środka i tam znaleźlimy tego bidoka, Mioduchę – wydusił z siebie Stękomir po tym jak mu wyjaśnili, o co go właściwie pytają.
– Dobrze – powiedział Radomir, usłyszawszy obie relacje. – Teraz chciałbym zobaczyć świątynię.
Kasztelan kiwnął głową, a Przemysław zaprowadził go na miejsce. Świątynia była malutkim budynkiem, stojącym na samym końcu grodu. Została zbudowana z solidnych bali i pokryta słomianym dachem. Radomir obszedł ją najpierw dookoła. Otwory, przez które dostali się strażnicy, znajdowały się naprawdę wysoko. Bez drabiny człowiek nie miał szans się wspiąć, by się do nic dostać. Radomir nawet tego spróbował i szybko się przekonał, że to niemożliwe. Stopy i dłonie nie miały nigdzie oparcia i nie dałoby się tak wspiąć nawet na metr. Przemysław otworzył zamknięte drzwi i powoli weszli do środka. Promienie słoneczne wpadały przez otwory pod dachem. Na podłodze widać było ciemne plamy zakrzepłej krwi. Jedna na środku pomieszczenia świątynnego tuż przy palenisku świętego ognia, druga niemal przy drzwiach wejściowych. Radomira zdziwił fakt, że plamy w gruncie rzeczy były niewielkie. Człowiek posiada w sobie dużo krwi i jeśli coś rozerwało Mioduchę, to powinno być więcej krwi. Zwrócił się do Przemysława:
– Nie było więcej krwi?
– No, nie. Tutaj, ta plama, to Kapłan Świętowid. – Przemysław wskazał na środek świątyni. – Pod drzwiami znaleźliśmy Mioduchę.
– Jak to? To krew po dwóch osobach?
– No, taaaak.
Radomir pokręcił głową z niedowierzaniem. – Powinno być jej więcej znacznie więcej – pomyślał.
Obszedł wnętrze świątyni. Pod ołtarzem Trywodana leżały wota ofiarne, jedzenie, skóry zwierząt, kości, jakaś biżuteria marnej jakości. Jego uwagę przykuł talerz z niedokończonym posiłkiem.
– Czy byłeś przy tym, jak znaleziono kapłana Świętowida? – zapytał Przemysława.
– Tak – odpowiedział wojownik.
– A widziałeś może, czy stał wtedy tutaj niedojedzony posiłek?
– Nie wiem... Czekaj! Tak! Obok ciała leżała wywrócona misa z kawałkiem słoniny i kaszą.
Radomir jeszcze raz obszedł świątynię. Nagle jego wzrok padł na ścianę, na punkt tuż pod otworem, przez który wpadało światło. Na belkach widniały dziwne pionowe rysy. Spojrzał wyżej i tam również je dostrzegł. Zawołał do siebie Przemysława. Wskazał mu zdrapania.
– Nigdy czegoś takiego nie widziałem.
– To teraz miej baczenie. Jeślibyś gdzie ujrzał takie ślady, natychmiast daj mi o tym znać.
Syn kasztelan spojrzał na niego.
– Wiesz już coś?
– Mam tylko mgliste domysły. Jestem jak człek w mrocznej jaskini, co ujrzał w dali mignięcie i nawet nie wie jeszcze, czy widział coś, czy mu się tylko wydawało.
Skierował się do wyjścia. Wyszedł na zewnątrz. Było już późne popołudnie. Słońce powolutku chyliło się ku zachodowi, ale miało jeszcze sporą drogę do przebycia.
Stali przez chwilę, nic nie mówiąc. Radomir podziwiał osadę. Domy były schludne i dobrze utrzymane. Do bramy prowadziła ulica z desek, dzięki czemu nie trzeba było się obawiać utonięcia w błocie, które zapewne zalegało tu po deszczach. Strażnicy przechadzali się po wałach. Przed pomieszczeniem, w którym zamknięto zbójów, również stał wartownik.
Radomir odwrócił się do Przemysława.
– Teraz muszę udać się do lasu.
Wojownik kiwnął głową.
– Sam.
– Dworujesz sobie ze mnie. Chcesz sam iść do lasu?
– Nie martw się o mnie. Jak myślisz, jak się tu dostałem? Przecież nie przyleciałem.
Przemysław pokiwał z niedowierzaniem głową. Wędrowiec uśmiechnął się lekko.
– Mam do ciebie prośbę.
– Słucham.
–Dopilnuj proszę, aby nikt za mną nie poszedł. Ja nic nie ryzykuję, idąc do lasu, ale nie chciałbym, aby ktoś dał głowę z głupiej ciekawości.
Przemysław spojrzał na Radomira.
– Dobrze.
– Wrócę po zmroku. Powiedz strażom, co by mnie nie potraktowali strzałą i wpuścili do grodu, bo nie lubię sypiać w fosie. – Radomir uśmiechnął się. Przemysław również się zaśmiał.
– Często ci to się zdarza? – zapytał.
– Częściej niż bym sobie życzył.
Skierowali się w stronę bramy. Radomir dostrzegł kobiecą postać przemykającą między chałupami. Rozpoznał kobietę, która nienawistnie spoglądała na niego, kiedy przybył do grodu. Dyskretnym ruchem wskazał ją Przemysławowi.
– Kto to?
Przemysław spojrzał we wskazaną stronę. Spoważniał.
– Sobiesława. Córka możnego Wojesława. – Po chwili zaś dodał – I przyczyna wściekłości Myślibora, której sam już doświadczyłeś. Myślibór bowiem za jej przyczyną jest wściekły na wszystkich i wszystko.
– Jakże to? – zapytał Radomir.
– Myślibór umyślił sobie ożenić się z nią. Zwiększyłby swe znaczenie, nie mówiąc o majątku. Ale pannica wyśmiała jego zaloty i przegnała precz. Jest jedyną córką Wojesława i trzęsie domem, jak chce. Myślibór ma trudny charakter i niedobrze zniósł taki afront. Stał się mrukiem i gniewa się na wszystkich i wszystko, chociaż panna jest rozpieszczona i marna z niej by była żona. Ale on nie chce słyszeć o innych. Pewnikiem zakochał się.
– Hmmm – zamyślił się Radomir, dostrzegając jednocześnie, że do chaty, w której zniknęła Sobiesława, weszła kobieta w średnim wieku. Doszli do bramy. Bóg słońca przesuwał swój wóz po niebie i dążył ku zachodowi. Przemysław pożegnał tu Radomira, a ten skierował się w stronę lasu. Kiedy wszedł między drzewa, wyczuł je od razu. Właściwie nawet nie musiał pytać o nie Sambora, i tak by je znalazł. Wołało go. Po dłuższym marszu znalazł je. Bagno.

Data:

 2010

Podpis:

 Svarthőfde

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=68950

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl