DRUKUJ

 

Anioły i genomy

Publikacja:

 10-12-09

Autor:

 Constantine11
PROLOG
Nie mam na czole błyskawicy. Nikt nie ukradł mi pierścienia. Z dłoni nie wystrzelają mi pajęczyny, a najważniejsza część mojego ciała ukryta jest pod luźnymi bokserkami ze SpongeBobem, a nie pod obciachowymi czerwonymi majtami. Jednak nie znaczy to, że jestem absolutnie normalny. Bo nie jestem. Odrobinę, to może narcystyczne obsadzać się w roli bohatera książkowego, ale czy, dajmy na to, niejaka Izabela Ł. była pokorna?
Co zatem jest we mnie niezwykłego, oprócz nieprzeciętnej urody oczywiście? Otóż od zawsze „słyszałem głosy-rady”. Coś jak „nie idź tą drogą”, z tym że osoba mówiąca jest całkowicie trzeźwa. A przynajmniej tak mi się wydaje.
Pierwszy raz tajemniczy ktoś, ten obcy, ujawnił się w szóstej klasie podstawówki, podczas jednej z przerw obiadowych. Koledzy zapraszali mnie na fajkę za szkołę. Mówili: „ale, spoko, nic się nie stanie, wciśnie się kit, że byliśmy pograć w piłkę na boisku!”. Nie dałem się jednak rozdziewiczyć w kwestii palenia papierosów. Coś we mnie powiedziało: nie warto, wiesz ile już przez to chłopięcych uszu starto? Coś jak głos Boga, ale chyba nieco za bardzo infantylnie. Była to decyzja udana – jeżeli bajki o graniu w nogę na przerwie nie kupiła nawet nasza polonistka, która do teraz uważa, że bramka jest okrągła, a piłki są dwie, to znaczy, że nikt by jej nie kupił. Bajką z kolei nie były z pewnością wydarzenia, które nastąpiły w domu moich kolegów, po powrocie rodziców z pospolitego, ale jakże niemiłego, „wezwania”.
Owego głosu niestety nie zawsze słuchałem, choć nigdy nie radził mi źle. Pamiętam jak kiedyś zbyłem go, podczas „okienka” w trzeciej klasie liceum. Poszliśmy z kolegami z klasy (których z racji profilu humanistycznego, nie było zbyt wielu) na piwo do pobliskiego parku. Słyszałem w sobie: nie kupuj Żywca, weź sobie chipsa. Na żywca, to byłem przestraszony, kiedy przyłapali nas strażnicy miejscy. Szczęściem w nieszczęściu był mandat na 100zł. Śmieciem w koszu było moje niedopite piwo.
Nikomu nigdy nie zwierzałem się z mojej „przypadłości”. Nie jestem ani z Tych, ani z tych, którzy płaczą w koszule swoich przyjaciół lub sukienki przyjaciółek. Rodzinę też wolałem trzymać od tego z daleka. Wystarczy, że mama musiała konfrontować się z moimi ocenami…
Całą prawdę o tajemniczym głosie poznałem pewnej nocy…

ROZDZIAŁ 1
Godzina 1:43, Kraków. Wąska ławeczka na ulicy Pszona, a na niej ja i dwie puszki najtańszego piwa ze stacji Orlen. Najlepszym samochodem na pobliskim parkingu jest zaledwie nowa Corsa, brudna do tego jak Harry. Nikt nie przychodził, pomimo iż siedziałem pod latarnią. Nawet żaden kibol z Cracovii, do której ponoć należy to osiedle, nie zdecydował się mi „wpierdolić”. Ale co najgorsze, nie zjawiała się też Ona. Może po kolei…
Wreszcie udało mi się zaprosić Ją do kina. Na „Śluby panieńskie”, reklamowane mianem komedii roku. Jeśli tak, to „Tylko mnie kochaj” jest techno thrillerem wszechczasów, a nasza „randka” była zajebiście udana…
Chodziłem z Anią do liceum. Zawsze mi się podobała, ale nigdy nie próbowałem Jej wyrwać. Może dlatego, że przez długi czas miała chłopaka? Może dlatego, że pomimo, że jestem maksymalnie narcystyczny, jestem także niesamowicie nieśmiały, a najlepsze wyznania miłosne wypowiadam po kilku głębszych lub kilkunastu płytszych?
Dopiero teraz, kiedy poszliśmy na studia do Krakowa, zdecydowałem się działać. Oboje po trochu nie umieliśmy się odnaleźć w nowym środowisku, jakoś tak nagle zaczęliśmy spędzać ze sobą więcej czasu. Trochę też chyba narobiłem sobie zbyt wielkich nadziei, kiedy to po jednej z nocnych libacji w Jej mieszkaniu, bez skrępowania pozwoliła mi zasnąć u swojego boku. Do niczego, prócz wspomnianego wcześniej, narobienia nadziei nie doszło. Liczyłem, że od robienia nadziei do robienia dzieci droga niedaleka. Przynajmniej w tym konkretnym wypadku…
Stąd też postanowiłem działać. Zgodziła się dopiero za trzecim razem. Po „niestety muszę się uczyć” i „wracam na weekend do domu”, sądziłem że usłyszę „babcia mi umarła”. Toteż „pewnie, możemy iść” brzmiało o wiele lepiej, niż „stawiam kolejkę” z ust mojego znajomego podczas jednej z niedawnych imprez…
Brzmiało to świetnie, ponieważ wydźwięk był pozytywny, ale także dlatego, że Ania ma absolutnie urzekający głos. To fakt. Do tego jest bardzo ładną blondynką. To fakt. I do tego inteligentną. Fakt. We wrześniu 2001 roku doszło do ataku na World Trade Center. To też fakt, ale w tym wypadku całkowicie nieistotny. Fakt faktem – głupi byłem, że zmarnowałem trzy lata, nie próbując wyciągnąć Jej na randkę.
W kinie było beznadziejnie, ale to już zasługa pana Bajona. Przed kinem było bardzo przyjemnie – podarowałem Jej kwiaty, mówiąc jak to ukradłem je z parapetu moich sąsiadów. Kupiłem je w kwiaciarni w galerii, ale oczywiście ciiiiiiii, wy nic nie wiecie! Uśmiechała się do mnie co raz, spoglądała co dwa, raczyła praktycznie wszystkim, co łaska! Praktycznie, bo zabrakło tego „czegoś”. Pierwsze minuty randki były absolutnie obiecujące, niestety później U, czyli napięcie, opadło. Po kinie, to już wyścig z czasem, by zdążyć na nocny autobus, przerywany przez „ale Kubuś, nie musisz mnie przecież odprowadzać!”. Mimo to Ją odprowadziłem. Jej blok zobaczyłem. Ale niestety nie zwyciężyłem… „Nie będziesz zły jeśli dzisiaj nie zaproszę Cię do siebie?”, zamiast „może wejdziesz na górę?” i „cześć” zamiast „pa”, to konkretny anal. Nie to, że chciałem ją zaliczyć już na pierwszej randce, nie nie! Po prostu pożegnanie było niesamowicie chłodne. Jak noc, z którą zostałem sam na sam. Nie licząc oczywiście nie nazbyt urodziwej Corsy.
Widocznie tak już mam. Jeszcze z żadną dziewczyną mi nie wyszło, to zaczyna robić się męczące. Już wtedy, podczas posiedzenia na tym osiedlu, na tej ławce, na tej ziemi, w tym miejscu, gdzie kiedyś stali nasi, a nie ZOMO, wiedziałem, że z Anią też mi nie wyjdzie. Wiedziałem, że Ona kocha innego. Wiedziałem też, że 2+2 jest 4, ale jakoś nie poprawiało mi to humoru. Z kolei nie wiedziałem jak „małpka” gorzkiej żołądkowej znalazła się w moim organizmie. Jakoś tak wyszło…
Schlałem się. No może nie jak świnia. Miałem tzw.: „fajną banię”, tudzież „humorek”. Wystarczyła mi godzina na ławce pod Jej domem z poczuciem porażki i 20zł, co jak na fakt, iż zaopatrywałem się na stacji benzynowej jest wyczynem godnym podziwu. Nie żebym robił z siebie wzór do naśladowania, czy też idola studentów i żuli, ale odrobina dumy nie zaszkodzi…
Ale niestety gdzie jest duma, jest i uprzedzenie. W tym wypadku do samego siebie. Gdyby tylko Agnieszka Chylińska była facetem, stwierdziłbym, że piosenka „Niekochana” jest o mnie. A tak stanąłem na „Mniej niż zero” i „Znowu w życiu mi nie wyszło”. Po jakimś czasie doszło do tego „Tak tak, tam w lustrze to niestety ja”. Chciałem jeszcze zanucić „Kiedy się stanę plamą na ścianie”, ale gdy zorientowałem się, że to Bajm, doszedłem do wniosku, że aż tak nisko nie upadłem.
I tak użalałem się nad sobą, zjeżdżałem w dół niczym górnik, obwiniałem się za całe zło tego świata, począwszy od kuszenia Jezusa Chrystusa, na debiutanckim albumie Małgorzaty Andrzejewicz skończywszy. To ciekawe, jak bardzo jedna dziewczyna może nadszarpnąć długo budowane i łechtane przez mamę, babcię, co poniektóre znajome, ale i przez co poniektórych znajomych, ego. Co z tego, że żeńska część mojego gimnazjum, w tym starsze koleżanki, rozczulały się jaki to jestem słodki, kiedy Ania nie chce się ze mną związać. A skoro nie chce się ze mną związać, to uważa, że nie jestem słodki, proste. I kto ma rację? To chyba oczywiste.
Choć wypity alkohol uderzał w tętnice, to autobus nie taplał się w śniegu. Taplałem się za to ja, w bagnie swojego życia. Trochę już osiągnąłem, nie jestem bezużyteczny jak odkurzacz w moim mieszkaniu, wygrałem niejeden konkurs literacki i, podobno, przede mną świetlana przyszłość. Ale to w tamtym momencie nie miało żadnego znaczenia. Bardziej niż karierą (a co za tym idzie – pieniędzmi, szybkimi samochodami, drogimi ciuchami i prostytutkami), przejmowałem się blondwłosą pięknością, rodem z nieba. Była jak anioł. Jak cud. Jak miód. Jak orzeszki. Jak Jean Claud Van Damme w „Krwawym sporcie”. Była po prostu zajebista. I nie zmieniał tego fakt, że zostawiła mnie samego na pastwę losu, na wąskiej i nadszarpniętej nieco przez czas, ławeczce.
Siedziałem, siedziałem, siedziałem, siedziałem, siedziałem, siedziałem, siedziałem, siedziałem, siedziałem, siedziałem, siedziałem, siedziałem, siedziałem, siedziałem, a czas ciągnął się równie niemiłosiernie, co Tobie, Drogi Czytelniku, podczas czytania kilkunastu poprzednich słów. Ale ja naprawdę siedziałem! Liczyłem, że się doczekam, liczyłem, że wróci, jak Lessie. Zegar na moim telefonie komórkowym wskazał 2:00, a Jej wciąż nie było.
Wstałem. Powiedziałem, że nie jestem sam, ale nie uwierzyłem we własne słowa. Postanowiłem coś zrobić. Otępienie spowodowane procentami zawartymi w wypitych uprzednio trunkach, sprawiło, iż zdecydowałem się odwiedzić jakąś dyskotekę. Nie ma sensu wracać do pustego mieszkania. Każdy z trójki moich współlokatorów, gdzieś dzisiaj wybył – Brodaty był u swojej lubej, Pepek wrócił do domu do Pogwizdowa, a Dżejkob poszedł na imprezę. A umówmy się – jak Dżejkob idzie na imprezę, to przed świtem nie wraca. Chyba, że jest to stypa.
I kiedy poczyniłem pierwszy krok, ponoć ten najtrudniejszy, znów usłyszałem tajemniczy głos. Nie rób tego, idź do mieszkania swego. Nadawca chciał, żebym wrócił do łóżka i zasnął spokojnie. Dziś na pewno śniłbym o Ani, a to skończyłoby się polucją i koniecznością wyprania pościeli. Marnowanie wody, lepiej zmarnować trochę wódy! No proszę, jedna kreseczka, a człowiekowi od razu robi się cieplej na duszy.
Godzina była późna, ale Kraków to nie Cieszyn, żebym o drugiej w nocy miał do wyboru tylko dwie stacje benzynowe. W tym pięknym mieście, mieście Królów Polskich, wyrażenie „witaj w klubie” nabiera zupełnie nowego znaczenia. Trzeba się tylko było jakoś dostać do centrum, tam dyskotek jest tyle, co przyszłych dni bez Ani, które już zaczynałem liczyć. Nie żebym był pesymistą czy też masochistą. Realista brzmi znacznie lepiej. Oczywiście najlepiej brzmiałby „mąż Ani”, ale z wiadomych przyczyn, niestosowne byłoby używanie takiego frazesu tamtej nocy.
W drodze na przystanek autobusowy, intrygująco nazwany „Pilotów”, obejrzałem na żywo spektakl pod tytułem „Romeo i Julia – wersja menelska”. Kiedy szedłem chodnikiem, zza zakrętu wyłonili się Państwo Żulowie i ruszyli odważnie w moją stronę. Odważnie, gdyż każdy kolejny krok w stanie takiego upojenia alkoholowego był aktem niesamowitego męstwa. I tak idą sobie idą, kiedy nagle Pan Żul, odgrywający rolę Romea, schyla się i podnosi coś z ziemi. Zadowolony z siebie, dobiega do nieco podirytowanej wolnym tempem swojego ukochanego, Pani Żul, czyli Szekspirowskiej Julii. Trzymając w ręku swe cenne znalezisko, Pan Żul przysuwa twarz do twarzy Pani Żul i szepcze z uczuciem: „Masz kochanie, znalazłem Ci”, a następnie wręcza jej podarunek. Tajemniczym znaleziskiem okazuje się niedopalony papieros. Romantyczne to jak diabli i to dosłownie, gdyż niedopaloną fajką okazał się Black Devil. Szczęśliwi Państwo Żulowie oddalili się ku zachodzącemu już w ich kierunku patrolowi straży miejskiej.
A ja? Podbudowany nieco, ale i zawstydzony trochę (czymże jest mój bilet na „Śluby panieńskie”, przy miłości Pana Żula?) dotarłem na przystanek. Kolejny nocny autobus miałem za 20 minut. Dobry to wynik, biorąc pod uwagę niepowodzenia, które spotkały mnie tego feralnego, o ile nie najgorszego w życiu, dnia. Usiadłem kulturalnie na ławce i oczekiwałem na nadjechanie pojazdu z numerem 609.
Robiło się zimno. Ale nie za sprawą wiatru, deszczu czy śniegu. Robiło się zimno z powodu braku Słońca. Mojego Słońca. Moje Słońce, to Ania. Docierało do mnie coraz bardziej i nachalniej, jakiego będę miał strasznego kaca przez następne kilka dni i bynajmniej nie za sprawą tych 200ml żołądkowej gorzkiej tradycyjnej. Zacznę sobie przypominać jak miło było z Anią, kiedy jedliśmy wspólnie obiady, kiedy śmiała się z moich dowcipów, kiedy brała mnie pod rękę, by nie wywrócić się na źle wybrukowanej nawierzchni, kiedy piła piwo przez słomkę siedząc naprzeciwko mnie. Dopiero w takich momentach człowiek uświadamia sobie magię tamtych chwil. Kto by pomyślał, że facetowi będzie brakowało widoku pijącej kobiety?
Jednak najgorszy był chyba fakt, iż miałem poczucie zaprzepaszczonej szansy. Przecież chodziłem z Anią. Do liceum. (walczyłem ze sobą, czy dopisać te dwa słowa. I choć bez nich, poprzednie zdanie brzmiałoby zajebiście, to uznałem, że nie warto uszczęśliwiać się na siłę). Trzy lata obok niej i ani listu miłosnego, ani Ani obok mnie w kinie? Byłem sobą rozczarowany i zażenowany. Byłem sobą zawiedziony i niezadowolony. Byłem sobą zdegustowany i zniesmaczony. Byłem sobą, po prostu.
Nadjechał autobus i dobrze, bo byłem gotów poddać się jakimkolwiek torturom. A że miałem pod ręką tylko w połowie pustą paczkę mentolowych Marlboro, zapewne skończyłoby się na wypalonych dziurach w ciuchach lub mojej skórze. I tak z resztą byłem dostatecznie wypalony, nawet bez tej wysublimowanej metody masochizmu.
Autobus linii 609 przemknął na swojej trasie szybko, niczym Usain Bolt. Konkurujące z nim, kursujące w dzień, numery 128 czy 184 nie dorastają mu do pięt. Podróż minęła bez większych problemów, typu wypraszająca cię z twojego miejsca, nachalna staruszka, czy śmierdzący kupą trzydziestoparoletni mężczyzna. Nie dałem się wciągnąć w grę „kto nie skacze ten z ujotu”, którą proponowało pozostałym pasażerom kilku studentów AGH. I to nie dlatego, że jako słuchaczowi Uniwersytetu Jagiellońskiego, owa gra mi uwłaczała. Nie miałem ani nastroju ani humoru. Nie miałem też esemesa od wybranki mojego serca (tudzież mojej wybranki serca, jeden chuj). Miałem za to w głowie milion myśli samobójczych, począwszy od tych najbardziej pospolitych, czyli powieszeniu się na skakance, na bardziej wysublimowanych, jak powiedzenie mamie, że nie zaliczyłem roku przez Anię, skończywszy. A w tamtej chwili każdy wariant brałem pod uwagę. Nawet zapowiadany na 2012 rok koniec świata wydawał się niezwykle (dosłownie!) prawdopodobny.
Wysiadłem na dworcu głównym. Podziemnym przejściem i plantami dostałem się na ulicę floriańską, gdzie dyskotek było od przysłowiowego zajebania. Poznałem też nowych przyjaciół: pewna rudowłosa studentka próbowała wręczyć mi kartkę umożliwiającą darmowe wejście do jednego z klubów, oraz wypicie piwa w niesamowitej promocji, czyli w cenie 5zł (zamiast 6). Trochę myląca była dziewczyna, ponieważ na kuponiku napisane było „Diva”, tymczasem, za sprawą wady wymowy, studentka zapraszała na „impjezę do jana”. Taki galimatias, że odszedłem nic nie biorąc. Zauroczyłem także pewnego jegomościa, byłego więźnia, który po usłyszeniu mojej przeczącej odpowiedzi na pytanie: „czy mam poczęstować papierosem?” zapowiedział, że jeszcze mnie kiedyś znajdzie. Wpadłem mu chyba w oko. Na szczęście w moim oku nic nie wylądowało, bo lima bym chyba nie zniósł. Wtedy Ania olałaby mnie już całkowicie, to chyba oczywiste. Kurde, gdyby jeszcze wtedy ktoś nucił „czy te oczy mogą kłamać”, to spokojnie mógłbym napisać „Odę do Narządu Wzroku”.
Przeszedłem całą floriańską i to bez kodów na tańsze piwo, które co chwila rozdawali dorabiający sobie studenci. Na żaden klub się jednak nie zdecydowałem. Dlaczego? Mniej więcej na wysokości pewnej budki z kebabem, gdzie obsługują polscy Turcy, przypomniałem sobie, że dziś w „Aferze” jest studencka impreza. Pomyślałem, że warto byłoby tam właśnie przystanąć. Szybki trucht na skrót, zobaczenie kilku całujących się par i jednej kłócącej i o to „Afera” stanęła przede mną otworem. A raczej ja przed nią, ale co oczywiste z racji mojej płci, bez otworu.
Pokazałem nie nazbyt urodziwej pani legitymację studencką. Pokazałem panom bramkarzom-koksom, że nie wnoszę żadnego własnego alkoholu. Jednym zdaniem: pokazałem się z bardzo dobrej strony. Zejście po schodach, kurtka w szatni, ja przy barze, a kolejne cztery lufy w moim organizmie. Disco!
Umcy umcy umcy umcy umcy umcy umcy umcy umcy umcy umcy umcy umcy umcy
Ciężkie techno, hardstyle. Ani pogadać z żadną laską, ani z własnymi myślami.
Umcy umcy umcy umcy umcy umcy umcy umcy umcy umcy umcy umcy umcy umcy
Ciężkie piwo, Okocim. Ani go wypić, bo złe, ani wyrzygać, bo szkoda.
Umcy umcy umcy umcy umcy umcy umcy umcy umcy umcy umcy umcy umcy umcy
Ciężko powiedzieć coś złego o brunetce spoglądającej na mnie spod baru. Ani się oprzeć, ani odwrócić wzrok.
Mallorca, extasy and motion, oh oh oh
I nagle zmiana muzyki. Stare dobre rytmy, wyparły nowe chujowe łupanie, a ja wyparłem się piwa i podążyłem za tajemniczą pięknością o czarnych włosach. Oczywiście po jej uprzednim skinieniu na mnie.
Mallorca, give me your devotion, oh oh oh
Na parkiecie tłok, zaduch, pot i kilka fajnych dup. Niscy faceci zabierają się za dziewczyny od tyłu. Te z kolei zabierają swe piękne ciała, gdy tylko dłonie nawalonych lowelasów wylądują na ich tyłkach. Dziewczyny zaczynają tańczyć w innym miejscu. Sytuacja się powtarza.
Living is easy, life will be so crazy
Mijam liżącą się (bo całowaniem tego nie można nazwać) parę. Jakiś pasztet rzuca mi uśmiech. Rzucam się więc do ucieczki.
Mallorca, join the generation, oh oh oh
Dochodzę do brunetki. Ta już na mnie czeka. Jedno spojrzenie, dwie dłonie, 24 zęby. Penis stoi, ja tańczę.
Mallorca, feel the good vibration, oh oh oh
Czuję jej włosy. Czuję jej perfum. Czuję podniecenie.
Hey with my feeling nice, and my feeling nice like our
Dłonie na udach, piersi przy klacie, usta naprzeciw siebie. Co na to Ania?
- Napijemy się?
To już nie pani śpiewająca w Lofcie. To brunetka szepcze mi do ucha. Schodzimy z danceflooru.
Trzymaliśmy się za ręce, gdy wylądowaliśmy przy barze. Wypiliśmy po dwie pięćdziesiątki żubrówki. Ja zapłaciłem.
- Może pójdziemy do mnie? – wypaliłem ni stąd ni zowąd, ani nawet stamtąd.
I wtem znów tajemniczy głos w mej głowie: Nie zapraszaj jej do mieszkania, wracaj sam, do spania!
- Tak, teraz ja muszę coś postawić. – usłyszałem w odpowiedzi.
Brunetka wygrała. Wyszliśmy z „Afery”. Szliśmy do mnie, nie rozmawiając prawie w ogóle. Dowiedziałem się tylko, że ma na imię Marika i studiuje w Krakowie. Wydała się bardzo sympatyczna.
Dopiero wtedy mogłem się jej dokładnie przyjrzeć. Oczywiście na tyle dokładnie, na ile pozwalał mi delikatny helikopter w mojej głowie. Marika była typową brunetkę, z krwi, kości, tkanki mięśniowej oraz skóry. Obcisły t-shirt typu „przeleć mnie” ukryty był pod czarną skórzaną kurtką z gatunku „przejedź mnie”. Całość dopełniona została dziurawymi jeansami oraz białymi adidasami, niestety również dziurawymi. Na dyskotece taka kreacja robiła furorę, ale pokazać się z taką dziewczyną chociażby w galerii krakowskiej już mniej…
„Ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem”, pomyślałem, zwłaszcza, że jeszcze ani mleko ani inna biała konsystencja się nie wylała. Zdesperowany byłem. Życie to nie kostka Rubika, nie układa się. Różne głupie rzeczy ludzie robią pod wpływem chwili, emocji, alkoholu, matki. I zawsze mają na swoje czyny usprawiedliwienie czy też wytłumaczenie. Do najpopularniejszego należy oczywiście „musiałem odreagować”
Mieszkałem niedaleko centrum wraz z trzema specyficznymi jegomościami. Zdaję sobie sprawę, że obrabianie dupy za plecami nie należy do cech godnych dżentelmenów, ale jednocześnie także zdaję sobie sprawę, że po moich działaniach sprzed kilkudziesięciu zdań, dżentelmenem w żadnym wypadku mnie nie nazwiecie. Tak więc do rzeczy. A raczej do ludzi.
Brodaty, lat 19 (najmłodszy z nas wszystkich), student AGH. Nie goli się, ani na twarzy, ani nigdzie indziej. Jest sumienny, mądry, trochę inteligentny. Generalnie fajny i bogaty koleś z jeszcze bogatszą, choć niekoniecznie fajniejszą, dziewczyną. Z tego miejsca chciałbym go oczywiście serdecznie pozdrowić i powiedzieć, że notatki z fizyki, których szukał w listopadzie ubiegłego roku, schowałem do szafki nad lodówką.
Pepek, również lat 19, również student AGH. Wysoki, chudy, długowłosy – Rysiek Riedel pełną gębą, z równie wykształconą umiejętnością do śpiewania po alkoholu i narkotykach. Momentami trochę zbyt naiwny i nie sprząta za sobą w łazience, ale znamy się, kurde, od małego. Od małego nieporozumienia, kiedy to w podstawówce wziąłem go za wroga z sąsiedniej szkoły. Oczywiście pozdro i Pepek – stawiasz flaszkę, bo jednak napisałem tę książkę.
Na samym końcu – Jakub Gordin, znany bardziej jako Dżejkob, a jeszcze bardziej jako brat Ani, mojej miłości. Z nim jest taki problem, że choć nic nie wie o moich zalotach do jego siostry, to widzi co się dzieje i po cichu kibicuje naszemu związkowi. Niestety jednak każde moje niedociągnięcie referuje Ani z wiernością kundla, esbekowskiego kapusia. Ot taka więź braterska. Dlatego też, z niekłamaną przyjemnością, przedstawiam go jako najfajniejszego z moich współlokatorów.
Mieszkanie z nimi jest specyficzne. Wieczne kłótnie o to, kto tym razem zmywa naczynia, mieszają się ze zbiorowym onanizmem, czyli wmawianiem sobie, jacy to jesteśmy zajebiści, a nie pójście na jakiś wykład (w skrajnych przypadkach ćwiczenia lub laborki) wiąże się z muszkieterowską zasadą „jeden za wszystkich wszyscy za jednego”. Ale my naprawdę chcemy skończyć te studia!
Dlaczego jednak postacie moich współlokatorów wprowadzam do książki właśnie teraz, skoro i tak nie było ich w mieszkaniu, kiedy przyprowadzałem tam swoją nowopoznaną koleżankę? Ich nie nazbyt wysublimowany i szczegółowy rysopis ma być usprawiedliwieniem dla bałaganu, jaki Marika i ja zastaliśmy pod adresem pl. Wolnica 4/20.
A ten był, co by nie przesadzić, przeciętny. Z tym, że w naszym wypadku, za porządek można uznać sytuację, kiedy po podłodze nie walają się skarpetki, a ze zlewu nie wypadają naczynia (ach te niespełnione marzenia o zmywarce…). Tak więc sam sobie, Drogi Czytelniku, dopowiedz jak bardzo jest źle, kiedy używam określenia „przeciętny”. Co mam powiedzieć, zaskoczyła mnie dziewczyna!
Ale Marice nie przeszkadzało to w żaden sposób. Ani w ten, że nie ma gdzie położyć ściągniętej kurtki, ani w ten, że omal nie poślizgnęła się na majonezie, gdy kładła swe buty na wycieraczce.
- Napijesz się czegoś? Kawy, herbaty? – zaproponowałem, modląc się, bym miał cokolwiek z tego w swoich zbiorach.
Chciałem być miły. Marika widocznie chciała być jeszcze milsza, gdyż nie odpowiadając na moje pytanie, pocałowała mnie namiętnie i od razu zawlokła na górę.
Na górę? W mieszkaniu? Śpieszę z wytłumaczeniem. Nasze mieszkanie było dwupoziomowe. Na, nazwijmy sobie, parterze znajdował się salon, ubikacja i kuchnia. Na piętrze sypialnia, garderoba i łazienka. Na schodach odrobina niestartego kurzu, a w naszych sercach, na przekór wszystkiemu, ciągle maj.
W sypialni było ciemno, ale zgaduję, że Marika najpierw zdjęła t-shirt, potem spodnie, a dopiero na końcu bieliznę. Zaczęło się. Start Apollo 13. Erupcja Etny. Odkrycie Ameryki. „Gospodarka, głupcze!” z ust Billa Clintona. Wybór Donalda Tuska na premiera najjaśniejszej Rzeczypospolitej. To wszystko nic, w porównaniu z tym, co działo się wtedy w sypialni. Moi mil państwo, matko, która nie powinnaś tego czytać – właśnie zaczynałem tracić dziewictwo.
Długo odgrywałem ten moment w moim umyśle, trenowałem różne warianty, zastanawiając się, czy spektakularniej będzie, jeśli rozpocznę „od tyłu”, czy po Bożemu, „od przodu”. Jednak te wszystkie treningi, które ponoć czynią mistrza, okazały się zupełnie nieprzydatne, a ja zdałem sobie sprawę, że nie nazywam się Marlon Brando i nie gram w „Ostatnim tangu w Paryżu”.
Zaczynało się robić nieprzyjemnie, zamiast przyjemności czułem ból, rósł stres. Czułem, że Marika robi się coraz bardziej podirytowana, czułem swój pot. I w jednym momencie CIACH! Pchnąłem mocno. Aż za mocno. Odepchnąć już się nie dało. Dotarliśmy do tej kompromitującej chwili, o której ze śmiechem czytało się w „Bravo”. Zaklinowałem się w kobiecie…
- Wyciągaj! – krzyczała Marika, bijąc mnie rękami po plecach.
Jakoś starałem się jej wytłumaczyć, że zaraz coś na to poradzimy, jednak me słowa były jak to ziarno, co padło na nieurodzajny grunt. I kiedy już myślałem, że Marika mnie po prostu zabije, usłyszałem jak drzwi do mieszkania się otwierają.
Ktoś wszedł do mieszkania. Ktoś wszedł na górę nie zapalając światła. Ktoś pojawił się w mojej sypialni.

Data:

 2010

Podpis:

 Constantine11

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=66218

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl