DRUKUJ

 

Szczekanie

Publikacja:

 10-10-23

Autor:

 SamaelSon
Na niebie słychać nieustający, metaliczny warkot myśliwców.
- Do lasu !
- Wolisz ich od Niemców ?!
- A ty nie ?
Po chwili, ze smutkiem skinęła głową. Tylko jeden raz odwróciła głowę, gdy złapał ją za rękę i wprowadził między drzewa.
Krok za krokiem, szybko, oddalali się od chrzęstu karabinów i wojennych nawoływań. Krok za krokiem, las stawał się jaśniejszy. Krok za krokiem, las przeobrażał się.
- Masz Colta ?
Pokręcił głową.
- A ty różaniec ?
Wbrew strachowi zaśmiała się. Krótko, nerwowo. Dźwięk rozszedł się powoli, osadzając się na każdym drzewie, w każdym szeleście liści przekazywał tą informację dalej, powiadamiając się wzajemnie. Z każdym krokiem na pokrytej liśćmi ziemi, słyszeli jak drzewa informują ziemię o tym dźwięku, a potem, mogli przysiąc, czekają na odpowiedź.
I odpowiedź nadeszła.
W lesie rozległo się szczekanie.
Jego oczy rozszerzyły się.
- Biegnij !
Sukienka powiewała dziko, a włosy szumiały w takt wiatru. On nie miał z tym problemu. Zatrzymywał się, by nasłuchiwać. Zrzucić ubrania, by zmylić pogoń. I biec.
A szczekanie zbliżało się.
- Niemcy ?
- Nie sądzę.
To jedno zdanie wypełniło ją strachem.
Słyszeli, jak las i ziemia powiadamiali o ich pozycji. W szumie wiatru, szeleście liści. W uginaniu się konarów. W zbliżającym się szczekaniu.
Nie mogli się ukryć. Znaleźliby ich, więc biegli.
Las, tak piękny i wspaniały, gdy widzieli go z daleka, tak kuszący, gdy nie mieli miejsca, teraz pełen był złości, wręcz..nienawiści. I złej, okrutnej radości.
Liście szeleściły.
Czuli tą radość. Cieszył się ich strachem. Radował zapachem krwi, gdy ostra gałąź przejechała po ramieniu. Ziemia rozsunęła liście, by nasycić się jej smakiem, gdy kropla spadła na runo. I mogli przysiąc, że mlasnęła ze smakiem.
- Może nie mam Colta – warknął – ale dzięki Bogu, mam to.
Pochylił się, odpalił zapalniczkę. Suche liście wrzasnęły. Próbowały uciec. Zaniosły ogień dalej.
Las wrzasnął. W szumie wiatru, szeleście liści. W uginaniu się konarów. W nagłym końcu szczekania.
Eveline oparła się na ramieniu Barta, wpatrując się w płomienie. Mężczyzna nadal pozostał czujny, patrzył jak ogień połyka drzewa. Ku jego zdziwieniu płomienie nie rozszerzały się dalej, a stopniowo znikały. Aż zgasły całkowicie.
Odetchnął głęboko.
Zza osmalonego drzewa wychyliła się ostrożnie łysa główka dziecka. Ludzie skamienieli. Coraz więcej główek pokazywało się za drzewami. Wiatr jęczał.
Bart – Eveline szepnęła przerażona – Co to za dzieci?
Nie wiem. - odparł, a głos mu się załamał. Ale zaraz odzyskał charyzmę. – Ruszaj dalej. Musimy wyjść z lasu zanim zapadnie noc. Potem do posterunku Rosjan kawałek. Ruszaj.
Postąpiła krok, a dzieci razem z nią. Były nagie, malutkie, i w każdej innej sytuacji Eveline podarłaby ubranie, byle tylko je okryć. To jednak nie była normalna sytuacja, wyczuwała to wszystkimi częściami ciała.
Znowu ruszyła do przodu. Jak mała armia, dzieci zrobiły to samo.
Bart – powiedziała, a w jej głosie brzmiała panika – Bart, boję się.
„ A ja nie, głupia kobieto ? Boże, jestem przerażony, nie wiem co to jest, czemu, ale muszę być silny, żebyśmy przeżyli. Mam ochotę wrzeszczeć.''
- Spokojnie – powiedział najspokojniej jak umiał – Musimy wyjść z lasu. Wszystko będzie dobrze.
Nagle spomiędzy drzew wyszedł niemiecki oficer. Obrzucił ich obłąkanym wzrokiem, skinął głową w bliżej nieokreślonym kierunku i otworzył ogień. Ciężkie pociski dziurawiły główki dzieci jedna po drugiej.
Eveline zaczęła wrzeszczeć.
- Boże, Bart, co on robi ?! To dzieci ! Powstrzymaj go !
Bart jednak zrozumiał gest Niemca i wyczuwał, że to nie dzieci. Pociągnął kobietę za sobą, żeby zaczęła biec.
- Musimy biec. To przeklęty las. A on nas uratował.
- Niemiec ?!
- Poświęcił dla nas życie.
Zanim Eveline zdołała mu cokolwiek powiedzieć, dzieci zwróciły się w stronę oficera i zaczęły biec. Ich twarzyczki wykrzywiały się, ukazując ostre, wilcze kły, a ręce pokrywały się korą. Nogi wydłużyły się, i potwory biegły coraz szybciej. Kobieta nie miała więcej wątpliwości. Biegnąc odwróciła głowę i zobaczyła, jak Niemiec oddaje jeszcze dwa strzały, rzuca broń i ucieka, wrzeszcząc. Wataha ruszyła za nim. A potem poczuła ból, gdy zderzyła się z drzewem.
Bart był zaraz przy niej, pomógł wstać, przeklinając pod nosem. Widziała, że był śmiertelnie przerażony i wyjąkała krótkie: „ przepraszam ''. Mężczyzna nie zwrócił na to uwagi, spoglądał na nią ze złością, i popchnął do biegu. Eveline jednak zatrzymała się i uścisnęła jego dłoń. Z jego oczu zniknęła surowość, wypełnił ją strach. Odwzajemnił uścisk.
- Biegnijmy – rzekł cicho.

Data:

 23.10.2010

Podpis:

 SamaelSon

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=65436

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl