DRUKUJ

 

Kroniki Białogóskie cz. 4

Publikacja:

 10-07-08

Autor:

 Ciemnogrodzianin
Rozdział IV.

Turski ziewnął, spojrzał na ścienny zegar i spadł z krzesła. Właściwie to krzesło uciekło spod niego, dowodząc, iż kółka u nóg to wynalazek wybitnie utrudniający zarywanie nocek nad wybitnie trudnymi śledztwami. Oraz kolejna różnica między fotelem biurowym, a miękkim łóżkiem z pachnącą pościelą.
Odgłos upadającego komisarza zbudził jednego z dwóch stażystów, którzy postanowili zabłysnąć przed nim, towarzysząc mu w papierkowej robocie. Z początku przyjął ich ofertę ozięble, czując, że będą tylko pałętać się i przekładać mu dokumenty z miejsca na miejsce. Ale gdy zadzwoniła Hoża z informacją, że generalissimus pretorianum pro Norde Provinciles Brzdęk życzy sobie codziennego raportu ze śledztwa, natychmiast zagonił ich do wyszukiwania w archiwum akt spraw, które uznał za „spowinowacone”.
Zaliczył do nich wypadek samochodowy Guliano Teratosso, śmierć Leona, zgon Billy'ego Hanksona i ogólnie wszystko, co łączyło się z tym rodem. Zaraz po powrocie z Parku rozstał się z Hożą, którą wezwano do uczestnictwa w sekcjach zwłok. Było południe, trup Camilla dobrze nie wystygł, a już go mieli kroić. Turski nie lubił patologów – bo zazwyczaj byli wesołymi ludźmi z poczuciem humoru. Jeśli ktoś pracuje z trupami i jeszcze jest skory do żartów, to pewnie ma coś nie tak z głową. Wolał zająć się prostą, biurową robotą, nadzorując przy okazji poszukiwania Williama Hanksona Seniora. Po godzinie jeden ze stażystów – wysoki mięśniak z krzywym nosem i wybitymi przednimi zębami - przywiózł mu wózek pełen akt. Drugi – okularnik w pulowerze i przetartych dżinsach – przeglądał zawartość dysków pretorii. Komputery przegrzewały się po trzydziestu dwóch minutach pracy i godzinie luzu, więc mimo wszystko więcej nadziei pokładał Turski w starym, dobrym papierze z jeszcze starszych szaf. Choć te w każdej chwili mogły eksplodować.
- Szafa się rozpadła? - spytał wtedy komisarz, wskazując na zapchany chaotycznie upchanymi teczkami wózek, pamiętając podobny wypadek: półki nie wytrzymały ciężaru akt, które oparły się o równie wytrzymałe drzwi. W efekcie przechodzący obok prokurator został dosłownie zasypany papierami i zaczął postulować o wprowadzenie komputerowej bazy danych.
Tym razem jednak krzywonosy stażysta zaprzeczył.
- To z teczek Teratossoooo... - Było to tak interesujące zajęcie, że przerwał sobie solidnym ziewnięciem. - A właściwie z ich szafy. Jest jeszcze druga.
- Tyle tego? - Komisarz gwizdnął z podziwem – Wiedziałem, że prawa to oni nie kochają... Ale nie doceniałem ich.
Szok wywołany ogromem dokumentów stanowiących historię licznych i bolesnych kontaktów ojca i czworaków z pretorią, minął szybko – po jakichś trzech godzinach. Okazało się że przynajmniej jedna szafa w całości była wypełniona listami od jednego autora. Pan Życzliwy (ewentualnie „Obywatel”, choć może to po prostu nazwisko Życzliwego, bo kilka donosów podpisano „Życzliwy Obywatel”) bardzo uważnie obserwował poczynania Teratosso zarówno w życiu prywatnym, jak i w pracy. Wiedział co, kiedy i z kim łykali poszczególni bracia, kto dał w łapę Ministrowi Obrony i komu z konkurentów koncernu Terabella zdarzył się wypadek zmuszający do wycofania się z przetargu.
Przekopywali się przez to do drugiej w nocy, wspomagając się jedynie lurowatą kawą i co ciekawszymi szczególikami z życia Teratosso (Camillo pobił kiedyś kogoś za insynuacje, jakoby dziki pies odgryzł mu też część przyrodzenia). Koło dwudziestej zadzwoniła Hoża, z informacją, że goniec zaraz podrzuci mu biżuterię Camilla, a ona sama jedzie do jego mieszkania. Przypomniał jej o rozmowie z Piscim i zdjęciu faceta, o którym im opowiedział.
Biżuteria Teratosso była nieco nudnawa. Na każdym jej elemencie przewijał się motyw wina. Kolczyki z winnym gronem, bransolety stylizowane na winne pnącza, naszyjnik z wisiorkiem w kształcie amfory.
Pierwszy padł stażysta z krzywym nosem. Turski jak przez mgłę pamiętał, że gdy kładł głowę na blat biurka, ten w okularach mruknął coś jakby: „Bingo”, czy coś w ten deseń i grzmotnął czołem w klawiaturę.
Teraz Turski wołałby pójść do domu i się porządnie kimnąć, ale gdy pomyślał, że po ulicach biega wariat zdolny strzelić komuś w twarz, albo rozerwać na dwoje... Cóż, wolał nie ryzykować, że ten ktoś zaatakuje ponownie, tym razem kogoś lepszego niż Teratosso i spółka.
Wstał z podłogi, powiedział „dzień dobry” krzywonosemu i szturchnął okularnika.
- Zbierajcie się chłopaki. - Turski starał się nadać swojemu głosowi ton miły, acz stanowczy. Jak zawsze nie wyszło. - Dziś macie wolne, w pełni płatne. Ale na drugi raz nie będzie tak dobrze - dodał, mając nadzieję, że oddali to od nich widmo pracoholizmu.
Gdy wyszli, przyjrzał się rozwalonym papierom na biurkach, należących do innych pretorianów. Komputer nadal szumiał. Turski podszedł do maszyny i ruszył myszką. Nic. Zawiesił się drań.
Ale to, co zobaczył komisarz na monitorze, bardzo poprawiło mu humor.
Sprawa o przemyt dzieł sztuki sprzed pięciu lat. Osiemnastoletniego Camillo zatrzymano przy wjeździe do kraju z wielką wazą, która według Hugo Teodotta – historyka sztuki z Białogórskiego Uniwersytetu – była urną pogrzebową jednego z królów miasta Kitera na Półwyspie Elladzkim, niejakiego Dionizjusza. Tu kończył się wyświetlany tekst. Turski spisał lokalizację pliku na małą karteczkę.
Skojarzył to z winem „Kiteron” - tym, które pił z kumplami Camillo. Jeśli dobrze pamiętał, jedynym bogiem, jakiego kiedykolwiek czcili Teratosso, był Mars. Jedno z plotkarskich pism pewnego razu szumnie ogłosiło rozłam w rodzie, gdy Valentino nazwał jednego ze swych synów „czcicielem wielkiego pijaczka”. Sądząc z błyskotek denata, był on najwyraźniej wyznawcą Dionizosa. To było wybitnie kłótliwe bractwo – szczególnie agresywni byli, gdy ktoś nie dołączał się do ściepy na wino. Wątpił, by Hankson działał pod ich wpływem, ale mogli oni maczać w tym palce – choćby mówiąc imigrantowi gdzie znaleźć ofiarę. I dostarczając srebrny, ceremonialny śrut.
Rozważania Turskiego na temat postępu technologicznego w dziedzinie ceremoniału przerwało stukanie do drzwi. Gdy zajrzał w szkiełko judasza, dojrzał lekko zniecierpliwioną Zofię.
Otworzył i odsunął się lekko, przepuszczając zasapanego pretorianina z wielkim naręczem akt. Komisarz nie miał siły nawet pytać, co to jest.
- Znaleźliśmy to w rezydencji Teratosso - rzuciła Hoża, stawiając na krześle kolejny stos. Była ubrana w górę munduru i dżinsy, aż dziw że wpuszczono ją na rewizję w niepełnym mundurze - W pokoju Camilla. Oczywiście oni nic nie wiedzą, poza tym, że mam obowiązek im wierzyć.
- A czego to wszystko dotyczy? - Seweryn miał dość papieru na następne ćwierć wieku.
- Jakaś kradzież z magazynu służby celnej, jakieś zabytkowe wino przemycane z Ellady. Aha, znalazłam te zdjęcie. - dodała z krzywym uśmieszkiem pani nadkomisarz.
- Pokaż mi je.
Wyciągnęła z kieszeni obśliniony kawałek papieru fotograficznego. Właściwie było to pół fotografii paszportowej, bo ktoś odgryzł większą połowę.
- Wygląda jak krowie z gardła wyciągnięte - powiedział Turski, wycierając znalezisko w rękaw.
- Nie krowie, - zaprzeczyła Hoża z przekąsem - tylko ochmistrzyni, która nie zdążyła posprzątać. I nadrabiała stracony czas.
- Ach. - Turski przyjrzał się zdjęciu. Było mocno podziurawione, szczególnie w środkowej części – więc to chyba to z tarczy do rzutek. - Mamy prawą połowę twarzy podejrzanego. Wypada podejrzewać, że to nie jest całość. Poślijmy to do techników, niech to zeskanują i dorobią sobie drugie pół. Miejmy nadzieję, że nie miał tam nic szczególnego – żadnej blizny, czy tatuażu.
Pretorianin, który wniósł papiery, wziął zdjęcie i wyszedł.
W drzwiach minął się z panią prokurator Brutus. Błyszczała epoletami i dwoma medalami przypiętym do piersi. Brakowało ich tylko na chudej, wytapetowanej twarzy. Kilka dałoby się też wpleść w krótkie, farbowane na jaskrawoczerwony kolor włosy. Jak zwykle mówiła po auriańsku.
- Ave Imperator Claudius Aurelius Maximus Secundus Aeronauticus!
Musiała to powiedzieć. Nie mogła skrócić do zwykłego „ave” ani chociaż do „ave Imperator”. Tłumaczyła to formalnościami zawartymi w Kodeksie Godności Funkcjonariusza: „Witać należy się każdy osobno, tak by głosy nie mieszały się, pozdrawiając Imperatora, wymieniając przy tym wszystkie jego imiona i przydomki. Pozdrowienia należy wygłaszać w kolejności od najstarszego stopniem.” Gdy ktoś się ją zapytał, jakby wyglądałoby powitanie trójki pretorian pod ostrzałem w czasach Augusta Titusa Elladicusa Padarwatusa Metalicusa Maximusa Ferrentiusa Gladiusa Saturiusa Galileicusa Aureliusa Cezariona Tertiusa odpowiedziała ze stoickim spokojem, że dodała by jeszcze „Juwenaliusa”.
- Jak się toczą sprawy? - spytała pani prokurator, udając, że ten „potoczny” zwrot wyszedł jej naturalnie. Na pokrytej eleganckim makijażem twarzy rozlał się wyraz zadowolenia z siebie.
Turski spojrzał błagalnie na młodszą koleżankę. Auriański, szczerze mówiąc, znał słabo. Nie do końca rozumiał gramatykę, a pisanie raportów do Komendy Głównej zlecał innym, nieraz przekupując ich dodatkowymi dniami urlopu.
Pani nadkomisarz wytłumaczyła, że sekcja zwłok Bartnika wykazała ślady środka usypiającego w okolicach ust i nosa. Nie było śladów wleczenia, więc prawdopodobnie został doniesiony pod drzewka. Położono go dość niedelikatnie, gdyż kilka żeber było złamanych. Zresztą z naszych informacji denat za życia ważył jakieś sto kilo. Tragarz musiał być nieco zmęczony, poza tym i tak miał zamiar go zabić, więc raczej go nie oszczędzał. Przed śmiercią nacięto jamą brzuszną ostrym przedmiotem. W najbliższym czasie powinny dojść wyniki analizy materiału genetycznego ze znalezionego włosia.
- Rozumiem. - Brutus pokiwała głową – A co z Nadzieją Rodu Teratosso?
- Przyczyną zgonu było bezpośrednie trafienie z bliska dwoma standardowymi ładunkami śrutu wykonanego w osiemdziesięciu procentach ze srebra. W jego krwi były trzy promile alkoholu, znaleźliśmy też ślady kokainy i „Bram Olimpu”.
Pani prokurator skrzywiła się. Seweryn, mimo iż rozumiał piąte przez dziesiąte, pojął, że martwi się o swoje i innych dobre imię. Brutus chciała o coś spytać, ale Hoża kontynuowała. Turski pomyślał, że i tak musieliby odpowiedzieć, że tego nie da się zatuszować w toku śledztwa.
- Ponadto stwierdziliśmy zaskakujące jak na tak młody wiek objawy rozrywkowego trybu życia: zniszczone nerki, wątroba, płuca jak u stuletniego palacza tytoniu. Dzisiaj jadę do domu Bartnika. Mieszkał sam, był raczej odludkiem. Jego brat powiedział nam tyle, co usłyszeliśmy od Teratosso – nie miał wrogów osobistych, raczej takich, którym nie podoba się albo jako konkurencja w zbrojeniówce, albo w ogóle jako przedstawiciel zbrojeniówki.
- A informacje od mojego kuzyna?
Hoża wyczytała w oczach pani prokurator szczeniacką perfidię, znaną jej z czasów, gdy sama łamała przepisy, tylko po to, by pokazać, że nie jest formalistką.
- Szczerze mówiąc, – odparła Hoża ze szczeniackim okrucieństwem - średnio przydatne. Jeśli młody Teratosso...
- Nadzieja Rodu Teratosso... - poprawiła Brutus, nie ze złośliwości, a wrodzonego formalizmu.
- Tak, NR Teratosso... Został zabity przez osobnika, którego zidentyfikowaliśmy jako Williama Hanksona Seniora. Prawdopodobnie motywem była zemsta za śmierć syna – towarzysza libacji Camillo.
Kolejne skrzywienie. Nie mogli tego zatuszować przed sądem, na rozprawie. A wątpliwe by któryś sędzia chciał się narazić pismakom i telewizji utajniając tak sensacyjny proces.
- Dobrze, a co z opinią publiczną? Czy nie było żadnych przecieków? Nie możemy pozwolić, by splamiono honor Wielkiego Rodu, nim poznamy prawdę.
Hoża była zdania, że honor tego rodu trzeba by już dawno oddać do pralni chemicznej.
- Prowadzimy śledztwo jeden dzień. Nie wiemy niemal nic. Nie ma co i kiedy wyciec – skłamała, choć wiedziała, że paparazzo którego widzieli w Parku Zamkowym już pisze krwisty artykuł do jakiejś gazetki.
- Poza narkotykami, klubami o wątpliwej reputacji i rozerwanym na dwoje prezesie wielkiego koncernu – powiedziała Brutus, krzywiąc się jakby połknęła cytrynę. Widać ona też uznała, że wyliczenie było nie dość naturalne. - Co z rewizją mieszkania Camilla Teratosso?
„Oj, jak się dowie o tych aktach, to zaraz poczuje natchnienie do hydrauliki i zacznie szukać przecieku.” - pomyślała pani nadkomisarz i opowiedziała o zdjęciu, ochmistrzyni, dopiero na sam koniec wskazała teczki.
Ku ich zdziwieniu Brutus omal nie podskoczyła z radości, gdy zajrzała na pierwsze strony. Ale choćby to zrobiła, przebijając przy tym sufit i wracając z kawałkiem księżyca, nic nie oddało, by tego jak bardzo radość uderzyła jej do głowy jak fakt, że przeszła przy podwładnych na widlański.
- To są akta, których Służba Celna i Ministerstwo Spraw Zagranicznych szukają od dwóch lat! - wykrzyknęła, wertując strony z wypiekami na twarzy.
- Spraw Zagranicznych? - Turski włączył się do rozmowy, rad, że nie musi się jedynie przysłuchiwać tym wszystkim usom, iusom i ariom. - Elladzi się upomnieli o kilka flaszek wina?
- To tak przy okazji – wyjaśniła Brutus, wertując akta. - Chodzi o to, że gdy złapali przemytników przy następnej partii towaru, to ci zaczęli sypać. No i okazało się, że ten sam zleceniodawca zamówił też urnę z prochami Dionizjusza. To był jakiś król, którego według legendy lud rozszarpał, gdy stwierdził, że nie stać miasta na darmowe wino dla wszystkich.
- A ponoć kiedyś ludzie byli bardziej cywilizowani - skomentował Seweryn. – Ale trop prowadzi w takim razie do Teratosso?
- Tak! Do tego rodu przemytników i ćpunów! Niech ktoś dostarczy te akta do mojego gabinetu.
W myślach Turski leżał na podłodze i pękał ze śmiechu. Z jego twarzy Hoża wyczytała jedynie zaskoczenie, bo pani prokurator była cwańsza niż myślał. Zwietrzyła okazję do zyskania sobie większej sławy niż rola oskarżyciela jakiegoś tam mordercy z Białogóry. Teraz mogła marzyć o międzynarodowej sławie pogromczyni przemytników, która nie waha się wymierzyć sprawiedliwości grubym szychom.
Pani prokurator wyszła, a para śledczych odetchnęła z ulgą.
- Czyli na razie tej sprawie da spokój. - Seweryn wskazał Hożej miejsce przed ekranem komputera. - O ile góra nie będzie się mieszała i pozwoli nam kalać dobre imię Teratosso, możemy działać swobodnie.
- Co ty masz? - Zofia usiadła, poprawiając włosy.
- Jedną zarwaną nockę. I biuro zawalone papierami z nazwiskiem naszego Zerotwarzowego alias Dziewięciopalcego.
- To niewiele – przyznała Hoża wyciągając z włosów pierze.
- Tak, - przyznał Turski, zastanawiając się, z kim tym razem Zofia odreagowywała stres - ale jeśli dowiemy się, gdzie jest Hankson będziemy go mogli zatrzymać. Poszły już jego portrety pamięciowe na granice?
Zofia westchnęła.
- Dawno, ale jeden ze starszych pograniczników od razu powiedział mi, że wywiesza go tylko dlatego, że to jego obowiązek. I dlatego, że dobre wychowanie nie pozwala mu odmówić damie.- Uśmiechnęła się i zajrzała do kubka po herbacie. – Masz coś do picia? Ochmistrzyni tak była zajęta żuciem tej fotografii, że nie przyszło jej na myśl nas poczęstować.
Komisarz podszedł do małej szafki w kąciku socjalnym i przy okazji powyrzucał puste pudełka po kawie i herbacie. Gdy stwierdził, że nic mokrego tam nie ma, wyciągnął z małej, ledwo zipiącej lodówki butelkę wody mineralnej.
- Niegazowana? - spytał, raczej z dobrego wychowania, bo miał tylko taką.
- Tak, może być. - Pani nadkomisarz delikatnie odkręciła korek i pociągnęła łyk. - A wiesz, dlaczego ten pogranicznik był taki sceptyczny? - spytała, ocierając usta.
- Przejdź się na Schody, to znajdziesz takich ze dwa tysiące.
- Właśnie – przytaknęła Hoża. - Ponadto większość pograniczników pochodzi z południowych Wielkich Rodów.. Dla nich każdy imigrant wygląda tak samo, mówi tak samo...
- ...i nazywa się Pędzący Bełt. - Turski uśmiechnął się lekko. Celnicy zarabiali na tyle dużo, byli na tyle blisko większości lewych (i dochodowych) interesów, że od dawna było to zajęcie dla „szlachetnych i nieprzekupnych przedstawicieli elity społeczeństwa”. A jaka to elita najlepiej świadczył fakt, że niedawno ktoś z tej elity kazał zatrzymać prezydenta Jidjish jako buntownika i separatystę, gdyż nie wiedział, że od pewnego czasu ( konkretnie pięciuset sześćdziesięciu dwóch lat) kraj ten nie jest już prowincją Imperium i ma prawo mieć niezależnego od Forum Aurelianum przywódcę. Jak się okazało, cała wiedza tego urzędnika o Jidjish ograniczała się do tego, że jego praprapraprapraprapradziad zginął, walcząc z rebelią w tym rejonie.
- Przynajmniej przesłał mi listę imigrantów z Federacji Seeookeskiej z ostatniego roku. - Hoża wyciągnęła z teczki wydruk ze starej drukarki igłowej. - Szczególną uwagę zwrócił kilka tygodni temu na pewną grupę z klubu aeronautycznego. Wwieźli cały kontener części do samolotów. Opłacili całe cło, wjechali bez przeszkód do kraju.
- To chyba nie przestępstwo? Aktualnie? - Pytanie nie było takie zabawne, znając paradoksy prawne rządzące Imperium.
- Nie, ale zaprosili go na pokaz lotniczy na polach pod Rykowiskiem. Za dwa miesiące.
- O, nie słyszałem o tej imprezie. A lubię posłuchać ryku silników dobiegających z wysokości.
- Nikt o niej nie słyszał – zauważyła Hoża. - I dlatego mam zamiar zaprosić cię na stare lotnisko sportowe.
- Jasne! - powiedział Turski, sięgając do kieszeni po kluczyki do Pradziada – Zobaczymy, jak im idą przygotowania do pokazu.



Marek stał na brzegu rzeki. W oddali widział kryty jasnożółtą dachówką rodzinny dworek, słyszał znajome brzęczenie – to pszczoły starego Berberiusza zbierały nektar, by stworzyć z niego słynny marcijski miód. W oddali przeleciał klucz dzikich gęsi, wracających z zimowisk za Cieśniną Mikialtarską. Pewnie stryj Alexander już czyści fuzję i pisze zaproszenia na wielkie polowanie. Ruszył w kierunku mostu. Deski cicho zaskrzypiały, tak jak robiły od niepamiętnych czasów. Przeszedł, gładząc zdobione poręcze. Wspiął się na pagórek, by objąć to wszystko wzrokiem.
Tam go spotkał.
- Wynoś się... - powiedział, rozglądając się w poszukiwaniu innych ludzi w okolicy. Sam nie da rady, jego trzeba masą zgnieść, otoczyć i zatłuc. Raz na zawsze.
Tamten jednak tylko spojrzał na niego i pokręcił głową.
- Nigdzie nie pójdę – powiedział tym swoim szyderczym głosem. - Chcę to zobaczyć.
- Ty przecież nie żyjesz...
Znowu uśmiech. Wskazał coś u stóp pagórka i ruszył tam.
- Nie wierz plotkom. Chcę to zobaczyć.
- Co niby? - Chciał zawołać nowego stróża, Gracjana. Ale nie zrobił tego. Szedł za nim. Intruz zwrócił się kierunku dworku. Byli tam wszyscy – jego rodzina, wszyscy pracownicy i klienci. Byli uzbrojeni, pokazywali palcem szczyt wzgórza. Zaśmiał się i zbiegł do nich. Teraz mieli szansę, mogli zniszczyć tego potwora... Ale gdy tylko go zobaczyli, wpadli w gniew i zaczęli grozić bronią.
- Co się stało? Nie poznajecie mnie?
Przed tłum wyszedł jego ojciec – wysoki, barczysty z gęstym zarostem i swoim ulubionym sztucerem.
- Wynoś się, zhańbiłeś nasze nazwisko. Prędzej zdechnę, niż pozwolę tej kreaturze wejść do naszego domu...
Wtedy nie wiadomo skąd pojawiła się Alicja. Ojciec Marka wymierzył i nacisnął spust.
Obudziło go pukanie w szybę. Ten fotel w sypialni był stanowczo zbyt wygodny - bardziej niż czuwaniu sprzyjał drzemce. To wino od kuzyna z Ellady też było mocniejsze, niż podejrzewał. Spojrzał na zegarek. Piąta rano, Alicja pewnie już...
Podbiegł do okna. Stała tam, po drugiej stronie, w długiej koszulce z miną, jakby miała go zaraz poćwiartować. Otworzył okno i pomógł jej wejść.
- Przepraszam, kimnąłem się - usiłował się wytłumaczyć, ona jednak machnęła ręką.
- Nieważne... - burknęła. - Miałam klucz w spodniach. Tym razem chciałam schować ubrania, a potem wrócić po nie, ubrać się i iść do domu. Wzięłam nawet foliową torbę, zakopałam je w tej torbie w krzakach w Skrajnym...
- I nie wróciłaś po nie... - Marek razem z nią zawsze zastanawiał się nad najlepszą strategią w te dni. To z zakopywaniem ubrań było jego pomysłem, więc miał szczerą nadzieję, że to ona w tym wypadku zawiniła.
- I ktoś je ukradł! - ryknęła dziewczyna, tak że na pewno kogoś w budynku obudziła.
- Znaczy wykopał, przejrzał, co jest w środku, wziął klucze... - przerwał, widząc minę Alicji.
- Nie! Wykopał i porozrywał na strzępy! I jeszcze zostawił tego łacha! - Rozłożyła ręce, by mógł dokładnie obejrzeć sięgający jej do połowy łydek, materiał z logo jakiegoś klubu lotniczego.
- Może to głupi żart... - Na siłę szukał logicznego wyjaśnienia. - Wiesz, ktoś widział, jak zakopywałaś...
- To musiał też widzieć jak... - Przyłożyła dłonie do ust i ułożyła z nich „szczęki”.
- Aha, no tak. - Marek nadal zastanawiał się jednak nad jakimś mniej niepokojącym wytłumaczeniem - A może to jakiś pies. A tej koszulki po prostu nie zauważyłaś...
Alicja prychnęła.
- To był chyba jakiś cyrkowy pies, skoro użył saperki. A koszulki w firmowym opakowaniu i karteczką z odręcznie napisaną dedykacją „Dla Alicji C” leżą sobie w krzakach co dwa metry.
„INTERESUJĄCE I ABSOLUTNIE PEWNE OSOBY” - Markowi aż dreszcze przeszły po plecach. Alicja też widać o tym pomyślała.
- Zaraz całe miasto będzie wiedziało, ale wszyscy będą się z tym kryli, chcąc sprzedać tę tajemnicę - zasugerowała jedną z alternatyw, przeglądając komodę z bielizną.
- To co robimy? - Marek oparł się o kredens i splótł ręce na piersiach. Zamknął oczy, by jej nie widzieć, jak będzie się przebierać. Przez pierwsze dwa miesiące, gdy testowali tę formę „prywatności” był zaskoczony, że potrafi wytrzymać, aż Alicja się ubierze. - Wiemy, że wiedzą Mercator, my i te „osoby”. Mercator prawdopodobnie wie też o kimś, kto ma podobne jak ty... przypadłości. Poza tym jeśli były to osoby na tyle sprytne, by pytać się o monitoring Mercatora, to raczej nie w ich stylu robić takie psikusy.
- Już, możesz otworzyć oczy - rzuciła Alicja, poprawiając tylko odrobinę halkę - -I myślisz pewnie, że powinniśmy pogadać z przynajmniej tymi mniej psotnymi typami?
Nie odpowiedział. Nie chciał, żeby potem cała wina spadła na niego. Z jednej strony uważał, że jeśli ten ktoś ograniczył się do takiej dziecinady, to raczej nie jest groźny. Niebezpieczni są ci, którzy się nie śmieją.
- Ty zdecyduj - mruknął, wchodząc do kuchni - Ale najpierw się zastanów. Pamiętasz tego starego obłąkańca, który łaził po cmentarzach i profanował zwłoki, twierdząc, że to wampiry?
- Travelreacha? I myślisz ,że teraz się przerzucił na wilkołaki? - Pytanie było nieco bez sensu, bo widziała, jak tego człowieka schwytano i wiedziała, że skazano go na dwadzieścia lat więzienia na wyspie El Bello.
- Może on, może ktoś inny. To bez znaczenia. Ważne, że ten ktoś, z jakichś chorych powodów, może nie chcieć, byś dalej chodziła po świecie. - Marek wiele razy dochodził do wniosku, że właściwie to gdyby jej nie znał, a wiedział, kim jest, sam by ją zastrzelił Ze strachu, że coś takiego narusza ustalony przez naturę porządek. Ze strachu, że jeśli ona istnieje, to i może te pół tysiąca lat walki rozumu z ciemnotą było stratą czasu, wielkim kłamstwem.
- Musimy pogadać z Mercatorem o szczegółach - postanowiła, przeszukując szafę. - O której ma wykład ten spec od lepienia garnków?
- W samo południe. Wcześniej, o jedenastej jeszcze mam zajęcia z profesorem Labore.
Znalazła sobie parę dżinsów i zieloną koszulkę. Pokazała mu je, jakby chcąc pokazać że uważa jego zdanie w prawie jej ubioru za istotne.
- Mogę tak wyjść na miasto? - spytała.
- Jak najbardziej – odparł, wiedząc że i tak by się potem ubrała po swojemu.
- No to mamy jeszcze trochę czasu – powiedziała, zakładając niebieską bluzkę z długim rękawem i rozejrzała się po pokoju. - Nie wiem, ile nam to czasu zajmie. - Wskazała na leżące w bezładzie oprzyrządowanie do ekologicznego grilla na baterie słoneczne. Otworzyli pudełko wczorajszego wieczora i nim zdołali odcedzić instrukcję obsługi od ulotek z logo partii Zielonych, Alicja poczuła zew swojej drugiej natury. Radziła ona udać się na odludzie, porosnąć futrem i pójść pobiegać. Osamotniony de Marcia wolał nie ryzykować, że coś źle zrozumie i wysadzi kawalerkę w powietrze.
- Ty mogłabyś za ten czas skontrolować tego urwisa, którego zatrudniłaś do rozniesienia zaproszeń - zaproponował Marek, zabierając się do sprzątnięcia grilla.
- Dobra, pamiętaj, żeby odłożyć dla niego pięć solidów - przypomniała, przeczesując włosy grzebieniem po babci. – Jak mu dasz całe dziesięć, to będzie rozmieniał tak długo, aż zapomnisz.
Wtem rozległ się przeciągły jęk dzwonka. Marek poszedł otworzyć i sekundę później do przedpokoju wpadł dziesięcioletni najwyżej chłopiec w przydużej kurtce i równie dopasowanej czapce z daszkiem. Nim zauważył Alicję, już zaczął terkotać piskliwym głosikiem z prędkością karabinu maszynowego:
- No, mówiłem, proszę pani, że tych plakatów, to mus być więcej, bo ledwom jeden zawiesił, to pięć minut nie minęło, a już ktoś go zerwał.
- Jak zerwał?- spytała Alicja, przegrzebując portmonetkę. Jak na razie znalazła trzy solidy i piętnaście serterców, wolała więc trochę przeciągnąć rozmowę. - Gdzie ją nakleiłeś w takim razie?
- No, woźna, taka stara z siwymi lokami przyszła i zerwała, a jak naklejałem nowy, to zaraz mi wyjechała z pretensjami, że mur paskudzę, a poza tym to drugi raz to żaden głupi się nie nawinie. To ja się jej pytam, jaki głupi a ona mi na to, że ona wzięła trzy sesterce, co jej jeden krzyżykowy dał. To ja poszedłem do dyrektora, a on, że was pamięta i wywiesi na gablotce. Tylko musi być nowy plakat, bo ja nie wiem, komu ona to sprzedała. I mam tylko dwa sesterce, a nawet jak go znajdę, to przecież nie odda mi tego plakatu taniej niż kupił, prawda?
- Tak, srogie są prawa rynku. - Alicja uśmiechnęła się i dała mu banknot dziesięcosolidowy – Masz na pokrycie kosztów. Zaraz ci przyniosę plakat.
Podała mu kilka zrolowanych kartek i poszła do toalety. Gdy chłopak pięć razy sprawdzał czy wszystko się zgadza, Marek zapytał go o imię.
- Ebenezer Holmes, proszę pana. - odrzekł chłopiec, dumnie się prostując - Nazwisko może pan kojarzyć, bo pradziadek był wybitnym znawcą win marcijskich i raz nieźle was zbeształ za dolewanie do niego wody w rozlewniach.
- Ach... - Musiał to pamiętać, list wisiał na ścianie w rodzinnej rozlewni z adnotacją Victora de Marcii: „Jak ten skurczybyk odgadł, z którego źródła to woda???” - Prawnuk tego Shaerlocka... Niezły był detektyw z tego twojego przodka.
- A jak! Do widzenia pani! - rzucił w stronę wychodzącej z łazienki Alicji Ebenezer i, obróciwszy się na pięcie, wyszedł z kawalerki. Marek zamknął za nim drzwi. Osobiście, niechętnie korzystał z usług takich małych obdartusów, ale byli dziesięć razy sprawniejsi od standardowych dostawców zaproszeń, a także sto razy tańsi.
- A propos szkoły. - postanowił opowiedzieć Alicji o tym dziwnym śnie, pomijając jedynie to dziwne zgromadzenie i słowa ojca. – Nie zgadniesz, kto mi się przyśnił!
- Eryk Widłowski?
Odpowiedziała z lekkim uśmieszkiem. On jednak był mocno zszokowany.
- Skąd...?
- Tak po prostu chodzi mi od kilku dni po głowie. - Była mocno zdziwiona jego reakcją. – Po prostu to był taki... oryginał. Jeśli ktoś miał ci się przyśnić, to na pewno on.
Miał o nim nieco gorsze zdanie.
- Oryginał? Ten świr wbiegł do płonącego budynku...
Alicja wzruszyła ramionami, wspominając tę noc. Był to dla jej sumienia twardy orzech do zgryzienia. Gdyby ktokolwiek z jej znajomych popełnił tak efektowne samobójstwo byłoby jej ciężko się z tym pogodzić. Ale przez kilka miesięcy po tym jak zginął Eryk nie potrafiła w sobie wzbudzić żadnego żalu, jakby nic się nie stało.
- Trochę wtedy przeholował, zawsze był w gorącej wodzie kąpany – powiedziała Canissi, sprawdzając czy opaska dobrze leży jej na włosach. - Ale był zdolny. To musisz przyznać.
- Jakby nie to, to byśmy z nim mieli spokój. On by gnił gdzieś w zawodówce na Schodach, a paru ludzi miałoby całe kości.
- Nie trzeba było iść na niego z kijami. - Sama im to odradzała, co potem wypominała jemu i siedmiu jego kolegom, leżącym w Klinica Beatica z połamanymi rękami i nogami. - Przemoc rodzi przemoc.
- Nie pamiętasz może, że to o ciebie poszło? - To był prawie krzyk. Ale zaraz pojął, o co chodzi: Eryk Widłowski był już tylko garścią prochów gdzieś na cmentarzu komunalnym. Cokolwiek by o nim powiedzieć, on ma to gdzieś. Ale przecież – o zmarłych albo dobrze, albo wcale.
- Może masz rację... - Alicja wyciągnęła z kieszeni worek z naftaliną. Spodnie dostała kilka miesięcy temu od koleżanek ze studiów i dotąd ich w ogóle nie zakładała. - Jeżeli ktoś prowadzi kartotekę ze stanem czyjegoś uzębienia, to musi być chory. Ale zmieńmy temat. Eryk Widłowski należy już do przeszłości. Jest martwy jak...
- Jak tylko może być martwa pieczona kiełbaska. - Marek gdzieś słyszał już takie określenie na świętej pamięci Eryka Widłowskiego i teraz podał pałeczkę dalej. - Co robimy na śniadanie?
Alicja kaszlnęła, a Marek przygotował się na fale krytyki i wykład z etyki. Zamiast tego usłyszał jedynie zniesmaczone:
- Minutę temu powiedziałabym, że pieczoną kiełbaskę.
- Więc jeśli nie kiełbaska... - zagadnął, walcząc z chęcią powiedzenia: „pieczony Eryk”.
- Naleśniki – zdecydowała twardo Alicja. - Ta nowa plackarnia na Legionów Północnych powinna być już otwarta.


Franco od rana był piekielnie niezadowolony. Sarkał na wolne tempo pozorowanej przecież pracy, czepiał się o każdą minutę spóźnienia i zrugał wszystkich za nieład w przyczepach. Powód takiego nietypowego dla Lupem'a zachowania podał Erykowi Cristiano, gdy tylko ten oddalił się za potrzebą.
- To przez tego Martineza i jego koleżkę – mruknął Canem, zalewając kawę.
- Hanksona? - Eryk skończył szorować ubrudzone grafitem ręce. Kilka godzin szkicował plan fundamentów budynków i tworzył zarys rekonstrukcji. Było to trudne, gdy nad ramieniem ma się kogoś, kto sarka na każdą krzywą kreskę i tempo pracy.
- Tak. - Cristiano przytaknął, wsypując kilka ziarenek cukru do swojego kubka. - Wiesz, tu to miała być czysta sprawa. A tu nie dość, że Teratosso, to jeszcze wtykają mu nos Czarni. - Pociągnął łyk z kubka, otarł usta i kontynuował. – A wiesz, co jest w tym wszystkim dla niego najgorsze?
- Wiem. - Eryk z trudem powstrzymał uśmiech pchający się na twarz jak zakupoholik na wieść o promocji skarpetek. - Ja. Byłby sto razy szczęśliwszy, gdybym dalej siedział na równiku.
- Aaah, teraz mnie wnerwiasz! - Kubki podskoczyły, gdy Cristiano rąbnął pieścią o blat. Canem irytowało to przeświadczenie Widłowskiego o tym, jak wielkim błędem było sprowadzenie go między cywilizowanych ludzi. – Zresztą masz chyba plany na dziś wieczór. Co to właściwie za impreza?
- Parapetówka - odparł Widłowski, krzywiąc się, jakby ktoś mu wepchnął do ust całą cytrynę.
- Masz chociaż jakiś strój wyjściowy?
Był to oczywiście żart, gdyż Eryk posiadał dwie koszulki, parę spodni, parę skarpetek, tyleż butów i jeden garnitur (zębów).
- Nie wybieram się do środka. - Widłowski pokręcił głową. - Będę czekał na zewnątrz, impreza odbędzie się głównie na świeżym powietrzu, w każdej chwili będę mógł zlikwidować Teratosso. Zaraz powinna przyjść moja nowa kusza.
- Jaki ma zasięg? - Cristiano podejrzewał, że to kolejne cacuszko z kosmicznie zaawansowanych (i drogich) materiałów.
- Pół kilometra, ale namierzyłem ze trzy miejsca, gdzie będę mógł zestrzelić kogoś zarówno w środku jak i na zewnątrz.
- Kiedy zrobiłeś rekonesans? - Zazwyczaj takie dokładne wybadanie miejsca akcji wymagało tygodnia, jeszcze więcej w mieście. Eryk uśmiechnął się, biorąc do rąk kubek ze swoim imieniem. Był to jedyny prezent od Franco jaki darzył jako takim sentymentem.
- Parę dni temu... - westchnął, chcąc pominąć dyskusję o szczegółach. Cristiano drążył jednak temat.
- Ale miejsce akcji znasz od wczoraj...
- Nawet nie wiesz, jak mały jest ten świat - rzucił Eryk, wskazując na okno i widocznego w nim nadchodzącego Franco. Cristiano poczuł lodowaty dreszcz, przechodzący po plecach. Domyślił się, że nie chodziło o Franca i jego gości. W każdym razie o kogoś, kogo Eryk z czysto osobistych pobudek planował „zestrzelić”. Owszem, czasem wybierał się na spacer i wracał po kilku dniach, a wiele osób w okolicy „ginęło” z ręki snajpera z karabinkiem paintballowym. Nikt z jego otoczenia nie pochwalał tych „ćwiczeń”, gdyż mogło to solidnie zaszkodzić reputacji Franco. A ten bardzo cierpiał, gdy ludzie kojarzyli młodziaka szpiegującego ich dla chana ze statecznym urzędnikiem Departamentu Bram, potrafiącym godzinami opowiadać o Dawnej Republice i Wędrówce Rodu Lupusa.
- Mamy gości... - mruknął Cristiano, włączając elektryczny czajnik. Eryk wstał, by lepiej widzieć.
Obok Franco niemal biegła ubrana w nieco zbyt wydekoltowaną bluzkę i obcisłe spodnie Maria, za nimi godnym krokiem maszerował Martinez, ignorujący błoto brudzące spód habitu. Koło stanowiska „Kaplica 1” przystanął i pokiwał z aprobatą głową.
Widząc to, że „ksiądz” zaczyna dyskusję z Franco, Eryk po cichu próbował się wymknąć okienkiem z tyłu.
Korzystał z niego wiele razy, gdy przychodziła kontrola czy to ze skarbówki, czy Inspekcji Pracy. Ale akurat teraz musiało się zatrzasnąć na amen. Nie dało się go nawet otworzyć. Mógłby próbować się „przerzucić” dwadzieścia metrów dalej, ale zarówno Maria, jak i Martinez wyczuliby to w trymiga.
Ostatecznie zmusił się by z nimi porozmawiać. Usiadł koło ubawionego Cristiano, a nawet zachował stoicki spokój gdy Franko wpuścił do środka Czarnych.
- Witam w naszych skromnych progach... - Lupem przystawił do stolika dwa składane krzesełka i zaproponował coś do picia, sam „zamawiając” u Eryka siekierę. Oboje Czarni zażyczyli sobie herbaty (Cristiano z lekką dumą wrzucał do kubków torebki z własnoręcznie dobierana mieszanką), Maria dodała, że prosiłaby bez cukru i zaraz wyjawiła cel ich wizyty.
- Musimy omówić szczegóły dzisiejszej akcji. - Widać było, że pali się do działania. Wierciła się na krześle i zerkała co chwila na Widłowskiego.
- Będę pilnował Teratosso, nie bójcie się - rzucił Eryk, podnosząc kubek z kawą. - Będę ich miał cały czas na muszce. - Pociągnął solidny łyk, czego zaraz pożałował.
- Maria idzie z tobą. - Martinez rzucił te słowa jakby gwoli przypomnienia, co zresztą było manierą Czarnych – traktowanie sensacji jak rzeczy oczywistych. Eryk nie był zadowolony takim układem. Był nawet bardzo niezadowolony.
Powstrzymał się od wypuszczenia ustami potężnej strugi kawy, jednak napój znalazł ujście przez nos.
- Ho? - spytał, przykładając dłoń do poparzonej twarzy. Całe wnętrze nosa pulsowało bólem.
- Gospodarze mają powody, by się ciebie bać - odparł spokojnie Martinez, podając mu ścierkę. - Zwłaszcza że są święcie przekonani o twoim zgonie.
- To nie phroblem - oświadczył Eryk, pochylając się nad umywalką. Woda w czajniku zawrzała, więc szybko zalał oba kubki. Resztkę wody zlał do porcelanowej filiżanki Franco, tworząc gesty roztwór asfaltopodobny o zapachu kawy. Wyraz jego twarzy musiał być porażający, gdyż wszyscy albo tłumili uśmiech, albo oburzenie. - Wystarczy, że im się na oczy nie pokażę. Jeśli któryś Teratosso się tam zjawi, to najwyżej będą musieli powycierać podłogę. - Wymownie zacisnął ręce na niewidzialnym łożysku i nacisnął wyimaginowany spust. Szybko wyobraził sobie wszelkie możliwe trajektorie lotu i szybko dodał: - I ścianę.
- Masz tam iść osobiście. - Głos Martineza brzmiał wybitnie definitywnie. - Chcę, żebyś słyszał każde ich słowo. A może twoja obecność ich odstraszy.
- A może gospodarz wywali mnie na zbity pysk... Gospodyni pokropi wodą święconą... Goście zadepczą, uciekając w popłochu... - Eryk wyliczył na palcach inne alternatywy, dużo bardziej prawdopodobne.
- Maria będzie pilnować, żebyś niczego nie zawalił. Ceremonia musi odbyć się dziś, jutro Żmija zakończy koniunkcję z Tytanem - urwał mu Martinez – W tym czasie, ja, twój ojciec, moi ludzie i Hankson namierzymy miejsce ceremonii. Ludzie Hanksona będą czekać na lotnisku i dołączą do nas dopiero w czasie akcji. Potem wszyscy się wybieramy do domu.
- A ja? Gdy już wypłoszę Teratosso z imprezki?
- Ty, Maria i Cristiano razem z waszą ekipą zabezpieczycie wykopaliska. - Ironia w głosie Martineza, podsunęła Erykowi myśl, że zna sposób, w jaki mają zostać „zabezpieczone” wykopki. - Potem zakończymy roboty wykończeniowe i stąd wyniesiemy się wszyscy do domu. Jasne?
- Jak słońce. A propos robót wykończeniowych... - Eryk spojrzał wymownie na Franco. - Trzeba jeszcze przygotować pędzel. Nie udało mi się go dostać u Małego.
Franco był wybitnie niezadowolony.
- Więc masz znaleźć kogoś ,kto do północy sprzeda ci coś, czym można wysadzić te cholerne wykopki w powietrze. A teraz zjeżdżaj, bo widzę, że musisz zrobić solidne zakupy.
Eryk zerwał się, porwał z wieszaka kurtkę i wyszedł, trzaskając drzwiami barakowozu tak, że pękła jedna z desek.
Martinez westchnął ciężko i pokręcił głową.
- Idź z nim Maria, bo gotów zaraz wybić pół miasta.
Gdy wyszła, Martinez dopił jej herbatę. Franco spojrzał na niego zdziwiony.
- Wiem, że Eryk nie jest aż tak nieprzewidywalny, - wyjaśnił Julio, odnosząc kubek do zlewu - ale tych dwoje musi sobie wiele rzeczy wyjaśnić.
- Na przykład? - Franco wrzucił łyżeczkę cukru do swojej kawy. Po chwili namysłu dorzucił jeszcze dwie.
- Jakby ci to powiedzieć... Czy zauważyłeś, co zrobiła Maria, gdy w wejściu do hangaru stał ten młody Seeooks?
Franco łyknął kawy, by zasłonić uśmieszek, jaki pchał mu się na usta na wspomnienie tej sytuacji. Biedny chłopak, ciekawe jak utrzymał emocje na wodzy, gdy mile zaokrąglona dziewczyna nie skorzystała z możliwości szerszego otworzenia drzwi i przecisnęła się między nim a skrzydłem. Zaraz też przypomniał sobie, jak ruszała biodrami w rytm muzyki, przy której imitowali pracę, gdy po wyjściu Eryka wczoraj odwiedził ich dozorca lotniska.
- Ona tak zawsze? - spytał przy okazji, bo potem może nie było czasu na rozmowy.
- No właśnie. - Martinez wytarł swój kubek z wprawą godną zawodowego barmana. - Wiesz, kim jest i że nie zakosztowała życia za życia i teraz nadrabia straty. Skromnością nie grzeszy, choć pod względem aparycji wszelka skromność byłaby u niej fałszywa.
- No tak... - przyznał Lupem.
- A zauważyłeś ,jak odnosi się do Eryka?
- Jest nim zafascynowana. - Nie była to dla Franco nowość. Eryk miał problemy z wieloma dziewczynami, chcącymi być narzeczonymi/dziewczynami/zonami/kochankami wysoko postawionej legendy. – Sam mówiłeś, że to dla niej taki superidol...
- Dobrze, tak to nazwałem, chyba blednie – przyznał się „ksiądz”. - A zauważyłeś, by przymilała się do Eryka, ciebie, lub do Cristiano?
Franco raczej skupiał się na wykonaniu powierzonego mu zadania niż na badaniach integracji w świeżo skompletowanym zespole. Spojrzał na bardziej obytego w tych sprawach kadrowego wykopalisk Canem.
- Rzeczywiście, nie zauważyłem u niej jakichś szczególnych oznak zainteresowania tobą szefie, czy mną... - odparł jakby zawiedziony Cristiano. - Nie jesteśmy już najmłodsi...
- Drogi kuzynie, mamy zaledwie po czterdzieści dwa lata – przypomniał Franco. - Mój dziadek dochował się potomka w wieku lat siedemdziesięciu. Wątpliwości nie ma, robiliśmy testy DNA. Rozumiem, że młodzież bardziej skora jest zachwycać się zbuntowanym małolatem, który zna dwa riffy i wrzeszczy, zamiast śpiewać, niż wirtuozem gitary klasycznej, ale... Ale dlaczego Eryka nie tyka, to nie wiem...
Martinez usiadł prosto, minę miał poważną.
- Panowie, to co teraz powiem, ma zostać między nami trzema – zażądał patrząc Francowi w oczy.
Lupem i Canem spojrzeli po sobie, po czym pokiwali głowami. Widząc to, Julio ściszył głos i powoli powiedział:
- Eryk już nie jest...
- Co nie jest... - Franco mimo wszystko troszkę troszczył się o syna, choć był zdania, że humanitarnie byłoby troszczyć się o jego wrogów.
Cristiano złapał się nagle za głowę.
- Chodzi o układy damsko-męskie...? - spytał, pamiętając, jak dwadzieścia dwa lata temu cały Chanat miał problemy z pewnym Wędrowcem, który przywiózł z eskapady do Białogóry trójkę dzieci.
- Tak – odparł Martinez. - Nie jest już, że się tak wyrażę... - Chwilę szukał odpowiedniego słowa. – laikiem...
W mózgu Franco nastąpiła skojarzeniowa reakcja łańcuchowa...
- Na Boga! Która to!?
- Bardziej adekwatne pytanie brzmi: które? - poprawił go „ksiądz”.
- Ile ich było? - jęknął Franco. - Coś z tego było?
Ksiądz pochylił się i spytał podstępnie:
- Nie masz chyba zamiaru jej do niczego namawiać?
Cristiano zbladł – domyślał się, o co chodziło Martinezowi i czemu służy ta prowokacja. Czarni może i byli strażnikami idealnymi, ale gdy tok ich rozumowania schodził na tematy aborcji, potrafili być złośliwi, okrutni i bezwzględni. Co zresztą w świetle ich metod werbunkowych było w pełni uzasadnione. Franco jednak nie był w ciemię bity i od razu umknął z cienia podejrzeń.
- Tak, - odparł przygotowany na takie zaczepki Franco - do tego, żeby trzymała dzieciaka gdzieś w pobliżu. Żeby mi nie wyskoczył po dwudziestu latach jak Lucjusz z Konopii.
- Przykre doświadczenia? - Martinez dopił kawę Eryka i wstał. - W każdym razie Eryk wdał się w tatusia. Też nie mogłeś się powstrzymać przy pannie Guiliano, prawda?
- Tak jakby. - Franco nie wiedział skąd u Czarnych maniera, by o grzeszkach i przewinieniach mówić bez owijania w bawełnę. - Skończyłeś? To mów, z czym konkretnie przyszedłeś i zjeżdżaj, bo zaczynasz działać mi na nerwy.
Martinez uśmiechnął się lekko i oznajmił:
- Muszę ci do czegoś przyznać: ceremonia odbędzie się dopiero jutro. Czekają na przyjazd równoważnika dwóch Teratosso.
- Przed chwilą powiedziałeś, że dzisiaj.– Lupem teatralnie rozłożył ręce. – Wysłałeś Eryka na tę cholerną imprezę, choć skończy się to zapewne mordobiciem. Coś jeszcze?
- Tak. - Głos Martineza znamionował przygotowanie do wyjawienia sedna sprawy. - Dotarliśmy do cyrografu z kimś jeszcze, zaangażowanym w ten teatrzyk. Jest to niejaki Fabiusz Aureliusz, przyjaciel Leona Teratosso z tenisa, towarzysz jego hulanek, uczestnik kultu Baala...
- I całkiem przypadkiem syn cesarza Klaudiusza Aureliusza Maximusa Secundusa Wiatrochoda... - dorzucił Cristiano.
- Jakbym tego nie wiedział! - warknął Franco, uderzając kubkiem w stół – Czy te sukinsyny mają koleżków wszędzie?! Co masz zamiar z tym zrobić?
- Potrzebujemy kogoś zwerbować... - rzucił Martinez, jakby mimochodem. - To bliscy znajomi Eryka. Nieco z nim skonfliktowani. Ale jeśli sobie coś wyjaśnią, to jakoś przeżyję parę wybitych zębów...
- Kogo?! - Franco był bliski wyładowania wściekłości na księdzu. - Zwerbowałeś już tyle osób, że Wielka Obława to przy tym podwieczorek przy kawie!
- Gospodarzy pewnej prywatki... - odparł Martinez, jakby to było oczywiste.
- A co oni mają do tego? - Franco miał już powoli dość pokrętnych planów tego pseudokapłana i jego wesołej kompanii. Cieszył się widząc, że Martinez wstaje i zabiera się do wyjścia. - Kto to w ogóle jest?
- Czy coś ci to powie, - odpowiedział pytaniem Julio - jeśli wspomnę, że to córka Beaty Galbiny Falcato i Mścisława Canissi, oraz syn Huberta Flawiusza de Marcii i Akte z domu Quadrigus? Donżuanie za trzy grosze?



Eryk szedł szybko, niemal biegł. Od kiedy wysiedli na pętli z tramwaju, zmierzali do jego dawnej kryjówki z dawnych, licealnych lat, gdy prowadził wykopaliska na Polu Ślepego Węża. Zawsze znalazł się tu jakiś granat, czasem większy niewybuch. Pole jednej z większych bitew Pierwszej Skandyjskiej zostało zalesione metodą „tu posadzimy drzewka, one rozrosną się same, a my teraz napijemy się za pieniądze przeznaczone na rozminowanie”.
Maria była z lekka przerażona jego pomysłem.
- To bezpieczne? - pytała, gdy objaśniał, jak ma zamiar w pokoiku dwa na dwa rozbroić stuletni pocisk, podłączyć go do butli gazowej i odpalić przy pomocy mechanizmu z zapalniczki.
- Nie bardziej niż jazda autostradą po Święcie Młodego Wina w Munken - pocieszył ją Eryk lawirując między drzewami i kałużami. – Znacznie więcej osób ginie w wypadkach samochodowych niż przy konstrukcji bomb. Biorąc pod uwagę ogół ludności – zaznaczył.
- A biorąc pod uwagę konstruktorów bomb? - spytała Maria, starając się iść po jego śladach.
- Trochę więcej... - przyznał Eryk. - Bystra jesteś.
- Chyba mam to po tatusiu... - odparła Maria, jakby miało to jakiś dodatkowy podtekst. - Mam jedno pytanie ogólne.
- Wal śmiało...
- Dlaczego to pole nazywa się Polem Ślepego Węża?
Eryk lekko zwolnił, skupiając się na rozmowie. Wolał nie ryzykować, że zagadany wejdzie na minę. Nie lubił takich sytuacji – wolał dostać się na miejsce szybko i po cichu. Odpowiedział jednak Marii, korzystając z tego, czego nauczył się na lekcjach historii rodowej.
- To z powodu bitwy jaka rozegrała się tu w czasie Pierwszej Północnej. Generał Narcyz nakazał zastosować tu nowy rodzaj broni: gaz oślepiający o błyskawicznym działaniu. Ogólny zamysł był taki, by ucywilizować wojnę. Zamiast zabijać, broń miała okaleczać na jakieś pół roku. W tym czasie jeńcy mieli być wykorzystywani do lżejszych prac. A przez pół roku wojna już powinna się skończyć bezwarunkową kapitulacją Scandii. Tak wierzył Narcyz.
- Ale tym razem coś poszło nie tak... - dopowiedziała Maria, wczuwając się w tok opowiadania.
- JAK ZWYKLE coś poszło nie tak... - poprawił ją Eryk. - Gdy gaz przetoczył się po pozycjach wroga, zerwał się silny wiatr, późnej ochrzczony przez żołnierzy mianem „Podmuchem Pallas”, bogini wojny sprawiedliwej.
- Wszyscy żołnierze oślepli?
- Nie wszyscy – mruknął Eryk. - Nieliczni żołnierze Imperium, którzy ocalili wzrok, z początku chcieli ruszyć na wroga. Ale wtedy zauważyli, że od strony nieprzyjacielskich okopów ciągnie ku nim sznur żołnierzy uzbrojonych w karabiny z założonymi na lufy bagnetami. Armia Skandii postanowiła walczyć do końca – każdy trzymał rękę na barku kolegi idącemu przed nim, wytrzeszczając porażone gazem oczy. Upiorny widok.
- Ślepy wąż... - Maria czuła, że poetycka nazwa została nadana przez kogoś kto nie był naocznym świadkiem wydarzeń. Jej wyobraźnia podsuwała bardzo prozaiczne obrazy. - Ale dlaczego się nie poddali?
- A ty byś zaufała komuś, kto, zamiast stanąć do walki z tobą twarzą w twarz, bawi się gazami? - spytał Eryk.
- Nigdy... - odparła Maria. - Skąd miałabym wiedzieć, że mnie nie zarżnie korzystając z okazji?
- Właśnie... - Eryk był zdziwiony tym jak bardzo podobnie myśleli. - Było ich sto tysięcy w piętnastu takich wężach. Gazu Narcyza użyto w miejscu ,gdzie Skandyjczycy szykowali się do ostatecznego natarcia... Po stronie Imperium gaz obezwładnił drugie tyle... Zaraz też imperialni stworzyli swoje węże, dowodzone przez tych, którym dostarczono maski gazowe – oficerów, sanitariuszy itepe. Jedne walczyły na całej długości, żołnierze jedną ręką machali bronią, starając się trafić niewidocznego wroga, drugą kurczowo trzymając się towarzysza. Po jakimś czasie było już kilkaset krótkich, ale zdecydowanych walczyć do końca węży. Inne walczyły ze sobą, tak że walczyło dwóch, trzech z samego początku, stale zastępowani nowymi. Z tych dwóch sznurów nie został nikt. Oficera, który posyłał ludzi do tych zapasów, zastrzelił dwa lata później brat jednego z poległych. Z bitwy ocalało dwadzieścia tysięcy... Po obu stronach. Straty wymusiły zawieszenie broni, a opinia publiczna w Forum Aurianum mogła napawać się widokiem Narcyza prowadzonego na miejsce kaźni.
- Przecież to nie jego wina... - Maria przystanęła, zostając w tyle. - Tylko tego, co ten gaz zrobił...
Eryk także się zatrzymał, z ledwością utrzymując równowagę.
- Tak, to była jego wina. - oznajmił, jakby znał Narcyza Horacjusza Galbę odobiście i uważał za skończonego psa - Gaz przedtem był wykorzystywany do produkcji nabojów, coś tam z nim robili, skraplali chyba i kąpali w tym pociski. Nie pamiętam dokładnie, ale to była jakaś nowatorska metoda zmniejszania oporu powietrza. Ale w czasie wizytacji przez Narcyza zakładu, gdzie ją przeprowadzano, jeden z kotłów pękł i poraził robotników. Wbrew obawom, generał nie kazał nikogo skazać za niedopatrzenie, a jedynie ograniczył dostawy, przenosząc lwią część zapasów tutaj. A nawet wypłacił im dwunastokrotność miesięcznych pensji. Nie mam pretensji to tego, co zrobił pierwszy topór, tylko do tego, kto pierwszy rozwalił nim łeb bliźniego.
- Spokojnie, ten facet nie żyje od... - próbowała uspokoić go Maria.
- Stu jedenastu lat, bracia mojego pradziada od stu dwunastu. Przy okazji wpadniemy na ich grób.
- Aha... - mruknęła Maria. - Sprawa osobista?
- Tak, jak najbardziej. Tutaj w lewo.
Weszli w las, kierując się wąską ścieżką stanowiącej szlak amatorów militariów – sądząc z porzuconych butelek po winach „Wojak”, „Huzar” i „Kosynier”.
- Jak ludzie mogą tak śmiecić? - warknął oburzony Eryk, gdy sterta śmieci zagrodziła im drogę i musieli obchodzić ją przez wielkie kałuże. - Tak przy okazji: uważaj na tych, co to tu rozrzucają. Kupuje taki karabinek za trzy tysiące, potem idzie w las, nachleje się i wszystkich bierze za partyzantów, którzy chcą mu uciąć głowę.
- Dobra, będę ostrożna... - Maria odruchowo skuliła się na myśl, że właśnie ktoś może obserwować ich teraz przez lunetę i zastanawiać się nad tym, kogo z nich zabić najpierw. - Skąd tak dobrze znasz historię rodu? Lubisz to?
Zarechotał tak, że nawet Głuchy McGłuchy z klanu McGłuchy usłyszałby to ze stoperami w uszach. Stanął i się odwrócił.
Ciekawiła go ta dziewczyna. Chciała wiedzieć o nim wszystko. Nieraz takie spotykał - zafascynowane legendą, nie rozumiejące, że stoi za nią żywy człowiek. Chciały Zaginionego Lupusaidy, spotykały Rzeźnika z Arkadii. Chciały szlachetnego zawadiaki, spotykały wariata z zaburzeniami osobowości. Chciały swojego Hrolanda, spotykały Eryka. A ona - zagłębiała się, zdawała się niezbyt porażona tym kim jest. Jakby szukała z nim jakiegoś irytująco bliskiego kontaktu. Irytującego nie ze względu na bliskość, a formę.
Eryk lubił czasem być irytowany, więc odpowiedział jej szczerze.
- Szukam.
- Czego?
Dobre dwie minuty stali tak naprzeciw siebie – on ze spuszczoną głową i ręką na karku, ona z wyrazem niepewności na twarzy.
Zadawał sobie to pytanie setki razy. Zadawał je sam sobie i samotnie szukał odpowiedzi. Jako jedyny erykolog na świecie był przedstawicielem wszystkich powstałym w tej dziedzinie szkół - zaprzeczenia predestynacji, akceptacji predestynacji, psychoanalizy, teologii erykalnej i metafizyki erykalnej. Żadna z nich nie dała mu dotąd zadowalającej odpowiedzi na pytanie: „Co można znaleźć w Eryku Widłowskim?”.
- Sensu... - westchnął w końcu.
- Sensu czego?
Sensu poszukiwań. Sensu istnienia, sensu bycia tym, kim jest i takim, jakim jest, sensu zmiany, sensu swoich czynów i uczuć. Sensu istnienia gdzieś w zakamarkach jego bytu Aureliusza – mieszkańca raju na ziemi. Właściwie, gdyby nie jego antytalent do rymowania, mógłby pisać o tym wiersze.
- Sam nie wiem... - Wzruszył ramionami i zaproponował zmienić temat. Wskazał palcem. - O, widzisz tę chorągiewkę?
Wskazał jaskrawo pomarańczowy trójkącik na plastikowym pręcie. Obok były jeszcze żółta i czerwona.
- Są trzy... - ustawiła się tak, by jej oczy i jego palec znalazły się jednej linii – Nie, jest jeszcze tam biała
- To znak TLM. - rzucił, jakby to cokolwiek wyjaśniało. - Tamte SML i PML.
- Hę?
- Tertia Legio Monteblanco – Eryk natychmiast rozwinął skrót i dodał: – Miasto płaci im za rozbrajanie pól bitewnych. Im i trzem innym podobnym stowarzyszeniom. Oni, Prima i Secunda oznaczają to, co wykryli białą chorągiewką. Leśni Kopacze mają znaki żółte, Saperzy z Wideł czerwone...
- A pomarańczowe?
W tym momencie grzmotnęło tak, że z drzewa tuż obok spadła ogłuszona wiewiórka. Odruchowo padli na ziemię. Gdy powstali, a w uszach przestało mu piszczeć, Eryk odpowiedział:
- Pomarańczowe należą do Wybuchowego Kaprala. Aj, zostaw tego wiewióra. Pewnie nietutejszy i nieprzyzwyczajony.
Ruszył w kierunku, skąd jego zdaniem dochodził huk. Poszła za nim, choć w głębi serca czuła, że lezienie w miejsce, gdzie wybuchają bomby to jakiś nowy, ekscentryczny sposób popełniania samobójstwa. Uspokoił ją, twierdząc, że Kapral wysadza cały urobek raz w miesiącu, tak więc przez najbliższe trzydzieści dni mieli spokój. Idąc przez las, mijali drzewa podkopane saperkami, kilofami i wszystkim innym, co wyobraźnia podpowiedziała amatorom starych militariów jako narzędzie zdatne do wydobycia ich spod ziemi.
W końcu poczuli dym i zobaczyli wielki krater, ziejący pośrodku pola. Wokół pełno było namiotów w czterech barwach. Gdzieś stał grill, głośno grała muzyka. Akurat leciał kawałek „Old bomb, old bomb... You're my old bomb!” grupy The Sappers. Dwudziestu mężczyzn w maskujących strojach oklaskiwało stojącego na podium Wybuchowego Kaprala. Potężnie zbudowany człowiek z sumiastym wąsem i byczych barach kłaniał się publiczności niczym piosenkarz po występie, w jednej dłoni ściskając mikrofon, a w drugiej urządzenie do zdalnej detonacji.
- Dziękuję, dziękuję – mówił z zadowoloną miną. – To był dla mnie zaszczyt zapewnić wam i tym skandijskim pociskom rozrywkę. Teraz zapraszam na kiełbaskę i trochę prawdziwego, chmielowego piwa.
Ustąpił miejsca jakiemuś kandydatowi na prezesa SLM, który obiecywał dostać koncesję na oczyszczanie pobojowiska po bitwie pod Verde. Kapral przyjął od kogoś kiełbaskę na papierowym talerzyku, dobrał sobie dwie kromki chleba i podszedł do Eryka.
- Witam... - Wytarł dłoń w spodnie i podali sobie ręce. - Chodziły słuchy, że nie żyjesz.
- Kto tak mówi? - odparł Widłowski.
- Co najmniej trzech urzędników państwowych, jeden prowincjonalny i piętnastu naocznych świadków - wyliczył Kapral i zaśmiał się. - A na pogrzebie był nawet twój stary!
- Wypuścili go z psychiatryka? - Eryk udał zdziwienie, gdyż był jednym z nielicznych ludzi, którzy słyszeli relację ze swojego pogrzebu. Chciał jednak pociągnąć temat, gdyż z pewnych względów na dworze chana o Edwardzie Widłowskim, człowieku, który przez dwa lata był Erykowi ojczymem, mówić nie wypadało.
- Był z opiekunem. - Kapral szybko odgadł, że Eryk jest zainteresowany losem męża jego matki. - Ledwo go powstrzymali... Szarpał się i upierał się, że jednak skoczy...
- Chciał wskoczyć do grobu? - wtrąciła się Maria.
- Nie. Po szampana, żeby oblać tak radosną okazję – odpowiedział Kapral, patrząc na Eryka. Obaj ryknęli śmiechem. - Ależ mu musiałeś zajść za skórę... Ale dobrze tak skurwysynowi! Choćby za to zrobił z twoją matką... - skwitował Kapral i zwrócił się do Marii. - A ten Eryk to zupełnie niewychowany – przyprowadza mi dziewczynę, a nawet jej nie przedstawi.
- Maria - rzucił szybko Eryk, nie chcąc wdawać się w zdradliwe szczegóły.
- Konkretnie Maria Franceska Arkadius - dorzuciła szybko, dygnąwszy wytwornie, z zainteresowaniem obserwując reakcję Eryka.
Opanował się. W kręgach chrześcijańskich utarło się nadawać dziewczynkom na chrzcie imię matki jako drugie imię. A imię Franceski nie było Erykowi w żaden sposób obojętne. Miał tylko nadzieję, że nie chodzi o tę konkretną Franceskę z Arkadii.
- Jak tam impreza? - spytał, widząc, że zespół na scenie rozstawia najprawdziwsze instrumenty – nie tylko keyboard i i mikrofon. - Widzę, że z miesiąca na miesiąc idzie wam coraz lepiej. Macie już kapelę.
Kapral machnął ręką.
- Taa, paru chłopaków postanowiło pochwalić się talentem, ale to tylko tak jednorazowo. Mieliśmy mały zastrzyk gotówki, bo znaleźliśmy butlę z tym pierońskim gazem. Jednemu z PLM się dostało i sąd nam zasądził trzy miliony odszkodowania od firmy produkującej gogle. Dobra, ale ty pewnie idziesz do siebie, no nie? - Kapral mrugnął mu przy tym okiem, co jednak nie uszło uwadze Marii.
- Nie, - odparł Eryk - jeśli masz dla mnie dobry detonator.
- Sorry, nie mogę ci nic dać – Kapral rozłożył ręce – Przez tą cholerną mafię muszę się rozliczać z każdego grama plastiku. Musisz przeszukać Kozi Szaniec. Zostaniesz na chwilę...?
- No teraz sorry z mojej strony – westchnął Eryk, patrząc tęsknie na pieczoną kiełbaskę na talerzyku. - Może za miesiąc zdołam się urwać. Teraz muszę lecieć. Mam mnóstwo spraw na mieście.
Kapral gwizdnął na kogoś za ich plecami. Podszedł do nich niemłody już mężczyzna z łysą głową i generalskimi orłami na piersi.
- Tak, Kapralu?
- Pięć tysięcy na pierwszą stroną w „Veritas” i dziesięć na drugą w „Quorum Monteblanco”.
Generał spojrzał na Eryka, stanął na baczność, salutował i spytał:
- Karabin, czy bomba?
- To drugie. Odludne miejsce, zniknięcie kilkunastu osób wraz z dziełami sztuki i zabytkami z Epoki Królów. - Eryk balansował na krawędzi dekonspiracji.
Generał obrócił głowę i rzucił do Kaprala:
- Dam dziesięć tysięcy na ostatnią w „Veritas” i dwadzieścia na pierwszą w „Quorum...” jak zgodzisz się, żebym obstawił, że na pewno będzie gdzieś w „Vox Aurelis”.
- Tej ogólnoimperialnej „Vox Aurelis”? - Kapral zacierał aż ręce – Skocz po Pikelhaubę, stawiam pięćdziesiąt tysięcy na to, że będzie w „Wieściach Imperialnych” na kanale siódmym.
Generał zniknął, zaraz jednak wrócił z notatnikiem i starszym kolegą w hełmie z kolcem na czubku.
- Sto tysięcy na pierwsze strony we wszystkich gazetach w Imperium! - zawołał Pikelhauba. - I zapowiedzi przed „Wieściami...”
Spisali swoje typy, stawki i podpisali się.
- Eryk zawsze nam dostarcza emocji – wyjaśnił Marii Kapral, gdy tamci odeszli, dyskutując o tym, co ewentualnie może zagłuszyć echa planowanego wydarzenia. Generał obstawiał igrzyska na cześć cesarskich Złotych Godów, Pikelhauba zamieszki na granicy Rajistanu i Parii. - I pieniędzy. Na przykład, niedawno zarobiłem od Pikelhauby trzydzieści tysięcy za to, że wykończyłeś Teratosso w tydzień.
- To nie ja...
- Nieważne kto! - przerwał mu Kapral - Napisane było niebiesko na żółtym: „Zakład o to kiedy Camillo Tetatosso wyzionie ducha.” Nie bójta się – dodaliśmy jedno zero i dopisaliśmy, że chodzi o lata. A to chyba jasne, że jak masz na kogoś prikaz, to jego dni na palcach mojej lewej ręki nie zliczysz.
Podniósł dłoń, tak że Maria widziała brakujący mały palec. Nagle spoważniał.
- Wiesz o Salvatorze? - spytał, jakby jednak musiał za niedługo zajść na pogrzeb Eryka.
- Wiem. - Znał osiągnięcia Salvatora i obeznanie Kaprala w branży łowców nagród. - Da się z nim dogadać?
- Zapomnij, to fanatyk, jeśli mu kogoś podsuną jako wroga ludzkości to... Wiesz... - Kapral czuł się zobowiązany do szczerości.
Przeciągnął palcem po gardle.
- Jasne. - Eryk przeanalizował sytuację i postanowił choć trochę poprawić sobie widoki na przyszłość. - Zgoda na embargo?
Wyciągnął dłoń, by zawrzeć umowę.
- Nie dowie się ode mnie nawet tego, gdzie jest najbliższy bar z kanapkami. - Kapral uścisnął dłoń Eryka, przedtem jednak na nią napluł.
- Dobra, dzięki szefie... Ja już lecę, muszę przetrząsnąć swoje stare graty. Jak zacznie ci padać na głowę ketchup zamiast deszczu, to znaczy, że, to ja coś niechcący upuściłem.

Rozdział V:
http://opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=64503

Data:

 czerwiec 2010

Podpis:

  Rafał Growiec

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=63550

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl