DRUKUJ

 

...i mówcie do mnie: królowo... II

Publikacja:

 10-07-05

Autor:

 coca monka
*
Już wkrótce ukaże się nowy reportaż z nowej eskapady po Ziemi Kłodzkiej. Niniejszy reportaż zamieszczam w sponsorowanych, jako przypomnienie i przedsmak, moich kolejnych przygód.




Przedostatniego dnia czerwca 2010 roku pokonałam samotnie, górskimi szlakami około 70 kilometrów pieszo w jeden dzień. Nie do uwierzenia, ale stało się. I kolejne szlaki Kotliny Kłodzkiej zostały zdobyte. Lecz zanim opowiem o podróży w czasie i przestrzeni przedstawię najważniejsze dane. Gdyby ktoś pytał - Pierwszy MaxMaraton, choć to nie bieg, dlatego, bo tak po prostu nazwałam marsz, a pierwszy, bo mam nadzieję, że nie ostatni.

Miejsce: Sudety, Kotlina Kłodzka, Góry Bystrzyckie.

Marsz niebieskim szlakiem rozpoczęłam w miejscowości Międzylesie (435-470* m) a potem pokonywałam kolejno wsie, góry i przełęcze: Różankę (450-520 m), Gniewoszów (570-760), Poniatów (600-670 m), Przełęcz nad Porębą (690 m), szczyt Jagodna (977 m), szczyt Sasanka(965 m), szczyt Sasin (867 m), schronisko PTTK Spalona - przełęcz Spalona (811 m), Przełęcz pod Uboczem (730 m), szczyt Biesiec (833 m), Rozdroże pod Bieścem, Skrzyżowanie drogi Widlastej z drogą Justyny (powyżej ujęcia wody dla Dusznik Zdrój, czyli tak zwane filtry dusznickie, około 500 m), Schronisko pod Muflonem (740 m)(Duszniki - Zdrój), a potem szlakiem czerwonym starą, opuszczoną częścią wsi Bobrowniki, częściowo drogą Justyny, następnie przez szczyt Rudnik(826 m), szczyt Wolarz(852 m), Piekielny Labirynt do Polanicy - Zdrój (370 m) ( * n.p.m. )

Dzień wstał piękny. Pogoda nie zawiodła. Jeszcze co prawda była mgła w Kłodzku, ale wkrótce miała poddać się słońcu. Do Międzylesia dojechałam samochodem. Niebo było już czyste. Ostatnich kilka słów z bratem i zostałam sama. Powietrze jeszcze było rześkie. Według prognozy w dzień miało być 30 stopni w cieniu.

Jest godzina 6.15 kiedy biorę głęboki oddech, zakładam kije do nordic i startuję. Pierwszy odcinek do Różanki wiedzie asfaltową drogą, z kilkoma przecinkami przez pola na krętej drodze, za mostem kolejowym. Nie szłam jednak przecinkami, bo rosa jeszcze nie wyschła, zresztą wygodniej było na razie maszerować asfaltem. Różanka, wieś jakby na końcu świata. Przypomina wsie bieszczadzkie, bo ma się wrażenie, że cywilizowany świat pozostał gdzieś daleko. Nie zatrzymuję się podziwiać widoków, poza sekundami na zdjęcia. Kije do nordic pchają mnie dalej i wkrótce schodzę z asfaltowej drogi, mijając ośrodek Towarzystwa przyjaciół dzieci, znikam w lesie. Nadmienię, że nie znam zupełnie tego odcinka trasy i idę w nieznane. Ale żeby prawdzie uczynić za dość odcinki asfaltowe w Różance i kawałek w Gniewoszowie znam, bo zwiedziłam je już na rowerze. Las to jednak wielka niewiadoma, która poniekąd mnie cieszy. Drzewa będą dawały wytchnienie od słońca i ciszę. I za niedługo prawie błądzę, kiedy wynurzam się na polanie, a to dlatego, że drogi, która jest na mapie jakby nie ma. Są tylko gęste krzaki i ukwiecona łąka. Oznakowanie szlaku wcale nie pomaga i tracę cenny czas, bo nie mogę maszerować w tempie, który miałam zaplanowany, aby przejść całość przed zmrokiem. Chwila dezorientacji jednak mija i natrafiam w rzuconej na środku polany kępie świerków, pod plątaniną gałęzi biało-niebieski znacznik. Po chwili wchodzę znów do lasu. Jest lekko z górki. Robię - pierwszy z wielu - przetrucht, żeby rozruszać nogi.

Zbiegu po wejściu nauczył mnie nieżyjący już niestety przyjaciel, traper i sportowiec w jednym. Mięśnie się nie zakwaszają, dotlenione jest serce i cały organizm, poprawia się metabolizm zastanych monotonnym marszem komórek. Przejście z truchtu w marsz już na równym sprawia, że ma się paradoksalnie więcej siły. W trakcie biegu wypłaszam zza drzew pięknego jelenia. Cztero, pięcio latka. Przeskakuje z lewej strony drogi na prawo, po chwili na lewo i ustawia się do zdjęcia. No, ale! Tak się guzdram z aparatem w telefonie, że zanim jestem gotowa krok za krokiem znika za drzewami. Złoszczę się na siebie, niemniej odbieram to za dobry znak, że go spotkałam. Ruszam i po chwili docieram do strumienia, w okolice Solnej Jamy. I tu znów muszę poutyskiwać na oznaczenia, bo Solna Jama gdzieś jest, ale tak zaznaczona, że szukaj wiatru. Nie mam czasu na błądzenie, dlatego ruszam dalej. Myślę sobie: Innym razem. Zaczyna się krótka jednak ostra wspinaczka i kije do nordic doskonale zdają egzamin, całkowicie niwelując mój początkowy sceptycyzm.

Gdy wychodzę z lasu widzę wieżę kościoła w Gniewoszowie, ale tu znów szlak niknie mi gdzieś na łące z oczu i oczywiście już się nie wracam. Zostawiam z żalem za plecami niezwiedzony Szczerbiec, (lub jak kto woli Zamek Szczerba)i polną drogą docieram do asfaltu, którym wiedzie szlak, na wysokości kościoła właśnie. Gniewoszów też jest wsią końca świata. Jeśli gdziekolwiek diabeł mówi dobranoc, to na pewno tu. Do Bystrzycy daleko. Do Międzylesia daleko, a żyć trzeba. Są owszem warunki do rozwoju turystyki, i wiele można by osiągnąć, ale musiałby najpierw ktoś je dostrzec. Poza tym ludzi nie widać jakoś. Mijam jedną panią, przez której podwórko przechodzę, wcześniej pytając się o zgodę, mijam panów z obsługi wozu asenizacyjnego i ich wóz. Są jak żywcem wyjęci z wiersza Bursy, z tym, że jeszcze nie umarli. Mijam wreszcie drogowców, którzy udają, że latają dziury na autostradzie sudeckiej i to tyle. Pani owa to jedyna z mieszkańców. Taki dowód, że istnieją, tylko nie wiadomo gdzie są. Istnienie życia potwierdzają jeszcze szczekające psy i skoszona trawa.

Powyżej Gniewoszowa szlak skręca, żegnam widoki na Masyw Śnieżnika i wkraczam na połoniny Gór Bystrzyckich. I nie ma w tym, co piszę żadnej przesady. Po lewej połacie łąk, po prawej połacie łąk na pomniejszych szczytach. Wydaje się, że jestem poza czasem. Skąpana w promieniach słońca i kurzu, który podnosi się z drogi. A droga wiedzie do wsi Poniatów, a za pierwszym zabudowaniem, nie licząc chaty za miedzą szlak skręca w prawo. Przechodzę obok ruin domu, który lata świetności ma dawno za sobą, by po chwili znów wyjść na autostradę sudecką. Szlak skręca w prawo, a na skrzyżowaniu w lewo. W dole Widać wieś Porębę. Wyjście na asfalt jest już lekko nużące, ale odcinek na szczęście nie jest długi i za kolejnym zakrętem znikam w lesie. Przede mną wspinaczka na Jagodną. Jest mniej więcej godzina 10. Zanim osiągam szczyt cieszę oczy widokami na góry bardzkie, złote i owszem, znów na masyw śnieżnika. Płoszę ze środka drogi czarną żmiję. Dojście do szczytu jest płaskie (jak to i na połoninach) z tym, że górę porastają drzewa, młode drzewa, może dziesięcioletnie patrząc na przyrosty, może jednak starsze. Trudno jest oceniać wiek drzew rosnących bez mała kilometr nad poziomem morza; trudno ze względu na wysokość; trudno ze względu na krótszy okres wegetacji spowodowany dłużej panującym tu okresem zimy. Jagodna wznosi się 977 metrów nad poziom morza i jest Najwyższym szczytem gór bystrzyckich. Krótka przerwa, i ruszam dalej. Krótko, bo skwar na szczycie jest niemiłosierny i lepiej zrobić przerwę w lesie, w cieniu. A poza tym czas niestety jest moim determinantem i mało pozostawia rezerwy na marudzenie. Trzeba pokonać najwięcej jak się da, póki nie zacznie doskwierać zmęczenie.

Kolejny odcinek marszu jest odpoczynkiem, łagodnie wiedzie w dół aż do schroniska w Spalonej, do którego wkraczam przed godziną 12. Robię sobie pół godziny przerwy na kawę, wpis do księgi pamiątkowej, zmianę bielizny, posiłek i wypisanie kartek do przyjaciół. Schronisko ma skrzynkę pocztową, do której co dzień przybywa listonosz. Odpoczynek jest możliwy, ponieważ zaoszczędziłam czas w drodze. Ogólnie ze schroniska wychodzę zadowolona. Kawa była smaczna, mocna i w kubku, jak lubię; obsługa miła, w schronisku czysto. Z chęcią tu wrócę przy okazji jakiejś wycieczki rowerowej. Lub innym razem.

Wychodzę i po kilku krokach asfaltem zbiegam wzdłuż wyciągu, a po chwili zaczynam najtrudniejszy odcinek maratonu. Jest już gorąco, odcinki drogi wystawionej do słońca dają się we znaki. Są jednak takie fragmenty drogi, na których dawno, dawno nikt nie był. Szlak wydaje się zapomniany i osierocony, bez turystów przez długi czas. Znajduję ślady jednego piechura i ślad motoroweru, czy też motocykla. To wszystko. Po godzinie od wyjścia ze schroniska docieram do rozdroża pod uboczem. Znów robię przerwę i oddech, przed najtrudniejszym.

Szlak przecina drogę łączącą wieś Lasówkę ze wsią Młoty. Znikam w lesie. W lesie lasów. W mateczniku można by rzec. Droga jest monotonna i na niej dopada mnie pierwsze zwątpienie. Idę i idę. Tak bez końca. Jednostajność krajobrazu jest przytłaczająca. Choć uwielbiam las, muszę się starać, żeby nie zwolnić tempa. Po niektórych szczegółach poznaję, że doszłam tu kiedyś przy innej okazji i z innej strony, ale było to dawno i nie mam pewności. Marsz lekko pod górkę niby, ale właściwie po płaskim daje popalić nogom. Szczyt Bieśca witam więc z ogromną radością. Potem mijam Rozdroże i wkraczam na, jak się potem okazało, jeszcze trudniejszy odcinek szlaku. Wiedzie po ubitym szutrze i asfalcie, lekko z górki, co jeszcze bardziej męczy, niż wchodzenie pod stromy szczyt. Nad drogą drży nagrzane powietrze, dopada mnie drugie zmęczenie i zwątpienie. W głowie przyjmuję plan B, czyli dojście tylko do Schroniska pod Muflonem, jako najbardziej realny. Na szczęście dla mnie szlak niebieski, kiedy przecina drogę Justyny i wiedzie już prosto do Schroniska pod Muflonem, okazuje się nieutwardzony i znów nabieram prędkości. Wkraczam w pobliże schroniska 17.55. Zmęczenie doskwiera, ale o dziwo mniejsze niż przedtem. Robię kilka zdjęć poproszona przez turystów i na piętnaście minut zrzucam buty. Znów zmieniam bieliznę, czytaj: skarpetki.

Schronisko omijam, ani też nie robię zdjęć widoków z tarasu. Żal patrzeć bowiem, na podupadający budynek i postępującą dewastację. Teraz się nie dziwię, czemu schroniska nie ma w wykazie schronisk górskich w katalogu, który wzięłam ze sobą ze Spalonej. Czasy świetności minęły, a obecny dzierżawca kpi sobie z turystów i ze wszystkich dookoła. Ale to temat na odrębną opowieść.

W związku z tym, że zasięgi powróciły do macierzystych, polskich sieci dzwonię do domu powiedzieć, co i jak, między innymi to, że zdecydowałam się jednak na plan A, czyli przejście czerwonym szlakiem do Polanicy - Zdrój. Ten odcinek znam dobrze, już wcześniej rozłożyłam czasowo planując podróż na sucho i czułam się na siłach żeby go pokonać.

Po równo dwunastu godzinach marszu, czyli o 18.15 ruszam na finałowy odcinek. Z początku stromo w dół, potem między starymi zabudowaniami wsi Bobrowniki, a potem ostro w górę, bardzo nawet. Wyskakuję prawie dosłownie na drogę Justyny i muszę zwolnić, staram się iść poboczem, ale nie całkiem się udaje. Asfalt daje popalić stopom, oraz niestety czuję jak na śródstopiu prawej stopy z triumfem robi się odcisk. Ofiary jednak muszą być, jak to na wojnie, więc zaciskam zęby i z ulgą schodzę z drogi Justyny na strome wejście pod Rudnik, a potem Wolarz. Bardzo je lubię, mimo, że daje popalić. Las pachnie żywicą, a bliskość mety dodaje energii. Zanim osiągam szczyt w dali widzę stoki zieleńca z górą Serlich (1025 m n.p.m.) wyłaniające się zza drzew i najwyższy szczyt Gór Orlickich o polskiej stronie, czyli Orlicę (1084 n.p.m.) Potem moim oczom ukazuje się całe pasmo gór. Od lewej Góry Stołowe, Karkonosze, Góry Sowie. W dole przepiękna panorama na miejscowość Szczytna Śląska. Widzę też zabudowania wsi Batorów i po prawej często odwiedzane przez gości z Polanicy i nie tylko miejsce zwane „Piekiełko”. A potem to już tylko las i las aż do samej Polanicy. Szczyt Wolarz wcale nie przypomina szczytu. Gdyby nie tabliczka, wykonana absolutnie ręcznie, a którą ktoś powiesił z litości na drzewie, w życiu nie wiedziałabym, że to właśnie w tym miejscu jest wspomniany Wolarz. Obok leży wyrwany kamień, który służył kiedyś jako oznaczenie szczytu właśnie. Nie mam jednak czasu na marudzenie i rozpoczynam zejście do mety. Bliskość owej i świadomość, że prawie się udało wpędza mnie w stan euforii.

Zbiegam truchtem w objęcia Piekielnego Labiryntu, po drodze znajdując najprawdziwszego prawdziwka, który jest jakby nagrodą za trud wędrówki. Bardzo lubię to miejsce ze względu na jego dzikość. O 20.50 pogrążony już w mroku las zostaje za mną. Mijam kamienny most kolejowy i wychodzę na drogę łączącą Szczytną z Polanicą. Prawie krzyczę, ale jeszcze się powstrzymuję. Jednak z trudem. Jeszcze nie dzwonię do domu. Jeszcze chcę pobyć sama. Ponapawać się sukcesem i pooddychać przestrzenią. Zaplanowałam cygaro zwycięzców i piwo na deptaku w Polanicy. I tak też czynię. O 21.15 kończę marsz i mocze usta w złotym trunku. Oraz, tak właśnie! Zapalam jedynego papierosa od dawna. Czarne marlboro. Taka tradycja, cygaro zwycięzców.

Obiektywnie rzecz ujmując moje siły wskazują, ze mogłabym iść dalej. Kto wie, czy nie zrobiłabym setki, gdyby dzień był dłuższy, lub gdybym marsz zaczęła wcześniej. Jestem sprawna na umyśle również i niewyobrażalnie szczęśliwa. Ale słowa i tak nie oddadzą tego uczucia. Trzeba samemu, żeby to poczuć. Pokonałam nie tylko odległość, ale siebie, zwątpienie i strach. I tak sądzę, że jestem pierwszym w dziejach człowiekiem, który pokonał ten dystans w tym czasie i jednego dnia. Fakt, że jestem kobietą i tego dokonałam, wszystkie inne fakty spycha w cień. I jeszcze raz powtórzę. Euforia mnie rozsadzała i żałuję teraz, że nie krzyknęłam na środku deptaka, że wygrałam. I szkoda, że nikt na mnie nie czekał z gratulacjami. A z drugiej strony może to lepiej i tym bardziej większa satysfakcja, bo motywacja do marszu była zgoła inna, bardziej nieuchwytna i trudna. Było mi potem niestety i smutno, że to już…, że jutro nastanie zwykły dzień… że to, co najlepsze zostało na szlaku… i wreszcie, że nawet zdjęcia nie będą w stanie oddać tego, co czułam w trakcie i czuję teraz.

Kończąc podam kilka faktów i innych ważnych informacji. Na początku szlaku niebieskiego są miejsca, gdzie rośnie wysoka trawa, co skutkuje mokrymi spodniami i butami, trzeba się, więc albo ubrać nieprzemakalnie, albo zaimpregnować. Tak samo jest na odcinku szlaku czerwonego, kiedy wyjdzie się z lasu na łąki Bobrownik. Pozostały szlak jest w zasadzie suchy, choć niektóre odcinki dróg wiodą przez mokradła i należy uważać maszerując. Szlak poza tym podmaka po obfitych deszczach i wtedy jest grząsko, zwłaszcza na wysokości torfowiska. Jak wspomniałam odcinek między Schroniskiem Spalona a Stacją Filtry jest trudny ze względu na monotonię. Idzie się i idzie. Trzeba więc kontrolować tempo marszu i czas, żeby nie przyspać. W trasie robiłam na jedną godzinę dwa odpoczynki, po 1-2 minuty, upał wymagał uzupełniania i kalorii i płynów. Na głodnego bowiem trasę ciężko byłoby pokonać. Można więc policzyć łatwo, że tempo marszu miałam spore, biorąc pod uwagę jeszcze dwie przerwy. Wszystko zajęło mi 15 godzin. Zaczynałam z obciążeniem 10 kg, z czego 6 kg stanowiły płyny, a reszta: prowiant, przeciw deszczówka sztormowa, zapasowe buty, skarpetki, podkoszulek, kurtka wiatrowa i bluza z długim rękawem. A to dlatego, że mimo prognozy, Góry Bystrzyckie z Górami Orlickimi tworzą specyficzny klimat; potrafią zaskoczyć burzą z niczego, burzą o bardzo mocnym natężeniu. Kto był w tych stronach ten wie, kto nie był, ostrzegam, zjawisko piękne, acz niebezpieczne. Niezbędne też jest cokolwiek od słońca na głowę i okulary. Oczywiście uposażona byłam jak na trapera przystało, zupełnie po amatorsku, nie licząc kijów do nordic, które okazały się strzałem w dziesiątkę i między innymi dzięki nim udało mi się skończyć marsz.

Na finał: Mam na imię Monika, mam 34 lata, 158 wzrostu i 52 kilo wagi. W trakcie marszu straciłam około 2 kg. Na drugi dzień czułam się na siłach iść dalej, może kiedyś więc… ale to już inna bajka.

Na pytania, a domyślam się, że będą, choćby o samą wiarygodność odpowiadam pod mailem:

maxmaraton.g.bystrzyckich@gmail.com

Dziękuję wszystkim, którzy pomogli mi w realizacji marzenia.

Czytelnikom dziękuję za cierpliwość w poczytaniu.

Do zobaczenia na szlaku!

Data:

 1-4.07.2010

Podpis:

 głupiec

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=63494

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl