DRUKUJ

 

Today is the Last Day

Publikacja:

 03-06-08

Autor:

 everwake
15 lipca 2006

08:00

No i w końcu stało się. Właśnie wstałem i ubrałem się. Zamierzam przeżyć ten ostatni dzień po swojemu. Swoją drogą cóż za ciekawa ironia, że ta przeklęta kometa uderzy w Dusseldorf dokladnie o północy. Coś tu chyba nie jest przypadkiem. Ale na ten temat rzesze nowych proroków powiedziały już chyba wszystko. Nawet w ostatniej godzinie swojego życia jakoś nie mam siły by uwierzyć któremukolwiek z nich, bo jak wierzyć komuś kto twierdzi, że kometę sprowadził Bóg - krokodyl o 15 oczach i 6 ogonach, by zamienić Ziemię w bagno (na kontrargumenty innych, którzy próbowali mu tłumaczyć, że kometa średnicy 100 km nie zostawi nawet bagna z naszej kochanej planety, odpowiadał tylko "HEREZJA!!"). Inny, a raczej inna, niejaka Helga Hessler, twierdzi, że Niemcy jako punkt zderzenia komety z Ziemią nie jest przypadkowy, że została ona zesłana przez samego Fuhrera z Zaświatów i co najważniejsze jest ona karą za to że na ziemiach niemieckich ciągle panoszą się synowie Izraela... bez komentarza. Takich ludzi jest mnóstwo, ale najciekawsze jest to, że mają całe rzesze wyznawców. A co na to najważniejsze religie naszego świata? Papież Paweł XII wszędzie widzi znaki i uważa, że apokalipsa nadeszła i wszystko już zostało spisane przez Św. Jana, Muzłumanie twierdzą, że trzeba wyruszać na ostatni dżihat, Żydzi z całego świata zjechali się do Ziemi Świętej w Jerozolimie by w końcu wypędzić Palestyńczyków z ich świętego miasta, Buddyści jak zwykle mówią o potrzebie medytacji, ale i tak moim zdaniem wygrali świadkowie Jehowy, którzy najpierw stwierdzili, że zadnej komety nie ma, bo tego nie ma w piśmie świętym, następnie zaś wydali nowe pismo święte, w którym to widnieje data 16 lipca w Apokalipsie Św.Jana... Tyle może na temat polityki i religii. Czas wyruszać w miasto.

09:32

Zjadłem coś (by nie umrzeć z głodu), spakowałem "trochę" piw do plecaka, wziąłem ukochaną gitarę i wyszedłem w stronę centrum mojej wspaniałej metropolii. Aby opisać to co widzę na ulicy, muszę najpierw napisać mały wstęp. Co każdy rozsądny człowiek zrobiłby gdyby zostały mu 24 godziny życia? Odpowiedź jest prosta. Zrobiłby to na co miał cały czas ochotę. A na co niektórzy mają ochotę nie musze chyba odpowiadać. Miasto przypomina jedno wielkie ognisko rozpusty. Złamane zostąły wszystkie bariery trzymające ludzkie hormony na wodzy. Zamiast pięknych opisów wystarczy powiedzieć, że ludzie pieprzą się na ulicach. No. Może nie wszyscy. Niektórzy gdzieś zmierzają jeszcze. A niektórzy pieprzą sie w domach. Ja natomiast piję piwo. Dobre. Schłodzone.

10:37

Po strasznie długiej wędrówce dotarłem w końcu do centrum Elbląga. Stoję na ulicy 12 lutego i nie mogę się nadziwić ludzkiej głupocie. Wszystkie sklepy rozkradzione. Co oni mają zamiar zrobić z tym całym sprzętem? Możę sprzedać, by zarobić na życie? Już bardziej rozumiem tych co podpalają te sklepy, przynajmniej się ogrzeją. Przed chwilą minąłem kilku chłopaków, których pamiętam jeszcze z liceum. Postanowili podpalić kochane II LO. Akurat im się nie dziwię. Idę do Anki.

11:08

W normalnych okolicznościach powinienem teraz
a) płakać lub
b) wyrywać włosy z głowy lub
c) kopać przechodniów lub
d) napisaś Cierpienia Młodego Wertera II
ale ponieważ okoliczności nie są normalnie, więc najzwyczajniej w świecie otwieram kolejną puszkę piwa... Puśćiła się. Nie chcę nazywać ja głupią szmatą bo po co. Od dawna kręcił się koło niej jakiś koleś, ale wiedziałem, że mnie kocha i ufałem jej. Ale w obliczu naszego drugiego słońca miłość okazała się niczym wobec pięknie umięśnionego ciała. Korzystając z własnej pary kluczy zastałem ją z nim w kuchni (po co łóżko psuć). Nawet nie zauważyła mnie. Oto czym jest wasza miłość poeci! Szkoda, że nasz kochany wieszcz narodu nie dożył tej chwili. Miłość jest wieczna, miłość przezwycięży wszystko - ile razy to słyszałem. Puste słowa! Uczucia straciły swe znaczenie. Ktoś nazwałby to zezwierzęceniem. Błąd! To jest właśnie to nasze człowieczeństwe, które sączy się z nas teraz każdą szczeliną. Pierdolę to człowieczeństwo! Dzwonię do chłopaków z liceum.

11:21

Chyba się na prawdę zdenerwowałem. Puszki kończą się coraz szybciej. Wyostrzają sie niebezpiecznie zmysły. Z Michałem i Waldkiem umówiłem się dopiero na 17. Pochodzę jeszcze trochę po mieście. Wiem. Pójdę po raz ostatni na Stare Miasto.

12:46

Doskonały relaks takie szwędanie się bez celu. Do tego z browarem i bez strachu, że Straż Miejska wyskoczy zza rogu. Stare Miasto jakoś nie cieszy się popularnością. Mało tu ludzi. Najwięcej w sumie to można spotkać ich w kanale, pływają głową do dołu i coś chyba się nie ruszają. To są tak zwani bardzo niecierpliwi. Nie mogli poczekać tych kilkunastu godzin i się utopili. Nawet sporo ich jest. A w tym właśnie momencie ktoś do nich dołącza. Ups. Chyba zamiast w wodę trafił w betonowy słup podppierający most. Nie zazdroszczę, zwłaszcza że chyba jeszcze żyje. I po co się było tak spieszyć...

14:02

Po zwiedzeniu Starego miasta spotkałem się z koleżanką z liceum, która szła do biblioteki oddać książki. Tego że biblioteka już nie funkcjonuje nie powiedziałem. Niektórzy broniąc się popadnięciem w obłęd wytwarzają chyba swego rodzaju barierę i nie przyjmują pewnych rzeczy do wiadomości. "Ignorancja to Siła" jak powiedział Orwell. Dla niej i dla wielu innych żadnej komety nigdy nie było i świat toczy się nadal swoim trybem. Nie chciałem wpędzać ją w obłęd i pozbawiać resztek jej własnego świata. Siedzieliśmy nad kanałem i rozmawialiśmy o sprawach błahych. Wiedziałem, że jest to nasze ostatnie spotkanie. Zawsze darzyłem ją sympatią. Byliśmy dobrymi przyjaciółmi (cholera, łapię sam siebie na czasie przeszłym). W takiej właśnie chwili jak ostatnie spotkanie powinno się sobie takie rzeczy wyznać. Powiedzieć coś co sie chciało powiedzieć już dawno temu. Ale jak wiadomo jak się coś powinno zrobić to się tego nie robi. Pożegnałem się z nią w sposób zwyczajny. Na odchodnym zaprosiła mnie jeszcze jutro na kawę do siebie... Błogosławieni ślepi...

15:11

Nadszedł czas na gitarę. Postanowiłem robić dziś wszystko na co mam ochotę i tak zrobię. A ponieważ mam właśnie ochotę pobrzdąkać, więc pobrzdąkam. Może nawet pośpiewam. Podobno najlepiej się gra pod wpływem emocji. Miłość, nienawiść, nadzieja doprowadziły do stworzenia setek kompozycji. Mi jednak zawsze najlepiej służyła obojętność i tak też było dzisiaj. Dałem przed chwilą chyba swój najlepszy występ. Fakt, że stanowiłem zarazem zespół jak i widownię nie ma tu żadnego znaczenia. Najpierw improwizacja. Powoli, bez pośpiechu, jak najwięcej głebi.

16:04

Minęło kilka godzin od ostatniego opisu stanu społeczeństwa. Seks uliczny chyba już się skończył. Ludzie szwędają się teraz bez celu i przypominają żywe trupe. Nie wiem czemu jeszcze sam nie zwariowałem. Najłatwiej jest uciec w obłęd. Inni nie uciekli w obłęd, wręcz przeciwnie. Dopiero teraz do nich dotarło co się na prawdę dzieje. Taka nagła prawda może okazać się zgubna. Ludzie krzyczą. Jedni snują się, drudzy krzyczą. Odstawiam piwo i zaczynam znowu grać bez uprzedniego zastanowienia sie: Amol, Emol, Gdur, Amol, Amol, Fdur, Gdur, Amol itd...

...
Lecz większość śpi nadal, przez sen się uśmiecha
A kto się zbudzi, nie wierzy w przebudzenie
Krzyk w wytłumionych salach nie zna echa
Na rusztach łóżek milczy przerażenie
...

17:03

Na Starówce zrobił sie teraz doskonały punkt obserwacyjny. Takiego domu wariatów chyba jeszcze nikt nie widział. Przyszedł Michał i przyniósł więcej piwa. Też jest wcięty. Alkohol pomaga wyraźnie. Najnormalniejsze wrażenie sprawiają właśnie ci podpici. Teraz Michał wziął gitarę. Śpiewamy stare kawałki Kaczmarskiego, Kultu. Wspominamy stare, dobre czasy obozów żeglarskich. Wspominamy Waldka i o wilku mowa. Zza krzaka wyłania się usmiechnięta, zapijaczona twarz kumpla z liceum. Niesie wódkę. Dużo wódki. Witamy go "Sweet Child In Time" Deep Purple. Waldek się śmieje. Jest jak dawniej. Chce się żyć...

19:41

Mowiąc, że cała ta sytuacja nie ma na nas żadnego wpływu, skłamałbym. Dopiero alkohol uświadomił mi jak bardzo jestem przerażony. Chyba ten alkohol i przerażenie pozwalają nam zachować trzeźwość umysłu. Przed chwilą ktoś do nas podpiegł (ten z tych krzyczących) i zaczął nam ubliżać, że przecież jak tak można, koniec świata, a my się śmiejemy, pijemy i śpiewamy. Na postawione przez Michała pytanie: "a co mamy wedlug ciebie robi?" zbaraniał kompletnie. Nie spodziewał się chyba takiego obrotu sprawy, bo postanowił mnie nawracać na swoją panikę siłą. Nie spodziewał się jednak, że alkohol i przerażenie potrafi wzbudzić w człowieku takie siły o jakich mu się nigdy nie śniło. Nie udało mi się opanować. Zabiłem go kamieniem wielkości pięści... Nie to jest jednak najgorsze. Chłopaki w ogóle nie zwrócili na to uwagi...

20:34

Ludzie krzyczą coraz bardziej, widok dwóch wielkich obiektów na niebie raczej nie uspokaja. Waldek zasnął, kazał obudzić się na "najciekawsze". Zostało nam kilka godzin życia. Znudziła nam się starówka, więc siedzimy przed pomnikiem koło szkoły muzycznej (koniec świata a ja nawet nie wiem czyj to pomnik, kiedy zadałem to pytanie Michałowi tylko głośno beknął). Waldek śpi na ławce, ja stroję gitarę, Michał patrzy czy alkoholu nam starczy. Starczy na pewno... Najwspanialsze jest na pewno to, że jutro kaca nie będzie.

22:04

Przetrwaliśmy gruźlicę, dżumę, raka, a ostatnio nawet AIDS. Kometa jest zapewne ostatecznym rozwiązaniem kwestii ludzkiej. Wirus psujący tą planetę musi zniknąć. Zauważyłem małego robaczka na ziemi. One przeżyje, my nie. Matka Natura zostawi zapewne to co będzie jej potrzebne do odtworzenia życia na Ziemi. Dinozaury były za wielkie, człowiek za inteligentny, ciekawe więc co po nas zdominuje życie. Wiadomo, że nie nastąpi to od razu. Z Michałem doszliśmy do wniosku, że chyba nawet dobrze, że człowiek zniknie. Na niecałe 2 godziny przed zagładą należy sobie postawić pytanie, czy wnieśliśmy cokolwiek pożytecznego dla świata? Zniszczyliśmy wszystko wokół nas, spustoszyliśmy bezcenne dary natury, niegodni jesteśmy tej planety. Potrzebny jest gruntowny remont. Oczyszczenie. Cała nasza "wspaniała" cywilizacja to nowotwór. Skoro antybiotyki nie zadziałały, więc potrzebna jest operacja. Z punktu widzenia gatunku ludzkiego to katastrofa, z punktu widzenia planety to konieczność. A co ja na to? Popieram ten drugi punkt widzenia, ale jestem człowiekiem i podobnie jak inni przestawiciele mojego gatunku zginę. Zawsze uważałem, że życie jest najwyższą wartością. Wierzyłem, że nie można dochodzić do szczytnych celów po trupach. Teraz w ostatniej godzinie zycia zmieniłem zdanie. Ofiary być muszą...

22:55

Co tu dużo mówić... Pijemy, śpiewamy i obserwujemy panikę na ulicach. Waldek się obudził. Nie spodziewałem się po nim takiej reakcji. Jest absolutnie obojętny. Chyba włączym nam się stoicyzm. Do naszej małej grupki dołączyło się kilka osób, które nie mają zamiar czekać na koniec na trzeźwo...

23:27

"Kiedy te cholerne fajerwerki będą?" ktoś krzyczy. Czarny humor udzielił się wszystkim. Jeszcze tylko pół godziny. Obraz ludzi pałętających się po ulicach nie zmienił się. Jedni się błąkają bez celu z miną wpatrzoną w nicość, drudzy drą się w niebogłosy. Krzyczą coś o karach boskich. Jeden wyjątkowo głośny właśnie dostał kamieniem. Na jakieś ławce ktoś czyta książkę. W sumie też ciekawy sposób spędzenia tych ostatnich minut.

23:47

Krzyk... Przerażenie... A my pijemy. Grupka powiększyła się do około 20 osób. Głównie młodzież studencka. Niedoszła przyszłość gatunku ludzkiego...

23:51

Śpiewamy Monthy Pythona: Always Look on the Bright Side of Life (zawsze patrz na jasne strony życia). Śmiechu jest co nie miara. Wszyscy siedzą w podkoszulkach. Tak ciepło jest. Wnosimy ostatni chyba już toast - mityczne obynamsie na koniec świata, naszego świata... Czas chyba na ostatni utwór. Oddaję Michałowi gitarę... Najpierw szaleńczy rytm:

"Stanął w ogniu nasz wielki dom
Dym w korytarzach kręci sznury
Jest głęboka, naprawdę czarna noc
Z piwnic płonące uciekają szczury

Krzyczę przez okno, czoło w szybę wgniatam
Haustem powietrza robię w żarze wyłom
Ten co mnie słyszy ma mnie za wariata
Woła - Co jeszcze świrze ci się śniło?

Więc chwytam kraty rozgrzane do białości
Twarz moją widzę, twarz w przekleństwach
A obok sąsiad patrzy z ciekawością
Jak płonie na nim kaftan bezpieczeństwa..."

23:54

I za chwilę ukojenie...

"Lecz większość śpi nadal, przez sen się uśmiecha
A kto się zbudzi nie wierzy w przebudzenie
Krzyk w wytłumionych salach nie zna echa
Na rusztach łóżek milczy przerażenie

Ci przywiązani dymem materacy
Przepowiadają życia swego słowa
Nam pod nogami żarzą się posadzki
Deszcz iskier czerwonych osiada na głowach

Dym coraz gęstszy obcy ktoś się wdziera
A my wciśnięci w najdalszy sali kąt
Tędy! -krzyczy - Niech was jasna cholera!
A my nie chcemy uciekać stąd!..."

i ostatnia obłąkańcza zwrotka grana coraz szybciej i szybciej... Grać będziemy ją do końca świata...

"A my nie chcemy uciekać stąd!
Krzyczymy w szale wściekłości i pokory
Stanął w ogniu nasz wielki dom!
Dom dla psychicznie i nerwowo chorych!...

23:58

Szybciej maestro!

23:59

To jest właśnie czym staliśmy się, domem dla psychicznie i nerwowo chorych.

0:00

Michał przerwał. Słychać wielki wybuch. Zostało kilkanaście sekund. Ostatnia kolejka... Nie ma czasu na pożegnania. Wypowiadam ostatnie słowa w swoim życiu spostrzegłszy wielką falę ognia zbliżającą się w naszą stronę: pamiętajcie, jutro będzie lepiej...


"A my nie chcemy uciekać stąd!" - Jacek Kaczmarski

Data:

 15 styczna 2002

Podpis:

 lisek

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=63

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl